
I odkąd tam pojechałem w 2009 roku, to mogę śmiało powiedzieć, że czuję się bardziej Portorykańczykiem niż Amerykaninem. Możecie pytać PO CO tam pojechałem. Przyznam się, że zazdrościłem swoim kuzynom z Kolumbii (tej z ktorej uciekła moja matka), bo kiedykolwiek do nas przyjeżdżali to mówili fajnym akcentem, mówili o wspaniałym jedzonku, o pięknych widokach i był w nich taki fajny luz, którego no nie mieli amerykańscy koledzy.
Zacząłem poznawać kulturę, a że zawsze lubiłem siedzieć w kuchni, to zatrudniłem się w jednej, drugiej, trzeciej budzie, poznałem co to trudna praca i jak pieniądz ciężko zdobyć niekiedy. No i tak właśnie juz kilkanascie lat pracuje, jestem kucharzem. Zaczynałem od niczego i możecie się śmiać, ale pracuje w restauracji z gwiazdką Michelin, a w przyszłości chciałbym otworzyć swoją własną kuchnię.
W zeszłym roku oświadczyłem się mojej dziewczynie, którą poznałem tuż po przyjeździe do San Juan, no i nie dalej jak miesiąc temu był ślub. Pech chciał, że jakiś miesiąc przed ślubem miałem taki epizod, w kórym poznałem miłość swojego życia. No i uznałem, że miesiąc miodowy to świetny moment, żeby wyjechać i gonić za tamtym uczuciem. Zobaczę, czy coś z tego będzie, jak coś to zawsze jeszcze mi zostaje wrócić do żonki, conie?
Miał kawalerski w Las Vegas.
Zawsze chciał mieć pieska.
Często udaje, że nie gada po angielsku, tylko mówi do ludzi po hiszpańsku i niech sobie radzą.
