-
Ambitna młodsza prawniczka, która tak skupiła się na nauce prawa i pochodnych, że zapomniała o umiejętnościach społecznych.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracjityp narracjiczas narracji3 osoba, czas przeszłypostaćautor
Wysiadła ze swojego małego, miejskiego Mini Coopera, zaparkowanego na parkingu pod kancelarią prawną Carnegie & Cortlandt. Wygładziła materiał damskiego garnituru w kolorze głębokiego grafitu, jaki miała na sobie i pewnym krokiem ruszyła przed siebie w kierunku wejścia. Chciała zrobić dobre pierwsze wrażenie, musiała pokazać, że Harold podjął bardzo dobrą decyzję, ściągając ją tutaj z poprzedniego miejsca pracy.
Odmeldowawszy się na recepcji, skierowała kroki w stronę jednego z biur. Zapukała, zanim weszła do środka i pokonała dzielącą ją i blondyna siedzącego za biurkiem przestrzeń.
— Panie Carnegie, Harold, dziękuję za danie mi szansy — przywitała się bardzo oficjalnie, pewnym gestem ściskając dłoń rozmówcy. Uśmiechnęła się przy tym lekko i po chwili, która wydala jej się niezręczną wiecznością, zajęła miejsce vis a vis Harolda, na jednym ze stojących przed biurkiem krzeseł. Założyła nogę na nogę i odchrząknęła — Zapoznałam się już ze wszystkimi przesłanymi dokumentami i zgłaszam pełną gotowość od pomocy — oznajmiła z entuzjazmem. Nie kłamała, wiedziała o kancelarii wszystko co dało się wiedzieć z materiałów, jakie dostała oraz z tego, co udało jej się znaleźć w internecie. Poza tym znała z poprzedniej pracy i Harolda i Lance’a. Choć znała to może zbyt duże słowo. Była raczej ich cieniem, perfekcyjnym supportem, niewidzialną mocą przerobową która sprawiała, że prowadzone przez kancelarię sprawy płynęły naprzód równym, nieprzerwanym tempem, bez widocznych problemów.
A jednak to właśnie oni docenili jej wkład i wartość. To oni zaproponowali jej stanowisko młodszego prawnika, kiedy pozostali widzieli w niej tylko świeżo upieczoną asystentkę, która dopiero co zdała egzamin, uprawniający ją do nazywania siebie prawnikiem.
Starała się nie emanować zbytnio podekscytowaniem, jakie w niej krążyło, ale nie dało się ukryć, że jest szczęśliwa. W końcu poczyniła kolejny krok na ścieżce, jaką niegdyś przemierzała jej matka.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie przypuszczał jednak, że aby do tego doszło, będzie zmuszony zbudować ją od zera.
Tak się jednak stało, ponieważ w miejscu swojej poprzedniej pracy czuł się zwyczajnie n i e d o c e n i a n y. Najwyraźniej nie tylko on, skoro jego przyjaciel także nie miał większych oporów przed tym, aby rzucić szefostwu wypowiedzenie, a później razem z Haroldem rozpocząć nową drogę, która tym razem rzeczywiście miała zaprowadzić ich na szczyt.
Carnegie był z takiego obrotu spraw zadowolony, choć kłamstwem byłoby stwierdzenie, że ani trochę się tego nie obawiał. Pomimo bijącej od niego pewności siebie, gdzieś tam z tyłu jego głowy cały czas pobrzmiewała myśl o tym, że to mogło się nie udać, jeśli nie uda im się przechwywić najważniejszych klientów.
A to nie było wcale takie proste.
Nie prostsze, niż zbudowanie własnego zespołu, choć i z tym musieli zacząć z głową. Nie mogli od razu obstawić się innymi prawnikami, ponieważ na to zwyczajnie zabrakłoby im środków. Mimo to, kiedy Hal podsunął przyjacielowi dziewczynę, która swoją drogę rozpoczynała w ich poprzedniej kancelarii, zdecydowali się dać temu szansę. Nie musieli już na starcie wciągać w to cenionych ludzi. Mogli sami takich wykreować.
Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, był właśnie w trakcie rozkładania opasłych tomów na regale we własnym biurze. Odkąd zaczęli się tu zadomawiać, nie miał na to jeszcze czasu. — Przyglądałem się trochę twojej pracy. Nie sądzę, żeby to była zła decyzja — odparł, choć ręczyć za to w stu procentach nie mógł. Wydawało mu się jednak, że miał nosa do ludzi, a Whitman wydawała mu się wyjątkowo pracowita i zaangażowana.
Zajął miejsce za biurkiem, przy okazji omiatając jej sylwetkę spojrzeniem. Prezentowała się dość niepozornie, co na sali sądowej mogło okazać się jej tajną bronią. — Przez pewien czas będziesz pracować ze mną. Kliku klientów przeniosło się tu razem z nami, zaraz powinni pojawić się następni — wyjaśnił, bo choć pozornie kancelaria mogła wyglądać jeszcze jak spory c h a o s, w rzeczywistości wcale im nie była. — Chciałbym żebyś rzuciła okiem na to i poszukała jakichś kruczków — dodał, z szuflady wyciągając akta jednej ze spraw, nad którą w najbliższym czasie miał pracować. A choć wcale nie potrzebował pomocy, to jednak chciał ją jakoś wdrożyć.
Musiał lepiej się jej przyjrzeć, zanim rzuciłby ją na głęboką wodę.
gemma whitman
-
Ambitna młodsza prawniczka, która tak skupiła się na nauce prawa i pochodnych, że zapomniała o umiejętnościach społecznych.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracjityp narracjiczas narracji3 osoba, czas przeszłypostaćautor
— Dziękuję — odpowiedziała więc pokornie, zakładając za ucho pasmo kręconych włosów, które praktycznie natychmiast wróciły na swoje pierwotne miejsce. Nie przejęła się tym jednak zbytnio, zbyt skupiona na tym co do niej mówił.
— Wieści szybko się rozchodzą. Jeśli ci, którzy przeszli będą zadowoleni, to pozostali szybko do nich dołączą. Kluczowe będzie teraz traktowanie obecnych jak prawdziwych vipów. Zrobię co w mojej mocy, żeby czuli się tutaj jak pączki w maśle — uśmiechnęła się szeroko. Rozumiała zasady gry, wychowała się w prawniczym świecie gierek i układów, jej matka często przynosiła pracę do domu i dyskutowała nad wieloma kwestiami z kolegami i koleżankami po fachu, kiedy mała Ecem bawiła się w pokoju obok i chcąc nie chcąc chłonęła żargon. Jak widać skutecznie, skoro chętnie poszła w ślady matki i obrała taką samą karierę — Pozwoliłam sobie dzisiaj rano przynieść do biura kilka kwiatów, które znalazłam w dobrej cenie na giełdzie. Ocieplą wizerunek — dodała, nieśmiało badając twarz Carnegie, w razie gdyby posunęła się za daleko w byciu jednocześnie asystentką w biurze. Naturalnie podjęła jednak tę rolę, poniekąd jako najmłodsza, poniekąd jako kobieta. Przynajmniej póki nie pojawi się faktyczna asystentka. A do tego mogło minąć trochę czasu. Teraz mieli ją, więc równie dobrze mogła rozszerzyć swoje pole działania. Nie przeszkadzało jej to. Obaj Harold i Lance wzbudzali pozytywne emocje i chęć pomocy.
— Od razu się temu przyjrzę — sięgnęła po plik dokumentów i położyła je sobie na kolanach, w razie, gdyby Harold chciał dodać coś jeszcze — Coś jeszcze, panie Carnegie? Harold? — nie była w stanie przestać zwracać się do niego per pan. Okraszała to każdorazowo przepraszającym uśmiechem. Teraz nie było inaczej.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
On i Lance, bo przecież nie zamierzał zapominać w tym o swoim najlepszym przyjacielu.
— W porządku — pokiwał lekko głową, poniekąd przyznając jej rację. Wiedział, że komfort także wpływał na sposób postrzegania kancelarii przez klientów, jednak zawsze najbardziej skupiał się na skuteczności. To do tego był stworzony, choć jednocześnie nie można zarzucić mu tego, że nie potrafił zadowolić ludzi, z którymi pracował. Zwykle wiedział, co powiedzieć i w jaki sposób połechtać ego, które mogło wcześniej ucierpieć za sprawą jakiegoś potknięcia, które wpakowało jego właściciela w kłopoty. Harold był jednak od tego, aby to wszystko naprawić, a zapewnienie w tym miejscu swobody rzeczywiście mogło okazać się cenną pomocą.
Uniósł jedną brew ku górze na wspomnienie o kwiatach. Sam był na tyle praktyczny, iż zupełnie nie myślał o takich rzeczach, nie wspominając już o tym, że w o g ó l e się na tym nie znał. Gdyby to zadanie spoczęło na jego barkach, pewnie ściągnąłby do kancelarii chryzantemy, a wówczas wszyscy jego klienci czuliby się tak, jakby to na własny pogrzeb czekali.
Skinął więc tylko głową, jednocześnie odnotowując, że najwyraźniej sam także musiał zwracać większą uwagę na detale. To on był tutaj szefem i to on powinien myśleć o takich rzeczach.
Albo przynajmniej znaleźć kogoś, kto będzie robił to za niego.
Obserwował ją uważnie, a kącik jego ust drgnął, kiedy po raz kolejny nazywała go p a n e m. Czy mu to przeszkadzało? Niekoniecznie, choć z jakiegoś powodu wolał, aby czuła się tu raczej swobodnie. Wiedział, że ewentualna presja z jego strony w niczym nie pomoże, więc mogli odpuścić sobie konwenanse. — Co jeszcze byś tutaj zmieniła? — zapytał, omiatając jego twarz spojrzeniem. A choć to nie tak, iż uważał, że początek kancelarii rozwijał się źle, to jednak skłonny był wysłuchać ewentualnych uwag.
Może jeszcze istniało coś, co jemu udało się przeoczyć.
gemma whitman