Po co jej to było?
Człowiek raz chce zrobić coś dobrego i ostatecznie sam ląduje na straconej pozycji. W samym środku małego Armagedonu, który pewnie dla medyków był codziennością. Ale nie dla niej – jedyne o czym marzyła to zatrzasnąć na sobą drzwi niewielkiego mieszkania i odciąć się od tego wszystkiego. Od szturchającego ją nastolatka i ględzącej mu nad głową mamy coś o tym, że jeszcze trochę i przez niego oszaleje. Od pochrapującej po drugiej stronie starszej kobiety, z wyciągniętą nogą, w którą sobie coś najprawdopodobniej zrobiła. Od wszystkich tych hałasów i dziwnego zapachu, od którego robiło jej się niedobrze. Ale było późno, bardzo późno, a ona wiedziała, że prawdopodobnie nie dotrze do mieszkania przed tym, jak zastanie ich nowy dzień. Do diabła z tym.
Liyana od wielu lat żyła według prostej zasady: nie wychylać się. Nie mieszać się w nieswoje sprawy, odchodzić, kiedy dzieje się coś, co mogłoby ją wciągnąć. Łatwo przychodziło jej odwracanie wzroku i rzadko miewała z tego powodu wyrzuty sumienia.
Zachciało jej się zgrywać Matkę Teresę z Kalkuty. Jej wzrok powędrował kilka miejsc dalej, gdzie pod ścianą siedział facet, z twarzą zalaną krwią z rozciętego łuku brwiowego. Mogła się założyć, że ma jeszcze kilka innych zadrapań i siniaków i bardzo mu dobrze. Posłała mu rozzłoszczone spojrzenie – jemu i jego dziewczynie, którą omyłkowo wzięła za ofiarę jakąś godzinę temu.
Odwróciła głowę, obiecując sobie, że to był ostatni raz, kiedy stawała w czyjejś obronie.
Poderwała się z krzesła, widząc kobietę, którą już dwa razy zaczepiła.
– Hej, czekam tu już godzinę, czy... – zaczęła, a kobieta wyraźnie zmęczona popatrzyła na nią i z westchnieniem skinęła na nią głową, wskazując, żeby poszła za nią. Lina w tym momencie poszłaby do samego dziewiątego kręgu piekła, byleby tylko już tutaj nie siedzieć. Ruszyła więc za nią i zgodnie ze wskazówkami, usiadła na czymś w rodzaju kozetki, a kiedy pielęgniarka zasunęła tę białą charakterystyczną zasłonkę, osłaniając ją od innych, Lina ucieszyła się, że zaraz będzie mieć to za sobą. Ale kiedy minęło dziesięć minut, a potem kolejne, zaczęła się niecierpliwić. Zeskoczyła ze swojego miejsca i odsłoniła zasłonkę, dokładnie w momencie, kiedy obok przechodził – sądząc po stroju – lekarz.
– Przepraszam, jest jakaś szansa, że ktoś się w końcu mną zajmie? Czekam i czekam – może trochę zbyt dramatycznie to przedstawiła, ale obawiała się, że inaczej znów ją zbędzie – poza tym jeszcze trochę i może się tu zrobić niezła rzeźnia – dodała, wskazując na opatrunek, który przyciskała do swojego ramienia, ale ten już prawie w całości nasiąkł krwią, która sączyła się z rany. Trochę kropel poleciało również na podłogę, ale to nie jej wina, że nikt nie zajął się tym dokładnie. I tak robiła co mogła, by tamować krwawienie.
Horacy Bell