-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zdążyła zapomnieć o tamtym wieczorze z Devonem. Postanowiła wejść do naturalnego trybu dnia. Wielkie kontrakty, spotkania z inwestorami, zapewnianie zarządu, że wszystko jest w porządku. Na tym powinna była się skupić, podobnie jak na odwiedzaniu własnego ojca w szpitalu. Nigdy nie myślała, że z jej głowy będzie w stanie powstać tak wielka sieczka. Chociaż mimowolnie wracała do tamtej chwili, gdy mieli połączone wspólnie usta.
Tylko to był błąd. Błędem było, że nie odepchnęła go w odpowiedniej chwili. Błędem było to, że nie przesiadła się, kiedy tylko miała do tego okazje. Pocałunek też nim był. Postanowiła wyciąć go z własnej pamięci. Devon był zajęty. Miał kobietę, do której boku miał wrócić, za to Cherry była silną, niezależną kobietą. Miała zasady, których wolała nie łamać, a zrobiła to. Dała jednej , krótkiej chwili popłynąć, tracąc jakikolwiek rozsądek. Od samego myślenia bolało już ją głowa, sama nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało.
Łatwiej było skupić się na problemach. Na tym spotkaniu w Europie na zoomie, przez które wychodziła z własnego biura zdecydowanie zbyt późno. Ledwo widziała na własne oczy. Nabrała zimnego powietrza do chłód. Nienawidziła zimy, w takich chwilach żałowała, że mieszkała w Toronto. Zdecydowanie lepiej mieszkałoby się w innym miejscu na ziemi. Kochała to miasto, ale tu wszystko wydawało się być trudniejsze. Wzięła głęboki oddech, próbując sobie wszystko uporządkować w głowie. Wyjęła z torebki swojego iqosa, zaciągając się mocno czymś, co przypominało dym. Nie dało jej to żadnej satysfakcji, przymknęła na moment oczy, by choć na krótki moment odetchnąć.
Tylko po chwili świat wydawał się wirować. Iqos upadł na chodnik. Za to ktoś mocno trzymał ją w uścisku, trzymając chusteczkę blisko jej nosa. Była w centrum pierdolonego Toronto, największego miasta w Kanadzie w samym centrum miasta. Dosłownie pod budynkiem jej firmy, a ktoś właśnie próbował ją... porwać? Sama nie wiedziała. Serce zabiło jej zdecydowanie za mocno, próbując wyrwać się z klatki piersiowej, oddechu nie mogła wziąć, a choć chciała się wyrwać, to nie była w stanie. Była zbyt słaba.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To wszystko było dziwne. Do tej pory sprawy miłosne były dla niego tematem zamkniętym, w którym nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby z kimś stworzyć prawdziwe uczucie. I choć z Lacey tkwił w paroletnim związku, tak od początku nie byli jak tradycyjna para, bardziej przypominali oni stare małżeństwo, które znudziło się swoim towarzystwem i unikali siebie, by nie wchodzić sobie w drogę. Do tej pory jego brudne interesy były całym jego życiem, a właściwie korzyści, które czerpał, będąc swego rodzaju egzekutorem w imieniu swoich pracodawców. Dopiero ta cholernie dziwna sprawa powiązana z Marshall sprawiła, że otworzył oczy na smród, który unosił się nad nim z każdym kolejnym oszustwem.
Devon nigdy nie chciał dla nikogo źle, nawet jeśli często wyglądał na osobę spod ciemnej gwiazdy. W rzeczywistości był zagubionym człowiekiem, który dał się omamić pięknej wizji pieniędzy, jakie mu obiecywano. Tak naprawdę był tylko zwykłym adwokatem, pragnącym znaleźć się w centrum uwagi. Już podczas studiów bardzo często kreował wokół siebie fałszywą wizję studenta walczącego z władzami; tylko po to, by mieć wokół siebie ludzi zapatrzonych w niego jak w boga, których podziw leczył jego kompleksy i brak pewności siebie; której mu brakowano.
Jednak w końcu postanowił się przełamać i raz na zawsze wyjaśnić z kobietą końcówkę ich ostatniego spotkania. Nie mógł tego tak zostawić, nie byłby sobą, gdyby o wszystkim zapomniał i ruszył dalej. Postanowił odwołać wszystkich klientów i ruszyć w stronę kancelarii Charity. Gdy dotarł na miejsce, od razu zauważył dwóch, a może trzech zamaskowanych mężczyzn, którzy próbowali porwać kobietę. Pierwsze co mu przyszło do głowy, że byli to ludzie od jego pracodawców, których cierpliwość się skończyła i postanowili na własną rękę zlikwidować ostatnią przeszkodę stojącą im na drodze do dopięcia jednego z wielu mrocznych interesów. - Zostawcie ją, bo zadzwonię na policje. - krzyknął, chociaż w tym przypadku wydawało się to niezbyt racjonalne, w końcu wiadomo było że policja i tak nic im by nie zrobiła. Wyrzucając na ziemie swoją teczkę ruszył w stronę oprawców których ogłuszył lekkim uderzeniem w potylice. - Jeżeli zamierzacie ją skrzywdzić, najpierw musicie się zmierzyć ze mną. A wiecie doskonale, z kim macie do czynienia. - powiedział stanowczo odciągając kobietę za siebie. Może wyglądało to jak scena wyjęta ze słabego filmu kryminalnego, jednak rzeczywistość pokazywała, że takie wydarzenia mogły dziać się naprawdę.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Odliczała już sekundy do własnej śmierci. Nie spodziewała się, że słowa Devona mogły mieć jakiekolwiek realne przyłożenie do rzeczywistości. Pierwszy raz mu wierzyła. Naprawdę chciała móc uwierzyć w każde jego nawet najmniejsze słowo, które wypowiedział w jej stronę. Tylko zamiast przyznawać mu jakąkolwiek rację, zamiast próbować się bronić, Charity Marshall pierwszy raz w całym swoim życiu się poddała. Nie chciała już walki, nie chciała tego uzależniającego uczucia wygranej, wolała oddać się napastnikom i zniknąć z tego świata. Zbyt wiele czuła w ciągu ostatniego pół roku, mogła tak po prostu oraz zwyczajnie się poddać.
Przestała się bronić, a wtedy do jej uszu doszedł całkiem znajomy głos. Dopiero wtedy uniosła głowę, choć odpływała. Przed oczami miała mroczki, powieki stały się niewątpliwie zbyt ciężkie, by być w stanie je utrzymać. Nawet nie do końca zarejestrowała, co do końca działo się przed jej oczyma. Po prostu pozwoliła na to, by wszystko szło własnym rytmem. W pewnym momencie stała przed mężczyzną, którego jak dotąd nazwałaby wrogiem publicznym Northland Power.
— Devon... — mruknęła cicho pod nosem, chwytając delikatnie za jego kurtkę. Nie spodziewała się go tutaj, ba nie chciała wręcz ratunku. Mogłaby tak po prostu zniknąć, a nikt nie zauważyłby jej zniknięcia, prawda? Firma oraz rodzina były pochłonięte chorobą Christophera i wszystko krążyło dookoła wieści w sprawie przeszczepu.
— Myślisz, że policja coś tu da? — krzyczy jeden z typków — wiesz, od kogo jesteśmy — kimkolwiek byli pracodawcy Devona, niezbyt spodoba im się wiadomość w sprawie obrony celu. Zaraz podjechała furgonetka z piskiem, tablice rejestracyjne miała zakryte.
— Następnym razem będzie po niej — krzyczy jeden z nich, po czym odjeżdżają z piskiem opon. Tak jak się pojawili tak zniknęli i nic po nich pozostało.
Nic mogło być zaledwie iluzją. Cherry czuła doskonale jak bije jej serce, jak powoli hamuje się jego galop, a ciało się odpręża. Rzadko kiedy pozwalała sobie na chwile słabości. Na pewno nie wobec kogoś takiego jak Devon. Zdawała sobie doskonale sprawę o Lacey, o ich ostatniej wymianie zdań, a jednak oparła głowę o jego ramię. Potrzebowała wsparcia i kogoś przy niej, kto mógłby osłonić ją przed każdym gromem i przed każdą błyskawicą. Niebo wydawało się spokojne, a ona cała wewnętrznie drżała.
— Devon... — zaczyna i choć jej głos jej słaby, cichy, to wybrzmiewa z niego typowa dla niej samej duma — dobrze jest Ciebie widzieć — ciało miała jeszcze sparaliżowane, a sama od dawna nie czuła się tak od kogoś zależna. Jeszcze od niego, nie powinna do czegoś takiego doprowadzić, ale teraz... liczyło się tylko ramię i że był przy niej.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Do czasu, kiedy ostatnie zlecenie zmieniło wszystko. Po raz pierwszy na poważnie poczuł coś, czego unikał po rozstaniu z June. Nie pragnął miłości, wręcz unikał jakichkolwiek spraw z nią powiązanych, a jego relacja z Lacey należała do tych; z serii skomplikowanych. Lubił kobietę. I to bardzo. Można wręcz powiedzieć, że uzależnił się od poczucia potrzeby bliskości drugiej strony. Uwielbiał to, kiedy na początku ich bliskiej relacji mocno angażowała się w ich uczucie, wkładając w nią całą siebie. Z czasem jednak nie robił jej problemów, kiedy sama się wobec niego zdystansowała, skupiając się wyłącznie na zawodowej karierze. Devon w tych sprawach był dziwnym i odmiennym człowiekiem niż reszta. Nie skupiał się na sobie, a bardziej uzależnił się od dopaminy, która była mu dostarczana szybkimi i brudnymi przelewami za każdym razem, kiedy wyrządzał krzywdę innym ludziom. Dopiero ta sprawa powiązana z Marshall sprawiła, że obudził się ze snu i wyskoczył z króliczej nory, która tak naprawdę okazała się brudnym światem, który wykreował portret człowieka zimnego, lodowatego i, co najgorsze; przekonanego, że jego wizja była najlepsza; nie bojącego się eliminować jednostki, które się z nią nie zgadzały.
-Już spokojnie, jesteś już bezpieczna - powiedział stanowczym tonem, wciąż skupiając swój wzrok na oprawcach. Znał nie tylko ludzi, którzy sterowali wszystkim za kulisami, ale też wszystkich tych, którzy byli zatrudniani na podobnym stanowisku co on. Oczywiście należało określać ich jako kryminalistów, ale w rzeczywistości byli to ludzie, którzy. podobnie jak on zostali zwerbowani i omamieni sztuczną i co najgorsze piękną wizją dużych pieniędzy. - Byliście tacy odważni, a teraz co? Boicie się, że zostaniecie zdemaskowani? - skierował te słowa w stronę oprawców, którzy, nie wiedząc czemu, postanowili uciec, najwidoczniej bojąc się zostać zdemaskowanymi.
- Policja tu nic nie pomoże. Powiedz mi tylko, czy w tym wszystkim zwróciłaś uwagę na coś szczególnego? - zapytał, chociaż w głębi mocno zastanawiał się, czy odpowiednim ruchem było zadawanie jakichkolwiek pytań w zaistniałej sytuacji. - Rozpoznałem głos paru z nich. Jeżeli chcesz, mogę podać ci ich dane, ale jak już mówiłem policja w niczym tu nie pomoże - dodał, pokazując po raz pierwszy swoje prawdziwe i czułe emocje, które mu towarzyszyły. Było to dziwne, ponieważ za każdym razem, kiedy egzekwował czyjś majątek, towarzyszyła mu obojętność, która w tamtych momentach wydawała się najlepszym rozwiązaniem na wszelakie problemy.
- Nie pozwolę, by stała ci się jakakolwiek krzywda - powiedział bardzo cicho, obejmując kobietę. Zastanawiał się w głębi, czy ostatni pocałunek był dobrym rozwiązaniem. W końcu wyglądało to tak, jakby prowadził podwójne życie; a prawdą było to, że aktualnie nie wiedział, czy naprawdę posiada jakiekolwiek, będąc przez długi czas na łańcuchach okrutnych ludzi.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nic nie powiedziała, słysząc jego zapewnienia o bezpieczeństwie. Przecież jeszcze tak niedawno on sam zarzucał ją groźbami. Mówił, że zniknie, ale gdyby nie jego pojawienie się faktycznie mogłaby zniknąć. Pojawiło się zbyt wiele sprzecznych informacji, z którymi powoli nie wiedziała, co powinna zrobić. Mimo to poczucie jego ciepła oraz ramienia wystarczyło, by nie czuła zagrożenia. Nie była w stanie pojąć działań napastników. Zbyt łatwo postanowili zniknąć i pozostawić ich we dwoje.
— Na nic — powiedziała chłodnym tonem, spoglądając na Devona badawczo. W oczach dało się zobaczyć jeszcze zagrożenie, które czuła. Serce biło jej niesamowicie szybko, a oddech wcale nie stawał się równy. Przecież jak za dotknięciem magicznej różdżki mogła zniknąć z tego świata. Tylko czy ktokolwiek zauważyłby jej istnienie? Każdy z rodzeństwa miał własne życie, a najbliżsi... przestawali zasługiwać na to miano.
— Devon, przestań tak brzmieć. Skoro policja tu nie pomoże, to co by pomogło — jej głos nie brzmiał standardowo, nie było ani jednej nuty pewności siebie, ani zgryźliwości. Bardziej bezsilność z niej wypływała. Co mogła powiedzieć? Co miała zrobić? Skoro cokolwiek by powiedziała brzmiało co najmniej absurdalnie. Miała tego powoli dosyć. Cokolwiek by postanowiła w sprawie Devona, nie miało to żadnego sensu.
Chociaż był przy niej.
Wtuliła się w jego ramiona bez żadnego słowa, próbując uspokoić samą siebie. Może powinna go odepchnąć, zadzwonić do ochrony. Nic nie mówiła, co do Cherry było całkowicie niepodobne. Pozwoliła samej sobie na chwilę słabości przy Devonie. Oddech powoli się uspokajał, a ona odzyskiwała trzeźwość myślenia. Trwali w tym uścisku kilka dobrych minut, zanim zdecydowała się od niego odsunąć. Spojrzała mu prosto w oczy, bo jeden fakt nie dawał jej spokoju.
— Co ty tutaj właściwie robisz? — szczerze obawiała się odpowiedzi na to pytanie. Z jakiegoś powodu mocniej chwyciło ją ono za serce. Tu nie było żadnych jednoznacznych rozwiązań. Albo chciał ją porwać z nimi, albo... miał inny powód, by znaleźć się pod wieżowcem Nortland Power, jej rodzinnej korporacji fotowoltaicznej.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Może i to dobrze. Uwierz, nie chciałabyś ich spotkać w normalnych warunkach - powiedział patrząc przed siebie wciąż obawiając się, że nie były to ostatnie wypowiedziane przez nich słowa. Sam cholernie obawiał się tych ludzi, chociaż znał ich jak własną kieszeń. Wiedział o tym, że byli to ludzie tak bezwzględni, że dla własnych korzyści finansowych byli gotów zaprzedać duszę samemu diabłu, byle mieć pewność zarobków. W końcu jednym z takich ludzi przez długi czas był sam Devon, który czerpał z takich interesów przedziwną i ciężką do wyrażenia satysfakcję. Uwielbiał te momenty, kiedy przestraszeni adwokaci obawiając się utraty reputacji, byli gotów pójść na współpracę oddając w jego ręce wszystkie dane o swoich pracodawcach. Nie ukrywał tego, że pieniądze zmieniły go na gorsze. Zatracił się w nich tak bardzo, że dzisiaj doskonale wiedział, że przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę, byle ostatecznie wyrwać ze świata, z którego podobno nie było i nie ma ucieczki.
- Szczerze? Ucieczka. Albo tymczasowe zapadnięcie się pod ziemie, byle zniknąć z ich radarów - westchnął cicho, pewny wypowiedzianych właśnie słów. W końcu sam nie dawno wrócił z krótkiego, nieplanowanego urlopu, chwile po tym, jak został dziabnięty nożem przypominającym maczetę. Wiedział, że nie byli to ludzie, którzy długoterminowo zajmowali się pojedynczymi sprawami i jeżeli czegoś nie udało im się załatwić za pierwszym razem, bardzo często przerzucali to na sam koniec kolejki, skupiając się od razu na następnych celach. Dobrze rozumieli jakie panowały tam zasady, że zbyt długie zajmowanie się pojedynczymi sprawami, mogły jedynie przynieść niepotrzebne nikomu zainteresowanie ze strony postronnych ludzi… albo mediów, których nie wszystkie były przez nich kontrolowane lub opłacane.
- Co ja tutaj robię? - zapytał się zdezorientowany po tym, gdy nagle cała się w niego wtuliła. Było to dla niego dziwne… i nowe. Nie pamiętał, kiedy jakakolwiek kobieta tak mocno i szczerze się w niego wtuliła, szukając w nim wsparcia. Dodatkowo, było to dziwne, ponieważ była to sama Charity Marshall, która w jego oczach była kobietą która niczego i nikogo się nie obawiała. W końcu stała na czele potężnej korporacji i zarządzała pieniędzmi, które dla Devona wciąż pozostawały w sferze niespełnionych marzeń. - Przyszedłem… chciałem cię zobaczyć, znaczy ostrzec, znaczy przypilnować - plątał się w słowach tak bardzo, że nawet nie zauważył, kiedy na jego twarzy pojawiło się lekkie zarumienienie. W końcu… jeszcze chwilę temu wydawało się przecież, że między nimi nigdy nie było i nie będzie niczego dobrego. - To znaczy… przyszedłem tutaj, żeby wyjaśnić kwestię ostatniego pocałunku - powiedział w końcu szczerze, patrząc jej prosto w oczy.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Czuła, jak serce jeszcze mocno jej bije. Przed chwilą powinna walczyć o własne życie, powinna się kłócić, a zamiast tego... zawierzyła własnemu wrogowi. Jak inaczej powinna to nazwać? Ramiona Devona pierwszy raz wydały się dla niej tak atrakcyjne. Były stabilne, ciepłe, a przede wszystkim bezpieczne. To było irracjonalne, zwłaszcza że kolejne słowa spowodowały już u niej oburzenie.
— O jakich normalnych warunkach mówisz, Devon? — pyta Charity, wbijając zdezorientowane spojrzenie w mężczyznę — oni chcieli mnie porwać, albo zabić, albo wszystko na raz — co miały oznaczać normalne warunki? Dlaczego mówił o tym w tam spokojny sposób? Nie potrafiła tego zrozumieć. Delikatne dreszcze przeszły po jej ciele, bo był zbyt... obojętny. Jacyś nieznajomi ludzie chcieli wyrządzić jej krzywdę, a on opowiadał i rozmawiał o tym jak o pogodzie. Aż w mózgu Marshall pojawiły się czerwone lampy, które nie chciały w żaden sposób wyłączyć.
— Chyba sobie kpisz — wycedza na jego propozycję. Była dla niej totalnie irracjonalna. Zniknąć? Tak po prostu? Nie miało to dla niej żadnego racjonalnego sensu. Ojciec w szpitalu, zajmowanie się Cassie oraz firma. Cherry nie mogła zniknąć z radaru innych ludzi. Musiała być przy najbliższych, choćby chciała nie mogła sobie na to pozwolić — nie mogę zniknąć — mruknęła, odwracając głowę w stronę wieżowca. Gdzieś na najwyższych pietrach znajdował się jej wielki gabinet z widokiem na panoramę Toronto, a w nim stos dokumentów. Firma poradziłaby sobie bez niej, ale ona nie zrobiłaby tego bez firmy.
— No tak, co tu robisz Devon... — powtórzyła raz jeszcze, bo jej mózg dalej świrował. Szczerze nie wiedziała, w jaki sposób dokładnie powinna zareagować. Cieszyła się na jego widok, a jednocześnie dalej była czujna. Obserwowała go, zdystansowała się. Przecież tak niedawno, to on jej właśnie tym groził — coo — zaczyna Charity, przechylając delikatnie głowę. Cokolwiek miałby powiedzieć, zaczynało ją to przerastać. Aż finalnie na wypowiedziane jego słowa, zmarszczyła jedynie krótki brwi — a co jest do mówienia? — spytała finalnie, bo ona o tym pocałunku wolała po prostu zapomnieć. Zacisnęła mocniej pięści, nawet teraz tutaj nie czuła się ani odrobinę bezpiecznie.
— Dalej masz dziewczynę, prawda? — spytała z pokerową twarzą. Nic nie mógł z niej wyczytać, choć jeden z kącików jej ust drgnął. Myślała o tym pocałunku, ale nie powinna. Miała przecież własną moralność, która była dla niej nieprzekraczalna — to chyba koniec rozmowy — stwierdziła, robiąc krok w tył. Dalej patrzyła mu w oczy, tylko pewne granice nie powinny być na nowo przekraczane.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Tylko na czym… tak naprawdę polegała ich rywalizacja? W końcu jeszcze parę lat temu pomiędzy nimi była ta pozytywna więź, która nie wiadomo z jakich powodów zmieniła się w niechęć, a następnie rywalizację. Przecież jako prawnik od początku unikał wszelakich zawodowych kontaktów z Czarity nie dlatego, że się jej obawiał, a dlatego, że była jedną z niewielu osób, które szanował, i starał się omijać ze względu na smród dodatkowych obowiązków.
- Że potrafią być jeszcze gorsi, niż to sobie możesz wyobrazić. To, co oni teraz zrobili, było tylko zwykłym przedstawieniem. Zastanawiam się, czy faktycznie chcieli cię porwać, czy tylko przestraszyć - powiedział, zastanawiając się nad prawdziwością sceny którą zobaczył na własne oczy. Coś mu w tym wszystkim jednak nie pasowało. W końcu tacy ludzie jak oni unikali publicznych pokazów, podczas których mogli zwrócić na siebie większą uwagę. Jakby nie patrząc, nie były to zwykłe jednostki, którym nie zależało na własnej reputacji, tylko ludzie wysoko postawieni, których można było potem szantażować, gdyby nagle postanowili uciec. - Marshall, nie panikuj! Już jestem, nic ci nie grozi - odparł, chociaż tak naprawdę nawet on nie mógł być pewnym, co jeszcze mogłoby im się przydarzyć, gdyby wysoko postawieni ludzie postanowili się zemścić na tej dwójce.
- Czy wyglądam na takiego, który sobie kpi? - zapytał surowo, ale z troską. Zależało mu na tej złośnicy i choć denerwowała go swoim podejściem, tak nie wyobrażał sobie, by mogła stać się jej krzywda. Co by nie mówić o kobiecie, tak naprawdę była to jedyna osoba, która wprost nie bała mu się powiedzieć, co o nim myśli, nawet ryzykując wszystkim… na co tak ciężko latami pracowała. - To ja cię spakuję i wywiozę, jeżeli będziesz się dalej tak zachowywać - odparł surowo, irytując się tylko na jej podejście do sprawy i fakt, że mogła utrudnić życie nie tylko sobie czy jemu, ale wszystkim tym, którzy byli jej podporządkowani.
- Jestem tutaj, bo tamten moment nie daje mi spokoju. Pojawiłem się, aby to wszystko wytłumaczyć, ale zamiast tego uratowałem ciebie… może nawet przed samą śmiercią - powiedział, patrząc wprost w oczy kobiety. Cholernie zależało mu na kobiecie, ale nie mógł pozwolić sobie na takie traktowanie. Czy ona zawsze musiała być taka agresywna? Nawet w obliczu śmierci musiała dalej zachowywać się jak rozkapryszona dama, która statusem musi patrzeć na innych z góry? - Może zamiast ofensywnej postawy… powinnaś podziękować? - zapytał ironicznie, nie oczekując od kobiety niczego.
- Naprawdę? Znowu zaczynasz ten temat? Robi się to już męczące - odparł ofensywnie. Rozumiał naprawdę wiele, ale w tym przypadku zastanawiał się nad znaczeniem jego dziewczyny w tej sytuacji. - Tak, masz rację, lepiej uciąć temat, zamiast raz, a dobrze go wyjaśnić. Tylko mam wrażenie, że tobie również zależy na tym, aby wyjaśnić temat tamtego pocałunku. - zaryzykował stwierdzeniem. W końcu naprawdę nie wiedział samemu, co po głowie tak naprawdę jej chodziło.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Devon, o czym ty pierdolisz? — fuknęła na niego Cherry. Byli gorsi? Porwać, czy przestraszyć? Zaczęła się zastanawiać, czy on naprawdę się słyszy. Jeszcze przed chwilą faktycznie się bała, ale jego słowa sprawiły, że cała zapłonęła. Nie lubiła tracenia kontroli, a przez Devona na nowo ją traciła. Nawet nie wiedziała, w jakim położeniu dokładnie się znajdowała w tym czasie. Nabrała powietrza do płuc, próbując sobie uporządkować w głowie paplaninę foliarza — słyszysz się? — spytała, unosząc do góry obie brwi. W tym momencie miała go dosyć na wszelkich możliwych frontach. Nie potrzebowała jeszcze większego wzniecania pożaru w jej głowie. Ona już płonęła w środku, a teraz weszła na większe obroty. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę odpoczynku, nie przy nim.
— Nie panikuję — panikowała. Za to strach mogła zamienić w furię, lub rozdarcie. W takiej sytuacji musiała wybrać to pierwsze. Potrafią być jeszcze gorsi cały czas odbijało się w jej głowie. Co miała mu powiedzieć? Oh, super Devon, to miałam szczęście? Ostrzegał ją przed tym. Mówił jej o tym. Tylko w jej głowie pojawiła się jedna, malutka foliarska myśli — pewnie zrobiłeś tę szopkę specjalnie, co? — warknęła Marshall. Była pewna, że chciał zobaczyć jej chwilę słabości, by później się tym napawać. Miałem rację. Jeszcze tylko tego jej brakowało.
— Dupę sobie spakuj — warknęła Charity i tu właśnie wybuchł jej punkt zapalny. Brwi uniosła wysoko, a oczy prawie wyszłyby jej z orbit — nigdzie nie wyjeżdżam, a na pewno nie z Tobą — odparła chłodnym tonem, wręcz lodowatym. Zaraz strzeliła oczami. Miała dosyć, zwłaszcza słysząc to słowo wywieźć. Aż wyciągnęła telefon, by napisać do Blair, albo do Charliego. Kogokolwiek, byle zabrali ją spod firmy — mam psa, rodzinę, chorego ojca i firmę — zaczyna wyliczać mu Cherry, pokazując na palcach. Jej miejsce znajdowało się tutaj. W Toronto, a zwłaszcza w tym piekielnie wysokim budynku.
— Już nie rób z siebie bohatera — warknęła Charity, wywracając teatralnie oczyma. Zaraz jeszcze zaśmiała się gorzko pod nosem. Bycie uległą nigdy nie wchodziło w jej naturę. Próbowała być ostrożną wobec każdego, a Devon.. co zrobił? Przegonił napastników, ale wcześniej sam nimi jej GROZIŁ — podziękować? To wszystko jest przez Ciebie, Koncecny — wycedziła mu przez zęby. Gdyby nie pojawił się w jej biurze, nie przedstawił absurdalnej propozycji ugody, siedziałaby teraz w barze, popijając jakiegoś słodkiego drinka.
— Przepraszam bardzo, a co chcesz wyjaśniać? — i tu znów czuła, jak wcisnął jej guzik z napisem absolutna furia — co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr czy jakoś tak — a on dalej z Lacey był — jesteś zajęty Devon, ten pocałunek nie powinien się powtórzyć i to są fakty — warknęła, bo dla niej była to oczywistość — nie będę raniła żadnej kobiety w ten sposób, więc idź — powiedziała surowym tonem, a choć... nie chciała zostawać sama, to nie dałaby rady z nim przebywać. Nienawidziła, kiedy ktoś narzucał jej zdanie, a on wręcz machał w jej stronę płachtą na byka.