-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie musisz się spinać - odezwał się po chwili, przesuwając dłonią w górę i w dół po jego plecach. - Właściwie... nic się nie stanie, jeśli wezmę trochę raz na jakiś czas - zniżył głos, szept kierując prosto do jego ucha. Jego głos drżał lekko, z czego sam Menendez nie zdawał sobie do końca sprawy, ale składało się na to kilka czynników: to, że coraz bardziej chciał wziąć cokolwiek na rozluźnienie, że coraz mocniej pragnął Saula i jego bliskości i że stojąc tutaj, na tym parkiecie gejowskiego klubu i trzymając Devlina w ramionach czuł się... szczęśliwy, mimo jednoczesnego bycia smutnym, jeśli to miało jakikolwiek sens.
- Spotkajmy się za piętnaście minut w toalecie - znów mruknął mu do ucha, muskając jego płatek wargami, po czym odsunął się od Saula niechętnie i ruszył za mężczyzną w zielonej bluzie, który chwilę wcześniej mignął mu za plecami przyjaciela. Znał go z widzenia, wiedział, że ten diluje, zdarzało mu się już od niego kupować, więc nie spodziewał się, że "spotkanie" zajmie jakoś przesadnie dużo czasu.
W łazience pojawił się faktycznie jakieś 15-20 minut później. Czuł podskórnie, że może nie jest to tak do końca dobry pomysł, bo gdzieś tam jeszcze odzywały się w nim zalążki logicznego myślenia; z drugiej jednaj strony chciał się rozluźnić i chciał znów zaszaleć w towarzystwie Saula, brakowało mu tego, a poza tym potrzebował czegoś na odwagę, żeby sięgnąć po to, o czym tak marzył, a do czego odwagi mu brakło bez prochów. Miał nadzieję, że mężczyzna będzie tam na niego czekał, choć liczył się (chyba) z tym, że może być adorowany właśnie przez jakiegoś innego faceta, ale jeśli nawet, to miał nadzieję, że szybko uda mu się go pozbyć.
Saul Devlin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kiedy Salvador go przytulił i zaczął gładzić plecy, Saul wtulił się w niego; z początku niepewnie, ale po chwili coraz mocniej, obejmując go rękami i również gładząc jego plecy. Słyszał, co Salva mówił i zastanawiał się, czy to dobry pomysł. Owszem, raz na jakiś czas i "trochę" też szkodzi - to wciąga jak bagno, jak jakaś pieprzona czarna dziura. Salva nie powinien nic brać, jeśli próbował rzucić - nic, absolutnie. Ale z drugiej strony uzależnienie Saula wołało, ciągnęło, wzywało... Pragnęło prochów, potrzebowało tego otumanienia, tych kolorów, tego haju... I nie chciało tego przeżywać samotnie - potrzebowało drugiej osoby, żeby razem iść tą ścieżką pełną zwodniczych pułapek, kuszących swoją pięknością i miękkością, ale potrafiących wyrządzić dużo krzywdy.
Kiedy Salva odszedł za chłopakiem w zielonej bluzie, Saul popatrzył za nim, walcząc wciąż ze sobą i chcąc go zatrzymać. Chwycił jego rękę i trzymał, ale niezbyt mocno; mając w oczach ból i walkę. Czuł się winny, czuł się jak szmata, bo wciągał z powrotem w uzależnienie kogoś, kto był dla niego bardzo ważny i na kim mu zależało - na jego szczęściu i powodzeniu w życiu. Bardziej, niż na własnym szczęściu i zdrowiu.
Kiedy Salva zniknął mu z oczu w tłumie, Saul stał jeszcze chwilę, patrząc w tamto miejsce, a w końcu ruszył do wyjścia. Musiał zapalić, musiał się uspokoić i przemyśleć wszystko, poukładać sobie w głowie. A przede wszystkim - odurzyć się trochę przed spotkaniem w toalecie. Stanął pod ścianą, opierając się o nią plecami i jedną stopą. Zaciągnął się głęboko i wstrzymał oddech, żeby dym dobrze wsiąkła płuca i dał mu za chwilę te zawroty głowy, które były mu teraz potrzebne na rozluźnienie. Przymknął oczy i stał tak, wciąż próbując wywalczyć sam ze sobą jakieś stabilne rozwiązanie, coś, co będzie najlepszym wyjściem z tej sytuacji. Jakąś ścieżkę działania, którą obaj będą mogli pójść, ręka w rękę. Nie powinien pozwalać Salvie brać, a już tym bardziej nie powinien go do tego namawiać - a już samo pytanie o takie rzeczy teraz było w jego oczach namawianiem, skoro Salvador zareagował w ten sposób i poszedł po narkotyki. Ale z drugiej strony nie mógł się nafurać sam, bo to by było chamskie i nie do przyjęcia - nie w tej sytuacji. Nie w klubie, gdzie byli razem i gdzie mieli razem spędzić czas, gdzie powinni być na tym samym poziomie odbierania rzeczywistości. A Saul musiał coś wziąć, po prostu teraz już musiał, bo ten potwór siedzący w jego klatce piersiowej już wyciągał macki i coraz mocniej oplatał jego szyję, żądając prochów.
Wreszcie wypalił papierosa do końca i poszedł do toalety, wciąż niepewny, ale kierujący się bardziej w stronę wzięcia czegoś razem. Raz też zaszkodzi, ale... razem. Razem lepiej. Razem będą czuć, odbierać świat inaczej, razem się zakręcą... Razem będzie lepiej.
Uśmiechnął się do Meksykanina, kiedy ten pojawił się w drzwiach i objął go ramieniem.
- Teraz wszystko zajęte, ale zaraz znajdziemy odpowiednie miejsce - powiedział, mając na myśli którąś z kabin. Z jednej z nich dochodziły stłumione jęki i westchnienia.
Wreszcie jedna z kabin się zwolniła, a kolejka przed nimi się rozeszła, więc Saul pociągnął Salvadora za sobą i postawił go pod ścianą, zamykając za sobą drzwiczki.
- Co masz? - zapytał patrząc na niego wzrokiem wygłodniałego psa.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się szeroko na widok mężczyzny, ciesząc się, że ten nie postanowił sobie jednak na przykład pójść albo znaleźć sobie innego, lepszego towarzystwa, bo bądźmy szczerzy, Salva zdawał sobie sprawę z tego, że nie zawsze był najlepszym towarzyszem do imprezowania, zwłaszcza w takich momentach, kiedy próbował rzucić. Teraz jednak to postanowienie bycia czystym gdzieś wyparowało, pokonane przez inne potrzeby i pragnienia, a Menendez postanowił się nad tym teraz nie zastanawiać. Klubowa muzyka dudniła mu w uszach, wibrowała w podbrzuszu, a zapach perfum Saula znów otulił go przyjemnie, gdy ten objął go ramieniem. Przez chwilę wpatrywał się w niego z uśmiechem, błyszczącymi ślepiami zakochanego szczeniaka, pozwalając się pociągnąć do jednej z kabin, gdy ta się zwolniła. Oparł się posłusznie plecami o ściankę kabiny, patrząc na Saula z zachwytem i wstrzymując oddech na chwilę, gdy ten zamknął za nimi drzwiczki i obrócił się przodem w jego oczach. Podobał mu się ten wygłodniały wzrok mężczyzny, choć wiedział, że nie był wymierzony de facto w niego, a w prochy, które ten już sobie na pewno wizualizował. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia, bo i tak serce Meksykanina przyspieszyło znacznie, a jego oczy przez chwilę prześlizgały się po twarzy przyjaciela, zanim wreszcie sięgnął do kieszeni w spodniach, wyjmując z niej saszetkę z jasnym proszkiem. Stare, sprawdzone MDMA.
- Uznałem, że skoro szaleć, to szaleć - błysnął zębami z uśmiechem, po czym sięgnął jeszcze po portfel, z którego wyjął swoją kartę kredytową i podał mu ją razem ze swoim telefonem. - Czyń honory - ukłonił mu się lekko, nie odrywając od niego wzroku i wierząc, że Saul doskonale będzie wiedział co z tym wszystkim zrobić.
Saul Devlin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Powstrzymał się od tego. Potarł dłonią wargi, kucając przy muszli klozetowej, by na zamkniętej desce położyć telefon Menendeza. Wysypał trochę proszku na szkło i podzielił go zręcznie kartą kredytową - robił takie rzeczy nie raz i nie dwa, więc widać było teraz dużą wprawę, kiedy tworzył dwie równe kreski. Mniej więcej połowa proszku została jeszcze w saszetce - na ewentualne później, jeśli to, co teraz wciągną, nie wystarczy.
Wyjął z kieszeni szklaną rurkę - kiedyś specjalnie kupił szklane słomki do napojów i przyciął je tak, żeby mogły służyć do wciągania. Podał ją Salvadorowi z uśmiechem, patrząc teraz na niego. Kiedy tak stał nad Saulem, wydawał mu się kimś przepięknym, silnym, niesamowitym. Za każdym razem, kiedy Saul na niego patrzył, czuł mocniejsze bicie serca, choć nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy przyjaciel podał mu szklaną rurkę Menendez ujął ją w palce i ukucnął przy nim, ocierając się tym samym ramieniem o ramię Saula. Spojrzał na niego z bliska, powstrzymując się przed pocałowaniem go - po raz kolejny tego wieczoru. Nie wiedział dlaczego właściwie tak się przed tym powstrzymywał, ale chyba głównie chodziło mu o to, że nie chciał tracić ich przyjaźni; Saul był dla niego obecnie najważniejszym człowiekiem chodzącym po Ziemi i nie wyobrażał sobie, że mógłby go stracić. Na chwilę więc zagubił się w jego oczach, w końcu jednak pochylił się do swojego telefonu i do rozdzielonych prochów, po czym przytknął jeden koniec rurki do jasnego proszku, a drugi do swojego nosa i wciągnął połowę swojej kreski, zaraz potem to samo robiąc z drugą połową, pakując ją do drugiej dziurki.
Niemal od razu zakręciło mu się w głowie, więc oparł się ciężko plecami o ściankę kabiny, przez chwilę siedząc z zamkniętymi oczami, a gdy zawroty odrobinę minęły otworzył je znowu i ponownie wlepił spojrzenie w przyjaciela, a na jego twarzy pojawił się po raz kolejny szeroki, szczery uśmiech.
- Smacznego, mi vida - odezwał się cicho, wyciągając rękę w stronę przyjaciela i poklepał po lekko po policzku, po czym cofnął dłoń, żeby nie przeszkadzać mu w sięganiu po towar.
Saul Devlin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie, dość tego! Nie można sobie wyobrażać takich rzeczy. On na pewno nie jest zainteresowany, bo dlaczego miałby? Zwłaszcza po tylu latach. Saul co prawda poczuł coś do niego już tej pierwszej nocy, kiedy potkali się w Meksyku, gdy Saul był jeszcze szczeniakiem, ledwo odrosłym od ziemi. Już wtedy Meksykanin go zafascynował - zapewne dlatego Saul "przykleił" się do niego i chciał z nim rozmawiać, tańczyć, czuć jego zapach, jego ciepło, widzieć jego uśmiech i błyszczące oczy...
Cholera. Nieważne.
Patrzył, jak mężczyzna wciąga swoją kreskę i znów napadły go myśli o tym, że to nie jest dobre, że nie powinien Salvadorowi pozwalać brać, skoro próbował być czysty. Teraz jednak nie mógł już z tym nic zrobić, tylko patrzyć, jak ten wciąga kreskę. Pociągnął nosem, czując już ten proszek w swoich nozdrzach i czekając, aż naprawdę się tam znajdzie. I kiedy Meksykanin odchylił się i oddał mu rurkę, Saul jeszcze przez chwilę patrzył na niego z uśmiechem (dość niepewnym), po czym sam przytknął szkło do nosa i wciągnął swoją porcję w podobny sposób, jak chwilę temu zrobił to jego przyjaciel. Zaraz potem też opadł plecami na ścianę kabiny, odchylając głowę do tyłu i chwytając się za nos - towar był mocny, kręcił w nosie jak cholera. Ścisnął nozdrza, żeby nie kichnąć i czekał, aż zacznie działać. W przeciwieństwie do narkotyków wstrzykiwanych w żyłę, w tym przypadku trzeba było chwilę zaczekać na efekt - ale ten zawsze przychodził, piękny i straszny zarazem. Straszny, bo coraz ciemniejszy, coraz bardziej zdradliwy...
Popatrzył na Salvadora kątem oka, wciąż z głową opartą o ściankę. Jego źrenice po kilku minutach zaczęły się rozszerzać, a świat wokół stał się dla niego bardziej. Światła stały się ostrzejsze, kolory uderzały w oczy, a wszystkie kształty stały się ostrzejsze, a jednocześnie nieco rozedrgane, falujące. Muzyka uderzała w uszy, jednocześnie wyraźniejsza i bardziej agresywna - porywająca i wciągająca w ciemność. Ciemność, która starała się jednocześnie pochłonąć, ale w sposób, który nie będzie bolesny, który sprawi, że będzie się pragnęło tego pochłaniania, gładzenia, oplatania, uciskania, cięcia, rozczłonkowywania; będzie się błagało o więcej, bo wszystko będzie w atmosferze czegoś dobrego, pięknego, niesamowitego...
Saul czuł, że jego głowa jakby nie należy do niego - jakby oglądał świat przez szybkę albo cienką, ale nierozrywalną folię - jakby nic nie dotyczyło jego, a jednocześnie czuł wszystko całym sobą, poruszając się mimowolnie w rytm muzyki, jakby był marionetką kierowaną przez kogoś innego - kogoś większego, silniejszego, nadrzędnego...
Położył dłoń na policzku Salvadora, patrząc na jego oczy. Kciukiem delikatnie, czule pociągnął jego dolną powiekę w dół - nieznacznie, nie sprawiając mu tym jakiegokolwiek bólu: po prostu potrzebował zobaczyć więcej jego oka: takiego błyszczącego, przepięknego, czarnego i wciągającego, błyszczącego gwiazdami, będącego przepięknym ciemnym, rozgwieżdżonym niebem nad Saharą...
- Jesteś przepiękny - wymamrotał, widząc teraz mężczyznę jako greckiego czy rzymskiego herosa - wciąż był taki sam, a jednak inny. Teraz widział go lepiej, wyraźniej, dostrzegał te cechy, których nie widział normalnie: szczegóły, które mu umykały, były gdzieś tam, ale Saul ich do tej pory nie widział, a w tym momencie uwydatniły się i pokazały w pełnej okazałości. Nie, to nie to, że bez prochów Salvador mu się nie podobał czy był przeciętny w oczach Saula - absolutnie nie. Również w trzeźwej rzeczywistości był dla Devlina piękny, ale narkotyki przemieniły go w kogoś nie do końca realnego, błyszczącego, posiadającego boską poświatę.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz go nie miał. Teraz coraz bardziej odpływał, wkraczając w świat dźwięków i kolorów, których normalny człowiek nie był w stanie dostrzec, bo jego mózg był zbyt ograniczony, żeby to pojmować. Gdy w pewnym momencie Saul sięgnął do jego policzka Salvador skupił na nim swój wzrok, o tyle o ile dało się w ogóle skupić wzrok będąc pod wpływem E. Znów poczuł, że jego serce bije szybciej, zapach Saula teraz wydawał mu się wręcz nie do pokonania, działając na niego jeszcze bardziej, niż zwykle i chyba bardziej, niż sam narkotyk zadziałał chwilę wcześniej. Wypuścił drżące powietrze z ust, słysząc, że jest przepiękny, po czym pochylił się nieco bardziej w jego stronę, opierając czoło o czoło jubilera.
- Tú también, cariño. Tú también. - wymamrotał w odpowiedzi, muskając nosem jego nos i obejmując palcami kark mężczyzny, w razie gdyby przyszło mu do głowy, żeby się od niego odsunąć. Nie zamierzał na to pozwolić. - Desde el momento en que te vi por primera vez, supe que nunca conocería a nadie como tú. - mamrotał dalej po hiszpański, w tej chwili nieświadomy najwyraźniej, że Saul rozumiał zaledwie parę słów, o ile w ogóle. Nie miało to jednak znaczenia w tym momencie. - Te amo, ¿sabes? Pero no tengo el valor de decírtelo. - po czym, chwilę po wypowiedzeniu tych słów, sięgnął ustami do ust przyjaciela, nieco niepewnie, nawet mimo zażytych narkotyków.
Saul Devlin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zakręciło mu się w głowie, gdy poczuł dotyk jego ust na swoich. Cały świat przestał w tym momencie istnieć, a krew uderzyła mu do głowy, przyprawiając o jeszcze większe zawroty - z rodzaju tych przyjemnych, takich, których chce się więcej. Saul przymknął oczy, nieświadomie wstrzymując oddech i zamierając na moment - zarówno z zaskoczenia, jak i z pewnego niepokoju. Chciał tego pocałunku, pragnął go całym sobą, ale jednocześnie bał si ę, czy to nie zniszczy ich przyjaźni. Czuł się teraz, jakby był w jakiś postapokaliptycznym świecie, gdzie jedna decyzja może zaważyć na całym życiu - może oznaczać być albo nie być. Ten świat był przerażający, szary, pokryty zaciskami i odpadającą farbą, ale jednocześnie rozświetlony jasnymi, ciepłymi, pocieszającymi i zachęcającymi promieniami słońca sprawiającymi, że ta szarość i zacieki nie były aż tak straszne. Chciało się iść w stronę tego słońca, tych promieni, chciał się ich dotknąć...
Czy to się zaraz nie skończy? Czy to nie są tylko dragi? Czy Salva na trzeźwo będzie chciał tego samego...? Czy nadal chciałby całować Saula...? Zapewne nie, ale w tym momencie racjonalne myślenie Devlina było przytępione i mimo tych ostrzeżeń i rozmyślać, on chciał więcej, chciał tego pocałunku, chciał czuć Menendeza, pragnął go jak najbliżej siebie, chciał, żeby mężczyzna go otulił sobą.
Oddał pocałunek po chwili wahania, która im obu mogła wydawać się wiecznością, ale w rzeczywistości trwała ledwie kilka sekund. Po tej chwili rozluźnił się trochę i równie niepewnie, jak Salvador, oddał pocałunek, ledwie muskając jego wargi swoimi, ale wyraźnie pragnąc więcej. Po kolejnej chwili - już znacznie krótszej - poruszył znowu ustami, nieco pewniej, ale wciąć z wyraźną obawą i ostrożnością.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na szczęście jednak po tych kilku sekundach, wydających się Salvadorowi wiecznością, Saul odwzajemnił pocałunek. Serce Salvy załomotało szybciej, o ile w ogóle dało się jeszcze szybciej, a jego dłoń powędrowała we włosy przyjaciela i zacisnęła się tam niemal rozpaczliwie. Usta Menendeza rozchyliły się i wydobył się spomiędzy nich krótki, cichy jęk, będący mieszanką lęku i ulgi. Gdy jego przyjaciel poruszył wargami, kontynuując pocałunek, Salva przychylił głowę lekko na bok, pogłębiając pocałunek i jednocześnie przysunął się nieco do mężczyzny. Jedną dłoń wciąż wplatał we włosy Saula, natomiast drugą oparł o jego klatkę piersiową w miejscu serca, rozkoszując się wyczuwalnym w tym miejscu rytmem. Czyli nie tylko jego serce biło tak szybko...
- Nawet nie wiesz od jak dawna chciałem to zrobić - wyszeptał po chwili, na moment przerywając bliskość ich ust, by zaczerpnąć oddechu. Popatrzył z bliska w oczy Irlandczyka, z czołem opartym o jego czoło.
Saul Devlin
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Ja... ja też chciałem, ale nie sądziłem, że mogę cię pociągać - wymamrotał chwilę później, uciekając wzrokiem gdzieś w dół, a po chwili oparł czoło o jego ramię i wtulił twarz w jego szyję, z jednej strony chcąc go poczuć znów blisko siebie, z drugiej potrzebując się przytulić, a z trzeciej chowając się teraz przed nim, bo poczuł się jak głupek, że do tej pory się nie zorientował. Choć może nie było w tym nic dziwnego? Ostatecznie Salvador najwyraźniej też nie wiedział, że może się podobać Saulowi, skoro nie pocałował go wcześniej. Znali się przecież tyle lat, tyle imprez ze sobą przebalowali, a jednak dopiero teraz, po trzydziestce mieli swój pierwszy pocałunek.
- Wyłazimy stąd? Czy chcemy jeszcze porcyjkę?
Salvador Menendez