006.
She’s trouble. I can feel it. I’m still walking toward her.
Pasował do Emptiness, w tej swojej ciemnej koszuli w krwisto czerwone kwiaty, rozpiętej do połowy, ze złotymi łańcuszkami spływającymi po opalonym karku i zmierzwionymi czarnymi słowami, wyglądał jakby salsę tańczył na co dzień. A prawda jest taka, że się jej dopiero uczył, ale wcale nie przyszedł tutaj potańczyć. Na szyi zawieszony miał aparat i to z nim bujał się w rytm muzyki cykając kolejne zdjęcia. Miał po prostu zrobić kilka zdjęć z wieczorka salsy, które później właściciel mógłby sobie wrzucić na stronę. Kilka.
Ale Donnie zawsze przykładał się do swojej pracy i tych zdjęć miał już dużo... Bardzo dużo. Ale co zrobić, kiedy wijące się na parkiecie ciała, kiedy pierzaste sukienki do salsy i kolorowe koszule, podobne do tej, którą miał na sobie, po prostu przyciągały obiektyw? Bowen nie był zapalonym tancerzem, z nosem utkwionym w aparacie on wielu rzeczy nie zauważał, ten ogień, na parkiecie dotarł do niego dopiero przez pryzmat zdjęć. Ruch, kolory, wszystko dzisiaj do niego przemawiało, może dlatego zamiast zrobić to, co miał i po prostu się zawijać, to on wciąż siedział przy ladzie, drinki miał za darmo, więc pił już chyba trzeciego, każdy inny, żeby spróbować różnych, teraz mohito. Nie liczył się wcale z tym, że jutro po tej mieszance będzie miał pewnie potwornego kaca, ale młodość przecież rządziła się swoimi prawami. A Donnie był młody, wciąż jeszcze przez życie nie do końca doświadczony, chociaż... dużo w tym krótkim życiu widział. Dużo ludzi poznał.
Ale on kochał ludzi, kolorowych, zdradzających jakieś emocje, uczucia...
Przyłożył aparat do policzka i powiódł nim dookoła, właściwie nie szukał niczego konkretnego. Może jeszcze odrobina jakiejś dzikiej energii bijącej z samego środka tej latynoskiej, gorącej nocy.
Znalazł coś zgoła innego, nostalgię zamkniętą w ciemnych, pięknych oczach. Melancholię odzianą w czarną, satynową sukienkę. Zawahanie ukryte w tym delikatnym drżeniu pełnych, gorących warg. Tęsknotę za czymś, co odeszła bezpowrotnie w drinku, który sączyła powoli, z pełnym poszanowaniem, jakby smakiem miał przypominać jakieś ciepłe lato, jedną z dzikich plaż, dzikich nocy... Daleko stąd.
Nawet nie wiedział kim jest, a jednak nie przeszkadzało mu to, żeby w jego głowie ułożyła się cała jej historia, zamknięta na fotografiach, które zrobił. Jedna po drugiej.
Trzynaście. I kiedy miał znowu nacisnąć na spust migawki ona się ruszyła, zamierzała odejść?
Ale byłby głupi, gdyby jej pozwolił.
Zanim zdążyła znowu zwrócić twarz w kierunku ognistego parkietu, on już stał za nią, a gdy odwróciła się, nazbyt gwałtownie, i wpadła na niego... Co właściwie zrobił odrobinę specjalnie, zajmując taką pozycję, a nie inną, to od razu zareagował, wystawił rękę zaciskając palce na jej przedramieniu, żeby ją przytrzymać, kiedy się zachwiała. Bo takie szpilki prezentowały się pięknie, dodawały jej niesamowitego seksapilu, ale w starciu z młodością, która wyrasta przed nią niespodziewanie, w postaci jakiegoś młodego chłopaka o intensywnie zielonych oczach, wpatrzonych w nią, jakby była jakimś najpiękniejszym obrazkiem, mogły przegrać walkę.
Dla niego była najpiękniejszym obrazkiem, który on już miał zamknięty, tam, na szyi, w swoim aparacie.
-
Och, uwaga... - rzucił -
przepraszam, wlazłem w ciebie... - dodał nieco speszony, ale jeszcze wcale nie zabrał palców z jej przedramienia, bo zrobił to specjalnie, bo tylko udawał zakłopotanego. Tak bardzo specjalnie, że może nawet... mogła to dostrzec w tych jego oczach, które teraz zatrzymały się na tych jej ciemnych, błyszczących od tych wszystkich klubowych świateł. Przesunął palcami po jej skórze i zabrał rękę, cofnął ją układając na swoim aparacie, ale nawet na moment nie spuścił spojrzenia. Czarowała go. Z bliska jeszcze bardziej.
-
Przyszłaś potańczyć? - zapytał od razu, bo przecież Donnie taki był. Gadał. Dużo. Z każdym, bez żadnego skrepowania. Z nią też, zamierzał...
oh mami 