-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Każdy dzień w schronisku wydawał się zaczynać i kończyć w ten sam sposób. Praca, głośne szczekanie, możliwe ugryzienia. Wszystko w takim samym ciągu. Na całe szczęście okres noworoczny zdążył finalnie minąć, a ona mogła skupić się na najważniejszych kwestiach - zdrowiu zwierząt. Kilka pierwszych tygodni nic tylko wykonywała badania, wykonywała proste zabiegi pielęgnacyjne. Wszystko dla czworonogów. Tego próbowała trzymać się w całości.
Chociaż ten dzień był zdecydowanie gorszy. Typek od recepcji się rozchorował. Zwierzęta mogły poczekać. Wszystkie szczepienia oraz choroby zdążyła wcześniej opanować. Jej pracoholizm wszedł na zdecydowanie wyższy poziom, skupiony przede wszystkim na dopinaniu pewnych kwestii. Dla niej wszystko wydawało się być jasne. Człowiek przychodził, zadawała mu krótkie pytania, a później kierowała w odpowiednie miejsca. Najczęściej ludzie pytali o wolontariat, oddanie zwierzęcia, spacery z psami oraz o adopcję.
Dlatego stała jak na skazaniu z kubkiem naprawdę kiepskiej kawy. Nienawidziła stać na froncie. Za każdym razem powodowało to u niej delikatny ból głowy. Tak jak w stosunku do zwierząt potrafiła wykazać się sporą empatią i wybaczyć im każde przewinienie, tak nie dotyczyło to ludzi. Wystarczyło jedno nieodpowiednie spojrzenie, jedna krzywa mina, a już ją na samą myśl zaczynała boleć głowa. Na całe szczęście jak dotąd nikt nie pojawił się w schronisku.
Aż nie rozbrzmiał krótki dźwięk dzwonków, a Erza ujrzała Milo. Zmierzyła go odruchowo wzrokiem, a w głowie pisała już czarne scenariusze dotyczące powodu pojawienia się go w schronisku. Mało kto z dobrej duszy odwiedzał to miejsce.
— Dzień dobry, witamy w schronisko — wypowiedziała standardową procedurę z wręcz firmowym uśmiechem. Delikatnie sztucznym, ale czekała już na słowa: co muszę zrobić, by oddać tu zwierzę. W takich sytuacji zawsze chciała wyjść z siebie i stanąć obok — w jakiej sprawie się Pan u nas pojawił? — brzmiała sztucznie, wręcz mechanicznie. Zdawała sobie z tego sprawę, ale nie była w stanie działać inaczej.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Naprawa czegoś, co Aiden zilustrował mu jako „wszystko siada kiedy dotykamy regału z żarciem dla psów“ a co niewiele mu podpowiadało mogła zająć bite godziny albo kwadrans, tego jeszcze nie wiedział, podobnie jak nie znał powodu dziwnego zachowania instalacji elektrycznej. Zgadywał, że z jakiegoś powodu wywalało im korki, pytanie brzmiało dlaczego i które dokładnie.
Simply Fix It nie potrzebowało dziś jego obecności, Lian radził sobie dostatecznie dobrze (zwłaszcza, że ten sam postrzelony grafik, który zgłosił Riverze problem z elektryką zdążył jakimś sposobem go wkurwić, więc Lian pracował na pełnych obrotach) i zaraz po ostatnich zajęciach na uczelni Milo wpakował się w autobus by dać się wypluć na samym końcu linii.
Schroniska go przerażały. Miał nieodparte wrażenie, że zwierzęce nieszczęście, strach i desperackie pragnienie przynależności silniejsze niż instynkt przetrwania przyklejały się do niego tak, jakby rozpoznawały w nim te same uśpione odczucia.
一 No nie wiem, to wy potrzebowaliście pomocy 一 zauważył dość trzeźwo, z torbą luźno przewieszoną przez ramię i rozpiętą do połowy kurtką wiszącą na nim jak na wieszaku. Lubił oversize. 一 Coś wam tam gaśnie podobno na zapleczu? Aiden wspomniał o cięciach budżetowych i że postanowiliście zaryzykować studentem zanim zapłacicie profesjonaliście.
Jego trampki skrzypiały z każdym krokiem po sterylnie czystym linoleum, w kieszeniach brzęczały jakieś metalowe części i diabli wiedzą co jeszcze Rivera w nich poupychał, a jego spojrzenie co raz wracało do kubka z kawą, którego dziewczyna patrząca na niego ze znużeniem trzymała się jak ostatniej deski ratunku. W pełni rozumiał - i zazdrościł, bo jego sugar rush po wsunięciu paczki pomarańczowych żelków osiągnął dno jakąś godzinę temu.
一 Nie macie tu żadnych automatów? 一 mruknął zaskoczony, gdy w oczekiwaniu na jakąś decyzję rozejrzał się po recepcji szukając czegokolwiek, co obiecywałoby kofeinę. 一 Żadnej kawy, żadnych energetyków? Dios mío, to rzeczywiście wyjątkowo przykre miejsce.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyglądała, jakby właśnie była zbita z tropu. Kilka razy zamrugała oczami, nie wiedząc, co dokładnie powinna powiedzieć. Naprawa? Długo myślała, zastanawiając się, o co chodziło. Ona zajmowała się zwierzętami, a nie infrastrukturą. Od tego była dyrekcja schroniska, niekoniecznie sama Erza, ale przypomniała sobie o co chodziło.
— A, no tak... Problem z lampami mamy w kociarni — stwierdziła finalnie Fernandes, drapiąc się delikatnie po głowie. Uśmiechnęła się szerzej. Czyli trafił się im student? Tania siła robocza, zamiast fachowca? W ogóle jej to nie zaskakiwało — jakbyśmy mieli pieniądze i tak nie zainwestowalibyśmy ich w światło, a jednak w zwierzęta... — wymruczała finalnie, bo przecież to było dla niej najważniejsze. Możliwość odpowiedniego leczenia, sprzęt, leki, specjalistyczna karma w przypadku niektórych czworonogów, no i zdecydowanie... karma, żeby mieli co włożyć do miski.
— Nie, a potrzebujesz czegoś? — spytała, słysząc o braku automatu — kawa, sok, herbata, woda? — od ukończenia studiów zrezygnowała z nich, nie miała własnego zapasu red bull'a, za to kawę i kofeinę uwielbiała — jestem dosyć przygotowana. Wiesz, nie mamy tutaj tylu pracowników, żeby opłacał się automat — westchnęła ciężko. Ilu ich finalnie mogło być? Może w porywach dziesięciu. Administracja, HR, pracownik od wszystkiego oraz ona jako weterynarz.
— Zrobię Ci, ale wpierw zaprowadzę do naszego budynku — rzuciła, unosząc kąciki ust i kiwnęła głową, by zaprowadzić studenta wgłąb budynku. Szli różnego rodzaju korytarzami, aż dotarli do właściwego miejsca. Erza chwyciła za klamkę od drzwi i niemalże od razu dało się wyczuć charakterystyczny zapach kociej kuwety — proszę bardzo oto kociarnia — stwierdziła, wchodząc do jednego z pomieszczeń, gdzie koty biegały wolno. Pełno było tutaj różnego rodzaju wysokich drapaków, kocich misek, zabawek, a większość milusińskich od razu podbiegła do tej dwójki, by zacząć się ocierać o nogi Milo. Jakby wszystkie liczyły, że zabierze je ze sobą.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 W takim razie doskonale się składa, bo jestem zajebiście wręcz budżetowy. Zadowolę się kawą, jak macie trochę tych cukierków dla odwiedzających to też nie pogardzę.
Miał na myśli małe landrynki, które z jakiegoś powodu plątały się po wszystkich poczekalniach w jakich miał nieszczęście wysiadywać długie godziny, w jednej nawet spędził noc. Nie wymagał, jedynie zasugerował co byłoby w stanie uczynić jego robotę przyjemniejszą, zamknął się jednak słysząc, że ta przypadała na obszar kociarni.
Kociarni.
Jego źrenice przybrały rozmiar pięciocentówki.
一 Macie otwartą strefę? Joder, cudownie 一 wyrwało mu się pod nosem gdy formalności stało się zadość i jedyne na czym musiał się w najbliższym czasie skupić to to, by przykleić się kobiecie do pleców i nie zgubić w labiryncie korytarzy. Ze wszystkich stron jego nos drażnił zapach antyseptyków, na korkowych tablicach poza zachętą do przywożenia niepotrzebnych zwierzęcych artykułów do schroniska przewijały się łamiące serce zdjęcia podopiecznych, którzy wciąż czekali na swój dom.
Milo najchętniej opustoszyłby ten przytułek jedną pochopną decyzją.
O tym, że zbliżali się do skrzydła zdominowanego przez mruczki zorientował się po charakterystycznej woni kuwety, który znał aż zbyt dobrze z okresu, w którym Hopper pomagała mu wyhodować sobie skoliozę, a Schrödinger robił konfetti z zasłon Estelli.
一 Och wow 一 napomknął jedynie na widok klitki obleganej przez koty każdej maści i rozmiaru. Niektóre zwisały w nieanatomicznych pozycjach z drapaków, inne w ogóle nie zwróciły na niego uwagi i ścigały się albo ze sobą albo za dzwoniącymi myszkami wypchanymi kocimiętą. Inne, bardziej przyjazne i interaktywne podeszły z podniesionymi wysoko ogonami węsząc, zaglądając mu do nogawek i krążąc tak, że parę razy omal nie wyjebał się o własne nogi. Albo o kota. 一 Sporo ich macie, nie było chętnych przez święta? 一 podpytał, jako że nie miał większego doświadczenia z tematem. Cudem przeskoczył nad wyjątkowo leniwym i tłustym rudzielcem patrzącym na niego tak, jakby się zastanawiał, czy Fernandes nie przyprowadziła go tu w roli posiłku.
Co jednak szczególnie zwróciło jego uwagę to dźwięk, jaki jego wyczulone ucho znało na tyle dobrze by wychwycić subtelne brzęczenie poprzez kanonadę miauknięć i pomruków; zwarcie?
一 Okay, co jest za tą ścianką wspinaczkową? 一 podpytał, widząc odstającą od ściany płytę kompozytową z przybitymi półkami i niekoniecznie stabilną. 一 Dobra, mniejsza. Pokręcę się tutaj trochę, bo zanim znajdziesz dokumentację instalacji elektrycznej ja zdążę namierzyć nasz problem. Da radę z tą kawą?
Uważając, by nie trafić w żaden ciekawski pyszczek Milo odstawił torbę i zrzucił z siebie kurtkę, zostawiając ją tak jak spadła, to jest, na podłodze. Podejrzana konstrukcja miała na ten moment priorytet.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Zobaczymy, co uda mi się znaleźć — stwierdza Erza w sprawie landrynek. Raczej starała się dbać o każdego, kogo tylko spotykała na swojej drodze. Zwłaszcza kiedy przebywał w schronisku, dobra sława o tym miejscu i jego pracownikach miała znaczenie. Naprawdę w stu procentach się liczyła, nawet dla niej samej. Chociaż wpierw miała poważniejsze zadanie, jakim było zaprowadzenie Milo wprost do kociarni.
— Tak — mruknęła Erza, kiwając przy tym delikatnie głową — staramy się, by zwierzęta miały jak najlepsze warunki — nie byli w stanie im zaoferować rodziny, ale wolny wybieg, kanapy, drapaki już owszem. Wszystko byle całość się spinała. Dla niej samej miało to przeogromne znaczenie, cokolwiek złego można było powiedzieć na temat schroniska. Okropne zapachy, przytłoczenie zwierzętami, ale tyle ile mogli, to próbowali z siebie dawać — więc oszczędzamy na tym, gdzie się da. Niekoniecznie na nich samych — stwierdza finalnie Erza, unosząc nerwowo kąciki obu ust. Na przykład na naprawach oszczędzali. Stąd wezwanie studenta, a nie prawdziwego fachowca. Choć na oko Fernandes Milo przypominał eksperta w swojej dziedzinie, na pewno nie jedną rzecz zdołał już naprawić. Powinna mu zaufać i pewnie to zrobi, to nie z jej decyzji pojawił się tu Rivera.
— W trakcie świąt to przybywa podopiecznych a nie ich ubywa — stwierdza gorzkim tonem, wpatrując się w kocięta. Każdy z kocurów wyglądał na idealnego kandydata do adopcji, a sama Erza delikatnie uśmiechnęła się pod nosem. Nienawidziła ludzi porzucających zwierzęta, ale wtedy nie poznałaby tylu cudownych czworonogów — jedna czwarta tych kotów to nieudane prezenty pod choinkę — i to była najsmutniejsza prawda. W całym roku największy wysyp nowych podopiecznych mieli właśnie w trakcie okresu świątecznego — to dość drażliwy dla mnie temat — na całe szczęście kolejny taki wysyp za przynajmniej dziewięć miesięcy. Teraz mogła skupić się na innych sprawach.
— Nie mam zielonego pojęcia, ja tu głównie leczę — stwierdza, spoglądając na ściankę wspinaczkową — zobaczymy, co da się zrobić — zaraz znika za drzwiami. Dobre dziesięć minut jej nie było. Musiała zadzwonić do Boba, żeby dowiedzieć się, gdzie pochowane są plany elektryczne. Wróciła z jakąś starą teczką, którą położyła na jednym ze stoliczków.
— Kawa, batonik, a to chyba te plany, których potrzebujesz — rzuca od razu na wejście. Nawet cukierniczkę ze sobą przyniosła i kartonik małego mleka — coś jeszcze? — pyta, unosząc do góry jedną ze swoich brwi.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Prawdziwie niechętny grymas zdołała wyciągnąć na jego twarz dopiero przykra statystyka, która dźgnęła go między żebrami jak coś osobistego, zleżałego, a jednak wciąż aktualnego. Wiedział jak to jest - nie do końca pasować, rozczarować niespełnieniem wygórowanych oczekiwań i, podobnie jak spora część tutejszych znajd, jak to jest być oddanym, byle pozbyć się problemu.
Bez komentarza odgracił najbliższe otoczenie regału, zgonił z półek dwa pasiaste mruczki i zapierając się nogami po prostu przesunął mebel marszcząc brwi i zaciskając usta z wysiłku. Do powrotu Fernandes Milo zdołał usunąć przeszkodę i odkryć osobliwy design; z niezamkniętej puszki wystawały niezaizolowane kable, które najwyraźniej musiały się zwierać. Stąd charakterystyczny dźwięk, który słyszał wcześniej.
一 Mhm 一 mruknął w odpowiedzi, gdy wepchnął sobie batonika z granoli prosto do ust. Teczkę wziął do ręki, jednak na ten moment nie wydawało mu się, by dokładna znajomość przebiegu instalacji była mu tak paląco potrzebna. 一 Numer telefonu do elektryka, który wam to tak zostawił. Kur...czę, pierwszy raz widzę coś takiego, to jest szczyt... mogę zrobić zdjęcie? Wybacz, sekunda.
Rivera odłożył teczkę i poklepał się energicznie po kieszeniach próbując w pośpiechu ustalić gdzie zgubił komórkę. Znalazł ją oczywiście w ostatniej w jakiej sprawdził, a przy próbie upolowania dobrego ujęcia abominacji jaka pląsała przed nim w kolorach wielobarwnej, niedociągniętej osłonki niemal udławił się batonikiem.
一 Okay, jeżeli moja teoria jest prawidłowa, to za moment zrobię nam mały blackout. Masz tu coś w obrębie... 一 Otworzył jednak teczkę i na szybko przewertował dokumentację, odnajdując ten fragment, który dotyczył instalacji za jaką się zabierał. 一 No, tego skrzydła? Lecznica jest chyba kawałek dalej, na przodzie, nie?
Odgryzł ostatni kawałek granoli, a teczkę zamknął z suchym trzaśnięciem, przypadkiem płosząc kilka ciekawskich kociąt plączących się pod nogami. Problematyczna dziura znajdowała się na wysokości jego oczu, więc nie musiał martwić się żadnym nazbyt ciekawskim kociakiem - choć gdyby jakiś rzeczywiście jakimś cudem położył łapę i dokonał tego, co on miał w planach przeprowadzić lada moment po prostu stykając kabelki, nazwałby go Faradayem.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sprawy elektryczne nigdy nie wchodziły w zasięg zainteresowań Erzy. Wieloma rzeczami się zajmowała, ale sama logistyka budynku pozostawała dla niej prawdziwą czarną magią, której nie była w stanie jasno wytłumaczyć. Takie kwestię wymagały prawdziwego magika, a został nim Milo. Mogła być mu wdzięczna za chęć pomocy i za trzeźwość umysłu. Jaki student znał się na elektryce na tyle, by móc w niej grzebać? Co by nie powiedzieć praca w schronisku mogła wydawać się prosta, ale elektryczność była konieczna. To duży obowiązek.
— Mogę spróbować go dostać — stwierdza Fernandes, drapiąc się po głowie. Zaraz wyciąga telefon, by wybrać numer do dyrektora schroniska. Tylko on mógł posiadać takie dane, ale przed wybraniem numeru telefonu wzdycha jeszcze ciężko — ale szczerze może już nie żyć. To stary budynek. Nie wiem, czy kiedykolwiek wymieniana byłą tutaj instalacja — dorzuca od siebie, wbijając w Riverę dosyć chłodny wzrok. Chciałaby mu pomóc, ale po pierwsze nie wiedziała, z czym on się mierzył, a po drugie nie za bardzo miała jak mu pomóc. Przymknęła oczy, przez moment delikatnie kręcąc głową.
— Blackout? — pyta przed wybraniem numeru, a oczy robią się jej wielkie jak pięciozłotówki — lecznica jest z przodu, więc... chyba nic się nie stanie — zaczyna nerwowo, ale szczerze nie wiedziała, jak działają kabelki. Niby słyszała o różnych strefach, ale dalej delikatnie ją to mroziło. Co miała mu powiedzieć? Przegryzła dolną wargę — ale masz pewność, że nie odetnie tam też jej? — pyta finalnie, wbijając w niego przerażone spojrzenie. W jej głowie były jedynie zwierzęta, potrzebujące do przeżycia elektryczności — są tam zwierzęta w komorach tlenowych, one potrzebują prądu, by one działały poprawnie — potrzebowały one większego stężenia tlenu, niż ten który znajdował się w atmosferze. Niestety, chorób związanych z układem oddechowym nie da się inaczej oszukać. Ona sama doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Zaraz jednak wybiera numer do dyrektora, chwilę z nim rozmawia, po czym dostaję SMS'a. Wybiera numer, a telefon przekazuje Milo. Tak, elektryk jeszcze żył i właśnie był na wakacjach w Meksyku, popijając drinka z palemką.
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Okay, mam dobrą wiadomość 一 odezwał się po paru minutach wczytywania się w plany, kiedy już decyzja jaką podjął nie niosła żadnego ryzyka. 一 Te instalacje są niezależne i mają dwa osobne źródła zasilania, więc sektor szpitalny nie ucierpi. Może jednak ten elektryk nie był znowu takim idiotą, przynajmniej je rozdzielił.
Sięgnął po kubek z kawą i przez moment obserwował kilka co bardziej odważnych mruczków zaglądających mu już do torby z narzędziami. Bardzo pomocniej zresztą, bo w pierwszej kolejności Rivera planował sprawdzić napięcie w paru miejscach, a nie był na tyle szalony by brać się za to gołymi rękami. Nie przy świadkach w każdym razie.
Milo znów przepadł w swoim świecie kabelków, wartości wyświetlanych zmiennie na wyświetlaczach mierników oraz dziwnych dźwięków wydawanych przez czujniki, do tego stopnia że nawet nie zauważył jak Fernandes wpakowała się w jego żart zbyt głęboko i zbyt poważnie. Dopiero na widok numeru telefonu i wytłumaczenia Milo zmieszał się i machnął ręką, drugą poprawił sobie okulary na nosie.
一 Nie ma potrzeby, mam już wszystko czego potrzebowałem. Gotowa? Zaraz zrobi się ciemno.
Szeroki uśmiech - może nieco zbyt entuzjastyczny - był zapewne ostatnią rzeczą jaką było jej dane zobaczyć zanim zgodnie z jego zapowiedzią wszystkie światła pogasły gdy tylko zwarł ze sobą kable. Rozległo się kilka oburzonych miauknięć, parsknięcie śmiechem z jego strony i zaraz przez ciemność przedarł się snop światła z jego latarki.
一 Więc obstaję przy wywalonej różnicówce i oby tak było, bo wystarczy, że po prostu zaizoluję ten fuck up i będzie po robocie. Pokażesz mi gdzie tu macie kotłownię? Na planie widziałem, że jest tam skrzynka z bezpiecznikami, muszę do niej zajrzeć.
Coś - kot zapewne - otarło mu się o łydkę i nieprzyzwyczajony do takich niespodzianek Milo aż zesztywniał. Nie zdążył nawet zauważyć który z mruczków okazał się na tyle odważny, światłem latarki obniżonej w panicznym odruchu uchwycił wyłącznie czarny ogon znikający za regałem.
Erza B. Fernandes