A potem działo się to, co działo się zwykle; trochę wstępnego całowania, jeszcze więcej wina, zwinięty przez nią portfel i słodka prośba, żeby zamówił jakiś dobry deser na górę, bo zjadłaby dobrą bezę. Czuła, że kręci jej się w głowie. Zbyt mocno jak na wypitą przez nią ilość alkoholu. Nadszedł moment, by na chwilę ulotnić się do łazienki. Przymknęła za sobą drzwi, puściła wodę z kranu i usiadła na toalecie, od razu otwierając torebkę.
Przetrzepała całą zawartość w poszukiwaniu woreczka, który okazał się być…
— Co… — rzuciła do siebie cicho, grzebiąc w środku jeszcze raz, bo pierwsza myśl była taka, że może woreczek się otworzył i wszystko zwyczajnie wyleciało.
Czysto. Żadnego śladu jakiegokolwiek proszku. Tylko pusta torebka. Wtedy do niej dotarło, wtedy połączyła kropki. Te dziwne zawroty głowy, mrowienie dłoni, przyspieszone bicie serca, jakby nagle wciągnęła kilka kresek koki.
— Ja… pierdolę… — jęknęła, łapiąc za telefon.
Chciała wstać do lustra, ale opadła z powrotem na klapę od toalety; jak gdyby nogi jej odcięło. Clyde. Wystukała sms-a z taką szybkością, że prawie jej ten telefon wypadł. Trzęsące się palce wcale nie pomagały. Po kilku minutach czekania na odpowiedź czuła się już jak po wydudnionych na strzała kilku kolejkach czystej wódki. Nie widziała nawet w jakie literki trafia. Mrużyła oczy, starając się zobaczyć cokolwiek.
„Gdzie ty kurwa jesteś?”.
Wysłała kolejną wiadomość. I następną. 1576… Miało być 156”.
