Może i Anne Marie była uparta, ale Elisabeth potrafiła być jeszcze bardziej. Nie przejmowała się niczym, przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz i jej nowy towarzysz też nie musiał. Przynajmniej według niej. Jedyne, co Stanley miał teraz zrobić, to iść w jej ślady: nie tłumaczyć się, nie wdawać w dyskusję, nie szarpać nerwowo krzesła. Miał siedzieć, oddychać i pozwolić jej prowadzić. W tej ślicznej jej główce plan ułożył się błyskawicznie; gdyby mogła zdradzić, jak bardzo bawiła ją ta improwizacja, szczerzyłaby się jak głupia. Zamiast tego utrzymała na twarzy swój „bankietowy” uśmiech, ten, który był jednocześnie ciepły i nieprzenikniony.
W kawiarni panował zwykły, miękki chaos: przy barze syczała para z ekspresu, łyżeczki dzwoniły o porcelanę, a gdzieś w tle grała muzyka, która brzmiała jak zapomniana playlista „cozy cafe”. Z okna wpadało zimne światło, odbijające się w szybie tak, że sylwetki ludzi mieszały się z ulicą. Elisabeth rejestrowała to wszystko mimochodem. Kątem oka widziała kelnerkę krążącą między stolikami i baristę wycierającego blat dłużej, niż było to konieczne. Czuła, że napięcie przy ich stoliku zaczyna wciągać uwagę całego lokalu i to ją nawet nieco satysfakcjonowało. Publiczność zawsze wzmacniała efekt.
–
Idiota na studiach wpadł na mnie z impetem i roztrzaskał mi cały ekran – rzuciła lekko, kiedy temat telefonu wrócił w rozmowie. Brzmiała tak, jakby opowiadała o drobiazgu, nie o czymś, co normalnie doprowadziłoby człowieka do szału. Jej palce pracowały szybko: wpisała swój numer do kontaktów w telefonie Stanley’ego i bez cienia wahania podpisała się jako
„Love
”. To nie był romantyczny gest. To była etykieta, która miała działać jak klamra: prosta, jednoznaczna, trudna do podważenia.
Wysłała krótki SMS do siebie samej ot, „strzałkę”, żeby numer zapisał się również u niej, po czym oddała mu telefon. Zwróciła uwagę na to, jak napięte miał dłonie. Jakby ten kawałek szkła i metalu ważył tonę. Elisabeth chciała mu powiedzieć, żeby się ogarnął, ale zamiast tego posłała mu tylko krótki, znaczący uśmiech.
„Masz robić to, co ja” — mówił ten uśmiech.
I wtedy Anne Marie dotarła do stolika. Elisabeth poznała ją jeszcze zanim usłyszała słowa. po dźwięku obcasów, po sposobie, w jaki kobieta wchodziła w przestrzeń, jakby należała do niej cała kawiarnia, jakby cudze stoliki były jedynie przeszkodami. Elegancka, dopracowana, perfumy miała ciężkie i drogie, takie, które nie pytały o zgodę, tylko zajmowały powietrze. W spojrzeniu tkwiła wyższość i coś jeszcze coś, co Elisabeth natychmiast zaklasyfikowała jako obsesję.
–
Twojego? – powtórzyła El z idealnie udawaną łagodnością, unosząc brew. Na jej twarzy pojawiła się niewinność niemal komiczna w tym kontekście. –
Ale ja właśnie znalazłam swojego… siedzi naprzeciwko mnie.- Powiedziała to anielskim głosem, jakby objaśniała dziecku oczywistość. Potem wróciła do kawy. Demonstracyjnie. Spokojnie. Jakby cała sytuacja była jedynie szumem w tle. Po chwili jednak skrzywiła się, tym razem już szczerze.
–
Zupełnie ostygła i jest okropna… tak jak ty – dodała, kierując ostatnie słowa do Anne Marie. Nie podniosła głosu. Właśnie w tym tkwiła przewaga: jej spokój był jak policzek. Zauważyła, że rozmowy przy sąsiednich stolikach ucichły o pół tonu. Ktoś wstrzymał ruch łyżeczki w filiżance. Kelnerka, przechodząc obok z tacą, zwolniła, a jej oczy rozszerzyły się w tym charakterystycznym „oho”, które mówiło, że pracownicy kawiarni kochają dramy, dopóki nie muszą ich sprzątać.
Elisabeth westchnęła głośno i przewróciła oczami, jakby Anne Marie była tylko irytującym komarem. Potem wstała, płynnie, bez nerwowych ruchów , chociaż w środku uruchomiła już tryb „zabezpieczenie”. Lubiła kontrolę. A tu kontrola należała do kogoś, kto mógł się okazać nieobliczalny.
Podeszła do kelnerki.
–
Poproszę nowe cappuccino. To już jest nie do picia. Dziękuję! – powiedziała grzecznie i podała filiżankę tak, jakby zamawiała dokładkę ciasta, a nie rozgrywała właśnie małą wojnę.
Pod spodkiem, dyskretnie, był wsunięty kawałek papieru. Elisabeth zostawiła go tak, żeby kelnerka znalazła go dopiero przy barze, gdy będzie bezpiecznie i bez świadków. Na kartce krótkie polecenie: żeby wezwać policję, dyskretnie. El potrafiła o siebie zadbać, ale nie była naiwna. Jeśli Anne Marie była typem, który nie odpuszczał, to lepiej było mieć plan B i C. Nie dlatego, że Elisabeth się bała. Tylko dlatego, że wolała mieć przewagę.
Zamiast wrócić na swoje krzesło, podjęła decyzję, która miała zamknąć usta wszystkim w promieniu kilku metrów. Usiadła na kolanach Stanley’ego. Zrobiła to swobodnie, jakby to było ich stałe miejsce, jakby jego nogi były częścią wystroju. Założyła mu ręce na szyi i wtuliła twarz w jego policzek. Czuła napięcie jego ciała, tę krótką sztywność człowieka, który nie wie, czy to żart, czy katastrofa. Elisabeth jednak nie dała mu czasu na wątpliwości. W improwizacji liczyło się tempo. Liczył się obraz. –
Zaufaj mi. I oddychaj. -szepnęła cicho zanim delikatnie przekierowała jego twarz w swoją stronę, spojrzała mu w oczy na sekundę, z tą cichą prośbą, żeby jej nie sabotował. I wtedy pochyliła się i pocałowała go. Krótko, ale wyraźnie, bez miejsca na interpretację. Tak, żeby Anne Marie nie mogła tego obrócić w „to nic nie znaczy”. Tak, żeby cała kawiarnia, łącznie z kelnerką, która właśnie odwracała się z ich filiżanką dostała komunikat: ten rozdział jest zamknięty.
Elisabeth miała tylko nadzieję, że Stanley nie będzie miał jej tego za złe. Że zrozumie, iż to było jedyne, co przyszło jej do głowy, co mogło być wystarczająco skuteczne, by przekonać jego byłą, że statek odpłynął dawno temu i nie wróci.
Stanley Knox