ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
186 cm
prawnik Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Do tej pory jego wizyty w Toronto były jedynie częścią pracy, ale im częściej tutaj przyjeżdżał, tym bardziej doceniał to miejsce. Miasto miało w sobie coś, co mimowolnie go przyciągało i zachęcało do zostawania także w czasie wolnym. Może to ludzie albo energia, która biła z tego miejsca, ciężko stwierdzić. Pewne było jedno. Podobało mu się tutaj zdecydowanie bardziej niż w Nowym Jorku. Nie, żeby o to było jakoś trudno. Naprawdę średnio wspominał to miejsce. Z jednej strony przez rodziców, z drugiej przez to, jak bardzo nieprzyjemne i obce stało się dla niego wraz z upływem lat. Czemu Kanada? W sumie to trochę przypadek w postaci jego byłej już żony, Heleny. To głównie jej opowieści ściągnęły jego uwagę w tę stronę, ostatecznie pchając go do zyskania paszportu oraz zawinięcia się z Ameryki, zanim życie skomplikuje mu się jeszcze bardziej.
Początkowo kręcił się po różnych miejscach, szukając pracy, która by mu przypasowała. To właśnie wtedy, przegrzebując się przez masę ofert pracy, znalazł otwartą pozycję w Toronto. Przeprowadził się tutaj już kilka tygodni temu, ale jego mieszkanie wciąż bardziej przypominało wystawkę pudeł niż miejsce, w którym ktoś mógłby faktycznie żyć. Wiedział, że w końcu będzie musiał przez to przebrnąć, ale na razie udawało mu się to dość skutecznie odkładać w czasie. Był zajęty, późno wrócił, nie miał czasu — wszystko, byle nie bawić się w organizację nowego domu. Porządki były jego najmniej lubianym elementem zmiany miejsca zamieszkania. Zaczął się nawet zastanawiać nad zatrudnieniem ekipy, która zrobiłaby to za niego. Była to ewidentna przesada i przesadne wyolbrzymianie problemów, ale hej. Nie było nikogo, kto mógłby go za to osądzać. Na szczęście aktualny stan mieszkania był jednym z niewielu minusów, jakie niosły za sobą ostatnie zmiany.
Na co dzień cieszył się życiem i chociaż pracy miał sporo, traktował to raczej przyjemny obowiązek niż męczący przymus. Czuł, że w końcu znalazł się w miejscu, które mogłoby mu pozwolić na nowy start i chciał z tego skorzystać. Dość ambitnie zaangażował się w działalność prawniczą w mieście, jednocześnie powoli zadomawiając się w swojej dzielnicy. Sąsiedzi byli otwarci i przyjaźni, co było całkiem przyjemnym bonusem do całości. Wymiana wypiekami, rozmowy, polecenia knajp oraz innych miejsc, które warto było odwiedzić. Ot typowe życie towarzyskie, w którego posiadaniu Benji nigdy nie był szczególnie dobry. Starał się to jednak zmienić, przynajmniej w granicach własnych możliwości. Starał się wychodzić ze strefy komfortu, co na razie wychodziło mu nieco w kratkę. Nie przejmował się tym jednak jakoś szczególnie, nie kładąc na sobie zbyt dużej presji. Chciał zacząć od nowa, także działanie na pałę zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem.
Jego życie osiągnęło pewnego rodzaju rutynę. Większość dnia przesiadywał w pracy, a wieczorami wychodził na miasto, starając się je lepiej poznać. Dzisiaj był jednak zbyt zmęczony na knajpy czy galerie handlowe, także postanowił potrenować. Przez chwilę nosił się z poszukaniem nowego miejsca do uprawniania boksu, ale ostatecznie stanęło na tym, że poszedł pobiegać. W końcu hej, każdy zawsze mówi, że po czymś takim człowiekowi będzie lepiej.
W słuchawkach na uszach ruszył przez dzielnicę, zwartym, chociaż nieszczególnie szybkim tempem mijając kolejne zabudowania. Tak w sumie to dzisiejszy dzień nie był taki zły.
Muzyka w końcu zaczęła brać górę nad analizą kolejnych spraw sądowych. W końcu istniał tylko on oraz każdy kolejny krok, który wykonywał. Pochłonęło go to na tyle mocno, że nawet nie zauważył sylwetki, która nagle się przed nim pojawiła. Bez namysłu wbiegł w bogu ducha winną kobietę, wywalając na ziemię worki ze śmieciami, które miała ze sobą.
Kurwa — rzucił, wyrwany tak gwałtownie ze strefy zen. W pierwszym odruchu chciał ruszyć do ataku, ale gdy tylko spojrzał na to, czego właśnie dokonał, wyrzuty sumienia wzięły górę. — Jasna cholera, najmocniej przepraszam. Już pani pomagam — rzucił, po czym zsunął słuchawki i wcisnął je w kieszeń. Zaraz po tym przykucnął i zaczął zbierać śmieci, które potoczyły się chodniku oraz drodze. — Mam nadzieję, że nic się pani nie stało? — rzucił jeszcze, zerkając w stronę kobiety. Było na tyle ciemno, że nie mógł dostrzec jej twarzy, ale z sylwetki wyglądała dziwnie znajomo.

helena peregrine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
32 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
165 cm
hakerka oraz informatyczka dla Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkijakiekolwiek
typ narracji3os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

19
Nie tylko jego pierwszym instynktem jest atak – Helena jednak niemalże przerzuca mężczyznę na plecy, tak pogrążona w myślach o śledztwie. W każdej zresztą sytuacji, w której zostaje zaskoczona przez kogoś dużo większego od siebie, jej pierwszym instynktem jest fizyczna obrona, kop w rzepkę lub sierpowy. Jej ręce zaciskają się do pięści, puszczając worki, które niosła. Plastyki rozsypują się po chodniku w niemal fontannie i rozlega się trzask bitego szkła. Słowa mężczyzny wcale nie sprawiają, że czuje się bezpieczniej – to zawsze może być dywersja. Czy to paranoja? Być może. Ale Helena ma wrażenie, że z zainteresowanym nią terrorystą na wolności, nie może sobie pozwolić na pełne rozluźnienie.
Dopiero głos ją otrzeźwia – bo jest znajomy.

Benny? — pyta ostro, wciąż zdezorientowana – i wcale nie opuszcza pięści, wciąż gotowa do uderzenia, bo musi wysilić wzrok, by w ciemności móc wyłapać zarys twarzy i oczu. I faktycznie – to nie kto inny, tylko Peregrine. Helena głośno wypuszcza powietrze z płuc, przymykając w uldze powieki na kilka mocnych uderzeń serca, do którego przykłada dłoń, próbując uspokoić jego rytm. — Peregrine, kurwa — rzuca na wydechu – tylko odrobinę oskarżycielsko, bardziej dla rozładowania napięcia spowodowanego zaskoczeniem. Przez chwilę z tyłu głowy wyrzuca sobie, że zamyśliła się wystarczająco, by ktoś zdążył niemal powalić ją na ziemię. Gdyby to był ktoś o innych zamiarach, to mogło skończyć się bardzo źle.

Ale Benjamin nie ma podobnych zamiarów, dlatego Peregrine odnotowuje to tylko, zanim skupia się na tym, że widzi po raz pierwszy od dłuższego czasu swojego byłego już męża. Marszczy brwi.
Co tutaj robisz? Szukałeś mnie? — pyta. Dopiero teraz zwraca uwagę na rozsypane pod nogami śmieci, których widok wzbudza jej kolejne westchnienie. Szkło zaburza rytm, w jakim światło odbija się od udeptanego śniegu. Kilka butelek potoczyło się też na jezdnię, a dookoła zaczyna się roztaczać piwno-pomidorowy aromat rozsypanych puszek. — Kurwa — powtarza. — Pomóż mi – deleguje Benjamina, bo nie do końca dotarła do niej treść jego poprzednich słów. Wybiega na pustą na ten moment jezdnię, by w pierwszej kolejności zacząć zbierać śmieci mogące zagrażać ruchowi.

Benjamin Peregrine
echo
AI, brak inicjatywy i inwencji, wątki nierozwijające postaci
35 y/o
For good luck!
186 cm
prawnik Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W pierwszej chwili nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo otarł się o niebezpieczeństwo w postaci połamanych, a przynajmniej obitych kości. Pozostawało się jedynie cieszyć z tego, że Helena nie zdecydowała się na przerzucenie go przez ramię. Takie powitanie byłoby zdecydowanie bardziej bolesne.
Sam Benji nie był tego jednak świadomy. Po prostu uznał to za przypadkowe spotkanie z losową osobą. Pomoże jej zebrać rozsypane po okolicy śmieci i ruszy w swoją drogą. Nie brał tego jako okazji do zagadania i poznania nowej osoby, bo nie miał do tego głowy. Potrzebował się zrelaksować i odpocząć, a nawiązywanie nowych relacji było czymś zgoła przeciwnym. Wszystko się jednak zmieniło, gdy usłyszał jej głos. Zdecydowanie znajomy i cholernie niespodziewany.
Mimowolnie wstał z kolan i spojrzał w stronę kobiety spojrzeniem, w którym szok mieszał się z niedowierzaniem. Bo jakie były szanse na to, że wpadnie na nią w tak losowym miejscu? — Hellie...? — rzucił w końcu, cicho i niepewnie. Bo chociaż ewidentnie miał przed sobą dawną, hm, znajomą to wciąż nie mógł w to uwierzyć. Chciał się nawet uśmiechnąć, ale dostrzegł te uniesione w górę pięści i mimowolnie cofnął się o krok. W przeszłości miał okazję się przekonać o tym, że jej ciosy zdecydowanie mogły zaboleć.
Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy zobaczył, jak jej dłonie powoli opuszczają pozycję bojowa. Wciąż jednak nie wiedział, co powinien powiedzieć, także przez chwilę po prostu milczał, patrząc na nią z dośc debilnym wyrazem twarzy. — Wybacz...? — rzucił w końcu, uśmiechając się przy tym przepraszająco. W pierwszym odruchu chciał się jak najszybciej oddalić, ale ostatecznie został. Tak dawno się nie widzieli... szkoda byłoby zmarnować tę okazję. Kotłowały się w nim różne, nieco sprzeczne emocje. Nie był pewien, jak bardzo cieszył się z tego spotkania.
Jasne. Jako metody poszukiwawczej użyłem wbieganie w przypadkowych ludzi i hej, udało się za pierwszym razem. Brawo ja, co nie? — odparł może nieco zbyt sarkastycznie, unosząc przy tym lekko brwi. Zaraz jednak się zreflektował, mając w pamięci siłę jej ciosów. — Po prostu poszedłem pobiegać. Mieszkam w okolicy — dodał szybko, chcąc szybko załagodzić sytuację, zanim ta zdąży się zrobić napięta. Zaraz po tym niemal skoczył na jezdnię zaczął zbierać śmierci zgodnie z jej uprzejmą prośbą. Dopiero teraz dotarło do niego, że skoro wynosiła śmieci to... najpewniej mieszkała w okolicy? Cholera jasna, czy on mieszkał z nią prawie dom w dom? — Nie chciałbym wyjśc na wścibskiego, ale... Ty tu mieszkasz? — dodał, zerkając w stronę domu, przed którym aktualnie się znajdowali.

helena peregrine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
32 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
165 cm
hakerka oraz informatyczka dla Toronto Police Service
Awatar użytkownika
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkijakiekolwiek
typ narracji3os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Unosi lekko brew na ten sarkastyczny komentarz – kącik ust też wymyka się jednak ku górze, zdradzając, że za to sierpowym nie oberwie. — Czyżby? — pytanie jest retoryczne, wypowiedziane z pewnym wahaniem.
Gdy sprawa rozwodowa dobiegła końca, Helena była przekonana, że już się z Benjaminem nie zobaczą. Zwłaszcza po tym, jak wyjechała bez uprzedzenia, zdawkowe wyjaśnienia wysyłając smsem w drodze na lotnisko. Nigdy nie miała dużo rzeczy, więc w zasadzie nie zostawiła po sobie praktycznie żadnego śladu w jego życiu, oczywiście oprócz wciąż wtedy trwającego, małżeńskiego kłamstwa – wygodnie było tak myśleć. I wygodnie było myśleć, że skoro kłamstwo dobiegło końca, nigdy więcej się już nie zobaczą.
A teraz okazuje się, że są sąsiadami?

Helena odchrząkuje lekko, pochylając się po kolejną z rzędu puszkę po energetyku. — Nie, przywożę tu tylko swoje śmieci — odgryza się sarkazmem, poruszając zaczepnie brwiami. — Chyba że myślałeś, że pracuję jako sprzątaczka? — Unosi z ciekawością brwi, zastanawiając się, jaka alternatywa sprawiła, że Benny postanowił się dopytać. Biorąc pod uwagę jej historię zatrudnienia, nie byłoby to też aż tak nieprawdopodobne, chociaż w tej branży akurat by się raczej nie sprawdziła. W końcu jej pierwszą stabilną pracą była dopiero policja, już po powrocie do rodzinne strony – wcześniej trudniła się gdzie popadnie, zawsze w kilku miejscach naraz i nigdy na stałe, chociaż to ostatnie zawdzięczała już niewyparzonej gębie.

Schodzi z ulicy, ładując oblepione śniegiem śmieci do torby, którą zaraz podstawia Benjaminowi, by mógł wyrzucić też swoje zdobycze. Głównie – puszki po energetykach. — Tak, mieszkam tu — mówi w końcu, leniwym gestem wskazując mniej-więcej w stronę swojego budynku. — Także... witaj, sąsiedzie.

Benjamin Peregrine
echo
AI, brak inicjatywy i inwencji, wątki nierozwijające postaci
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”