-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cały ten wieczór, a także poranek. Ten kac moralny, którego doświadczała, jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z takim imprezowym życiem. Nie mówiąc o tym, że nie całowała się zbyt często. W zasadzie mało kiedy, bo też miała jedynie jednego chłopaka i to na krótko, bo szybko wyszło, że raczej nie powinni być razem. Tylko, że nie chodziło w tej jej panice tylko o to, że miałaby się całować z Krossem. Chodziło o jej własną moralność.
Bo jakby się jej zapytać, to uważała, że mordę miał dobrą. Tylko charakter skomplikowany.
Może gdyby była jedną z jego znajomych, typowych nastolatek, która wiele już przeżyła, to nie reagowałaby aż tak. Ale nie była. I dla niego mogło to być komiczne, ale dla niej? Cóż, naprawdę czuła się źle z samą sobą.
Ciekawe kiedy przyjdzie jej wkurwienie na Marvina za to, że ją zostawił.
— No… nie jesteśmy kompatybilni. — Bo dla niego to pewnie miało żadne znaczenie. Liczyło się może głównie to czy ktoś był atrakcyjny czy chętny na mejkałt, ale ona wolała wymieniać ślinę z kimś, kto nie jest przypadkowy. Dla niej całowanie miało nieco większe znaczenie niż przypadkowe lizanie pod ścianą dla zabawy. Nie chciała tego robić z pierwszą lepszą osobą, nie mówiąc już o tym, że ta osoba kogoś miała. Szmatę co prawda, ale miała.
Dlatego też uważała, że cokolwiek zaszło między nimi, powinien być fair wobec swojej dziewczyny i jej o tym powiedzieć. Co prawda nie znała zasad między tą dwójką i ich układów, ale wydawało jej się, że szczerość w związku jest ważna, prawda? A oni jednak byli razem dość długo, więc to nie wydawała się być pierwsza lepsza zapchaj dziura.
Chociaż co ona o nich wiedziała.
Brew jej drgnęła wyżej na jego odpowiedź, ale chyba częściowo się tego spodziewała. Teraz tylko nie wiedziała dlaczego. Bo ona była suką? Czy dlatego, że miał gdzieś moralność i własne sumienie?
— Serio? — spytała. Ona na miejscu Maldity wolałaby wiedzieć niż być okłamywaną przez własnego faceta, że lizał się z inną laską. Jeszcze gorzej, jakby wiedzieli wszyscy dookoła, tylko nie ona.
No to wyglądało jak duży, czerwony red flag.
Gdy stwierdził, że żartował, w pierwszym odruchu poczuła ogromną ulgę. I nawet odetchnęła. W drugim jednak zastanawiała się czy teraz przypadkiem nie żartuje, bo zaczęła temat poinformowania Maldity, czy jednak faktycznie to był głupi, bardzo nieśmieszny żart. Bo ona naprawdę zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia.
Nie zdążyła jednak zarzucić mu głupich śmieszków, bo pociągnął wypowiedź dalej.
— Boże, nie chodziło mi o to, że jesteś syfem — zaczęła, krzyżując ręce na piersi. — Po pierwsze, masz dziewczynę, a ja czułabym się źle z samą sobą, gdyby cokolwiek zaszło, gdy ty jesteś w związku. Dlatego „nie ma szans” i „bo to ty”. Nie dlatego, że jesteś jakiś spaczony. Może dla was to normalne, że mimo bycia z kimś, to każdy z każdym się całuje i chodzi do łóżka, ale dla mnie nie — powiedziała unosząc jeden palec, lustrując go spojrzeniem. Nie pozwoliła mu jednak na to odpowiedzieć, bo ciągnęła dalej. — Po drugie — podniosła drugi palec — uważam, że jesteś całkiem spoko, jak nie udajesz niewiadomo kogo. Może nie pamiętam wiele, ale grało się fajnie, dopóki mnie nie zmiotło. Nie mówiąc o tym, że z jakiegoś powodu, to ty się mną zaopiekowałeś, a to oznacza, że masz ludzkie odruchy. Jeszcze trochę i pomyślę, że naprawdę jesteś miły pod tą całą otoczką. — Bo nie musiał. Był ostatnią osobą, którą by o to podejrzewała, a jednak to na jego kanapie się obudziła. Może z kiepskim żartem z rana, ale chociaż była bezpieczna. Chyba. Mogła tak przypuszczać. — Po trzecie… — podniosła trzeci palec. — cokolwiek. Jestem strasznie głodna — przyznała, z ciężkim westchnięciem.
Przeszła do stolika po szklankę z wodą, aby upić dwa łyki. Teraz nawet ból głowy nie był tak upierdliwy, gdy się wygadała, a stres z niej zszedł. Do szczęścia brakowało jej jedzenia. I…
— Gdzie mój telefon? — spytała, czując znowu narastającą panikę, bo nie miała go w kieszeni.
Ciekawe ile miała nieodebranych połączeń od ojca.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeśli w ogóle myślał o dalszej karierze w swoim sporcie.
Dlatego nie robił awantury o wszelkie wysoki dziewczyny, pozostając na nie ślepym. To trochę jak te reelsy o tym, że jesteś żoną milionera i wchodzisz do domu, przyłapując go na zdradzie… Tylko po to, aby zaraz wyjść, udając, że niczego nie widziałaś.
On był tą żoną.
Akceptował pewne patologie, bo mu na czymś bardzo zależało. Już nawet nie tyle co na popularności w szkole, bo to akurat Maldita bardziej na nim się wywindowała, niż on na niej; szczególnie piękna nie była – to znaczy była, według ogółu, ale to nie był jego typ urody. Zależało mu po prostu na karierze.
I niby miał wyjebane, przynajmniej cały czas taką postawę sobą reprezentował, ale jakoś wyjątkowo przyczepił się tego tematu, gdzie ona zaprzeczała wszelkim możliwym scenariuszom, gdzie oni niby coś. Chociaż bardziej go interesowało to, że to ona się na tym tak zafiksowała i bardzo manifestowała, że przecież nic absolutnie.
Jej wyjaśnienie raczej niespecjalnie go przekonało. Gdyby miało chodzić o to, że on był z kimś, to nie fiksowałaby się na tym, że ‘on’, albo że ‘oni nie mogliby w zyciu’. Tylko właśnie wokół słów, że ma dziewczynę. A nie ‘ale to ty’. Co on? Jedyny na świecie miał być w związku?
Nie odzywał się w czasie tej jej wyliczanki (bo wiedział, że jej i tak się nie przegada), ale przy punkcie drugim to przewrócił oczami. Nie przejmowało go jej zdanie, wiedział że ma je już mocno wyrobione, a średnio – a w zasadzie wcale – mu zależało na tym, aby je zmienić. Nauczył się już, że Zoe jak sobie coś wkręci, to nie było wuja ani chuja na świecie, który by zmienił jej zdanie, chyba że sama nagle by tak nie postanowiła. Żaden argument, nawet najbardziej logiczny, nie sprawiłby, że przyznałaby się do błędu. Nawet teraz – wychodziło na to, że całkowicie o nią zadbał, kiedy spiła się w trzy dupy na imprezie, na której została bez nikogo, a ona mu zaczyna mówić o tym, że ‘ma ludzkie odruchy’.
Ależ go musiała demonizować w swojej głowie. I kto tu oceniał książkę po okładce?
Nie odezwał się, a jedynie przeszedł do kuchni, aby na kawałku papieru napisać ‘cokolwiek’ i podać jej na talerzu, A tak naprawdę, żeby zrobić szybkie śniadanie, które już i tak wcześniej zaczął przyrządzać.
Zerknął jedynie w jej stronę, gdy zapytała o jej telefon, na moment się nad tym zastanawiając. Cóż, nieszczególnie się tym przejmował, kiedy wyprowadzał ją z imprezy. Raczej był zdania, że wszystko ma przy sobie, a kieszeni jej nie sprawdzał.
— Nie wiem — odpowiedział, zgodnie z prawdą. Kieszeni jej nie sprawdzał, chociaż przydreptała tutaj w jego kurtce, bo swojej nie potrafiła znaleźć wśród wszystkich innych. Nie rozmyślał nad tym, czy zostawiła urządzenie akurat tam, bo raczej nikt normalny (ona normalna akurat nie była) tego nie robił i trzymał smartfona przy dupie, zwłaszcza na imprezie w obcym miejscu.
Ale cholera ją wiedziała.
— Potrzebujesz to weź mój. — Ten akurat leżał na ławie w salonie. Nie spodziewał się, że może chodzić o jakieś nieodebrane połączenia, na które musiała odpowiedzieć na cito. On takich problemów nie miał, nikt do niego nie wydzwaniał jak nie wrócił do domu na noc.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Raczej nikt, zwłaszcza z jego ofiar, się nie spodziewa, że ten sam chłopak zrobiłby coś takiego. Jak Zoe opowie Marvinowi, że Kross się nią zajął po imprezie, to pewnie zaraz oberwie na ryj jakimiś wyobrażeniami z dupy, że na pewno robili jakieś niestworzone rzeczy. Raczej nie zaakceptuje po prostu faktu, że ją u siebie przenocował i wyniósł z imprezy, kiedy już przestała ogarniać. Z imprezy, gdzie była sama, bo ktoś obrażony sobie poszedł…
Uważała więc, że Kross najwyraźniej był spoko kolegą, tylko w swoim środowisku był… no jaki był, czyli chłopakiem, który topił czyjąś głowę w kiblu i zamykał go w szafce na korytarzu dla dziwnych zasad. Tego raczej nigdy nie zrozumie i chyba nie zamierzała.
Przeszukała swoje spodnie, a potem kieszenie bluzy, gdzie urządzenie powinno się znajdować, ale go nie było. Nagle zrobiło jej się cieplej, bo jeśli straciła telefon…
Ale wtedy Georgia się podniosła z kanapy i zmieniła swoje miejsce, dzięki czemu Zoe szybko mogła odnaleźć swój wyładowany telefon. Jak długo nie było z nią kontaktu? Nie miała pojęcia, ale była pewna, że jej ojciec już zauważył, że nie ma jej w domu i zapewne nie było całą noc. I chociaż był to człowiek bardzo mocno zajęty swoją robotą, na tyle, że nie miał czasu na rodzinne obiady czy wyjścia, to odkąd stracił swoją drugą połowę, zawsze patrzył czy dzieci chociaż są w domu.
Skoro żona nigdy nie wróciła, to chociaż upewniał się, że dzieci tak.
Sięgnęła do urządzenia należącego do Krossa i z pamięci wpisała numer ojca. W duchu już słyszała opierdol i kiedy tylko telefon po drugiej stronie został odebrany, ostatni raz pomodliła się w duchu zanim się pnyrzitała z ojcem.
— U koleżanki. — Fajna koleżanka, Zoe. — Zasiedziałam się. Tak wiem… wiem… przepraszam, zasnęłam i nie słyszałam telefonu, a potem się wyładował. Nie, nic mi nie jest — powiedziała z westchnięciem, krążąc po salonie. Słuchała zdenerwowanego głosu ojca, wyczuwając w nim też jakąś dziwną ulgę, że jednak żyje i nikt jej nie porwał. Była jednak przygotowana na wykład, że powinna lepiej pilnować swojego telefonu i chociaż wcześniej dać mu znać. Przynajmniej w takich momentach wiedziała, że faktycznie zwracał na nią uwagę, nawet jak jej się wydawało, że nie. — Niedługo wrócę — dodała ciszej, z westchnięciem, a chwilę później się rozłączyła.
Opierdol zebrany, teraz weekend.
Odłożyła jego telefon na ławę, tam skąd go wzięła.
— Dzięki — powiedziała, odwracając się w jego kierunku. Przejęła od niego szybkie śniadanie i wzięła pierwszy gryz, mając wrażenie, że właśnie tego potrzebował jej żołądek do prawidłowego funkcjonowania. Całe szczęście, że nie stwierdził, że tego nie przyjmie i lepiej będzie zwrócić całą treść żołądka. — Będę mogła wziąć jeszcze prysznic? Jak ojciec wyczuje ode mnie alkohol, to mnie zabije. — Bo w końcu nie wiedział, że poszła na imprezę. Miała być u znajomej i się uczyć, a nie wychodzić pić, a potem jeszcze nocować u chłopaka. W dodatku takiego, którego nie znał.
Dobrze, że nie wiedział jak bardzo straciła godność tego wieczora.
— I w ogóle… — rozejrzała się po tym rozwalonym kocu, przygotowanym śniadaniu i nawet wodzie, która stała na stoliku, przypominając jej jak bardzo się spiła i odwodniona przez to była. — Dziękuję. Że się mną zająłeś, teraz też zajmujesz i w ogóle. — Bo równie dobrze mógł ją wyjebać za drzwi z sekundą jak się obudziła. — I wybacz, że tak… — ci odjebało? — emocjonalnie podeszłam do tego wszystkiego, ale nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji. — To znaczy, nigdy się nie spiła, nigdy nie obudziła nie pamiętając poprzedniego wieczora i nigdy nie obudziła się w domu chłopaka, który powiedział jej jeszcze, że się całowali. Wiele nowych rzeczy jednego dnia, więc trochę spanikowała.
Można powiedzieć, że kilka pierwszych razy ma już za sobą.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I mógł się tylko domyślać, że w tym czasie Zoe wysłuchiwała całej rodzicielskiej tyrady. Było mu to znane, ale nie z takich okoliczności, jak u niej.
— Myślę, że powinnaś wziąć co najmniej dwa, żeby to w ogóle pomogło — odpowiedział, z krzywym uśmiechem na gębie, zaraz jednak dodając: — Łazienka jest na górze. — Mogła wziąć nawet kąpiel w wannie z hydromasażem. Niemniej co miał mieć przeciwko temu, że dziewczyna się u niego wykąpie? Jemu to wisiało. Ale gdyby jakimś cudem wpadła tu szturmem Maldita, to byłby przypał. Jeden wielki, a także i nie pierwszy.
Dziwnie mu było z tymi podziękowaniami. Jeszcze dziwniej z przeprosinami, bo ani jednego, ani drugiego nie uświadczył w swoim życiu zbyt często. Z tego powodu i teraz nie chciał tego słuchać, bo było to niewygodne i niekomfortowe. Nie mówiąc już o fakcie, że uważał to wszystko za niepotrzebne.
Zamiast przyjąć to, co mówiła, zwijał się w środku z każdym kolejnym słowem, zewnętrznie reagując na to wszystko najpierw wzruszeniem ramion – zbywając całość, jakby była niczym – a następnie odzywając się:
— Jako twoja koleżanka — dość znacząco zaakcentował to określenie — czuję się uprawniony do pouczenia cię. — Uniósł delikatnie brew, a zanim zdołała wnieść jakikolwiek sprzeciw, podjął dalej: — Powinnaś sobie lepiej dobierać przyjaciół, smartypants. Nawet moi przyjaciele-neandertalczycy by nikogo nie zostawili samego w takim stanie w obcym miejscu. — A przecież oni byli tylko od nabijania się i ruchania na pięterku. A przynajmniej tak pewnie twierdziła. Nie zamierzał zaprzeczać, że tego nie robili, ale przynajmniej jak trzymali się razem, tak się trzymali. Jak taka dysfunkcyjna, patologiczna rodzina, ale wciąż rodzina i wciąż pilnująca się nawzajem.
No, może z tym określeniem ich jako rodziny to była przesada. I to gruba. Ale nie zmieniało to faktu, że dbali o swoje dupy nawzajem, i to w nieseksualnym podtekście, bardziej niż Marvin zadbał o dupę Zoe.
— Jeśli nie dasz mu po mordzie jak go zobaczysz, to sam mu strzelę po pysku, ale i stracę do ciebie jakikolwiek szacunek. — Nie to, żeby jakiś wielki miał; z drugiej strony: zadbał o nią i nie chciał, aby skończyła nieświadomie w objęciach Dudley’a. Ale to nie było ściśle związane z nią – raczej nigdy nie przyklasnąłby takiej zagrywce, bo była po prostu słaba. Delikatnie mówiąc.
Tyle tylko, że tej części swojej pijackiej eskapady Zoe nie pamiętała, a on nie planował jej o tym opowiadać, aby po prostu oszczędzić dalszej traumy. I konieczności opowiadania o tym wszystkim – nic się nie stało ostatecznie, więc mógł udawać, że to zwyczajnie nie miało miejsca.
Choć to było jeszcze do przemyślenia, bo może jednak potrzebowała takiego policzka, żeby przeewaluować sobie swoją znajomość. Z drugiej strony – co go to obchodziło? A, bo przecież Zoe i tak zawsze wiedziała lepiej co zrobić i jak zrobić.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo innych majtek to by się po niej nie spodziewała, ale może znowu ocenia po okładce.
I to nie tak, że zamierzała już go pozbawiać ubrań z szafy, ale wolała iść do domu chociaż częściowo nie pachnąć jak tamta impreza. A że sama miała w swojej szafie kilka t-shirtów, to zawsze mogła wmówić ojcu, że to jej, nie? W tych czasach męskie i damskie rzeczy niewiele się różniły od siebie.
Gorzej jak ojciec zacznie ją wąchać, a ona będzie pachnieć facetem.
Musiała jednak mu podziękować, chociaż dla samej siebie. Bo wiedziała, że to nie był przecież jego zasrany obowiązek, a ona mimo wszystko była wychowanym człowiekiem, który odczuwał wdzięczność i umiał komuś powiedzieć „dziękuję”, gdy na to zasługiwał. I potrafiła się też przyznać do błędu, kiedy ktoś jej udowodni błąd w rozumowaniu. Akurat nie miała większych problemów z wyrażaniem emocji.
Chyba, że temat schodził na matkę. W tym akurat byli podobni, chociaż o tym nie wiedzieli.
Początkowo kąciki ust jej drgnęły wyżej, kiedy zaczął mówić, ale dość prędko opadły na wspomnienie o porzuceniu przez przyjaciela. To było ostatnie co pamiętała. Że pokłóciła się z Marvinem o to, że dobrze się bawiła podczas piwnego ping-ponga z Krossem.
I proszę, gdzie to ich doprowadziło?
— Ta… to… — mruknęła, opuszczając spojrzenie, w zasadzie samej nie wiedząc jak ma na to odpowiedzieć. Nie zamierzała bronić Marvina, bo sama uważała, że to było bardzo nie fair zachowanie. Niezależnie jak był na nią zły, nie powinien był jej zostawiać samej pośród ludzi, których nie znała. Zwłaszcza, że widział ile wypiła. — Nie patrz się tak, nie sądziłam, że kiedykolwiek mnie zostawi w taki sposób — powiedziała, podnosząc wzrok na Evandera.
To był pierwszy raz, na dobrą sprawę, jak się na nim tak faktycznie zawiodła. Na najbliższym, wydawałoby się, przyjacielu, który był przy niej od pierwszego dnia jej przeprowadzki.
Westchnęła ciężej pod nosem na kolejne słowa chłopaka. To było nawet miłe. Poza tym, że straciłby do niej całkowity szacunek.
— Szanujesz mnie? — spytała, jakże zabawnie. Zaraz jednak ten uśmiech jej zniknął z twarzy, przywracając zmęczenie i przy okazji zagubienie. Cały ten poranek nie wiedziała co zrobić i jak się okazywało, teraz też nie. Gdy nie chodziło o przedmioty ścisłe czy sporty wodne, to dość łatwo się gubiła. — Pogadam z nim. Nie dam mu po mordzie, bo złamałabym sobie przy tym rękę, ale pogadam. Znaczy, opierdzielę go, ale no wiesz. Bez rękoczynów. — A i tak pewnie oberwie za to, że spędziła noc u Krossa, a potem, o ironio, będzie bronić Evandera i jego honoru przed Marvinem, który widzi w nim zło konieczne. A jak się okazywało, Król Szkoły miał o wiele więcej do zaoferowania niż głupie żarty w szkole.
Marvin nigdy by w to nie uwierzył. I też nie było co mu się dziwić.
— Dostanę tę koszulkę? — Dobra zmiana tematu, Avery.
Evander Kross