-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 Właśnie w tym rzecz, że nie wiem 一 odezwał się w końcu, gdy przemyślał, ale niewiele wywnioskował. Od początku rozmowy nie szło mu to najlepiej. 一 Mam mały problem z określaniem intencji. Z wyczuwaniem nastroju, z... wiesz co mam na myśli?
Na ogół Rivera kierował się doświadczeniem, wypróbowanymi schematami opartymi o mechanikę podobieństw, czymś, co dawało się w jakiś sposób przynajmniej luźno odnieść do okoliczności, ale scenariuszy było wiele, a on jako człowiek celowo i z przyjemnością unikający interakcji - przerobił ich mniej niż większość.
Z reguły bez problemu potrafił rozpoznać zagrożenie, wiedział kiedy należało się postawić, a kiedy ratować skórę i taktycznie przeanalizować dostępne opcje oraz kierunki możliwej ucieczki. Niemal bezbłędnie wyczuwał gdy reflektor poświęcanej mu uwagi zaczynał przygasać i czuł, podskórnie i całym sobą, moment w jakim odwracał się w inną stronę, albo po prostu wyłączał się kompletnie. Rozróżniał kiedy na niego patrzono zamiast go widzieć, kiedy słyszano zamiast słuchać i znał ciszę w tylu wymiarach, barwach i tonach, że mógłby z niej ułożyć osobisty witrażyk.
Troska, serdeczność, bezinteresowność? Na tym wypieprzał się systematycznie, bo łatwo je było pomylić z czymś innym.
Poza tym utrwalone w nim przekonanie, że każdy prędzej czy później miał odejść bez względu na to czego by nie zrobił nadal pokutowało, a on słyszał je wyraźnie tym samym głosem.
一 No nie, to jest... to zupełnie nie o to mi chodziło, to nie tak, że cię nie potrzebuję 一 wszedł mu zdecydowanie w słowo, obiema dłońmi przesunął energicznie w górę - poprzez mostek aż do piersi - i z powrotem po kontur ostatniego żebra, kilkukrotnie, a brwi umarszczył w ogólnym niezadowoleniu. 一 Potrzebuję, po prostu nie jestem do tego przyzwyczajony i dziczeję kiedy próbujesz pomóc, bo... bo nie wiem czy będę ci coś winny, czy to nie za dużo, czy nie będzie problemu? Mówisz, że nie, ale skąd mam wiedzieć tak naprawdę? Czasami jest się miłym i mówi się pewne rzeczy, kurwa, czasami cokolwiek, bo wypada, a ja nie rozróżniam kiedy to jest, że to tylko gadanie a kiedy to coś więcej niż... nie chcę cię urazić, okay? Po prostu mówię co myślę, bo sam nie wiem co robić.
Chwilę później przyszła kolejna porcja szczerości nad parującą z rondla zupą i Milo na chwilę wsparł się ciężej na barku Gauthiera; zaczynały cierpnąć mu ręce, nogi bolały go od paru godzin, a plecy właśnie zaczynały składać oficjalne zażalenie.
一 Ja też nie mam pojęcia co z tym wszystkim zrobić, improwizuję 一 wymamrotał mu w bluzę, tam, gdzie wygrzewał mu jej fragment oddechem. 一 Po prostu to dla mnie nowość, że ktoś w ogóle zwraca uwagę na to czy wróciłem na noc czy nie. Głupie, ale to całkiem sporo do przerobienia jak na mnie.
Ta odsłona oczekiwania na jego powrót była dla niego zupełnie nowa. Estella zazwyczaj machała na to ręką, czasami przesypiała jego eskapady i wspinaczki po rynnie oraz okolicznych dachach. W poprzednich rodzinach zastępczych obecność poza domem nie była tematem żadnej dyskusji, w pierwszej ze względu na rygor, w drugiej przez obowiązki i zajęcia dodatkowe. Poza tymi doświadczeniami był jeszcze Diego, ale on czekał inaczej niż Dylan.
一 Poczuję się lepiej jak zjesz ze mną zupę 一 zaproponował niemrawo, bo gdy zerknął przelotnie na stół i początkowo bezrefleksyjnie wpatrywał się w swój talerz zauważył, że brakowało drugiego. 一 I jakby, okay, możesz pójść ze mną jeśli w ogóle zdecyduję się na... hmm, cokolwiek. Pablo jest pokurwiony, ale nie na tyle by wywinąć coś głupiego kiedy ewidentnie ma w tym jakiś biznes. W każdym razie żeby nie było, ja ostrzegałem, plus na swoją obronę przysięgam, wychowywałem się z nim tylko do trzynastego roku życia, więc tyle co nic, tak?
Poklepał go lekko po prawej piersi czując, że jeszcze chwila a dostanie zapaści. Albo drugiej odsłony załamania nerwowego z przemieszczeniem, wszystkie opcje były możliwe i Rivera nie do końca czuł się w tej kwestii decyzyjny.
Stanął na palcach i zamiast chować mu się za plecami oparł mu brodę na ramieniu, a jedną ręką chwycił za chochlę wyglądającą z rondla, drugą natomiast pokracznie - bo spod łokci Gauthiera - podniósł pokrywkę.
一 Wygląda przyzwoicie 一 skomentował rzeczowo, udając znawstwo. 一 Czerwona i płynna, czyli wszystko czym powinna być pomidorówka. Czekaj, nie... nie! Ja nam naleję, pokaż, no...
Manewrowanie zza kogoś, kto przerastał go o głowę, drobiąc boleśnie na palcach i celując na oko nie mogło wyjść bezbłędnie; na blacie pojawiło się kilka kleksów gdy nie trafił celnie w miskę, do jednej nabrało mu się za dużo marchewki, więc by ratować sytuację zaczął pospiesznie przebazowywać ją do drugiej, wszystko mozolnie i kilkukrotnie dłużej niż gdyby pozwolił się tym zająć Dylanowi.
Być może miał świadomość, że nawet tak parszywy dzień potrzebował jakiegoś impulsu, czegoś, co rozgoniłoby zaduch i rozładowało stres, a na pewno na taki przebłysk czegoś zwyczajnie domowego i normalnego po paru godzinach napięcia zasługiwał Gauthier.
一 Ujdzie?
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Możemy spróbować improwizować w tę samą stronę - zaoferował najpierw, cicho, jedynie na wpół skupiony na formowaniu myśli w sensowne zdania, jako że resztę jego uwagi przejmował powoli rysujący się przed jego oczami punkt widzenia Rivery na temat relacji międzyludzkich. Szybko okazywało się, że różnili się od siebie jeszcze bardziej niż Dylan kiedykolwiek byłby w stanie wywnioskować na własną rękę. - I, okay, znowu będziesz musiał uwierzyć mi na słowo, ale możemy coś ustalić? Nie jesteśmy transakcją. A przynajmniej mam nadzieję, że nie liczyłeś mi ile razy nocowałem u ciebie na kanapie, żeby mnie z tego rozliczyć - wytknął, sięgając w tył i lekko szczypiąc go w bok przez materiał szlafroka. - Nie robisz sobie u mnie długów po prostu istniejąc. Jak oferuję ci jakąś pomoc to z własnej woli i nierzadko z czysto egoistycznych pobudek, bo sam czuję się lepiej kiedy wiem, że wszystko u ciebie w porządku. No, przynajmniej stabilnie. I wiem, że mogę na ciebie liczyć, żeby dostać to wsparcie z wzajemnością - zapewnił, jako że nie było to jednostronne. Od kilku tygodni łączyło ich więcej niż tylko wspólna przestrzeń życiowa i ani razu, włącznie z aktualnym wieczorem, nie czuł się jakby musiał się dla niego wyjątkowo wysilać, a przynajmniej nie w tym sensie, z jakim miałby jakikolwiek problem. I przez poprzedni rok sytuacja miała się podobnie. - Obiecałem, że dam ci znać jakby coś było między nami nie tak i zamierzam się tego trzymać, ale mogę dołożyć do tego, że nie musisz kwestionować moich intencji. Możemy ustalić, że między nami nic nie "wypada"? - upewnił się, jako że sam szedł z tym przekonaniem od jakiegoś czasu, ale być może trzeba było wypowiedzieć to na głos. Jeszcze ani razu nie zgodził się na nic tylko z poczucia obowiązku czy nadmiernej uprzejmości, a jeśli miało to ułatwić sprawę mogli zrobić z tego przyklepaną umowę.
- Czyli nie muszę przed tobą chować taśmy klejącej? - upewnił się na wspomnienie o krótkim czasie wspólnego wychowywania się z Pablo. Zostawił dla siebie przemyślenie, że jednak coś przez te lata musiał podłapać, skoro przywitał go scyzorykiem. Z tego faktu akurat był nawet zadowolony. - A zupa brzmi świetnie. Czasem zdarza ci się nawet nienajgorszy pomysł - pochwalił, chociaż szybko pożałował tych słów, kiedy Milo odgonił jego ręce i sam zabrał się za podawanie reszty obiadu z ruchami mocno ograniczonymi przeszkodą w formie Dylana. Zgodnie z poleceniem nie pchał się do pomocy, jedynie raz podtrzymując garnek za rączkę, kiedy ten niebezpiecznie przechylił się na palniku popchnięty przez chaotycznie mieszającą w nim chochlę. Obserwował z nieukrywanym rozbawieniem jak zupa ląduje w połowie na blacie kuchennym, parokrotnie być może, całkowicie przypadkowo, podnosząc jeden z łokci by utrudnić mu robotę.
- Musisz popracować nad marchewką, ale tak z cztery gwiazdki za technikę - ocenił, zerkając krzywo na blat przypominający trochę scenę zbrodni rodem ze slashera klasy c, po czym wyjął mu z ręki chochlę i odłożył ją z powrotem do garnka, by nie narobił więcej szkód, chociaż cały czas na ustach tańczył mu uśmiech. W końcu odwrócił się w jego objęciach, dając mu zejść z palców, i przebiegł po jego twarzy wzrokiem, za chwilę śledząc trasę w dół jego policzków także kciukami. I potem jeszcze raz z prawej strony, kiedy zdał sobie sprawę, że rozsmarował mu na skórze kroplę pomidorowej.
- Jakbym za bardzo ci matkował to mi powiedz, okay? Zależy mi na twoim bezpieczeństwie, ale nie chcę cię osaczać - wrócił jeszcze na chwilę do wcześniejszej rozmowy, doskonale świadom, że zdarzało mu się trzymać rękę na pulsie odrobinę za mocno. Pochylił się, by przycisnąć pocałunek do czubka jego włosy i dał sobie kilka sekund na zostanie w bez ruchu, z zamkniętymi oczami pozwalając by loki łaskotały go w policzki i nos, po czym odwrócił się, aby zgarnąć miski z blatu i zanieść je do stołu. - Weźmiesz łyżki? - podrzucił przez ramię, zajmując miejsce z dużo lżejszym sercem niż kiedy ostatnio je opuszczał.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Opór wciąż był obecny kiedy przymierzał się do nowej perspektywy, do odpuszczenia sobie kwestionowania każdego słowa jakie padło w rozmowie, ale przynajmniej Milo miał świadomość, że musiał przynajmniej wychylić się poza strefę tego co znane. Dylan nie mógł prowadzić tych mozolnych prac nad ich świeżą relacją zupełnie sam, a supervising nie był dostatecznym wkładem aby Rivera czuł, że robił ze swojej strony dość.
一 Och, a więc zakładasz, czysto teoretycznie, że gdyby ktoś przykleił cię do krzesła to...
...sfałszowałbym jego zeznania podatkowe albo wmanewrował w defraudację mienia publicznego...
一 ...ugotowałbym ci zupę?
Naturalnie żartował - przynajmniej w tej części, którą wypowiedział na głos. Co do pozostałych nie miał wątpliwości, potrafił być wyjątkowo kreatywny w kwestii potencjalnych, osobistych vendett.
Zgodnie mruknął mu w ramię akceptując nową umowę, mimo że wciąż mrużył oczy jakby rozpakowywał każde słowo jak nowy zestaw czekoladek w poszukiwaniu takiej, której mógłby nie polubić. Nie znalazł niczego, bo Gauthier od czasu do czasu potrafił odpowiednio odsiać warstwę emocjonalną i wydestylować trochę czystej logiki, z którą Milo nie miał w zwyczaju podejmować dyskusji.
Nic nie wypada.
To miało prawo zadziałać.
一 Odjęło ci rozum? Zawsze mam fantastyczne pomysły 一 poprawił go, gdy w najlepsze rozlewał zupę po blacie i talerzach. Ręce nadal telepały mu się jak alkoholikowi na odwyku, co dodatkowo doprowadzało go do szału; zwykle był tym człowiekiem, któremu z uwagi na stabilność i statyczność dłoni wróżono spomiędzy dwóch karier (z wyróżnieniem - gdyby zależały one wyłącznie od zdolności manualnych, a nie szczególnych predylekcji charakteru oraz wykształcenia): chirurg lub snajper. Milo wybrał lutowanie z maszynową dokładnością.
一 Zgodzę się tylko jeżeli to cztery gwiazdki na cztery. Chyba nie cztery na dziesięć, co? Oh, carajo...!
Marchewka chlapnęła w zupę podczas widowiskowego skoku z krawędzi chochli, wymalowując im techniką action painting piękne, wyraziste plamy z pomidorowej na szlafroku i bluzie. 一 Okay, może być zatem cztery na pięć, muszę popracować nad finiszem.
Chochla z powrotem wylądowała w rondlu, ręce Milo wyślizgnęły się Dylanowi spod łokci, ale znieruchomiał jak zając na polowaniu, gdy w miejscu zatrzymała go niema prośba - tak przynajmniej rozpoznał tę nieco zbyt długą jak na zwykły, casualowy dotyk, obecność ciepłego oddechu w swoich włosach i pochylającego się nad nim mężczyznę. Dzisiaj nie miał nic przeciwko; był zmęczony, a przez to i mniej skłonny do awantur, mniej chętny na dzikie rejtery i spontaniczne otrząsanie się od rąk, które znał. Dzisiaj mógł po prostu biernie chłonąć.
Przy stole nie odzywał się znów zbyt wiele, zmieniło się tylko tyle, że teraz szorując nieelegancko łyżką o dno miski (słodka marchewka widocznie szczególnie mu smakowała) trzymał Gauthiera bosymi stopami za kostkę jednej nogi, szukając ciepła (zdążył podmarznąć podczas postoju bez skarpetek na kafelkach) i kontaktu. Czasami zerkał przed siebie by skontrolować czy nie jest jedynym który je, z drętwym odczuciem ścierpnięcia w okolicy ramion, od którego próbował bezskutecznie opędzić się co raz otrząsając się mocniejszym wzruszeniem barków. Nieprzyjemne spięcie mięśni towarzyszyło mu uporczywie często, ilekroć siedział przy stole nie sam a z kimś, w przykrym atawizmie po dawniejszych latach i odległych wspólnych posiłkach.
一 Zastanawiałem się... 一 zawiesił głos, czubek łyżki opierając o dno miski. Idealny kąt prosty, czuł się usatysfakcjonowany. 一 Słuchaj, ona wygląda na dzieciaka, ma może, nie wiem... trzy lata? Cztery? Ciężko mi określić, nie pamiętam czy Pablo wspominał coś na ten temat. Znasz się na tym? W sensie, nie mam pojęcia jak zająć się takim... hmm, a jak mnie nie polubi? Zawsze byłem tym najmłodszym, nie wiem jak to jest.
O dziwo myśl o pierwszym spotkaniu z Rose dezorganizowała jego spokój ducha w o wiele większym stopniu niż wiążąca się z nim konieczność skonfrontowania się ponownie ze starszym bratem. Ten dodatek Milo przyjmował już jako przykrość, z którą nie można polemizować, ale przy odrobinie starań dało się ograniczyć jej wpływ. Mógł go przecież ignorować. Odpowiadać tylko na to, na co było trzeba, albo zaapelować do jego przyzwoitości (o ile Pablo takową w ogóle posiadał, kwestia sporna i dyskusyjna) by zgodnie przeszli na to wymagane minimum.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Hm? - zachęcił go do dokończenia myśli, nieudolnie łowiąc w zupie jeden uciekający plasterek marchewki, ze zmarszczką między brwiami wyrażającą pełne skupienie na zadaniu. W końcu triumfalnie podniósł głowę trzymając kawałek warzywa między zębami by pochwalić się przed Milo zanim wciągnął go do ust i faktycznie przeżuł, słuchając jego rozważań.
- Na dzieciach? Chyba całkiem nieźle - przyznał, opierając się łokciem o blat i podpierając głowę na pięści. - Jak chcesz, żeby cię polubiły, musisz chociaż trochę mówić ich językiem i to w sumie starcza. Jak ją zobaczysz raczej od razu się skapniesz czy jest wiesz, do ludzi czy nie za bardzo, jak zejdziesz do jej poziomu, w sensie dosłownie, jak kucniesz czy coś... Chociaż, czy musisz... - przeciągnął, mierząc go wzrokiem z zastanowieniem, po czym uśmiechnął się, przesuwając językiem po dolnej wardze. - No to wiesz, przedstawiasz się jak normalnie i sprawdzasz czy podejdzie sama czy się schowa za rodzicem. To drugie wymaga trochę więcej czasu, ale nieśmiałe dzieci też w końcu dają się przekonać jak da im się dość uwagi - wyliczył, cofając się do momentów poznawania zarówno znajomych swojego rodzeństwa, kiedy byli w podobnym wieku, oraz dość niedawnego spotykania dzieciaków swoich znajomych z liceum. Wciąż wydawało mu się to trochę abstrakcyjne, nie wyobrażał sobie mieć w tym wieku własnej rodziny, ale niektórzy dawali radę już od lat.
- Jak chcesz utrzymać takie przy życiu to mogę dać ci wskazówki, ale jak chodzi o samo poznawanie to warto dać im mówić za siebie i słuchać, zadawać pytania, okazywać zainteresowanie. Jak nie powie ci nic sama to możesz wyciągnąć jakiś punkt zaczepienia od Pablo i pociągnąć temat już z... um, Rose..? - upewnił się, jako że usłyszał to imię tylko raz i nie był pewny czy dobrze siadło. Zwłaszcza, że był w tym czasie trochę zajęty wkurwieniem na jej ojca. - Dasz sobie radę, a jak skończą ci się pomysły to pokaż jej ASAPa, zakocha się - zapewnił, odchylając się w tył by ponownie usiąść prosto i zakręcić ramionami w tył. Ten gest jednak przypomniał mu o czymś, co obserwował ze strony Milo przez połowę obiadu. Czy raczej kolacji. Prawdę powiedziawszy nie wiedział nawet która była godzina, zbyt zaaferowany wydarzeniami dnia by patrzeć na zegar od momentu, kiedy Rivera wrócił do mieszkania.
- Zrobić ci masaż? - zaproponował, zerkając w stronę jego barków w ramach wyjaśnienia co miał na myśli. Potrafił rozbijać niezbyt głębokie zbitki mięśni i o ile musiałby być wyjątkowo ostrożny wkoło potencjalnych siniaków, wychodził z założenia, że Milo jak mało kto mógłby potrzebować bardziej manualnego rozluźnienia ciała.
- A, jak chcesz ten deser to mamy tartę cytrynową w lodówce. Bo... najwidoczniej jak znikasz bez znaku życia moim pierwszym instynktem jest ubijanie bezy - westchnął i pomasował palcami czoło, z perspektywy czasu uznając całą swoją kuchenną eskapadę za niezwykle absurdalną odpowiedź na moment stresowy. Co prawda dało mu to coś, na czym mógł skupić uwagę, zamiast rwać włosy z głowy, jednak naprawdę wolałby być bardziej praktycznie użyteczny w momencie realnego zagrożenia.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
一 A o co można zapytać czterolatkę? 一 wymamrotał niemrawo w swoją zupę, zachodząc w głowę o potencjalne tematy. Czubkiem łyżki przetoczył plasterek marchewki przez talerz i zasępił się w zastanowieniu nad tym co zajmowało go w podobnym wieku. 一 Kiedy ja byłem dzieciakiem lubiłem... okay, nie jestem najlepszym wyznacznikiem, zwłaszcza, że pamiętam piąte przez dziesiąte, joder.
Drugim końcem łyżki podrapał się w skroń i na chwilę wsparł głowę o nadgarstek, zamknął oczy i odetchnął głęboko, ale bez jakiejkolwiek ulgi. Wydawało mu się, że pozbycie się Pablo z Simply Fix It powinno rozwiązać problem, wychodziło jednak na to, że wpadł z deszczu pod rynnę.
一 Rose 一 potaknął, zakładając, że również nie przekręcił przypadkiem imienia we własnym wspomnieniu. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, w tej części mózgu odpowiedzialnej za ich zapamiętywanie Milo posiadał czarną dziurę. 一 W sumie fakt. ASAP jest genialny, nie... no, nie żebym sam sobie teraz słodził, ale to przecież jak WALL·E dwa zero.
Z zadowoleniem i znacznie luźniejszym żołądkiem wybrał ostatni kawałek marchewki i... niemal się nim udławił słysząc hojną propozycję ze strony Gauthiera.
Zdecydowanie zbyt często w jego towarzystwie miał problemy z prawidłowym przełykaniem.
一 To naprawdę zajebiście miłe z twojej strony 一 wyrzęził przez łzy, wdzięczny, że przełknięta z talarkiem marchwi zupa nie poszła mu przy okazji nosem. Mogło być gorzej, prawda? 一 ale obejdzie się, serio. Poza tym chyba przekroczyłem dzisiaj limit tykalności i nie czuję się zbyt chętny na fizyczność. Może na jakąś drobną, ale bez przesady.
Wiedział, że Dylan miał względem niego jak najlepsze intencje i w innej sytuacji - w innym ciele? - pewnie zgodziłby się bez zastanowienia, a z koszulki wyskoczył jeszcze w kuchni. Problem polegał na tym, że sytuacja była jaka była, tkwił w tym samym opornym na dotyk ciele i miał na sobie jedynie szlafrok.
Deser zdołał za to wywabić z niego jakiś entuzjazm, aczkolwiek Milo i tak spojrzał Gauthierowi prosto w oczy z niedowierzaniem, tak, jakby chciał zapytać: Serio? Beza?
一 Jak rozumiem to twój sposób radzenia sobie z nerwami? Cool.
Oczywiście, że miał ochotę na tartę cytrynową, jakże mógłby odmówić? Odsunął od siebie pustą miskę jasno sygnalizując, że pomimo pierożków i zupy wciąż miał miejsce na coś słodkiego, czym bił kolejne rekordy; w jego przypadku pełny, dwudaniowy obiad i deser za jednym posiedzeniem był swego rodzaju sukcesem, choć może bardziej właściwie byłoby uznać to za przejaw geniuszu Gauthiera.
Powoli zaczynał odczuwać skutki spotkania po latach, jeden zbyt głęboki przechył w bok doczekał się boleściwego świstu wdechu przez zaciśnięte zęby, pauzy w postaci wymownej ciszy i głośniejszego wypuszczenia powietrza przez nos, bynajmniej w wyrazie ulgi.
Cholerny Pablo miał parę w łapach, ścisnąłby mocniej a niechybnie strzeliłoby żebro.
一 Mamy jakiś paracetamol? Aspirynę? 一 zaryzykował, nie chcąc wywoływać sensacji, zwłaszcza, że Dylan pomimo najszczerszych chęci sprawiania wrażenia tego stabilnego i nieulegającego panice, prawdopodobnie prawie osiwiał tego wieczora, a Milo nie chciał dokładać mu się kolejnym zmartwieniem. Wątpił, by było to coś poważnego, nie raz dostał większy oklep i musiał sam wylizywać sobie rany, ale ciężej było ukryć dyskomfort gdy mieszkało się pod jednym dachem z człowiekiem o intuicji matki czworga i zdolnością obserwacji godną przeciętnego puszczyka.
一 Nic mi nie jest, po prostu pomyślałem, że będzie mi łatwiej zasnąć.
Dylan Gauthier