ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

7:38.
Dokładnie tę godzinę wskazywał zegarek, kiedy Margo zaparkowała auto na policyjnym parkingu, gotowa do kolejnego pierwszego dnia pracy. Wielu z tych ludzi znała, współpracowała z nimi od kilku lat, rozmawiała o pracy i o błahych sprawach dnia codziennego; wiedziała kto pierwszy rano parzy kawę, kto zaczyna dzień od wypełnienia zaległych dokumentów, kto w popłochu wpada spóźniony na odprawę każdorazowo zapewniając, że to zdarzyło się ostatni raz. Znała ich nawyki, wiedziała komu nie wchodzić w drogę i z kim nigdy nie chciałaby dzielić żadnej ze spraw. Niemniej dzisiejszych dzień, mimo, że kolejny z wielu był nowy. Zrobiła milowy krok do przodu, awansowała, poświęcając prywatne życie na rzecz kariery, co zdawało się przynosić pozytywne rezultaty. O tym przecież marzyła, prawda? To był jej cel - być najlepszą. I choć czuła przejmujący stres, a żołądek z nerwów zaciskał się boleśnie, nie zamierzała przestawać do tego celu dążyć.
Na rutynowym, porannym spotkaniu zespołu, sierżant przedstawił Mercer zespołowi i przydzielił ją jako partnera w zespole śledczym dowodzonym przez Maddena. Mogło to być najwyższą nagrodą lub największą karą. Z niewzruszoną miną powiodła spojrzeniem do swojego partnera, który znudzony zdawał się nawet nie zarejestrować tego, co przed chwilą zakomunikowano. Po kilkunastu minutach, omówieniu bieżących spraw i przedstawieniu nowych, zebranie dobiegło końca.
- Margo Mercer - podeszła, wyciągając rękę na przywitanie. Doskonale wiedziała kim był mężczyzna stojący przed nią. Prawdopodobnie nie było na tym komisariacie osoby, która nie znałaby Maddena. Jego sława, niestety, go wyprzedzała. Mówiło się o nim wiele, najczęściej niepochlebnie, a posterunek policji był miejscem, jak wiele innych, gdzie plotkami żywiło się własną ciekawość. Ze wszystkich osób z którymi chciałaby pracować - Rhys był ostatni na liście. Był świetnym gliną, słyszała o tym, ale był również trudnym człowiekiem, czego zdążyła się dowiedzieć, a to nie wróżyło im łatwej współpracy. - Po twojej minie wnioskuję, że nie jesteś zachwycony posiadaniem pod skrzydłami niedoświadczonego świeżaka - nie lubiła ciszy, a nią została przywitana. Nie powiedział nic. Ani żeby zeszła mu z oczu i nie wchodziła w drogę, trzymając się z tyłu, ani żeby zajęła się sprawą, żeby on miał czas na dalszą kontemplację wpatrując się w ścianę przed sobą.
Będąc tam, gdzie była jeszcze wczoraj, czyli w radiowozie, w miejscu, gdzie czuła się jak u siebie, wśród ludzi, z którymi pracowała parę lat - wiedziałaby co zrobić i jak się zachować. Doświadczenie i prawdopodobnie instynkt samozachowawczy nie pozwalały jej się wychylać już pierwszego dnia. Wiedziała, że on musi powiedzieć A, żeby ona mogła odpowiedzieć B. Pierwszy krok zawsze należał do tego ważniejszego. - Nie zamierzam być kulą u twojej nogi - dodała jeszcze, siadając za swoim biurkiem, gdzie otworzyła teczkę z przydzieloną sprawą - luksusowy apartament, oficjalnie wygląda to na przypadkowy upadek z balkonu na 17 piętrze, obrażenia na ciele wskazują, że ktoś pomógł mu stanąć na progu i dodał wiatru w skrzydła. Elliot Masters, technologiczny geniusz, tworzący aplikacje do analizy danych miejskich.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

no trying to pretend
we know where the story ends
Był taki czas, gdy wyczekiwał pracy w duecie.
Widział w niej pewien rodzaj przywileju - posiadanie kogoś innego, kto przejmie na siebie połowę ciężaru wykonywanej przez nich roboty. Kogoś, z kim można było dzielić pełną napięcia ciszę w samochodzie, kto dostrzegał rzeczy, które mogły mu umykać. Z ciekawością wyczekiwał pierwszego, przydzielonego mu partnera. Stevenson był starym gliną z krwi i kości, z rodzaju tych, którzy połowę dokumentacji trzymali w wersji fizycznej, odmawiając przeniesienia jej do jakiegokolwiek systemów. Stanowił dla niego idealną przeciwwagę, spokojny, wyważony i cechujący się cierpliwością, której Maddenowi zawsze brakowało.
Później była Adams, której umiejętności interpersonalne wypełniały jego własne braki. Upierała się, by robić samemu kawę, którą robiła lepiej i taniej niż w lokalnych kawiarniach. W zabijaniu ciszy w ich samochodzie jej nieskończona paplanina konkurowała z radiem, co, szczerze mówiąc, bardzo mu odpowiadało.
Lindon był jeszcze bardziej niecierpliwy od niego, a jego chaotyczne działania nadszarpywały wciąż panującego nad swoim życiem Rhysa. Suarez poprzysięgła, że pomoże mu wyjść z tej żałoby, że dzięki niej dostrzeże w tej bezsensownej śmierci nowy cel do wypełnienia - w swoim postanowieniu wytrzymała niecałe trzy miesiące. Detektyw Martin nazwał go egoistycznym dupkiem, a Brown - niemającym szacunku dla tego zawodu wolnym strzelcem.
Stevensona do dziś pamiętał najlepiej. W pewnym momencie partnerzy w jego zawodowej karierze stali się wyłącznie kalejdoskopem nazwisk, zmieniających zdecydowanie zbyt szybko i zbyt często. Jego niegdysiejszy brak cierpliwości przekształcił się w impulsywność, a trudny charakter przekuł się w barierę nie do przejścia.
W pewnym momencie Rhys zaczął podejrzewać, że wyłącznie rozwiązywane przez niego sprawy utrzymują go na posadzie detektywa. W końcu mógł nie być skłonny do kooperacji, ale przynajmniej był skuteczny.
Jego wzrok leniwie uniósł się w górę na dźwięk kolejnego nazwiska. M e r c e r wybrzmiało w jego myślach wraz z echem. Krótkie, zwięzłe, łatwe do zapamiętania. Był niemal pewny, że słyszał je chwilę temu na porannej odprawie, ale jego myśli tkwiły zdecydowanie poza murami komisariatu, a w głowie huczała nieznośna migrena.
Powiódł spojrzeniem po tkwiącej przed nim brunetce, po jej zgrabnych, symetrycznych rysach i pełnych ustach. Jej nazwisko, jej umiarkowanie znajoma twarz powoli łączyły się w jego głowie w osobę, o której słyszał wcześniej - ambitną, młodą policjantkę, która wreszcie doczekała się upragnionego awansu. Zwycięstwo musiało okazać się okupione gorzkim posmakiem.
W jego osobie.
- Nie wiedziałem, że awansują teraz niedoświadczonych świeżaków - odparł z przekąsem, ignorując sens jej słów i czepiając się słów - bo choć nie przyznałby jej racji, jej obecność wzbudzała w nim irytację. W swoich partnerach preferował odpowiedni miks doświadczenia i kompletnego braku zaangażowania - tak, by nie patrzyli mu na ręce, ale by też on nie musiał pełnić roli opiekunki.
Westchnął, zerkając na akta przydzielonej im sprawy, otwarte na biurku, przy którym zajęła miejsce. Sprawa wzbudzała nawet odrobinę jego zainteresowania, co tym bardziej podsycało irytację obecnością kobiety. Wiedział, że jej uprzejmość była wyłącznie powierzchowna.
Ale interesowało go, gdzie leży jej granica.
- Przydałaby nam się kawa, Mercer - odrzekł lekko, niedbale, zasiadając na fotelu przy własnym biurku - irytująco ustawionym naprzeciw jej. - Może będziesz tak miłą nie-kulą u nogi i ją załatwisz?

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Puściła mimo uszu tę słowną gierkę. Jeśli ona nie była zadowolona z tego kto został jej opiekunem, to on musiał przeżywać największy koszmar po raz kolejny, gdy znowu przydzielano mu nowego partnera. Nie pozwalała sobie na przesadną analizę tego zachowania; mogłaby, jak miała w zwyczaju, zastanawiać się, czy wynikało to z trudnego charakteru, jego przeżyć, czy z niechęci i umniejszania kobietom. Odpuściła dla swojego dobra, oficjalnie znali się dopiero od kilku minut, a spodziewała się, że mogłoby zabraknąć jej całych lat, aby wysnuć jakąkolwiek słuszną teorię na temat Maddena. Nie musieli się lubić. Mieli współpracować. Dostawali zadanie i mieli je wykonać. Jeśli to sprawdzało się u niej od lat, to dlaczego miałoby zawieść teraz?
- Mi by się nie przydała - odparła, pochylając się do przodu. - Wypiłam ją w drodze na komisariat - w myślach musiała głośno i na okrągło przypominać sobie, że to jej pierwszy dzień. Pierwsze dni zawsze są testem - cierpliwości, wytrzymałości, granic, charakteru. Musiała przypominać sobie również o tym, że Madden był od niej wyższy rangą i, chcąc czy też nie, póki co musiała go słuchać. Musiała przypominać sobie także o tym, że w świecie zdominowanym przez mężczyzn stale powinna walczyć, ale tylko wtedy, gdy ta walka ma sens i może przynieść jej korzyści.
Teraz nie miała.
Po prostu wstała z krzesła, posyłając krzywy uśmiech swojemu partnerowi i skierowała kroki do kuchni, gdzie do bezimiennego kubka nalała, jak przypuszczała, najgorszej w smaku kawy, której miał ochotę skosztować. Nie bez powodu przypinano im, bez względu na zajmowaną rangę, łatkę tych, którzy każdą zmianę zaczynają od pączka i kawy w pobliskiej kawiarni. To co serwowano na posterunku, nie zasługiwało na to miano.
- Proszę - przesunęła przestudzony napój po jego biurku, za późno powtarzając w swojej głowie, że to tylko test: - Następnym razem, gdyby szwankowała ci pamięć... kuchnia jest na wprost twojego biurka - wskazała palcem mleczne, przeszklone drzwi za którymi świeciło się światło. - Rozwiązałeś już tyle spraw, że obsługa ekspresu nie może stanowić aż takiej zagadki - żałowała każdego wypowiedzianego słowa w chwili, gdy opuszczały jej usta. Dała się sprowokować. Przez lata pracy w policji nauczyła się poza cierpliwością i milczeniem, także stawiania granic. W chwilach stresu, a pierwszy dzień w nowym wydziale plasował się dość wysoko na liście sytuacji nerwowych, jej lont był bardzo krótki.
W okamgnieniu wróciło opanowanie. - Jaki masz plan działania? - tym powinni się zająć, prawda? Czymś, co wymagało ich uwagi i poświęcenia. Ktoś dzisiaj zginął, ktoś inny próbował upozorować to na samobójstwo. Ktoś stracił życie, ktoś pozostawał wolny. Ktoś przegrał, a ktoś triumfował. Wyłącznie to było dla Mercer celem na ten dzień - dowiedzieć się prawdy, kawałek po kawałku. Wierzyła, że Rhys może jej wiele dać, jeszcze więcej nauczyć, jeśli tylko postara się wznieść na wyżyny umiejętności ignorowania personalnych wycieczek. I ruszy tyłek zza biurka.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jego prośbie bardzo mało było z faktu jej bycia kobietą.
Był świadom, że Mercer musiała niejednokrotnie w ciągu swojej kariery walczyć z uprzedzeniami względem własnej płci. Być może w innej sytuacji zyskałaby tym jego szacunek - nieustąpliwym parciem naprzód, dążeniem do swojego celu niezależnie od kłód rzucanych jej pod nogi. Każda osoba docierająca do tego szczebla, na którym byli teraz, nie trafiała na niego przypadkowo. I dla niego w przeszłości było to osiągnięcie niemal równe z medalem przypinanym na wypiętej w dumie piersi.
Ale nie był już tym człowiekiem. A detektyw Mercer po pokonaniu kłód na swojej drodze stała się jego własną.
Prawda była bowiem taka, że najlepiej pracowało mu się solo.
Z uwagą obserwował zachodzące w jej oczach procesy decyzyjne. Dostrzegł cień buntu, przemykający w głębi jej jasnego spojrzenia. Był doskonale świadom tego, że wysłanie ją po kawę jej uniżało - ba! Sam nie ruszyłby się z miejsca, gdyby był na jej miejscu. Ale od jej reakcji zależało to, jak dużym problemem będzie dla niego nowy świeżak, którym przyszło mu się zajmować. Widząc, jak kobieta z ociąganiem podnosi się ze swojego fotela zaskoczył się lekko, ale i utwierdził w przekonaniu, że trzymanie jej na uboczu nie będzie zbyt dużym wyzwaniem - ale też jej wytrwałość może okazać się zdradliwa w swych skutkach ubocznych.
Trudniej będzie doprowadzić ją do punktu, w którym poprosi przełożonych o zmianę partnera.
Jego palce bezmyślnie bębniły w podłokietnik gdy obserwował swoją nową partnerkę w drodze do kuchni. Złapał się na tym, że patrzył za nią nawet gdy stała się zaledwie cieniem po drugiej stronie mlecznej szyby i dopiero gdy cień ten zbliżył się do wyjścia, jego wzrok przeniósł się na akta tkwiące przed nim na blacie.
- Dziękuję - odparł, sięgając po kubek gdy tylko trafił na blat jego biurka. Upił łyk napoju, do którego z biegiem lat zdążył się przyzwyczaić - tak, jak człowiek przyzwyczaja się do odgrzewanego, mikrofalówkowego jedzenia gdy przestaje mu zależeć na walorach smakowych. - Obrzydliwa.
Przytyk w jej głosie sprawił, że jego wzrok uniósł się znad trzymanych w dłoni akt sprawy, podczas gdy papier wciąż zasłaniał lekki uśmiech rozbawienia wpełzający na twarz. Uśmiech, który natychmiast zmył, wracając do lektury, którą zdążył już przyswoić na tyle, by wiedzieć, co dalej.
- Teraz, gdy wiem już, jak dobrze ci to idzie, na szczęście nie będę musiał tego robić - odparł leniwie, jakby faktycznie rozważał oddelegowanie robienia kawy wyłącznie Mercer, a podniesienie dupy z fotela by wcisnąć jeden przycisk na maszynie było zadaniem, w którym ktokolwiek mógł odnieść prawdziwą ekspertyzę.
Jeden z techników pojawił się w polu jego widzenia w idealnym czasie zadanego przez nią pytania. W dłoni dzierżył zestaw płytek CD - archaizm, którego doświadczyć można było wyłącznie w organizacjach rządowych.
- Nagrania z monitoringu. Zabezpieczyliśmy ostatnie sto dwadzieścia godzin przed zdarzeniem - poinformował młody chłopak, stawiając niebezpiecznie wysoką wieżę płytek nieopatrznie na biurku należącym do Margo.
Przypadek związany z tym, że zwyczajnie jej biurko było najbliżej, Madden natychmiast wziął za samą opatrzność.
- Ja wrócę na miejsce zdarzenia, gdzie czekają świadkowie do przesłuchania - zadecydował, składając akta w dłoni i podnosząc się z fotela. - Ty masz sto dwadzieścia godzin materiału do obejrzenia - dodał rześko, folderem akt polubownie klepiąc ją w ramię w zachęcie do działania.
Dźgając schowanego za prętami kota patykiem by sprawdzić, czy jest kanapowcem, czy panterą.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mogła tego wiedzieć, nie doszukiwała się jakiegokolwiek wytłumaczenia nędznego pierwszego wrażenia, spychając to gdzieś w otchłań umysłu. Chciała wierzyć, choć zdawała sobie sprawę, że to bardzo naiwne, że czasy, gdy kobiety uważane były za gorsze, by wprost nie powiedzieć, że głupsze, dawno minęły. Nie zależało jej też na opinii Maddena na tyle, by zawracać sobie tym głowę. Przynajmniej jeszcze nie teraz. W ich pracy bardzo nieistotne było to, co myśleli o sobie nawzajem. On nie potrzebował od niej niczego, ona zdawała sobie sprawę, że drogą do kolejnego awansu jest jego aprobata, ale na tę pracowało się długo. I być może nie zapracuje wcale, wówczas znajdzie inny sposób, by po trupach dobrnąć do celu.
Idealna pod twój charakter - chciałaby odrzec głośno, ale słowa wybrzmiały tylko w głowie, a na ustach zagościł uśmiech - większy i wcale nieskrywany, jak ten który próbował ukryć Rhys. Myśli potrafiły być dziwnie satysfakcjonujące. - Postawmy sprawę jasno, Rhys - spojrzała prosto w jego oczy. - Wiem w którym miejscu jestem ja, a w którym stoisz ty. Robię co do mnie należy i nie trzeba mi tego powtarzać dwukrotnie - zapewniła go. Ciągnęła tę rozmowę tylko w jednym celu - aby zamknąć temat raz na zawsze. Nie lubiła niedopowiedzeń i płytkich gierek. Zwłaszcza w pracy, gdzie nie było na nie miejsca. - Nienawidzę szowinistów. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy kazałeś mi zrobić sobie kawę. Masz sprawne ręce, szybkie nogi i bystrą głowę, więc w mig pojmiesz zasady działania kuchennych sprzętów - szlag trafił niewychylanie się i powtarzane jak mantrę słowa, żeby być cierpliwą. Może to wynik stresu, a może towarzystwa, w którym do tej pory nie przyszło jej się obracać? Jej dotychczasowi partnerzy byli... po prostu partnerami - w pełnym tego słowa znaczeniu. Bez względu na to, jaka dzieliła ich różnica wieku i jakie doświadczenie za sobą nieśli - byli równi. Tutaj już na starcie zderzyła się ze ścianą. Być może liczył, że przykładnie się przed nią zatrzyma, ale ona wolała uderzyć. Nawet jeśli miała się skaleczyć.
Zabawne. Myślała, że każdy kolejny raz będzie łatwiejszy. Nie zaczynała od nowa, przesiąkła tą strukturą, rozumiała ją i znała od podszewki, a mimo to czuła jakby pierwszy raz postawiła nogę w tym miejscu.
Zamilkła w chwili, gdy tuż przed oczami, postawiono pokaźną górę materiału dowodowego. Nieposortowanego, całkowicie surowego, w całości do analizy. Nienawidziła pracy za biurkiem, dusiła się siedząc zamknięta w czterech ścianach, a analityczny umysł pracujący na wysokich obrotach przyprawiał ją o migrenę. - Nie skończę tego przez najbliższy tydzień - odparła, skinieniem głowy dziękując technikowi, który dostarczył nagrania z kamer. - Możesz to zlecić analitykowi. Niech chociaż wstępnie to sprawdzi, jak wyłapie coś sensownego, to usiądę do tych materiałów - ignorując bezpośrednie naruszenie przestrzeni osobistej, wstała i podążyła za nim, na ramiona narzucając ciepłą kurtkę. - Wiesz, że to bez sensu, żebym siedziała nad tym samodzielnie, Rhys - robił to z czystej złośliwości. Nie podobała mu się, więc dawał to odczuć w każdej możliwej sferze.
- Będę twoim cieniem, nie zamierzam się wychylać - zapewniła? Czy bardziej poprosiła między słowami, aby odpuścił i pozwolił pojechać ze sobą?
Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo zależy mu na tym, by tego cienia nie mieć.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Brwi, które z początku lekko drgnęły mu ku górze teraz pięły się coraz wyżej po jego czole gdy granica, którą przekroczył, okazała się znacznie bliższa niż się tego spodziewał. Nazywano go w życiu wieloma rzeczami, ale musiał jej przyznać, że szowinista nie figurowało na szczycie tej listy.
Może dlatego, że w większości przypadków miał do czynienia z mężczyznami.
Jakiś odruch głęboko zaszyty w jego podświadomości pragnął się usprawiedliwić, jakby wysłanie jej do kuchni wyłącznie z powodu jej płci przypinało mu tę jedną łatkę, z którą nie czuł się komfortowo. Fakt tego, że Mercer była kobietą, co najwyżej było dodatkowym powodem do dumy w miejscu takim jak to, które wcale jej nie faworyzowało.
Szybko jednak zdusił tę specyficzną potrzebę, zamykając usta gdy tylko rozwarły się by sformułować odpowiedź. Nie musiał się bronić, ani wybielać w jej oczach. Im gorsze miała o nim zdanie tym większa była szansa na to, że nie spędzi zbyt wiele czasu w jej towarzystwie - co było mu wyłącznie na rękę. Jeśli pierwsze pół godziny ich wspólnego partnerstwa miały rozpocząć się od wyzywania go od szowinistów to powinien się wyłącznie cieszyć.
Stał się zbyt obojętny na potencjalne konsekwencje ze strony przełożonych by spojrzeć na to z perspektywy wpędzania samego siebie w kłopoty. Tak długo, jak pozostawał skuteczny i rozwiązywał sprawy szybciej od pozostałych, przysłowiowe uderzenie w nadgarstek i niemiłe słowa były szczytem złego traktowania, jakiego mógł się spodziewać od przełożonych.
Bycie burakiem nie było przecież nielegalne.
Dlatego też ostentacyjnie podniósł kubek, który wcześniej mu przyniosła i pociągnął sowitego łyka miernej kawy w formie jedynego komentarza jej wartościowych słów, które zamierzał całkowicie zignorować.
Nawet gdyby źródło jej głosu nie przemieściło się w przestrzeni, wyczuł moment, w którym ruszyła za nim - jej nieznośną obecność gdzieś z tyłu, oddech na karku i spojrzenie wlepione w plecy, które podsycały jego irytację. Chwycił za zgarniętą z oparcia fotela kurtkę, narzucając ją sobie na ramię. Wyczuwał ciężar metalowej zapalniczki w jednej z kieszeni, który przypomniał mu, jak bardzo potrzebował w tej chwili zapalić.
- A jaki jest sens w tym, żebyś sterczała obok gdy będę kogoś przesłuchiwać? - odparował, wiedząc jednak, że nie był w stanie nic zrobić na to, że podążała za nim. Posiadane przez niego starszeństwo nie upoważniało go do wydawania jej jakichkolwiek rozkazów, których musiała się słuchać. W hierarchii teoretycznie byli na równi. - Nie liczysz chyba na to, że czegokolwiek się ode mnie nauczysz?
Zatrzymał się natychmiast po wyjściu na zewnątrz - nie dbając, czy kobieta wpadnie na niego z impetem, czy nie, a może wręcz licząc na to, że stworzy kolejną niedogodność, dosypując ją do sterty innych w nadziei na zmęczenie jej swoją obecnością. Sięgnął do kieszeni, wydobywając ze środka paczkę papierosów i odwrócił się w stronę kobiety gdy stanęli na mroźnych schodkach prowadzących na parking.
- Jesteś tutaj za karę, Mercer - odrzucił bez ogródek, wtykając papierosa do ust. - Nie pierwsza i nie ostatnia. Nie zamierzam marnować swojego czasu na pilnowanie cię w terenie.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po korytarzach posterunku krążyły legendy na temat Rhysa Maddena. Musiał być cholernie dobry w tym co robił, w jaki sposób rozwiązywał sprawy i ile czasu mu to zajmowało, bo wciąż tutaj pracował. Z zasłyszanych plotek, dało się dowiedzieć, że wykończył swoją osobą wielu partnerów - wytrzymywali krótko, a niższych szczeblem dawno przestały interesować zakłady o to, ile tym razem zagrzeje miejsca potencjalny współpracownik. W żadnym innym miejscu już by nie pracował. Jeśli jesteś problematyczny - dostajesz szansę. Drugą. Trzecią. Koniec końców nie da się ukryć, że największą zarazą jesteś ty sam i najsilniejsze plecy nie są w stanie cię ochronić.
U niego chodziło o coś więcej. Miał fory, na które skrupulatnie zapracował latami oddanej służby.
Był opryskliwy, chamski i butny, ale faktycznie prawdą było to, że nie stanowiło to podstawy do zwolnienia. Tak długo, jak nie krzywdził tym innych. A w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut Mercer zdołała dowiedzieć się, że wszystkie przymioty, które mu przypisywano, choć prawdziwe, bezpośrednio jej nie raniły. Nie na tyle, by uciec i schować się potulnie do kąta.
Mogła odpowiedzieć mu na wiele sposobów. Mogła zachowywać się jak on i autorytarnie pokazać swoją wyższość i inteligencję. Była dobra. Cholernie dobra w tym, co robiła. I zdawała sobie z tego sprawę. Przemawiały za nią jej wyniki i liczne pochwały od dowództwa. Co z tego, że do tej pory jej praca opierała się na czymś innym? Ten sam umysł i sposób rozwiązywania spraw mogła przenieść do nowego wydziału. Nie czuła jednak potrzeby, a co ważniejsze - wiedziała, że nie powinna tego robić. Nie powinna powiedzieć, że mogła zauważyć coś, co on może przeoczyć. Nie mogła mu przypomnieć, że praca w zespole przynosiła dużo korzyści. Nie chciała przedstawiać oczywistego faktu, że gdy on będzie zadawał pytania, ona będzie analizować odpowiedzi.
Instynkt samozachowawczy - miała go na tyle rozwinięty, by wiedzieć, że granice cierpliwości Maddena są dzisiaj wyraźnie nadszarpnięte, a cienki lód po którym się poruszali, dzieliła niewielka chwila od pęknięcia.
Pęknięcia pod którym znalazłaby się tylko ona.
- Nie zawracaj sobie tym swojej bystrej głowy - zatrzymała się w idealnym momencie, aby nie zderzyć się z jego twardymi plecami. - Na tę chwilę nie widzę w tobie niczego, co mogłoby mi pomóc w pracy - wyminęła go, zapinając szczelnie kurtkę na zamek, bo na zewnątrz wciąż panował siarczysty mróz, przecinany silnymi porywami zimowego wiatru.
8:57. Jebane pięćdziesiąt siedem minut. Minęła niecała godzina, a jedyne co odczuwała to zmęczenie.
Wiedziała, co próbował zrobić. To samo co z poprzednim partnerem, jeszcze wcześniejszym i kolejnym, którego imienia pewnie już nie pamiętał. - Przekonamy się, czy to ty będziesz moją karą, czy ja twoją - szarpnęła za klamkę, chowając się w ciepłym wnętrzu samochodu.
- Cieszę się, że mamy wszystkie uprzejmości za sobą. Możemy zająć się sprawą i na tym się skupmy, ok? - nie kłopocząc się zapinaniem pasów, zakończyła rozmowę, podkręcając głośność radia, gdy tylko ruszyli w kierunku apartamentowca w centrum miasta, będącego miejscem zbrodni. Odcięła się od niego, mając nadzieję, że jest tak samo bystry w łapaniu aluzji, jak w puszczaniu w świat niewybrednych komentarzy.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby jego r e n o m a pojawiła się w ich konwersacji, z pewnością nie użyłby słowa legendy.
Opinie na jego temat rzadko kiedy wznosiły się do tak mitologicznego poziomu. Przypominały bardziej specyficzną mieszankę ciętych komentarzy rzucanych na wydechu, westchnień frustracji a nawet pełnego wyrozumiałości potakiwania. Ludzie na posterunku dzielili się na tych, którzy pamiętali czasy jego świetności i na tych, którzy przyszli później.
Ci pierwsi przełamywali swoją złość cieniem litości chowającym się w dnie ich tęczówek - cieniem, którego widok wzbudzał w nim irracjonalną furię. W ich oczach nie był wyłącznie gburem, chamem i prostakiem, był mężczyzną z ł a m a n y m, a to złamanie tworzyło soczewkę zakrzywiającą obraz po obu jej stronach. Wyolbrzymiało jego osiągnięcia, tworzyło obraz nieskazitelnego policjanta i świetnego detektywa, którym przecież nigdy wcześniej nie był - nawet, jeśli był dobry, daleko było mu do idealnego. Z drugiej zaś strony umniejszało to, kim był teraz, uciszając pełne oburzenia komentarze jego zachowania, machając ręką na rzeczy, za które w każdej innej sytuacji mógłby stracić pracę.
Dlatego wolał tych drugich.
Wolał widzieć krytyczne spojrzenia ludzi, którzy nie znali go takim, jakim był kiedyś. Wolał poruszać się po powierzchni płytkich spostrzeżeń niż zagłębiać się w skomplikowane emocje schowane w jego wnętrzu. Rola naczelnego prostaka i męczącego partnera była zdecydowanie prostsza do zagrania niż dochodzenie do sedna tego, kim był naprawdę.
A balansując między światłem dnia w komisariacie i mrokiem nocy w prywatnej loży głośnego klubu nie był do końca pewny tego, do jakich wniosków doszedłby przyglądając się samemu sobie z większą uwagą.
Zapalniczka strzeliła w powietrzu, podpalając końcówkę trzymanego w ustach papierosa. Ostre, bystre słowa towarzyszącej mu kobiety sprawiły, że jego już uniesione brwi znów powędrowały jeszcze wyżej, nie spodziewając się tak zdecydowanej odpowiedzi. Uprzejmość w wykonaniu detektyw Mercer była najwyraźniej maską, której nie wahała się zrzucić by odbić posłaną w jej stronę piłeczkę.
Był na taką ewentualność zaskakująco nieprzygotowany.
Zeszła dwa stopnie niżej nim poruszył się, jak lodowa figura zastygła w mrozie Kanadyjskiej zimy. Zaciągnął się ostrym, tytoniowym dymem, ruszając za nią w stronę zaparkowanego blisko wyjścia auta. W kilku, długich krokach dogonił kobietę jeszcze zanim znalazła schronienie we wnętrzu samochodu.
- Twój bystry język z pewnością spodobał się przełożonym na tyle, że przydzielili cię do mnie - zauważył, przerywając potrzebę natychmiastowej odpowiedzi na rzecz chwili analitycznego myślenia. Kluczyki do auta znalazły się w jego dłoni, a krótki sygnał informujący o otworzeniu drzwi wskazał Mercer kierunek - ponieważ mógł znieść wiele, ale z pewnością nie zamierzał dać jej się nigdzie zawieźć. - Może powinnaś zachować go sobie dla osób, którzy mają nieprzyjemność spędzania z tobą swojego prywatnego czasu.
Zatrzymał się gdy stanęli po dwóch stronach jego samochodu. W innym czasie, innym świecie pewnie uchyliłby jej drzwi, zapraszając ją do środka - ale dziś wypuścił z ust obłok papierosowego dymu, patrząc się, jak szarpie klamkę i zgrzytając zębami gdy z hukiem zamknęła za sobą drzwi.
Nim wszedł do środka, pokręcił z frustracją głową samemu do siebie, pośpiesznie dopalając napoczętego papierosa. Jego degeneracja miała pewne granice, a jedną z nich było palenie w zamkniętym aucie. W tych temperaturach otwieranie okien zdecydowanie nie było warte kilku chwil przyjemności.
- Jakim świeżakiem jesteś, Mercer? - zapytał krótko, natychmiast sięgając do radia by je ściszyć - wyłącznie dlatego, że ona je podgłośniła. - Gdzie byłaś wcześniej?

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oficjalnie - Rhys Madden był gorszy niż wszystko, co do tej pory o nim powiedziano.
Usłyszała jego słowa aż nazbyt dokładnie. Dosłownie zrozumiała ich sens. Przeanalizowała je, bo przez moment zastanawiała się, czy aby się nie przesłyszała. Nie mógł przecież tak jawnie i beztrosko zasugerować, że była dzisiaj w tym miejscu dzięki własnemu językowi, prawda? Niemożliwe, że szowinizm, który zarzuciła mu chwilę wcześniej był czymś znacznie większym. Jawną niechęcią i podłą próbą udowodnienia, jak blado przy nim wypadała.
Chociaż ruszyli, przez dłuższy czas milczała. Mijały ich samochody jadące z naprzeciwka, a ludzie na chodniku pchali się na przejście dla pieszych, gdy ledwie zapaliło się zielone światło.
Wypowiedziane zdanie było siarczystym policzkiem wymierzonym prosto w jej twarz. - Co to kurwa miało znaczyć? - kiedy zatrzymał auto na pasach, zapytała go, porzucając wcześniejszą pozorną uprzejmość. Nie kryła swojego zirytowania za maską profesjonalizmu. - Zasugerowałeś właśnie, że na mój awans zapracowała moja dupa? - prościej nie dało się tego ubrać w słowa. Nie lubiła niedopowiedzeń, tak? Już o tym wspominałam.
Widząc na jego twarzy chwilowe, dosłownie sekundowe zawahanie, jakby zdał sobie sprawę z dość oczywistego i niefortunnego doboru słów, tym bardziej nie mogła odpuścić. Chciała, żeby poczuł się źle, zasłużył na to równie mocno, jak ona nie zasłużyła, by mówić o niej takie rzeczy. - Myślałam, że stać cię na więcej, niż takie nędzne zagrywki. Pierdol się - znowu rozkręciła muzykę na tyle głośno, by zagłuszyć wszystkie dźwięki z zewnątrz. Włącznie, albo przede wszystkim, z jego głosem, choć nie podejrzewała go o to, że zapragnie naprawić swój błąd.
Gdyby wzięła ze sobą słuchawki, mogłaby w pełni się odciąć, niestety niewielka przestrzeń w aucie i przedszkolne zagrywki w zabawie radiem, skutecznie to uniemożliwiły. Zbyła pytanie ciszą, nie racząc nawet spojrzeć w jego kierunku.
Przynajmniej do chwili, kiedy zaparkował nieopodal miejsca zbrodni. - Gówno cię to interesuje. Masz moje akta na swoim biurku, mogłeś należycie przygotować się do swojej pracy, Madden - wyskoczyła z auta i wyładowując nadmiar nerwów, uderzyła drzwiami na tyle mocno, że metaliczny dźwięk dało się słyszeć kilkanaście metrów dalej. - Nie wchodź mi w drogę. Chcę rozmawiać z tobą wyłącznie o pracy. Nie interesuje mnie nic poza tym. Nie zamierzam prowadzić z tobą żadnej gadki-szmatki. Suche informacje, proste zadania, nic więcej - zanim się odezwała, rozejrzała się dookoła. Ostatnim czego potrzebowali to dodatkowa para uszu, chłonąca aferę niczym gąbka wodę. Nie chciała, aby pierwszego dnia pracy mówiono o niej, że Madden wykończył ją szybciej niż zakładali. W ogóle nie chciała, i miała nadzieję, że nie była, być przedmiotem powszechnych zakładach na komisariacie.
Odeszła bez słowa, zostawiając go samego. Chciał rozmawiać ze świadkami, ona wolała przyjrzeć się miejscu zbrodni. Weszła do budynku, wezwała windę i gdy tylko znalazła się w jej wnętrzu, zacisnęła dłonie w piąstki, czując narastający gniew nieznajdujący ujścia.
Pieprzony prostak.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zdawał sobie sprawę ze swojego niefortunnego doboru słów z początku. Świadomość tego, że być może mógłby sformułować swoją ripostę w inny sposób tliła się w tle jego umysłu, bzyczała jak natarczywy owad, przypominający mu o tym, jak, poniekąd, w y s t a w i ł się niczym nisko wiszący owoc do zebrania. Dusił ten odgłos, tę irytującą świadomość, wierząc w to, że ze zwykłej, ludzkiej uprzejmości, którą wykazała wcześniej, Mercer nie wykorzysta tego ewidentnego nawiązania do jej własnych słówi by zrobić z tego aferę.
Nigdy nie miał szczęścia do hazardu.
Wściekłe słowa rozbrzmiały w ciszy jego auta tak gwałtownie, że aż drgnął, z jednej strony się ich spodziewając, z drugiej trzymając kurczowo nadziei, że nie nadejdą. Podczas gdy potok słów wypłynął z jej ust - stworzonych zdecydowanie do wrednego języka - pełne frustracji westchnienie wydobyło się z jego własnych. Puszczając na moment kierownicę na prostym odcinku drogi, ze złością wyszarpnął z kieszeni kurtki paczkę fajek, którą wcześniej porzucił, a której zdobycie utrudniał mu zapięty pas. Przekonanie o niepaleniu w samochodzie uleciało z niego tak szybko, jak resztki świętego spokoju.
- Twoje dochodzenie do takich wniosków po tym, co powiedziałem, nie wróży dobrze w twojej karierze detektywa - prychnął, nieopatrznie dając się sprowokować, czego w tej chwili absolutnie nie p l a n o w a ł. Nie wiedział, dlaczego jej słowa wzbudziły w nim taką złość, dlaczego jego noga mocniej pchnęła pedał gazu, pragnąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce i ukrócić tę absurdalną kłótnię. - Jak na cień, którego nawet nie zauważę, strasznie dużo się wydzierasz, Mercer.
Prychnął, odpalając w trakcie ich drogi jednego papierosa więcej i zachowując resztę złorzeczenia na muzykę, która skutecznie tłumiła resztę dźwięków. Napięcie owładnęło jego ciałem, zacisnęło mocniej palce na kierownicy i faktycznie - przeniosło jego skupienie na cel, ku któremu zmierzali.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś tak bezczelnie wyprowadził go z równowagi.
- Nie trzas... - warknął, ze słowem urwanym w połowie przez pierdolnięcie huk drzwi jego ukochanego samochodu, czarnego, wysłużonego Chargera, który lata świetności - nawet po renoweacji - miał już za sobą.
Jego dłonie bezwiednie zacisnęły się w pięść i rozwarły gdy usiłował zachować spokój, zamiast wylecieć za nią i odpowiedzieć jej pięknym za nadobne.
- Nie będziesz moją karą - mruknął pod nosem, wygaszając silnik i sięgając do klamki drzwi. - Już nią, kurwa, jesteś.
Z wściekłością w sercu, strzepując popiół z papierosa ze swoich c z a r n y c h spodni, wyszedł na zewnątrz, powoli podążając za kobietą do windy apartamentowca.

margo mercer
koniec
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”