Erin St. Clair
To nie był łatwy dzień, choć w jego skrupulatnie prowadzonym kalendarzu wszystko wyglądało na proste i przyjemne. Godzina 17:00 została zakreślona kilkoma zdecydowanymi, niemal nerwowymi okręgami, uzupełnionymi wykrzyknikami i koślawym sercem wciśniętym między rubryki. Dziś wszystko miało się zmienić. Skończyły się loty w obie strony, bolesne pożegnania na lotniskach i miłość „na chwilę”. Od teraz miało być „na zawsze”.
Ekscytacja mieszała się ze zdenerwowaniem, zwłaszcza gdy ostatni pacjenci zaczęli przeciągać sesje ponad miarę. Jako lekarz i człowiek głęboko empatyczny, Joshua nie potrafił rzucić suchym: „
nasz czas dobiegł końca, zapraszam za tydzień”, gdy siedząca naprzeciwko kobieta właśnie zalewała się łzami, rozliczając się z traumą po matce alkoholiczce. W CAMH nie leczy się tylko jednostek chorobowych, leczy się ludzi, a Josh zbyt mocno nasiąkł w warsztacie ojca zasadą, że przerwany w połowie remont to partactwo. Pochylił się nad jej problemem, domykając sesję z należytą uważnością, walcząc w duchu by nie spoglądać co chwilę na zegarek.
Nawet gdy ostatnie drzwi gabinetu się zamknęły, procedura go nie oszczędziła. Odniesienie dokumentacji, szybkie klepnięcie karty w czytniku, wymuszone uprzejmości na oddziale – wszystko to robił w pośpiechu, czując na karku ciężar uciekających minut. W godzinach szczytu każde pół godziny opóźnienia w Toronto oznaczało komunikacyjny wyrok.
Stał w korku, nerwowo stukając palcami w skórzane obicie kierownicy. Z radia sączyła się jakaś przypadkowa melodia, którą zaczął nucić pod nosem, uśmiechnięty na samą myśl o tym, jak Erin skrzywiłaby się z przekąsem na jego brak wyczucia rytmu. Wyobrażał sobie jej minę – ten specyficzny, czuły, a zarazem ironiczny uśmiech profesjonalistki słuchającej amatora. Chwycił telefon, by odpisać na jej wiadomość, ale nagły ryk klaksonu za plecami dobitnie przypomniał mu o zmianie światła na zielone.
Był coraz bliżej. Na siedzeniu pasażera spoczywał niewielki, ale aromatycznie świeży bukiet białych anemonów i drobnych, błękitnych niezapominajek. Wybrał je celowo – anemony były eteryczne jak ona, a niezapominajki miały symbolizować koniec ich rozłąki. Zamówił je prosto do CAMH, by zaoszczędzić cenne minuty, co wywołało niemałe poruszenie w recepcji. Widok doktora Rhodesa wysyłającego kwiaty „samemu sobie” był tematem dnia, ale Josh tylko mrugał do pielęgniarek ze swoim zaraźliwym uśmiechem.
Gdy w końcu dotarł na lotnisko, przebijał się przez gęsty tłum z przepraszająco-wymijającym grymasem, który u każdego innego wyglądałby na irytację, ale u niego był po prostu wyrazem determinacji. Skupiony na jednym zadaniu – odnaleźć ją. Zamknąć w ramionach. Nigdy nie wypuścić.
O mały włos nie wypuścił bukietu, gdy drobna, radosna postać ukochanej nagle wyłoniła się z tłumu i uwiesiła mu się na szyi z siłą, której się nie spodziewał. Objął ją czule, obracając się wokół własnej osi, by wygasić impet, z jakim na niego wskoczyła. Pachniała podróżą, chłodem samolotu i tymi swoimi słodkimi perfumami, które zawsze przypominały mu parne noce w Luizjanie.
—
Jesteś wreszcie… — niemal wyszeptał z ogromną ulgą prosto w jej ucho, gdy jego nos zanurzył się w jej kręconych włosach.
Przez chwilę pozwalał jej przejąć inicjatywę, przyjmując grad pocałunków na twarzy, aż pierwszy wybuch emocji ustąpił miejsca drugiemu – długiemu, głębokiemu i przepełnionemu nienasyconą tęsknotą połączeniu ust. Joshua i Erin. W końcu razem, przeciwko całemu światu, a na pewno przeciwko tym wszystkim milom, które ich dzieliły.
—
Jesteś wreszcie… — powtórzył, gdy powoli osadzali się na ziemi, choć wciąż nie rozluźniał uścisku. —
Mam nadzieję, że nie czekałaś zbyt długo. Wybacz te korki, pacjenci… nie chcieli mnie wypuścić.
Wyciągnął przytrzymywany za jej plecami bukiecik, który cudem przetrwał to powitanie.
—
Dla Ciebie, Skarbie. I dla Was! — poprawił się natychmiast, a jego wzrok powędrował niżej. Miał przez chwilę szalony impuls, by przyklęknąć tam, na samym środku terminala, i ucałować bluzkę na wysokości jej pępka, gdzie chowała się najcenniejsza część ich wspólnego bagażu. Zamiast tego, zachowując resztki lekarskiej powagi, ucałował palce własnej dłoni, po czym delikatnie, niemal nabożnie musnął nimi brzuch ukochanej.
Tłum wokół nich zdawał się na moment rozstąpić, tworząc bańkę prywatności w sercu wielkiego miasta.
—
Dla Ciebie kwiaty, a dla mnie bagaże — oznajmił, rozglądając się za jej małą, wywróconą na posadzce walizką. Nie puszczał jednak jej dłoni. Splótł ich palce mocno, jakby bał się, że to tylko sen, z którego zaraz wybudzi go sygnał pagera. Ale to była rzeczywistość. York Mills czekało. Ich dom czekał.
—
Chodźmy do domu, Rae. Mamy mnóstwo do zrobienia przed kolacją.