-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
To był bardzo intensywny tydzień. Pierwszy raz w Toronto czuła się jak na wakacjach. Cudowne śniadania, przepyszne kolacje i nieprzespane noce z Ricardo weszły na stałe do jej harmonogramu. Zdążyła się do niego przyzwyczaić. Tak ich życie mogłoby trwać w nieskończoność, aż poszła na jedną nocną zmianę, a go nie było. Żadnej kolacji, żadnych świeczek, jedynie gorzka, rozchodząca się po domu cisza, której nie była w stanie w żaden sposób zatrzymać.
Pewnie dlatego chwyciła za telefon, siedząc w schronisku na starej kanapie i zaczęła wysyłać mu milion SMS'ów. Telefon Ricardo mógłby robić za wibrator, przez ilość powiadomień zmartwionej Erzy. Wkurwiało ją, kiedy facet nie dawał znaku życia. Aż zaczęła się zastanawiać, jakie konsekwencje powinien ponieść. Chociaż bardziej niż złość dominowała u niej troska, bała się, że coś mu się stało, albo, o zgrozo, złapała go policja. Może dlatego na pierwsze jego SMS'y zareagowała ulgą, ale kiedy się u niej zjawi pokaże mu prawdziwy, tradycyjny foch z przytupem i melodyjką jak na dorosłą kobietę przystało.
Mimo to wstała specjalnie wcześniej, by przebrać w najlepszą piżamkę, jaką miała, wziąć prysznic i ogarnąć się częściowo dla niego. Miała wyglądać jak prawdziwa piękność, żeby żałował czasu, który spędził u boku kuzyna. Przecież zdroworozsądkowa Kanadyjka nie podejrzewałaby przyjazdu żony, dziewczyny, czy kogokolwiek tam Ricardo miał, prawda? Prawda. Lodówkę zapewniła do pełna dzień wcześniej, a teraz leżała na kanapie. Dopiero dzwonek do drzwi sprawił, że szybko się zerwała i podbiegła do nich praktycznie od razu.
— Ricardo... — zaczyna od razu, kiedy tylko otwiera drzwi i już zakłada rękę na rękę. Na twarzy wymalowuje się jej poważna mina — Zanim mnie dotkniesz, czekam na wyjaśnienia — stwierdza, robią krok do środka domu, by go wpuścić. Wolałaby oszczędzić latynoskiej dramy sąsiadom, zwłaszcza że miała z nimi dosyć dobry kontakt.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rosi przyjechała do Toronto i Riczi trochę miał zdziwko, bo myślał że on tu sobie odejdzie od Rosi na czilu, ta będzie miała to gdzieś, że pojedzie sobie do swojej summer love - Erzy i będzie mógł z nią mieć świetny czas w Kanadzie. No a tu się okazuje, że po tygodniu wspólnego mieszkania z Erza ta jego bajka dobiega końca.
Wczoraj najpierw uciekał przez pół miasta przed Rosi, później musiał z nią wyjaśnić parę spraw i no na sam koniec okazało się, że Madox wgle sobie na tydzień wyjeżdża, więc teraz to na pewno mu się nie uda przed Rosi ukryć, bo będzie mu na głowie siedzieć 24/7. Też nagadał tak dużo Rosi o tym, że przyjechał tu wspomagać kuzyna w jego drodze depresji, w sensie przeciwko depresji, a ten mu znika z radaru bo ma jakąś akcję za granicą. Lipa po prostu lipa. Już się cieszył, że mu Rosi chyba wierzy, ale teraz jak ona wróciła to czuł że chyba czas na wyjawienie Erze jaka jest sytuacja. On nie znał nie- wakacyjnej Erzy więc myślał, że niunia powie mu że nie no spoko kochaneczku. Natomiast po jej SMS-ach to się trochę spiął, bo brzmiała na jakby wkurwioną tym, że go nie było cały dzień boży na noc też nie wrócił. Idzie więc taki niepewny tego co zastanie pod drzwi domu w którym przez tydzień tworzyli swoją bajkę i puka do drzwi.
W smutnej siacie ze sklepu niesie mleko, bo niby wczoraj wyszedł po mleko.
Ile się zdążyło zmienić? Bardzo dużo. Po pierwsze to nie miał już tyle entuzjazmu związanego z wyrywaniem Erzy, bo uderzyło go jakim jest bastardo, skoro Rosi cierpi z powodu braku dziecka z nim, a on sobie dupki obraca. Smutny był bardzo, kiedy uświadomił sobie to wszystko i było widać, ze jest jakiś zmarnowany.
Dziś wyszedł z domu jeszcze jak Rosi spała i wziął Sombra na spacer, gdzie kupił mleko. Teraz z psem i z mlekiem w siacie idzie do Erzy… właściwie nie wie co zrobić. Jak mu otworzyła to oczywiście jeszcze mu się gorzej zrobiło, bo była jak zwykle hotówą.
- Och Erza - wzdycha przeciągle, prawie tak jak przedwczoraj w nocy, tyle że tym razem jest to wydech mało zadowolonego Ricziego. Sombr, który jest dobermanem, towarzyszy mu po to, żeby go w razie co obronić przed wkurwiona Ruda. Pokazał jej, czy może wejść, bo też nie chciał dalej gadać przy sąsiadkach. No ale nieważne, bo on tak do niej lgnie, że pierwsze co zrobił to rzucił jej się w ramiona i wciąga zapach włosów, jednocześnie pewnie łaknąć ostatni raz ciepło jej ciała i starając się zachować ją w pamięci. - Czy mi wybaczysz amor
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Siatka z mlekiem, pies i Ricardo. Czy ona zobaczyła właśnie trójkąt spierdolenia mężczyzny? Zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy śni. Tylko to działo się naprawdę. Zrobiła krok w stronę domu i wtedy poczuła przytulenie Ricardo. Choć w pierwszej chwili odwzajemniła jego gorący uścisk, bo rozpalał ją od środka. Tak w końcu doszedł do jej głowy ROZUM. Przystawiła rękę do jego torsu, odsuwając się na parę kroków. Pierwsza zasada kłótni, brak dotyku, inaczej zapomni, o co dokładnie jej chodziło. Finalnie wydycha z płuc powietrze i przybiera poważną minę.
— Powiedziałam, żebyś mnie nie dotykał — mówi krótko, patrząc prosto w oczy Ricardo — a ty siad — rzuca, spoglądając w dół na psa, a on siada. Jednak bywała czasami pierdoloną zaklinaczką psów. Za dużo czasu z nimi przebywała i znała naczelne zasady w świecie zwierząt. Przede wszystkim nie pokazuj, że się boisz. Takiego dobermana mogłaby wytresować bez mrugnięcia okiem, każdy weterynarz wie, że najgroźniejsze są te małe rasy.
— Mówiłam, żebyś mnie nie dotykał, póki nie powiesz, co się stało — znów patrzy na Ricardo i nie, nie ma zamiaru mu odpuścić — należą mi się chyba jakieś wytłumaczenia? — jedna brew od razu ląduje jej wysoko, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia z jego strony. Chociażby głupie przepraszam? — ja tu się martwiłam Ricardo — sama pozostawiona w domu bez jakiejkolwiek wiadomości. Może zachowałaby się inaczej, gdyby dostała jedną, głupią wiadomość. Nawet krótką, durną, że jest poza zasięgiem. Nic więcej nie potrzebowała.
— Nie możesz tak robić, że znikasz i Ciebie nie ma — rzuca finalnie, bo kiedy zdążyła się na nowo przyzwyczaić do jego obecności, to zniknął bez słowa — wiesz co sobie wyobrażałam?! — jej brwi znów wędrują dość wysoko — że jakiś gnojek policjant Cię porwał, albo że jesteś zakopany żywcem pod ziemią — pewnie kastrowanie też widziała. Za często je wykonywała — a ty przychodzisz i prosisz o wybaczenie?! — a gdzie głupie przyznanie sie do błędu? Kręci głową, nie wierząc w to, co ona właśnie usłyszała. Miała ochotę dobić Ricardo w tym momencie, ale nie, ona nikogo nie biła. Nawet jeśli na to zasłużył.
— Chyba sobie kurwa kpisz — wycedza finalnie Erza, patrząc na niego ze wściekłością w oczach. Zmartwienie jej przeszło, a teraz przerodziło się w prawdziwą złość, której nie była w stanie zamykać. Rękę zakłada na druga i tupie groźnie nogą, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nim się nasycił tym zapachem i miękkością jej ciała, to już został odsunięty na dystans. Już wiedział, że będzie mu ciężko, bo jednak omamić niunię zawsze jest łatwiej jak się zawiesi na niej silne i umięśnione łapsko. Trudniej jak się ma tylko uśmiech do dealowania.
Ciekawa sprawa, że wszystkie kobiety Ricardo tka świetnie sobie radziły z psami, a jednak to on zostawał koniec końców jako opiekunka nad Sombrem. Na przykład dziś, Rosi tak sobie poradziła z pieskiem że nawet się nie dobijał do ich sypialni, a teraz Erza jednym ruchem uspokoiła tego bestie. No ale tak, on jest posłuszny, natomiast wiadomo że bardzo dobrze wytrenowany, normalnie jakby miał duszę jak jakiś Alex z serialu polskiego Komisarz Alex.
Natomiast trochę się Ricardo jednak nie chciało już kolejnej kobiecie tłumaczyć ze swoich wyborów, czy decyzji. Miał jakieś takie deja vu, że znów mu ktoś suszy głowę, tylko tym razem po angielsku. Miał też wrażenie, że ta jego słodka summer love gdzieś zniknęła, bo jak inaczej wyjaśnić to co tu się działo?
- Ale ty masz wybujałą wyobraźnię, Erza - mówi w końcu, jak już usłyszał o tym, że wg niej trafił pod ziemię przez to że się nie odzywał kilka godzin - Nie przesadzasz troszkę? Dlaczego niby miałby mnie zgarnąć policjant? Przecież nie jestem jakimś przestępcą, tylko kucharzem - i chociaż mów po angielsku to włącza mu się gestykulacja, która ma mu jakoś pomóc w przekazaniu wiadomości. Odstawia siatę z mlekiem na stół w kuchni i dalej mówi - A co byś wolała, żebym nie przepraszał wcale? Erza, powiedzmy sobie jasno - przecież nie możesz mnie zamknąć w domu i liczyć ze nigdy nie będę wychodził, a co jakbym się uchlał i dwa dni balował? Też mi będziesz robiła awanturę? - pewnie tak, ale może to akurat średni argument, natomiast Riczi też średnio przemyślał co teraz. Bo przecież nie może powiedzieć Fernandez o swojej żonie i że ona tu jest, a nie chce też stracić tej gorącej Rudej. Najchętniej to chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko. Tylko aby to zrobić musiałby chyba zostać nie kucharzem, a cukiernikiem.
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Erza nie była cukierkową słodką kobietą, na jaką mogła wyglądać w trakcie wyjazdu do Puerto Rico. Wakacje rządzą się własnymi prawami, a co dzieje się w Puerto Rico, to tam zostaje. Prosta zasada, którą warto było zapamiętać. W Toronto była odrobinę bardziej odpowiedzialna, doskonale wiedziała, co działo się w każdym miejscu, czego mogła się spodziewać, a kogo powinna unikać.
— Po prostu wiem, co spotyka ludzi w Toronto, mój drogi — wypadki samochodowe, gangusi, policja. Wszystko się może zdarzyć — myślisz, że to dobre miejsce bez problemów, a jest inaczej — stwierdza, a wyraz jej twarzy robi się na moment zbyt poważny. Może dla większości Kanada była dobrym miejscem dla życia, ale miała swoje mroczne strony.
— I wiesz za co policja w Toronto mogłaby Ciebie zgarnąć? — spytała, patrząc mu prosto w oczy. Nigdy nie zastanawiała sie, jakie Ricardo ma podejście do narkotyków, ale coś jej podpowiadało, że Martinez mógł ich próbować — tu panują inne zasady Ricardo — a ona nie zdążyła ich rozrysować na tablicy jak prawdziwa nauczycielka i dać mu prawdziwego wykładu o życiu. Pewnie później skończyliby w łóżku, ale swoje by powiedziała. W końcu każdy facet pamięta to, co mu dziewczyna wygaduje, prawda?
— Nie było Cię całą noc, nie zgrywaj niewiniątka — burknęła Erza, bo to nie było kilka godzin — poza tym proszę bardzo możesz wychodzić, ale chyba powinnam dostać jakąś informację — zwykłego SMS'a, jestem u kuzyna. Właściwie, czy ona nie powinna go poznać? Dowiedzieć się czegoś więcej o typie, który w zasadzie u niej mieszka — co byś zrobił, jakbym nie wracała z pracy?! — pierwszy raz unosi głos, by coś w końcu trafiło do Ricardo — MARTWIŁBYŚ SIĘ — tak samo jak ona martwiła się o niego — i chcę usłyszeć, co robiłeś, zanim powiesz przepraszam — stwierdza, zakładając rękę na rękę. Brew jej drga, bo jedyne, bo chce usłyszeć, to gdzie zniknął. Potem może złość jej przejdzie, ale póki co znajdowała się w swoim szczytowym poziomie złości.
— No słucham, gdzie byłeś cały ten czas, gdy ja się martwiłam — tupie nerwowo nogą, patrząc mu prosto w oczy — masz jakąś inną dziewczynę w Toronto? — może dlatego tu przyjechał? Teraz pewnie mieszkał sobie u dwóch na raz i miał wakacje życia, a potem wróci do żonki w Puerto Rico. Jeśli szybko jej nie zatrzyma, Erza zapętli się w swoich czarnych scenariuszach w głowie.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Riczi no to faktycznie nie wiedział, że oże ta wakacyjna Erza to nie jest ta sama którą zastanie w Toronto, ale może się zaraz dowie! Na przykład zdziwił go ten poważny ton, bo nie spodziewał się chyba, że znów trafił pod pantofel gdzie mu będą dziewczyny tłumaczyć świat. No gaslighting poziom maks.
- A jakie niby problemy tu mogły mnie spotkać - pyta, ale nie wie czy chce się dowiedzieć, bo wyraźnie Erza chyba się bała z domu wychodzić, skoro tak mogło być niebezpiecznie poza nim. Riczi mieszkał w Nowym Yorku aż do osiemnastki, więc coś tam wie o życiu w mieście, co prawda Erza chyba nie wiedziała o tym, że on mieszkał w NYC.
Wywrócił oczami na to, że nie było go całą noc. No nie było, ale w Portoryko to nie był problem jak go nie było całą noc, bo dopiero po trzeciej nocy się dzwoniło i szukało człowieka. Czasami okazywało się, że lepiej zadzwonić do szpitala albo prosektrorium, niż na policje, bo łatwiej było znaleźć człowieka. Przez chwilę patrzy na nią z taką miną, jakby nie rozumiał co ona do niego mówi i w końcu opiera rękę o ścianę i wzrusza ramionami.
- Byłem u Madoxa, mojego kuzyna, Erza - mówi spokojnie, ale z jakąś taką nutą wyzwania, jakby chciał jej udowodnić, że nie będzie jej się wcale tłumaczył. A bo też nic wiecej jej przecież nie może powiedzieć. O tym, że wróciła Rosi, o tym, że z nią wczoraj spał i całował ją i że jej obecność przypomniała mu jego ślubne obietnice. Że nie wie jak teraz ma sobie ułożyć to w głowie jaką ma sytuacje, kiedy ma dwa domy, jeden z gorącą latynoską a drugi z gorącą kanadyjką. Wiedział tylko, że nie może narazie mówić zbyt wiele, chociaż widząc jak Erza zaczyna podnosić głos, to miał wrażenie, że im bardziej on jest cicho tym wiecej mówi ona.
- Nalejesz mi jakiejś kawy? - spytał w końcu i tak ręką pokazuje, że chciałby może usiąść, że dziwnie że tak w wejściu stoją, że niewiadomo czy może wejść. Erza tak na prawdę nie wygląda jakby chciała mu na to pozwolić, ale wierzył, że ten ogień który tutaj płonie jeszcze nie wygasł.
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Patrzy na niego, jakby właśnie spadł prosto z nieba. Był dla niej kochankiem życia, nikt nie dał jej tyle przyjemności, ile Ricardo. Tylko teraz nikt nie da jej tyle nerwów ile on. Miała wrażenie, że go właśnie pogrzało. Brał coś? Naprawdę myślał, że Kanada jest całkowicie bezbronnym krajem? Przecież tutaj mogło stać się wszystko. Ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jedna z jej brwi zaczęła jej delikatnie drgać, ale finalnie westchnęła.
— Mogli Cię pobić, okraść, zamknąć, lub oskarżyć o jakąkolwiek pierdołę — zaczęła wymieniać na palcach. Pies mógłby go zagryźć, albo ktoś mógłby ktoś go napaść. Tylko czy napadają na ludzi za bycie zajebiście gorącymi? Chyba nie — naprawdę chcesz, żebym dalej wymieniała? Bo zdecydowanie jestem w stanie to zrobić — spytała poważnym tonem, a jej brew uniosła się mimowolnie ku górze. Miała wielką wyobraźnię, jeśli chodziło o katastrofy. Skoro psy były przywiązane do drzew, to czy Ricardo mogłoby się to stać? Albo ktoś mógłby chcieć go zgwałcić. Przypominał jej portorykańskiego rapera i miała wrażenie, że kiedyś słyszała gdzieś w tłumie "bad bunny wyjdź za mnie!!11".
— Naprawdę tylko tyle masz mi do powiedzenia — spytała, wzdychając ciężko. Był u kuzyna, a ona w schronisko. Czy można już z tymi informacjami pójść dalej? Pokręciła krótko głową — I co u niego robiłeś, że się nie odzywałeś przez cały ten czas? — zaczęła nerwowo stukać palcem we własne ramię wyczekująco. Kuzyn Madox. Czy to pora, żeby zacząć poznawać jego rodzinę? Chyba to był POWAŻNY związek, skoro mieszkali razem, spali i dla niej się przeprowadził do Toronto.
— Żartujesz sobie? — parsknęła, unosząc jedną ze swoich brwi — kurwa Ricardo — aż głową zaczęła kręcić. Kawusia dla panicza? Pełen serwis, zaraz zostanie jeszcze kurą domową i założy dla niego strój pokojówki — zrobię, ale masz mi powiedzieć wszystko... Nie możesz tak znikać — wycedziła i zaraz zrobiła zwrot do kuchni. Wstawiła wodę na kawę. W głowie zaczęła układać sobie kolejne argumenty, by wygrać z nim rozmowę.
— Proszę bardzo, wejdź zapraszam mój drogi — zaprasza go do środka, nawet odsuwa krzesło od stołu — a teraz słucham — woda zaczyna się gotować, ona szybkim ruchem zalewa mu kubek i podsuwa z delikatnym hukiem na stół. Aż część kawusi wylała się na stolik.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W każdym razie Riczi chociaż widzi, że coś jest nie tak, to jeszcze też widzi wciąż w Rudej tę samą piękną dziewcznę, która skradła jego serce. Teraz to serce jest przełamane na pół, bo nie wie w którym kierunku powinien się udać - czy być wiernym żonie, czy rzucić to wszystko i być przy weterynarce.
- No siedziałem z jego psem, o tym bestią - poklepał Sombre po głowie, ale ten spojrzał na niego jakby sam nie potwierdzał i tylko mówił "bicz pliz", po czym poszedł się położyć gdzieś na dywanie. No księciunio. Riczi spogląda za psem i poprosił o kawę, na szczęście Erza nie była aż tak zła, żeby mu jej nie zaparzyć. W międzyczasie ściągnął puchową kurtkę i czapkę z głowy, trzyma jednak te czapkę w ręku, jakby się bał ją zostawić, bo jeżeli zostanie wywalony z mieszkania to bez niej nie wróci do domu na pewno. Siada sobie naprzeciwko Erzy i prawie został oblany tym wrzątkiem. Patrzy zdziwiony na Erze, która była dotąd dla niego uosobieniem delikatności, nie sądził, że może ją tak zdenerowwać tym że kilka godzin go nie było.
- Musiałem zostać w domu bo... - zawiesza spojrzenie na Rudej. Mógł się spodziewać co powie na to, że jej kochanek ma żonę. Dostałby wtedy ultimatum, że albo z nią zrywa albo koniec. A nie wiedział, czy jest na to gotowy. Pomyślał, że w sumie jakby ta sytuacja była odwrotna, czyli gdyby Rosi była jego kochanką, no to mogłoby być łatwiej, bo ogólnie białe dziewczyny nie są w stanie tak szybko wyniuchać kłamstwa, ale w obliczu Rosi, która jest w stanie nawet zaatakować Rudą, musiał się przemóc i jej powiedzieć. No bo przecież mimo że nie chce jej stracić, to jeszcze bardziej nie chce żeby coś jej się stało. - Wczoraj przyjechała do mnie tu moja dziewczyna z Porto Rico
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wzdycha ciężko. Wychowanie faceta zawsze przychodzi z trudem. Tego po prostu nie da się ukryć w żaden sposób. Chociaż czy Ricardo dałoby się wychować? Dzieliła ich spora różnica wieku, różne temperamenty oraz różnice kulturowe. Dobrze, że język nie wydawał się być taką dużą barierą, jaką mógłby być. Lubiła jego przedziwny akcent, a przede wszystkim miała do niego niewytłumaczalną słabość. Wbrew pozorom była dosyć twardo chodzącą po ziemi kobietą, która nie pozwalała sobie w kaszę dmuchać.
— Mogłeś siedzieć z nim tutaj — burczy Fernandes pod nosem, strzelając teatralnie oczyma. Przecież wiedział, że uwielbiała zwierzęta. Sama obcałowałaby psa oraz wychowała tak, jak powinno się to zrobić. Sobie właśnie miała zalewać ukochany kubeczek z melisą o wdzięcznym napisie: zaraz mnie pojebie. Ulubiony kubek w całym domu z melisą truskawkową. Tylko gdy trzymała czajnik, on wypowiedział magiczne słowa. Dziewczyna przyjechała do Toronto wraz z wybrzmieniem tego zdania kubek częściowo zalany roztrzaskał się na podłogę, a Erza poparzyła sobie dłoń. Z hukiem odłożyła czajnik na miejsce, po czym spojrzała na niego ze wściekłością. Teraz nie tylko jej włosy były płomienne, ale także spojrzenie.
— Chyba sobie żartujesz?! — zaczyna od razu i chwyta go mocno za ramię — JAKA DZIEWCZYNA? — zaciska mocno na nim swoje palce, jakby miała go właśnie zmiażdżyć — masz dziewczynę, a jednocześnie... — wszystko w jej głowie wydawało się przyśpieszać. Idealny obraz latynoskiego boga poszedł się jebać w dosłownie jednej chwili. Nie wiedziała, co chciała mu zrobić. Udusić, zabić, czy wykastrować? Może ta trzecia opcja byłaby najlepsza, przynajmniej zniszczyłaby mu życie.
— To kurwa kim ja dla Ciebie jestem?! — bardziej głosu nie mogła podnieść, sąsiadki
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wiedział, że rewelacja dotycząca jego statusu matrymonialnego zrobiła wrażenie, może jeszcze większe zrobiłoby to, gdyby przyznał, że jego dziewczyna to narzeczona, a właściwie żona. Nie powiedział absolutnie nic takiego, miejmy więc tylko nadzieję że nigdy nie wyjdzie, że nawet kiedy mówił jej prawdę to tak naprawdę mówił wciąż kłamstwo. Roztrzaskany kubek rozbił się po całej ziemi a część wrzątku również sparzyła Ricziego, dobrze że Sombra nie. Ricz wstaje odruchowo i łapie za ręcznik papierowy.
-Mi amor - i już chce na kolana padać, aby posprzątać ten bałagan, ale Erza rzuca się na niego i trzyma go mocno za ramie, więc on tylko patrzy na nią i kręci głową. - Popatrzyłaś się, poczekaj, uspokój się - chce odwrócić temat, ale to chyba nie działa. Nagle Erza odwraca się chyba zdenerwowana od niego, więc zaczął spojrzeniem szukać po ziemi jakiegoś sposobu na wyjaśnienie tego co miał w głowie.
- To nie takie proste Erza. Moje serce… nie mogłem zignorować tego co mówiło mi serce i musiałem Cię poznać - zaczyna i podchodzi do niej, chociaż ona wciąż jest odwrócona i pewnie zdenerwowana tak jak przed momentem. - Wiem jak musisz się czuć, cierpię bardzo i ja, bo nigdy nie chciałem, żebyś zwątpiła w moje uczucie - tak ją dotyka po ramieniu ale chwilę później zabiera dłoń i na pytanie kim ona dla niego jest odpowiada ciszej, no w każdym razie dużo ciszej od niej. - Jestes dla mnie bardzo ważna, czy nie tylko to się liczy?
Erza B. Fernandes