34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

prozac and coffee black — it’s breakfast time again.
You and me, recovery, when will this shit kick in?
N i c.
Ani drzemka, ani rozkręcenie starego, wyłączającego się radia, a potem skręcenie z powrotem po wymianie przegrzewającego się rezystora — nic nie pomogło. Nieważne, czy wchodził pod gorącą, czy lodowatą wodę, czy stał, czy leżał, bo ręce i tak mu się trzęsły. Głowa i tak pulsowała tępym bólem.
Trudno powiedzieć, czy bardziej spodziewał się, czy bardziej wyczekiwał dreszczy. Oblewanie się gorącym potem w jednej minucie, poprzedzone drżeniem z zimna, od zawsze widział jako “dobre wytłumaczenie”. Uciekał przed bólem, tak? Bólem każdego, najmniejszego nawet mięśnia, mdłościami i bezsilnością.
Cokolwiek więc robił — cokolwiek p r ó b o w a ł robić — coś bezustannie się w nim wyrywało.
“Jedną”.
“Nie więcej, nie mniej. Małą dawkę, coś, co pozwoli ci wysiedzieć z Ramoną, debilu”.
“Jedna tylko uspokoi”.
“Kontrolowana dawka”.
Reagował odruchowo.
Potrącił parę opakowań i pomniejszych buteleczek, ale wreszcie poczuł znajomy kształt. Dostrzegając mały, plastikowy pojemnik, toczący się z pustym dźwiękiem wzdłuż drewnianej półki, rozejrzał się dookoła. W którymś momencie odruchowo wszedł do łazienki. Odruchowo wyciągnął też tabletkę, jedną, zaskakującą lekką. Tak samo odruchowo wsunął sobie lek pod język, dopiero potem popijając pastylkę wodą, aby pozbyć się gorzkiego posmaku.

***


Chwilę rozglądał się dookoła, pozwalając, aby drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Usłyszał to dopiero po paru sekundach; pierwsze, co przyciągnęło jego uwagę, to łagodna piosenka sącząca się ze słabych głośników. Uśmiechnął się pod nosem, swoim charakterystycznym półuśmiechem, trochę kpiącym, trochę nieprzyjemnym. Krzywym.
Lustrował niedużą salę wzrokiem, zanim wreszcie zdecydował, gdzie usiąść.
"Słabe przetworniki. Dudniący bas, szum w wysokich tonach i zlany środek", wyliczał, idąc z lekko pochyloną głową. Widocznie ktoś tutaj działał według metody: "im głośniej, tym lepiej", nawiasem mówiąc zazwyczaj zawodzącą po całości. A wystarczyłoby tylko coś porobić. Wymienić całe zawieszenie — czasami pianka czyni cuda, bo poprawia bas i zmniejsza zniekształcenia.
Byłoby trochę lepiej. Nie idealnie. Lepiej.
Pokręcił głową, ale mimo to wybrał miejsce niedaleko jednego z dwóch wiszących u sufitu głośników. Wystarczająco daleko, aby móc odetchnąć od złego nagłośnienia, ale wystarczająco blisko, aby zagłuszyć niepotrzebne myśli oraz ewentualną rozmowę z Ramoną. Siadając, odruchowo oparł się bokiem o wyłożoną drewnianymi panelami ścianę, skąd doskonale widział całe pomieszczenie. Rozpoznawał wytartą gdzieniegdzie ladę, a także znajomą kelnerkę, uśmiechającą się bez zadawania zbędnych pytań.
Wreszcie świat się zatrzymał.
Skończyło się wirowanie i skończyło się drżenie.
Przez parę minut od niechcenia bawił się komórką, czasami tylko podnosząc wzrok. Bezmyślnie wpatrywał się w ekran. Próbował czytać, ale męczył się po dwóch pierwszych zdaniach, próbował nadążyć wreszcie za wiadomościami z ubiegłego tygodnia, ale czuł jedynie wzrastający niepokój. Prawdę mówiąc, niezależnie od tego, co próbował robić, ciągle wracał myślami do spotkania z Sorchą.
Pamiętał znajomą twarz, zaczerwienione z zimna policzki, wymowne spojrzenie, aż...
Dostrzegając Ramonę, skinął głową, po czym lekko się uśmiechnął. Początkowo zbierał myśli, zanim jednak cokolwiek wyartykułował, znajoma kelnerka podchodziła już z szerokim uśmiechem oraz poplamionym notesem.
Czarną herbatę — odezwał się odruchowo, szybko, ledwie przesuwając wzrokiem po leżącym na stole menu. Już prawie odłożył kawałek zalaminowanego, ale lepkiego papieru, kiedy dostrzegł pytające spojrzenie. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak kiepsko to zamówienie wygląda, szczególnie u faceta. Powinien wziąć coś jeszcze.
Do tego jajecznicę z bekonem. — Odłożył menu, po czym zerknął na Ramonę. — Co dla ciebie?

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po wyjściu z domu Demiana chwilę jeszcze czarnowłosa czuła nabuzowanie... jakieś napięcie nie dawało jej spokoju. Spotkanie z Demianem spowodowało jakiś ciężar, szczególnie w klatce piersiowej, więc pewnie jej się zdarzyło w jednym czy drugim miejscu docisnąć gazu i jechać szybciej niż powinna. Natrętne myśli wracały, niepokój wracał, wizje związane z przeszłością wracały, co też zachwiało zdawałoby się w miarę stabilnym obrazem przyszłości (na ile pewny może być brak pomysłu i jakiejkolwiek wizji). Głośna muzyka i trzymanie się rzeczywistości, skupianie na niej, pomagało. Niestety też bycie w tym samej powodowało, że z większą łatwością odpływała myślami do tego co się działo, ale na ten moment nie potrafiła tego nazwać, w jakikolwiek sposób skonkretyzować. Brak zrozumienia nie ułatwiał, a wręcz przeciwnie. Myśli wirowały, ale nie było w nich żadnej kotwicy, a ta jest bardzo ważna (tak mówiła mądrze wyglądajaca i zapewne lepiej radząca sobie pani na terapii w okrągłych okularach). W pewnym momencie zatrzymała się na tym, że być może przesadza, że po prostu przypominają jej się rzeczy, które robiła i w związku z tym sytuacja jestvdla niej trudna emocjonalnie. Myśląc logicznie, nie mówi to tak naprawdę nic o jej bracie. Uznała to na ten moment za bardzo mądre. Coś, co ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć jako radę.

W studio było zdecydowanie łatwiej nie skupiać się nad tym co wydarzyło się przed południem, ponieważ mogła sobie odreagować w sposób - jak to się mówi - konstruktywny. Wprawdzie, ten dzień pracy nie był najcięższy, ale Ramona jednak potrafiła skupić się na zadaniu jakie przed sobą miała, mogła się też sama zaangażować w ćwiczenia, w ćwiczenia połączone z tańcem i sam taniec, aby z tego egoistycznie skorzystać. I przyniosło efekt taki, że przez resztę dnia nie nosiła się z wątpliwościami co się zadziało pomiędzy nią a Demianem. Bo przecież jej myśli i emocje nie mówią tak naprawdę nic o jej bracie.

Kolejną rzeczą, która pomogła zrzucić z siebie ciężar tej sytuacji, który sama na siebie brała to prysznic. Gorąca woda zawsze relaksuje, więc kiedy miała trudniejszy okres, chętnie korzystała. Fakt, że wolałaby kąpiel, albo spędzić dzień w spa, no ale nie można mieć wszystkiego. Prysznic musiał wystarczyć, i na szczęście, na ten moment spełnił swoją rolę.

Dopiero jadąc do miejsca, w którym umówili się na spotkanie, zaczęła się znów zastanawiać... I pewnie nie pomógł fakt, że przyjechała pierwsza. Nie lubiła czekać, ale musiała, a w tym czasie który ciągnął się i dłużył wydawałoby się w nieskończoność, znów wróciły do niej te myśli.

Szczerze mówiąc nie sądziła że to spotkanie będzie takie trudne. Ale - znów z drugiej strony - jak inaczej miałoby przebiec? Sam fakt że widzieli się dawno, będąc ledwie nastolatkami sprawiał różnicę. Z jednej strony czuła, że go potrzebuje, tak fizycznie jak i psychicznie. Ta chwila bliskości dała jej naprawdę dużo energii. Ale z drugiej... było w tym coś niepokojącego, dokładnie tak jak mu powiedziała. To że tak wyglądał, pachniał i pierwsze co zrobił, to wziął piwo. A poza tym, jajecznica na kolację?

Trochę się uspokajała, trochę racjonalizowała. Przede wszystkim była jednak bardzo zagubiona. Nie miała pomysłu co dalej, a oprzeć po prostu nie miała się na kim. Nie to, że by chciała.

- Już zamówiłam - powiedziała. - Poutine i gazowaną wodę Voss. - Dodała, ot, dla wyjaśnienia, informacji. Posłała kelnerce uśmiech, bo na pewno już to wiedziała.

- Jak tam? - Zwróciła się już tylko do brata.

Sięgnęła po wysoką szklankę, w której bąbelki osadzające się na ściance, co rusz odklejały się od niej, płynęły do góry i... znikaly. Złapała się na tym, że im się przygląda, więc trzymając ją spojrzała w górę.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skinął jedynie głową. Odwrócił wzrok, jakby wolał przyglądać się znajomej z widzenia kelnerce, zamiast własnej siostrze. Uśmiechała się lekko, a on przelotnie odnotował, jak przygryza skuwkę długopisu, w rzeczywistości patrząc jednak gdzieś dalej. Obserwował otoczenie, trochę znudzony, trochę wyzuty z emocji.
O b o j ę t n y.
Widział ladę, parę pochylonych osób, jedzących coś, co rzeczywiście wyglądało jak jedzenie. Obserwował otoczenie. Liczył zebranych dookoła ludzi, upewniał się, czy wyjścia wciąż są w tym samym miejscu co ostatnio. Trochę tak jakby szukał drogi ucieczki. Zagrożeń. Podniesionego głosu. Gwałtownych ruchów. Jakichkolwiek oznak zdenerwowania.
Dopiero patrząc, jak kelnerka odchodzi, odwrócił się w stronę Ramony.
Wzruszył ramionami, lekceważąco, krótko. Gest, nieważne, jak automatyczny oraz bezmyślny, tak naprawdę charakteryzował się pewnego rodzaju obojętnością. Chłodem. Z kolei w odruchowości, a właściwie w szybkości reakcji, dało się dostrzec to, czego w relacjach rodzinnych być nie powinno.
O b o j ę t n o ś ć.
Ciekawe, co to właściwie za obojętność: czy dotycząca usłyszanego, wymuszonego pytania, czy dotycząca siedzącej naprzeciwko siostry. Demian milczał chwilę, drapiąc długą brodę palcami, aż wreszcie poczuł coś jakby mocne uderzenie w brzuch. Myśl — niechciana, obca, wroga — ukształtowała się, zanim zdążył jakkolwiek zareagować.
Mimowolnie zastanawiał się, czy to, co czuli względem siebie, wciąż było rodzinną relacją, czy jedynie głupim przyzwyczajeniem, tęsknotą za tym, co było kiedyś? Jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, biorąc pod uwagę to, co przeszli w domu. Właściwie: to, co przeszedł Demian, wchodząc pomiędzy Ramonę a ojca, a czasem wyprzedzając sytuację — wychodząc przed ojca, zanim zataczając się, w ogóle zdecydował, czy tym razem uderzyć żonę, syna adopcyjnego, czy może pognębić młodszą córkę. Po prostu patrząc, jak nieudolnie zamyka drzwi, swoje otwierał jeszcze szerzej. Dawał powód do kłótni. Do złości — ale do złości na siebie, nie na innych.
Bezwiednie zacisnął pięść, trzymaną dotychczas na kolanie.
Powoli rozluźnił palce, próbując zepchnąć gdzieś w nieświadomość myśl o tym, czy obecnie łączyło ich coś więcej niż wspomnienia? Teraz? Po piętnastu latach? Bez kontaktu i spotkań? Oboje stali się zupełnie innymi ludźmi — ani ona nie znała jego, ani on nie znał jej. Przecież tego, co niegdyś ich łączyło, w większości już dawno nie było, bo zostało zastąpione czymś innym. Innymi doświadczeniami. Innymi przyzwyczajeniami. Innymi strategiami przetrwania.
Wzruszył wreszcie ramionami, niedbale, krótko.
Tak jak parę godzin temu — odezwał się powoli, trochę jakby zwlekając z reakcją. Reagował wolniej niż zazwyczaj. Bardziej kontrolowanie. Uśmiechnął się jednak tym swoim półuśmiechem, trudno stwierdzić, czy bardziej krzywym, czy nieszczerym, po czym dodał po chwili zawahania: — Jakoś idzie. Stabilnie, przynajmniej na tyle… — urwał, ściągając mimowolnie brwi. Odruchowo podniósł wzrok, odnajdując wzrokiem trzeszczący głośnik, jakby próbował dostrzec, co tam się działo. Stąd. Siedząc daleko, próbując dostrzec drżenie prawdopodobnie plastikowej, słabej obudowy. Chętnie by go rozkręcił, aby przekonać się, czy wymiana części podzespołów pomoże.
Przyczyn zakłóceń mogło być wiele.
Niespiesznie wrócił spojrzeniem do Ramony.
Nieważne — odezwał się wreszcie lekkim tonem. Metaforycznie machnął ręką, przynajmniej na razie. Przemknęło mu przez myśl pytanie, czy rzeczywiście rozproszył się, gubiąc tym samym wątek, czy próbował znaleźć pretekst, aby nie powiedzieć za dużo. Bardzo niewygodna myśl.
Gdzie pracujesz?

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ramona, gdy spojrzała ponownie na brata i dostrzegła jego wędrujący wzrok, sama za nim podążyła, trochę dzięki temu go sprawdzając. Natrafiła jednak tylko na uśmiechniętą kelnerkę i sama skupiła się na czymś dalej, czymś co było poza nią. Nie było tam jednak nic, co przyciągnęłoby jej uwagę na trochę dłużej. Dookoła byli ludzie, różni ludzie, i z równie różnym zainteresowaniem uczestniczyli w rozmowach albo niekoniecznie w ogóle udawali, że są na siebie w jakikolwiek sposób uważni.

A samo miejsce? Nie różniło się wiele od innych podobnych. Może to tylko ocena czarnowłosej, ale nie wyróżniało się niczym szczególnym. No i tak egoistycznie, nie było w nim nic, co mogłoby ją oderwać i zatrzymać. Ale to nie było też tak, że się jakos starała. Bardzo mało, albo nawet wcale nie obchodziło jej to, co działo się dookoła. Więc nie przyglądała się niczemu dłużej niż przelotnie zerknęła na siedzącą nieopodal grupę zbyt atencyjnych młodych dorosłych, jakąś parę i dwie dziewczyny ekscytuajce się czymś czego nie dosłyszała. Ale nie, nie interesowała się jakoś bardzo.

Więc ponownie skupiła swoją uwagę na siedzącym przed nią artyście (bez przekąsu, naprawdę). Cóż... Chyba mogła się spodziewać takiej właśnie reakcji. Albo był debilem, który naprawdę myślał, że pytała o to jak mu mija życie w ciągu ostatnich pięciu godzin. Ugryzła się w język - i naprawdę bardzo dużo kosztowało ją to energii i samozaparcia - i tego pozwoliła sobie nie komentować w żaden sposób. Nowość. Ale sytuacja faktycznie była nowa. Na razie jednak nie dopuszczała do siebie myśli, że mogą nie móc wrócic... nie, wrócić nie, na pewno nie. Ale że nie mogli czegoś jednak zbudować? Dlaczego nie?

Jego zachowanie ją bardzo mocno odpychało. Przy tym czuła jakieś napięcie. I nagle cały dzień dbania o siebie na tyle, na ile się dało, zniknął. Ale też za chwilę pojawiła się kolejna reakcja. I pomyślała sobie, że nie zasluguje na to traktowanie, na to zbywanie i ucinanie odpowiedzi. Jeśli nie chciał rozmawiać, mógł tego nie proponować. Równie dobrze mógł nawet powiedzieć, żeby szukała jakiegoś innego miejsca, że jej nie pomoże, żejej nie chce widzieć. Nikt mu przecież nic nie kazał. A jednak obydwoje tu byli.

Więc pochyliła sie nieco nad stolikien, trochę świadomie prowokując żeby na nią spojrzał.

- Wiesz że to nie jest tak, że tylko ty byłes skrzywdzony? - Palneła więc, a raczej to warknęła, cedząc każde słowo.

- Dwa lata chodziłam na terapię - rzuciła, opadając na krzesło. Tak jakby to załatwiało sprawę i tłumaczyło dużo więcej.

Na chwilę zacisnęła mocniej, zbyt mocno, usta. Zbyt mocno było nadal zbyt delikatnie, za mało to poczuła. Przygryzła więc dolną wargę. Zatrzymał ją dopiero silniejszy ból, piekący, i metaliczny posmak na języku.

- Chcialam wyciągnąć rękę i naprawić tę relację, a ty... - dodała już trochę ciszej, ale urwała, bo w sumie co miałaby powiedzieć. Chyba jednak się trochę zreflektowała. Jednak miała jakieś ludzkie odruchy. Nie na tyle żeby mu odpuścić i nie wracać do sytuacji i pozwolić nie gadać kiedy poinformował ją ze nie chce tego robić.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Początkowo milczał, przyglądając się jakiemuś punktowi za Ramoną, co wyglądało jak “zwyczajne” spojrzenie. Przynajmniej z boku, ot, posłane rozmówcy, ale jednak… bez emocji. Bez złości i bez radości; bez zmęczenia, ale i bez ekscytacji.
Było puste.
Rzeczywiście tak się czuł. P u s t o. Jakby wszystko, co słyszał, dotyczyło kogoś innego. Jakby to, co widział, przydarzało się komuś innemu. Jakby jego ciało było czyjeś inne. Sięgał, co prawda, po wysoką szklankę z wodą, pił, niemniej jednak robił to mechanicznie — bo powinien. Tak samo jak, oprócz herbaty, powinien domówić coś do jedzenia. Pił, ale robił to machinalnie, wewnętrznie czując przymus, obowiązek udawania, jakby wszystko było “w porządku”. Z tym że, nieważne, co mówił, już dawno temu przestało być “w porządku”. Jedyne, co teraz mogłoby mu pomóc, to coś mocniejszego. Mimo to robił to, co, jak uważał, powinien, to, co robiłby każdy normalny człowiek w podobnych sytuacjach.
M i l c z a ł.
O wiele za długo.
Po części to prawdopodobnie wina tabletki, lekkiej, leciuteńkiej, wziętej jedynie po to, aby wyrównać reakcję, a także opanować drżące dłonie, po części — jego. Tracił czas, ważąc w myślach to, czy wypada pogratulować, słysząc wzmiankę o dwuletniej terapii, tak, jakby to było najważniejsze. Powinszować? Współczuć? Cholera, no. Prawdę mówiąc, niekoniecznie wiedział, czego chce tym wyznaniem. Przecież on też, powiedzmy, chodził na terapię. Ba! Niejeden raz. Więcej.
Dostrzegł najbezpieczniejszy temat, bowiem cała reszta, którą usłyszał, trafiała wprost w niego, szczególnie fragment o byciu “skrzywdzonym”. Długo uciekał przed tą łatką. Tym razem cudem powstrzymał się więc przed przewróceniem oczami, znaczy, z trudnością powstrzymywałby się, gdyby nie tabletka. Na szczęście skutecznie tłumiła niepożądane uczucia.
Jednak gdzieś głęboko, co odczuł bolesnym, nieprzyjemnym skurczem w żołądku, doskonale wiedział, jak prawdziwe było to stwierdzenie w odniesieniu do niej — przecież była tylko dzieckiem. Co rozumiała? Cholera, co on sam wtedy rozumiał? Ale wiedzieć a usłyszeć wprost to, jak się okazało, dwie różne rzeczy. Zakuło. Zabolało. Mocno. Szczególnie biorąc pod uwagę, że zawsze robił wszystko, co mógł, aby widziała i słyszała jak najmniej. Robił wtedy najlepiej, jak umiał.
Źle.
Ale najlepiej, jak potrafił.
Oparł się łokciami o brzeg stołu.
Chciałaś wyciągnąć rękę? Naprawić relację? — Dopiero teraz Demian uniósł wzrok, powoli, niespiesznie, jakby wciąż jeszcze liczył słoje widoczne na drewnie. — Ramona — mówił dalej niezbyt przyjemnym, bo trochę obojętnym, płaskim oraz pozbawionym emocji tonem — nie rozmawialiśmy przez kilkanaście lat. Nie masz zielonego pojęcia, co się działo, odkąd wyjechałaś.
Czuł, jak boleśnie napinał mięśnie karku, jak mocno zaciskał szczękę.
Uważnie obserwował Ramonę, dłużej oraz bardziej intensywnie, niż robił to dotychczas. Odciął się od otoczenia — c a ł k i e m. Przynajmniej na chwilę. Zamiast więc podziękować kelnerce skinieniem głowy, jedynie kątem rejestrując, jak stawia pękaty kubek z gorącą herbatą, wciąż przyglądał się siostrze.
Więc skończ z bilansem strat, jakbyś była tutaj od zawsze, jakbyś nigdy nie wyjechała. Jak chcesz rozmawiać, możemy porozmawiać. Ale nie tak.

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli Ramona myślała, że poprzednia sytuacja była trudna, to bardzo się pomyliła. Ale tak naprawdę to nie wiedziała co ją czeka, i mówiąc szczerze - nadal nie miała co do tego pewności. Ale tak to już bywa, że w kontekście różne sytuacje nabierają nowego znaczenia, jedne okazują się bułeczką z masłem, bo przejść przez inne to niczym zdobyć najwyższy szczyt. Tym razem nie odważyła się już myśleć w ten sposób, ale bardziej odruchowo niz faktycznie myśląc i skupiając się co to oznacza.

Nie do końca zrozumiała, co autor miał na myśli, mówiąc o bilansie, bo wcale go nie robiła. Zirytowało ją, że mówi o niej w taki sposób, jakby uważała się za lepszą. Poczuła że to nie fair, bo bardzo dlugo opowiadała terapeutce jak sie sama nienawidzi, a teraz idzie w kierunku lubienia się. Co prawda, daleka droga przed nią, ale... Tak, jego slowa jakos ją trafiły w ten wrażliwy, czuły punkt, którego nikomu nie pokazywała, starając sie ukryć za maską. Maską dziewczyny, która ogarnia swoje życie, twardo stapa po ziemi. Tyle że wystarczyłoby przyjrzeć jej sie chwilę dłużej i można byłoby zobaczyć, że nie ogarnia nic, a ziemia to jakies bagno, które ja wciąga. I ciężko z niego wyjść. Już się zapętliła. Pogubiła się sama ze sobą. Ale po co to komukolwiek mówić? Można udawać, że jest okej. I udawać, że za złością nie ma lęku.

Mimo tego, próbowała w ogóle nie pokazywać swojego lęku, a pośrednio przez to - że niby to ją w jakikolwiek sposób dotknęło. Zwłaszcza dlatego, że efekt był osiągnięty - zaczął do niej mówić, a nie zbywać. I wyraził przynajmniej jakąś chęć do dialogu. A to już dużo, prawda?

Opowiadała spojrzeniem na jego spojrzenie. Hardo nie opuszczała wzroku. Ponownie skrzyżowała przedramiona.

- To mnie oświeć - wzruszyła ramionami, potrząsając przy tym głową.

To nie jest tak, że nie pamiętała nic. Ale to co pamiętała, nie było przyjemne. To nie jest też tak, że nie wiedziala co dla niej robił. Aż za dobrze wiedziała i rozumiała w taki sposób, w jaki sens i znaczenie doświadczeniom może nadaawać trzydziestolatka po piętnasstu latach.

Więc tak. Pamiętała go jako tego, co zawsze dawał radę. Niemożliwe przecież, że obraz własnego brata w głowie czarnowłosej różnił się od tego prawdziwego. Zapamiętała go jako chłopaka, który murrem by za nią stanął. Może właśnie tego oczekiwała. Potrzebowała uciec, to przyszła do niego. Wprawdzie, nie dotarło to do jej świadomości, ale jest to jakieś wyjaśnienie. Bo skoro miał być przystanią, jakimś spokojem, i znów - ochroną przed całym złem tego świata, ale nie dawał jej tego ci chciała, więc obraziła się jak mała dziewczynka. Pod przykrywk dobrych intencji.

Bo ludzie oczywiście się zmieniają, ale chyba nie aż tak...? Zabawne jak przekonania mogą być różne w zależności od ego czy myśli się o sobie czy kimś innym. Albo ile rzeczy można sobie wmawiać. Przecież Demian miał totalnie rację. Nie dało się wyciągnąć ręki, odciąć grubą kreską i udawać, że nic się nie działo. i że nic ani jedno, ani drugie nie przeszło. A może dlatego tak się na siebie wkurzają, bo wbrew pozorom przeszli przez bardzo zbliżone rzeczy, oczywiście w różnej roli i funkcji, ale stali się zbyt podobni.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z a m a r ł. Pierwszym, nieuświadomionym odruchem, trochę tak, jakby potrzebował chwili, aby przetworzyć słowną prowokację, a przynajmniej coś, co jako prowokację odebrał. Głowił się — jako drugi odruch. Dwoił się i troił, bezskutecznie próbując zrozumieć, skąd bierze się nieznośne, bolesne napięcie w karku, ramionach i szczęce. Potem: zaczął myśleć. O tym, co usłyszał, co czuł. Co zrobił.
“To mnie oświeć”.
Bezwiednie powiódł wzrokiem dookoła, w tym momencie w pełni uświadamiając sobie, jak głośno tutaj jest. Czuł się tak, jakby część dźwięków usłyszał dopiero teraz — sztućce uderzające co chwilę o talerze, trzeszczącą muzykę, a także mężczyzn próbujących przekrzyczeć harmider. Szybko skategoryzował powyższą myśl jako totalną głupotę. Przecież słyszał już słaby głośnik, prawda? Prawda...?
Odnalazł wzrokiem znajomą kelnerkę, wciąż uśmiechniętą, totalnie nieświadomą tego, co właśnie przeżywał. Wyłącznie przelotnie zerknął na herbatę, o wiele dłużej przyglądając się jajecznicy z bekonem. Zapach jedzenia go mdlił. Okazał się za — za intensywny, za tłusty, szczególnie w tak dusznym pomieszczeniu.
To. M n i e. Oświeć.
Reagował odruchowo, tak, jakby obok siebie, obok własnego ciała.
Opuścił wzrok. Wziął oddech, głęboki, długi wręcz, przede wszystkim jednak — nadmiernie kontrolowany. Odetchnął jeszcze raz, potem znowu, aż wreszcie zgubił się w liczeniu. Ściągnął brwi. Przez chwilę — być może długą, przeciągającą się w nieskończoność, a może krótką, ledwie zauważalną — bezskutecznie próbował przypomnieć sobie, czy kiedyś naprawdę mu to pomagał, czy wmówił to sobie z perspektywy lat. Ale kiedy Sorcha była obok…
Chwycił pękaty kubek wyważonym ruchem, po czym upił ostrożny łyk gorącej herbaty. Gorycz rozlała mu się po języku. Po części zachowywał się tak, jakby sprawdzał temperaturę, a po części — jakby nagle przestał ufać temu, co widzi. Dostrzegał przecież parę, tak? Widział, jak unosi się trochę wyżej, niewiele ponad powierzchnią, przypominając papierosowy dym.
Wykonał mały, ledwie zauważalny ruch ręką w stronę kieszeni bluzy, tam, gdzie zawsze trzymał pogniecioną paczkę papierosów, co uświadomił sobie dopiero w połowie gestu.
Kurwa...
Nie zważając na niewspółpracujące mięśni oraz ciało, zatrzymał się, poprawiając ucisk palców dookoła kubka. Bóg wie, czemu powstrzymał się, zanim zacisnął palce drugiej ręki na karku, ale udało mu się.
Spowiedź na zamówienie nie zadziała... szczególnie jeśli zaczniemy od porównywania, kto był bardziej skrzywdzony — odezwał się powoli, trochę zbyt wolno, biorąc pod uwagę okoliczności. Normalnie — ktoś normalny — reagowałby inaczej. Zaczęłoby się od przytulenia, a skończyłoby się długimi rozmowami do białego rana oraz próbą odzyskania straconego czasu. Byłoby beztrosko. Miło. Ciepło. Rodzinnie wręcz, czyli tak jak, chyba, powinno. Crowe jednak ciągle coś psuł. Wiadomo, cieszył się, a przynajmniej tak myślał — tak powinien myśleć. Jednak w rzeczywistości obecność młodszej siostry co najwyżej ożywiała część nieprzyjemnych wspomnień. Odruchowo napinał więc kark, dokładnie tak, jakby spodziewał się zobaczyć jego. Jak wchodzi z pasem, twardym kablem lub po prostu zaciśniętą pięścią.
Demian odchylił się lekko w tył, krzyżując nie ręce, a wyprostowane nogi, dokładniej — kostki.
Oparł się mocniej o ścianę, trochę szukając wsparcia, a trochę ustawiając dystans bez oczywistego zamykania się — podpatrzył to na którejś terapii. Tylko na której...? Opuścił wzrok, przesuwając kciukiem wzdłuż brzegu kubka, po czym powoli odnalazł spojrzeniem Ramonę.
Patrzył.
Bez gróźb.
Bez złości.
Ale trochę pusto.
Wyglądał tak, jakby zapomniał, jak się mruga, tak, jakby wzrok poszukiwał punktu odniesienia, ale ciągle trafiał gdzieś ponad ramię młodszej siostry, niekoniecznie dziewczynę zauważając. Prędzej słyszał — szurnięcie krzesła o podłogę, skrzypienie mebla, głos. Mimo to odpowiadał jednak z opóźnieniem: słyszał dźwięk, ale zanim rozumiał, co oznacza, mijało parę dłużących się sekund.
Jak to zrobimy, przegram. Bo kiedy wychodziłem — mówił dalej, tak samo spokojnym, obojętnym wręcz tonem — ktoś zostawał z tyłu.

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czarnowłosa nie zwrociiła uwagi na to gdzie jej brat patrzy, ale nie odpowiadał długo, zbyt długo. Tak dlugo, że cisza zaczęła ciążyć, ciągnąć się przy tym w nieskończoność. Rozciągając się na wieczność. Dżwięki dookoła stawały się raz bardzo ciche, by za chwilę - mogła przysiąc - były jeszcze głośniejsze niż poprzednio. Zaczęło ją to irytować, rozpraszać, i przez to odczuwała jeszcze większą złość. A im bardziej się złościła, tym bardziej się rozpraszała. A im bardziej się skupiała na otoczeniu, tym bardziej pomijała Demiana i to, co się działo tutaj, między nimi. Paradoks, że coś czego tak bardzo się chce, można jednocześnie tak silnie unikać.

Chęć poznania prawdy była jednak o wiele bardziej przewodnia. Więc tak, zaczęła mu się przyglądać jakby bardziej uważnie, ale nie z podejrzliwości, a z potrzeby pilnowania swojego skupienia. Bo inaczej znów się oddali. I jakoś ją to poruszyło wszystko - sytuacja, odpowiedź mężczyzny. Poczuła, że opuściła barki, a nawet nie zauważyła kiedy je tak mocno napięła. W ogóle... nie, na pewno w ostatnim czasie nie była przyzwyczajona do tego, aby przeżywać takie skrajności. Wydawało jej się, że miała całkiem ułożone życie, ci sami znajomi, te same aktywności.

Czuła napięcie, pewien rodzaj niepokoju. Nie potrafiła jednak zidentyfikować jego pochodzenia. Chciała wiedzieć co się działo, co się też dzieje, ale najbardziej potrzebowała uporządkować sobie przeszłość. Poza tym, była przekonana, że tylko jeśli się dogadają, czyli będą mówić o tym co się zadziało, to dopiero w tym momencie będą mogli pójść na przód.

Ramona trochę więc spuścila z tonu.

Nie, nie miała poczucia jakby Demian próbował coś na nia zrzucić. Właśnie wręcz przeciwnie. Miała poczucie że się stara, że próbuje, że naprawdę wyciąga rękę, wierząc jednocześnie że to może im pomóc, ale nie było to z narzucenia komukolwiek czegokolwiek. Bo to, że jej nie było to oczywiście jedno. Medal zawsze ma dwie strony, i ktoś nagrodzony ponosi często koszty. Więc nie, nie chciała robić rozliczeń kto bardziej cierpiał, kto w którym momencie obrywał.

Potrzebowała poukładać sobie tę przeszłość, żeby móc się z nią pogodzić. Ale jak o niej pomyślała, to poczuła ciężar na klatce piersiowej, jakby faktycznie przygniatało ją coś rzeczywistego. Poczuła jakieś dziwne morwienie w nosie, potem wilgoć w oczach. Szybko podniosla ręce i schowała twarz w dłoniach. Odczucie, którego nie pamiętała, które nie towarzyszyło jej od mega długiego czasu.

Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Zatrzymaj powietrze, na chwilę, ale dłużej niż zazwyczaj. Tak, aby móc się na nim skupić i wyciszyć myśli. Bo nie było problemem miejsce. Ona sama była w stanie zrobić sobie największą krzywdę. To co dzialo się obok nie miało wpływu.

Powoli zaczeła wypuszczac powietrze.

Pięć. Sześć. Siedem. Osiem. Pozostań w bezdechu.

To, co dzieje sę obok czasem wydaje się tak dalekie. A jeszcze dalsze to co z nią zrobiono, bo łatwiej jest tego nie przeżywać.

Odsłoniła twarz, odetchnęła swobodniej.

- Nie, Demian - odparowała, powoli skręcając głowę na boki.

- Nie chce mówić kto bardziej cierpiał - dodała.

Przez chwilę znów milczała, znów zacisnęła mocniej wargi, ale na chwilę, odruchowo, bez potrzeby innej niż zastanowienie się co zrobić, jak zareagować, czyli jak ubrać w słowa to co ma w głowie. Wyjątkowo wręcz ostrożnie.

- Ale nie możesz zarzucać mi że mnie nie było i nie wiem co się działo, jak nawet nie dajesz mi szansy się dowiedzieć - powiedziała jeszcze.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odważył się spojrzeć. Raz — z rezerwą, drugi raz — uważnie, trzeci — bardzo sprawdzająco. Daleko było mu do szukania odpowiedzi; po prostu patrzył, jakby weryfikował, co robi. Czy to, co mówi, abstrahując od semantyki, rzeczywiście pokrywa się z mową ciała. Zawsze dobrze sobie z tym radził. Ale dorastając w takim domu, w takich warunkach, czy można się temu dziwić? Od tego, co widział, a przede wszystkim: czy — czy dostrzegał oznaki napięcia wystarczająco wcześnie, czy reagował odpowiednio w obliczu nieuzasadnionej złości — zależało to, co się stanie. Jak źle będzie tym razem.
Czasem mu się udawało, czasem nie, teraz jednak…
Niewiele mówiło mu to, co widział, wszystko dookoła jakby się rozmywało. Granice wydawały się miękkie, tak, jakby nagle okazały się trochę zamglone. Widoczne mniej niż zazwyczaj. Bardziej ruchome. Niepewne.
Tak naprawdę nieważne było, co dostrzegał — od twarzy schowanej w dłoniach, poprzez zaszklone oczy, aż po powolne oddechy — bo na wszystko reagował tak samo. Co najwyżej czuł wyłącznie krótkie ukłucie w piersi. Jedno. Ni mniej, ni więcej, ot, doznanie, o którym rzadko się mówi. O którym się zapomina. Które niewiele znaczy.
Poprawił uścisk palców dookoła kubka, po czym przesunął kciukiem po brzegu.
Po prostu mówię… — Wzruszył ramionami, wpatrując się w wyblakłe, częściowo starte logo lokalu. Walczył ze sobą. Usilnie głowił się, czy dodać coś jeszcze, czy wystarczy to, nieważne jednak, co brał, a czego nie, Ramona wciąż była jego siostrą. Być może jedyną osobą, wyłączając Sorchę, która jeszcze coś znaczyła. Która kiedykolwiek cokolwiek znaczyła. Jeżeli od siebie ostatniego bliskiego, co mu pozostanie? Co się z nim stanie? Widząc Ramonę, widział coś, za czym tęsknił — opiekę. Możliwość bycia stałą. Dostrzegał więc kogoś, kto — być może, a być może nie — potrzebował ram. Pewności. Bezpieczeństwa. I dobrze, bo w tym się sprawdzał. Sprawdzał się tym bardziej, iż przyglądając się dorosłej teraz dziewczynie, wciąż widział trzynastolatkę. Małą, zasmarkaną dziewczynkę, z płaczem chowającą się w jego pokoju; dziecko ciągające go za rękaw po tym, jak obudziło się w panice w środku nocy. Tyle że…
Parę dni — tyle potrzebował.
Powolnego zmniejszania dawek, tak, aby jakoś funkcjonować, a co najważniejsze — by pamiętać, co robił w ubiegłym tygodniu. I czemu, do cholery, ma obrączkę na palcu. Trochę niepewny, trochę zdezorientowany opuścił dłoń, dotykając skórzanego obicia kanapy.
Zachowujesz się tak, jakbyś zawsze tutaj była — odetchnął głębiej, trochę tak, jakby wzdychał, chociaż kiedy się odezwał, jego ton brzmiał twardo, pewniej niż jeszcze chwilę temu — jakbyś wyjechała tylko na weekend, a teraz próbowała dowiedzieć się, co działo się w zeszłym tygodniu.
Oparł się łokciami o stół. Usiadł prosto. Wreszcie.
Wciąż krzyżował nogi w kostkach, przeniósł jednak ciężar ciała na ręce.
Pochylił się minimalnie w przód, wcześniej odsuwając kubek gdzieś w bok. Mimowolnie wędrował wzrokiem dookoła, jakby unikał jedynej osoby, którą powinien do siebie dopuścić. Przyglądał się więc otoczeniu, najczęściej stołowi obok, ale od czasu do czasu także dłoniom Ramony.
Ostrzegałem cię: dzisiaj nie gadamy. Jeśli chcesz zostać, możesz zostać, jak chcesz iść — możesz iść. Nie będę cię zatrzymywać — odezwał się, mówiąc, pomimo tego, co to wszystko oznaczało, bardzo spokojnym tonem. Trochę monotonnym, n i e o b e c n y m, bez zaangażowania. — Ale na pewno nie będę się spowiadał na zawołanie... Szczególnie że jak słyszę cholerne “oświeć mnie”, słyszę żądanie. Nie prośbę. Nie pytanie.

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To że prawda boli, mówi się nie bez powodu. Słowa Demiana na pierwszy rzut oka brzmiały logicznie i sensownie, także trudno było sie do tego jakoś przyczepić i się zezłościć adekwatnie, bo przecież - na co? To co mówił Demian trafiĺo jednak w jakiś czuły punkt czarnowłosej. Bo mówił o faktach. Nie kłamał, powtarzając już kolejny raz że jej nie było, że się nie intereowała, a teraz przychodzi i wypytuje i jeszcze oczekuje odpowiedzi, a jeśli jej nie dostaje, to się wścieka. Bo mu siię nie chce rozmawiać, to już nie wolno, jej nie wolno chcieć. To nie fair, stąd jej złość.

Poza tym pewnie też z tego, że wypominał jej to jakby to była jej wina. Jakby trzynastolatka była w stanie o sobie stanowić w taki sposób jak osoby dorosłe, które ją zmusily do tego, żeby wyjechała, żeby zrezygnowała że wszystkiego co ma, a w szczególności - żeby zrezygnowała z jedynej osoby, która zawsze stała za nią murem. Z tego chłopaka, który zawsze jej bronił, obiecywał obronę i faktycznie to robił, a który siedział teraz na przeciwko niej. Starszy. Inny. Obcy.

Z jego słów usłyszała, że zakładał jej złe intencje. Że to ona opuściła jego. Czuła z tego powodu poczucie winy, bo owszem, wyszło jej to na dobre. Nawet bardzo, w szczególności jak się już ogarnęła i przestała używać jakichś niepotrzebnych substancji. Ale to nie było tak, że się tego nie bała, że to jej nic nie zrobiło. Przecież kompletnie nie wiedziała co się z nią działo, gdzie ją zabierają i po co. Jasne, mówili że będzie lepiej, ale zabierali ją niejeden raz i raczej nie było to lepiej. Różne gówno, a ten sam ból. Co za różnica gdzie.

Więc tak, trochę poczuła się zaatakowana, ale kompletnie nie miała pomysłu jak się bronić. Bronić przed atakiem, który w jej głowie wydawał się totalnie nie na miejsscu. Nie należał się. Bo za co? To nie jest tak, że telefon działa tylko w jedną stronę. Nie tylko ona nie odpisywała, ale on też tego nie robił. W którymś momencie zabrakło kontaktu dwóch stron. Do relacji potrzeba dwojga.

- Jeśli byłbyś taki święty i taki w tym nieskazitelny to byś się nie bał, a panikujesz jakbym cię nie wiem o co pytała - odpowiedziała bszybko, gwałtownie, mało tak naprawdę myśląc nad tym co konkretnie mówi.

Czuła jak jej zdenerowanie narasta. Odparowała, mówiąc w języku walki, bo chyba to ze sobą robili - atakowali się wzajemnie pod jakimś płaszczykiem udawania, że jest lepiej.

- Powtarzam ci, że to nie była moja decyzja, ale skoro ci to koło chuja lata, to też mam wyjebane - warknęła jeszcze.

Zbyt emocjonalnie jak na osobę, która twierdzi że się nie przejmuje, ale między słowami jakoś dawała znać, że jej zależy, że go potrzebuje. Ale była też zbyt zamknięta żeby usłyszeć jego punkt widzenia, jego trudności, jego ból. Liczyło się to, że ją boli i liczył się ktoś, kto go zabierze. Nie, właściwie to nikt konkretny. Liczyło się to aby ktoś się nią zaopiekował. Uśmierzył ból.

- Ale przyszłam zjeść - oznajmiła, zabierając się do zjadania posiłku, łapiąc widelec. Całkowicie pomijając fakt, że nie jest jej obojętny, chce obok niego być i wcale nie chce żeby się wzajemne bujali koło męskich narządów rozrodczych.

No tak... Zawsze był dla niej ważny. Wyjątkowo. Jakk nikt inny. Może to nie do końca zdrowe, ale przecież kiedyś działało.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Café Polonez”