
Wróżono mi wiele różnych karier, gdzie pięknej buzi tylko rozkładano czerwony dywan i wiwatowano na jej cześć. Rzeczywistość natomiast wygląda zgoła inaczej. Modelka? Za niska. Aktorka? Zbyt mało ekspresywna. A może pani do towarzystwa, zdolna do owinięcia sobie jakiegoś bogatego pana wokół małego palca u ręki? Przepraszam bardzo, mam szacunek do siebie i resztki honoru. Resztki, ponieważ moja wspaniała matka postanowiła wykorzystać znaczną jego część do swoich własnych celów.
Tak naprawdę wychowywali mnie dziadkowie, przynajmniej do momentu, w którym byli jeszcze w miarę sprawni. Moja matka była wszystkim, czym nie powinna być matka. Alkoholiczką. Ćpunką. Bardzo złym wzorem do naśladowania. Dziękuję w duchu jakimś bytom panującym nad losem (bo w Boga nie wierzę i nigdy nie wierzyłam, co chyba nikogo nie powinno dziwić), że póki dziadek żył, twardo postawił warunek swojej córce, że ma zakaz prowadzania mnie po różnych przybytkach. Chciała wykorzystać moją urodę do tego, by zaskarbić sobie sympatię dilerów, jakichś bogatszych panów i innych, równie obrzydliwych delikwentów. Parę razy udało jej się zabrać kilkuletnią mnie, wystawiając mnie tym samym na widoki, których dziecko nigdy nie powinno było oglądać. Choć żaden z tych obleśnych panów tak naprawdę nic mi nie zrobił poza gapieniem się, skończyłam z obiekcjami przed intymnością towarzyszącymi mi aż do dzisiaj.
Przy czymś takim od razu ciśnie się jedno pytanie na usta - gdzie był ojciec? Ano okazuje się, że ojciec był, wiedział o moim istnieniu, natomiast... Nigdy go nie poznałam. W jego kwestii panowała wyjątkowa zgoda między moimi dziadkami a moją matką, którzy tematu unikali jak ognia. Z tego co wiem teraz, dziadkowie otrzymywali jakąś skromną (w porównaniu z jego majątkiem) kwotę w ramach alimentów, bo moja matka, dostając takie pieniądze na samym początku, zwyczajnie wszystko przewalała. Ojciec natomiast traktował mnie jak rachunek, który trzeba było płacić co miesiąc. Brak zainteresowania moim życiem, moim dobrostanem, moją przyszłością. W ostatnich momentach chyba ruszyło go jakieś sumienie, skoro przepisał mi całą fortunę w spadku, umierając na nieuleczalną chorobę, która równie dobrze mogła być karmą za zostawienie mnie na pastwę losu.
Przy tym jednak wyszło więcej kwiatków. Okazało się, że miałam brata bliźniaka, o którym moja matka i dziadkowie wypowiadali się jak o zmarłym. Nie mam pojęcia dlaczego, matki nie mogłam potem dopytać, bo narkotyki już całkowicie przeżarły jej mózg, a dziadkowie zmarli. Wychodziło na to, że ojciec po prostu wybrał sobie jedno z dwojga dzieci, takie, które bardziej mu się podobało. Jakbyśmy oboje byli ekskluzywnymi produktami na wystawie luksusowego sklepu. Oczywiście, że wygrał chłopiec, idealny na jego "następcę", który przejmie stery w jego imperium. Nie dziwne zatem, że to jemu przypadły udziały, ale dziwne że oprócz tego dostał jedynie rezydencję. Wszystkie pieniądze i kosztowności, które posiadał w momencie śmierci, otrzymałam ja. Bliźniak chyba też był w szoku, natomiast dopiero teraz obudził się, by to wszystko ze mną wyjaśniać. Niby mają być to tylko rozmowy, ale zobaczymy, czy nie dojdziemy do rozwiązania tego konfliktu na drodze prawnej.
Ale szczerze? Nie zamierzam tego oddawać bez walki. Zwłaszcza, że po śmierci babci zostałam sama, jedynie z matką, która... No, matką tym bardziej nie jest teraz. Zniszczona przez używki, z ledwo funkcjonującą głową i narządami wewnętrznymi. Nazwijcie mnie potworem za to, że zostawiłam ją tam samą, w Quebecu. Wisi mi to. I tak okazałam jej serce, poświęcając część odziedziczonych pieniędzy na wsadzenie jej do odpowiedniej instytucji, by do końca tego marnego życia miała chociaż co jeść i gdzie spać. Także potrzebuję tych pieniędzy chociażby z tego jednego powodu.
Ale kurczę no... Chyba mi się należy? Za te wszystkie trudy, za wstyd, który znosiłam latami i noszę w sobie po dziś dzień. Za wszystkie traumy, które muszę omawiać ze specjalistami. Za życie, które ominęło mnie przez to, że najwidoczniej byłam kobietą, nie mężczyzną.
Piękną, ale nie na tyle, by los wybrał mnie w pierwszej kolejności.
❄︎ Uprzedzając pytania - nie, nie jest spokrewniona z Vanessą Paradis.
❄︎ Usamodzielniona od najmłodszych lat życia. Gdy babcia zaniemogła, przejęła nawet jej obowiązki, wzorowo zajmując się domostwem czy gotowaniem obiadów. To ona również zajęła się jej pogrzebem, bo oczywiście matka nie ogarniała nawet, że kobieta zmarła. Z tego samego powodu wyniosła się do Toronto od razu, gdy przyjęto ją na studia, łapiąc się pierwszych lepszych prac, by zarobić na akademik czy czesne.
❄︎ Cierpi na depresję wysokofunkcjonującą, PTSD i inne pomniejsze schorzenia, nad którymi regularnie pracuje z terapeutą.
❄︎ Żyje, tak jak przez większość swojego życia - skromnie, niezbyt rozrzutnie. Potrafi pięć razy pomyśleć, zanim coś kupi. Z tego też powodu rzadko kiedy tyka się odziedziczonej fortuny, trzymając ją na kontach oszczędnościowych z przeznaczeniem na raczej daleką przyszłość. Jedyne na co się szarpnęła to na kupno porządnego (ale wciąż niezbyt luksusowego) samochodu, dzięki któremu swobodnie może poruszać się po Toronto. Nie podjęła się natomiast kupna czegoś lepszego od jej obecnego domku, który bardzo jej odpowiada.
❄︎ Ma zamiłowanie do starszej muzyki, przykładowo z lat 80 czy 90. Ogółem słucha praktycznie wszystkiego (tak, to ta osoba) i tworzy bardzo dużo playlist. Często na jeden raz, a potem o nich zapomina, ale to szczegół. Uwielbia też chodzić na koncerty.
❄︎ Dla niej zwierzęta są czasami lepsze niż ludzie (nie wszyscy, rzecz jasna). Jej dwa kotki, Bruno oraz Lilou, to najważniejsze istoty w jej życiu. Rzadko kiedy wyjeżdża, ale gdy dłużej nie ma jej w domu, dogląda ich zaprzyjaźniona starsza pani, jej sąsiadka.
