Jeszcze ważniejsza lekcja: można się zgubić nawet w miejscu, gdzie wydaje ci się, że znasz już każdy jego zakątek.
I wreszcie - dziesięć lat to wystarczająco długo, by zmieniło się naprawdę wiele. By zniknęły stare budynki, zastąpione przez nowoczesne drapacze chmur. By dawny skrót okazał się ślepą uliczką, a tam, gdzie kiedyś nie było nic, teraz wiły się alejki parkowe, wzdłuż których posadzono drzewka, teraz idealnie przycięte, każde jedno wyglądające jak dokładna kopia poprzedniego. Znajoma topografia zniknęła, zastąpiona postępem. Naturalna kolej rzeczy, ale gdy stykasz się z tym po raz pierwszy na taką skalę, to działa trochę jak kubeł zimnej wody. I powrót do myśli, że wszystko - nie tylko miasto - się zmienia. Marseille ostrożnie stawiała krok za krokiem, bo jej spojrzenie utkwione było aktualnie w wyświetlaczu telefonu i tylko raz na jakiś czas unosiła głowę, by sprawdzić, czy nie wejdzie w jakiś słup, bądź inną przeszkodę. Zamiast rozglądać się dookoła, śledziła wzrokiem zmieniające się ikonki, które miały jej nieco więcej powiedzieć o tym miejscu, w którym się znajdowała.
Zawsze była rannym ptaszkiem. Właściwie wymagał tego tryb jej życia. Najpierw szkoła, potem studia i zajęcia od rana. Wreszcie praca, w której głównym mottem było im wcześniej jesteś, tym lepiej. Mars nierzadko pracowała także w weekendy, więc wysypiała się... no cóż, zazwyczaj nie wysypiała się w ogóle. Przywykła do tego tak bardzo, że minęły już dwa długie miesiące, odkąd zrezygnowała z poprzedniej pracy, a często - zbyt często - budziła się wcześnie, mimo tego, że jej aktualna posada pozwalała na pracę w różnych godzinach. Ten weekend akurat miała wolny, a skoro już i tak nie było szans, żeby zasnęła, jeszcze przed siódmą wyszła z mieszkania, kierując się na miasto. W torbie miała swój szkicownik, z którym się ostatnio nie rozstawała. Tak naprawdę nie miała żadnego konkretnego planu na to, dokąd iść. Uznała, że po prostu się przejdzie, zobaczy jak wygląda aktualne Toronto, czy wciąż istnieją te miejsca, które pamiętała z czasów szkoły czy dzieciństwa. Choć wtedy nie mieszkała w tej dzielnicy, bywała tu często, bo mieszkanie, w którym teraz się zatrzymała, należało do jej dziadków. Ale im dłużej szła, tym mniej znajomych miejsc dostrzegała. Aż na tyle oddaliła się od swojego mieszkania, że musiała wspomóc się mapami google, które podpowiedziałyby jej, gdzie się znajduje i co może tu znaleźć. A że nieopodal był całkiem spory park, Marseille postanowiła skorzystać z okazji i przysiąść sobie na której z ławek w alejce. Wybrała taką, z której miała idealny widok na rzekę, co byłoby przecież zmarnowaniem potencjału, gdyby nie sięgnęła po szkicownik i nie spróbowała narysować tego, co właśnie wiedziała. To, że po parku kręciło się naprawdę niewiele osób, a ona wybrała też dobre miejsce, lekko na uboczu, sprawiało, że to wydawało się idealną okazją. Przez kilkanaście, może kilkadziesiąt następnych minut, Mars ze skupioną miną sunęła ołówkiem po kartce, próbując jak najlepiej przełożyć na nią to, co widzą jej oczy.
Cyk.
Cichy dźwięk być może nie zwróciłby uwagi kogokolwiek innego. Ale dla Marseille był czymś w rodzaju otwarcia drzwi do wspomnień, których nie chciała w swojej głowie. Wyprostowana niczym struna, obróciła głowę, a jej spojrzenie natychmiast powędrowało do stojącego nieopodal mężczyzny. Skupiła je na trzymanym przez niego aparacie.
– Hej, czy ty właśnie zrobiłeś mi zdjęcie? – Po tym pytaniu rudowłosa podniosła się powoli z ławki, obracając w stronę nieznajomego. W dłoniach wciąż ściskała szkicownik i ołówek. Jej chmurne oblicze mogło już w tym momencie sugerować, że należałoby sobie przygotować jakąś linię obrony.
Donnie A. Bowen