-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To była zwykło, rutynowe badanie. Zwykła praca. Odcięcie się od emocji, które wisiały jej w głowie. Wracanie do szpitala powodowało u niej rozdzieranie serca. Nie wiedziała, z czego dokładnie to wynikało i czym było podyktowane. Cholera, doskonale wiedziała. W sercu trzymała dwóch mężczyzn. Charliego i Dante. Choć postawiła granicę, nie potrafiła wrócić ot tak do codzienności. Korytarze szpitala przypominały jej o wszystkim na nowo.
Nawet teraz gdy wykonywała rentgen nowego pacjenta, nie była w stanie się na nim skupić. Jej myśli wędrowały w stronę Marshalla. Ich ostatniego spotkania przez które czuła rozdarcie tak wielkie na sercu, że nie była w stanie normalnie funkcjonować. Zwyczajnie nie była. Gdziekolwiek spoglądała na szpitalnych korytarzach widziała jego. Gdy jechała windą, przypominała sobie na nowo smak jego warg oraz intensywny zapach perfum. Wzrokiem próbował go znaleźć, licząc, że odwiedzi ojca. Tylko go nie było.
Za to ona tkwiła w sali, wykonując badanie. Aż w pewnym momencie czerwone światła na nowo rozbłysnęły, a z głośników szpitalnych rozległ się alarm. Szpital płonął. Pacjentem zajęli się inni rezydenci, a ona w pewnym momencie ucieczki stanęła. Na nowo nie mogła nabrać oddechu. Czuła, jak kończy się jej tlen. Pozostali zdołali wydostać się ze skrzydła, a ona zaczęła czuć zapach dymu. Intensywny, obezwładniający. W pewnym momencie po prostu padła. Nie mogła wziąć oddechu, całe ciało miała spięte, a wszystko wydawało się być obezwładniające. Za to w tych krótkich chwilach przed utratą świadomości, widziała jedynie jego. Głupio liczyła, że pojawi się, że znowu zostanie jej bohaterem, a go nie było. Nie pojawił się tym razem, a jej ciało wydawało się poddać.
Obudziła się w ambulansie. Podłączona do maszyny z maską tlenową założoną na twarz i ciężkim ciałem. Ze słów lekarzy zdołała usłyszeć, że wszystko z nią w porządku. W porę została zauważona, a później zabrana od strażaków. Tyle że te słowa w ogóle do niej nie trafiały. Wzrokiem poszukiwała wiceprezesa, który kiedyś dał jej... bezpieczeństwo. Nie wiedziała, ile trwało, zanim pozwolili jej wyjść poza karetkę. Dostała kocyk oraz herbatę, by móc usiąść przed palącym się budynkiem. Widziała jedynie kłęby dymu, które ulatniały się ku górze.
W jej oczach pojawiły się automatycznie łzy. Jedna spłynęła po całym policzku, a ciało zaczęło jej na nowo drżeć. Przecież niedawno była wśród pacjentów, wykonywała badania, a teraz obserwowała jak część szpitala dosłownie płonęła, a ona? Potrafiła myśleć jedynie o Marshallu i przez to czuła się jeszcze gorzej.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Proszę się odsunąć! Teren zabezpieczony! - wrzasnął policjant, blokując mu drogę.
- Tam jest mój ojciec! Nazywam się Marshall, Northland Power, muszę wiedzieć... - zaczął, ale funkcjonariusz nawet nie drgnął.
- Nie obchodzi mnie, jak się pan nazywa! Nikt nie wchodzi za taśmę!
Charles zaklął pod nosem, czując bezsilność, której nienawidził bardziej niż czegokolwiek innego. Rozejrzał się gorączkowo po tłumie ewakuowanych pacjentów, ratowników i gapiów. Chaos był obezwładniający. Wszędzie było słychać syreny. I wtedy ją zobaczył. Siedziała na krawężniku, nieco z boku, odgrodzona od największego zgiełku. Sama. Była skulona pod kocem, w dłoniach trzymała herbatę. Jej twarz była brudna od sadzy, a błękitne oczy, zwykle tak żywe, teraz wydawały się puste. Cholera. Obiecał sobie, że da jej spokój. Obiecał, że nie będzie jej niepokoił, że uszanuje jej wybór, ale... nogi same niosły go w jej stronę. Przeszedł pod taśmą, ignorując okrzyki policjanta, i w kilka sekund znalazł się przy niej. Stanął nad nią, a jego cień padł na jej skuloną sylwetkę. Przez moment po prostu jej się przyglądał - włosom, oczom, ubraniu - jakby chciał pobieżnie sprawdzić, czy była cała. Po chwili kucnął przed nią i wyciągnął przed siebie rękę, ale jego dłoń zawisła w powietrzu, centymetry od jej ramienia, wciąż walcząc z zakazem, który sam na siebie nałożył. - Jesteś cała? - spytał, ostatecznie cofając dłoń. - Co się stało? Widziałaś mojego ojca? - wyrzucał z siebie kolejne pytania.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie słyszała jego kroków. Dźwięk syren, krzyków oraz poleceń medyków wybrzmiewał w jej głowie obezwładniająco. Patrzyła na kubek herbaty, a w nim widziała jedynie jego. Charlie. To jego potrzebowała. Różne myśli przechodziły przez jej głowę, cały czas się trzęsła, nie mogąc uspokoić samą siebie. On był tym, który byłby w stanie ją uspokoić. Przecież to było tak piekielnie oczywiste. Nie powinna o nim myśleć, a robiła to. Jej myśli nie były w stanie od niego uciec.
I wtedy usłyszała go.
Uniosła wzrok z oczami zeszklonymi, a serce jej zamarło. Był przy niej znowu, kiedy go potrzebowała. Był. Nie słyszała jego słów. Za to przez jej ciało przeszła swego rodzaju ulga. Nie wiedziała, kiedy ale wręcz automatycznie wtuliła się w niego. Mocno zacisnęła dłonie na jego płaszczu, próbując doszukiwać się w nim spokoju, bezpieczeństwa. Cały czas drżała, a dopiero czując na nowo jego ciepło, jego zapach poczuła automatyczne odprężenie. Jakby jej ciało właśnie przestało walczyć, wyszło z trybu niebezpieczeństwa i na nowo spotkało się z nim.
Nie wytłumaczyłaby tego w żaden racjonalny sposób. On po prostu kiedyś był, gdy go potrzebowała. Teraz znowu się pojawił. Czy to nie było wystarczające? Czuła, jak kolejne łzy spływają powoli po jej policzkach, a ona nie mogła w żaden sposób się uspokoić. Zwyczajnie nie była w stanie. Jej oddech był niespokojny, cały czas drżał. Serce wydawało się chcieć wybiec z jej klatki piersiowej. To nie była jedna z tych pięknych, filmowych scen. Więcej było w tym lęku, niebezpieczeństwa, bo przecież wszyscy ich teraz mogli zobaczyć. Tylko dla niej się to nie liczyło. Liczył się tylko on.
— Charlie... — wydukała z siebie drżącym głosem, zaciskając jeszcze mocniej dłonie na jego płaszczu. Musiała schować się przez całym światem w jego ramionach. Nie kontrolowała własnego ciała, ale po kilku sekundach zaczynała odczuwać ulgę. Oddech zaczął się jej uspokajać, serce zaczęło bić szybciej. Nawet przez moment nie chciała go puszczać. Mogli na nich patrzeć, oglądać ich. Dla niej cały świat się zatrzymał. Nie liczyło się nic poza nim. Chciała móc ukryć się w jego ramionach przed całym światem. Dawał jej to, czego potrzebowała. Bezpieczeństwo. Nie potrafiła tego zrozumieć w żaden racjonalny sposobów. Po prostu był.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wyjaśnienie tej bliskości przyszłoby jej z wielkim trudem. Był dla niej obcym. Widzieli się raptem cztery razy, które nie powinny niczego znaczyć. Jednak jego pojawienie się znaczyło. Cholernie, dużo znaczyło. W tym całym chaosie, okrzykach bólu oraz strachu przerywanych przez strażacką syrenę, on znowu ją odnalazł. Wcześniej była pusta, wpatrywała się w kubek z herbatą w ciszy, a jej wzrok był nieobecny. Jakby patrzyła przez mgłę, a wszystko co działo się dookoła leciało w spowolnieniu. Skąd się jej to wzięło? Dlaczego reagowała w ten sposób? Nie potrafiła racjonalnie do tego podejść.
Teraz czuła wyłącznie jego ciepło, a w jego objęciach czuła się jak w niebie. Pewnie brzmi to patetycznie, lub zbyt wzniośle, ale ten gest otaczających ją ramion był wystarczający, by na nowo mogła się w nim schować. Cały świat dla niej nie istniał poza nim. Łzy spływały jej strugami po policzkach, a ciało nie było w stanie się uspokoić. Aż w pewnym momencie poczuła ulgę. Dalej płakała, tak głośno i mocno, że nie mogła się powstrzymać przed uronieniem kolejnych. Za to jej oddech zaczynał był głębszy, wolniejszy. Podobnie serce zaczynało zwalniać. Przez moment nie przeszła jej niestosowność, to że go odrzuciła jeszcze nie tak dawno temu. Tylko teraz nie była w stanie racjonalnie myśleć. Liczył się jedynie on i jego bezpieczne ramiona.
— Zabierz mnie stąd — powiedziała jeszcze drżącym, łamiącym się głosem — proszę — dodała po chwili, wpatrując się w jego oczy. Ani na moment go nie puściła, a kubek z herbatą leżał na chodniku. Jakby w ogóle nie istniał. Tak samo jak pożar. Całe ciało wzięło nad nią górę. Dalej była w swoich różowych crocsach oraz granatowym scrubs'ie. Na stroju błyszczał identyfikator z dźwięcznym napisem Ivy Harrison, rezydentka chirurgi. Dalej była rezydentką, a on synem jej pacjenta. Tylko w tym momencie jakiekolwiek szczegóły przestały się liczyć, bo byli razem. Teraz nie była w stanie uciekać przed własnymi emocjami, bo wiedziała. Wiedziała, że go potrzebuje.
— I nie puszczaj — powiedziała ciszej, pociągając krótko nosem, a jej wzrok na moment zawędrował w kłęby dymu roztaczające się nad budynkiem szpitala — ani na moment Charlie — wyszeptała, próbując ruchem dłoni wytrzeć spływające łzy po policzkach. Nie powinna go o nic prosić. Na pewno nie oto. Tylko rozsypałaby się na milion kawałeczków, jeśli teraz nie byłby przy niej. Naprawdę był jej niebem.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ta sekunda dla Ivy trwała niemalże całą wieczność. W myślach błagała by przestać oglądać kłęby dymu ulatniające się w budynku szpitala, przestać słyszeć krzyczących i działających strażaków, przestać słyszeć syreny nadjeżdżających ambulansów. Wszystko działo się szybko, a jej głowa nie była w stanie przyjąć tak wielu bodźców na raz. Patrzyła błagająco przez łzy na Charliego, licząc, że podejmie decyzję. Weźmie ją stąd i da to, czego potrzebowała najbardziej. Spokoju oraz uczucia bezpieczeństwa. Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego totalnie obcy mężczyzna dawał jej to, czego nikt inny nie był w stanie. Piąty raz widziała go na oczy, a jak idiotka błagała w myślach, by to on się tu pojawił. Nikt inny. Znalazł ją i teraz ciągnął.
W ogóle nie interesowali ją przechodnie, przejeżdżające auta, czy jakiekolwiek dźwięki. Trzymała się mocno jego ramienia, jakby puszczenie go miałoby spowodować zniszczenie jej świata na tysiąc małych kawałeczków. Sama nie wiedziała, kiedy zsunęła rękę, by chwycić go za dłoń. Mocno, jakby bała się, że zostawi ją. To uczucie nie mogło wyjść z jej głowy. Serce dalej przeraźliwie szybko biło. Zwłaszcza gdy postawił ją przed autem. Nie zauważyła otwartych drzwi, bo dalej płakała.
Próbowała zajrzeć mu w ciemne tęczówki, tylko nie patrzył na nią, a ona mocno pociągnęła nosem. Nie tak to miało wyglądać, kiedy wyczuła od niego chłód. Łzy jeszcze mocniej zaczęły napływać do jej oczu. Pierwszy raz nie poczuła tego ciepła, a choć chciała coś mu powiedzieć, to coraz gorzej łapała oddech. Nigdy nie czuła się w ten sposób, tak zniszczona, tak ponura. Nie była w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć. A kiedy sadzał ją na fotelu pasażera, pierwszy raz poczuła dysonans. Jeszcze mocniej zaniosła się płaczem, bo przecież... co ona odprawiała? Dlaczego poszukiwała bezpieczeństwa w ramionach ZARĘCZONEGO mężczyzny, kiedy sama była zajęta? Myśli ze szpitala, sprzed paru sekund zaczęły mieszać z wyrzutami sumienia. Nie zniknęły wraz z pojawieniem się mężczyzny w aucie, a wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej się nasiliły, a jej ciało zadziałało automatycznie. Wtuliła się znowu w niego, dalej drżąc, ale tym razem zdołała unieść głowę, by powiedzieć mu.
— Przepraszam — zaczyna, zaciskając mocno palce na jego płaszczu — przepraszam Charlie... — że tyle wymaga od niego. Oddech jej drżał i pierwszy raz bała się mu spojrzeć w oczy, bo te sekundy rozłąki przytłoczyły ją. Nie była w stanie być rozsądna, kiedy znów poczuła się sama, a przed samą sobą widziała jedynie ciemność. Tylko to było niesprawiedliwe.
— Nie powinnam — kontynuuje i czuje, jak coś grzęźnie jej w gardle — ale ja Cię potrzebuję — nikogo innego, tylko Charliego. Jej myśli były irracjonalne, nie potrafiła ich zatrzymać, kiedy zamykała oczy widziała ciemność, a jedynie jego dotyk był w stanie wygnać od niej czarne myśli.
— Proszę nie znienawidź mnie — widziała, że dużo od niego wymaga. Odrzuciła go, a teraz gdy wszystkie bodźce do niej wracały, potrzebowała go jeszcze bardziej. Jakby jej ciało wiedziało w czyich ramionach znajdzie spokój.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jego głos wydawał się ją koić. Cały czas mógł nazwać ją panienką Harrison, zostawić ją w aucie, a jednak pozwolił się jej przytulić. Trzymała go nerwowo, a każda próba odsunięcia się od niego kosztowałaby ją teraz zbyt wiele. Każda komórka jej ciała zdawała sobie sprawę, że on da to potrzebne ukojenie, którego potrzebowała. Wcześniej zadziałało, więc teraz też powinno. Prawda? Nie była w stanie o tym myśleć, kiedy jej drżące ciało poszukiwało spokoju.
— Charlie... — powtarza, próbując złapać oddech. Tyle była w stanie z siebie wydusić, kiedy powoli zdała sobie sprawę, do jakiej sytuacji zaczęła doprowadzać. Kiedy myśli zaczęły zalewać jej głowę, po słowach mieszasz mi w głowie. Przez moment chciała się odsunąć, by... no właśnie sama nie wiedziała co, bo w momencie gdy zaczęła to zrobić, zdała sobie sprawę, że nie chciała. Automatycznie znów na niego opadła, pociągając krótko nosem.
— Nie chcę myśleć — głos Ivy z każdą sekundą słabł. Dotyk Charliego ją koił, aż znowu się wyłączyła. Zamknęła oczy, próbując czuć odprężenie. Próbowała skupić się na dłoni Marshalla na jej plecach. Góra, dół, góra. Charlie, Dante, Charlie. Cholera, znów zalewały ją wyrzuty sumienia, których nie była w stanie powstrzymać. Nabrała finalnie głębokiego oddechu, próbując się wyłączyć, skupić jedynie na tych bodźcach, które do niej docierają. Zanim rozpadnie się jak domek z kart. Była moralna, miała spore uczucie powinności, ale ta Ivy wtulająca się w zaręczonego mężczyznę, została nich pozbawiona przez dym, który dalej ulatniał się ze szpitala.
— Dobrze — powiedziała cicho, a choć nie przyszło jej to łatwo z minuty na minutę coraz bardziej się uspokajała. Znalazł ją i był przy niej. Nie chciała nic analizować, jedynie móc przy nim być. Poruszyła jedną z dłoni, by móc chwycić go za dłoń, spleść ich palce ze sobą. Nie interesował ją świat, bo był dla niej kotwicą (tak Pilar, wiem, że czytasz. Pozdrawiam!), która utrzymywała ją w rzeczywistości.
— Będzie dobrze, prawda? — mówi lekko spokojnym, ale przerywanym głosem. Myśli je nie działały, a w głowie był tylko Charlie. Skuliła się jeszcze mocniej, by móc schować twarz blisko jego szyi. Jedną z dłoni uniosła, by móc poczuć pod opuszkami jego tętno. Wybijało ono rytm, który zaczął sprawiać, że powoli się uspokajała w rytm jego bijącego serca. Świat nie istniał między jej przerywanymi oddechami, ale w końcu zaczęła się uspokajać.
Przy nim była w stanie to zrobić, bo znalazł ją, gdy go potrzebowała.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison