ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zakończenie sesji, choć wyczekiwane przez Oleandra w stanie rzadkiej dla niego desperacji, ostatecznie przyszło bez fanfar. Jednego dnia Everhart jeszcze drżał z obawy przed oblaniem ostatniego egzaminu, a następnego wreszcie, po wielu tygodniach nerwów i panicznych rewizji materiału z ostatnich miesięcy wykładów i zajęć, wypuszczał powietrze w westchnieniu głębokiej ulgi. Mało pocieszający był fakt, że teraz od k o l e j n e j sesji dzieliło go znowu parę miesięcy, ale były one na tyle odległe, że przynajmniej nie rzucały się w oko wraz z pierwszym spojrzeniem w kalendarz. A, jak to mówią, co z oczu, to z serca.

Odłożywszy długopis i oddawszy arkusz egzaminacyjny jednemu z doglądających go dziś asystentów akademickich, Oleander wyszedł z budynku uczelni z plecakiem przewieszonym przez ramię i uczuciem lekkiej dezorientacji — tej przyjemnej, która pojawia się wtedy, gdy przez chwilę nie trzeba nigdzie iść ani niczego nikomu udowadniać. W ten mroźny, zimowy dzień, miasto wydawało się dziś bezlitośnie jasne: śnieg skrzył się pod stopami, a słońce wisiało nisko, jego promienie ostre jak szkło. Ollie lubił takie dni, bo wszystko było w nich wyraźne: granice chodników, myśli, wreszcie - jego własne ciało: obecne, prawdziwe, i żywe.
Szedł wolno, pozwalając myślom rozplątywać się bez większego pośpiechu. Choć nawigowanie spacerów z protezą w dni, gdy szron i lód rozciągały się na ulicach szerokimi płatami nadal napełniały go niepokojem, uczucie to zmniejszało się wraz z coraz to większą praktyką. Nie było zatem porównania między wprawą, z jaką Oleander robił to dziś, a jakiej brakowało mu jeszcze choćby poprzedniej zimy. To fakt, żadna adaptacja nie była idealna, ale tę brunet mógł uznać przynajmniej za wystarczająco dobrą.

Początkowo wcale nie planował przerwy na kawę: na wyznaczonej sobie wcześniej trasie znajdowała się księgarnia i sklep sportowy, a potem może jego ulubiona meksykańska knajpka, jeśli ściśnięty do tej pory adrenaliną żołądek rozluźniłby się na tyle, by pozwolić mu na spożycie lunchu. Ollie musiał jednak przecenić własną odporność na mróz, bo po przejściu paru przecznic poczuł, że palce mrowią mu w ten nieprzyjemny, zwiastujący przechłodzenie sposób. To samo uczucie panoszyło się już też i u szczytów jego ud, a - nauczony na własnej skórze - Ollie wiedział, że przeziębienia tylko potęgują jego bóle fantomowe. Wolałby zatem uniknąć rozłożenia się z jakimś paskudnym choróbskiem, zwłaszcza jeden dzień po zakończeniu sesji.

To było jedno z tych spontanicznych skręceń w boczną ulicę, które bierze się raczej z impulsu niż świadomej decyzji. Dopiero po chwili zorientował się, że coś w rozciągającym się przed nim krajobrazie budzi w nim dziwną, cichą nieufność — jakby oko rozpoznało kształt wcześniej, niż umysł zdążył go nazwać. Zatrzymał się.
Szyld był nowy. Albo odnowiony. Litery układały się w nazwę, która niczego mu nie mówiła, a jednak ciało odpowiedziało napięciem tak szybkim, że aż absurdalnym. Oleander zmarszczył brwi, próbując uchwycić myśl, która nie chciała się sformułować. Miał wrażenie, że stoi przed miejscem, które kiedyś znał — nie na poziomie wspomnienia, lecz czysto-fizycznej reakcji. Jak przy zapachu, który wywołuje mdłości, zanim człowiek zdąży przypomnieć sobie dlaczego.

Przez chwilę wpatrywał się w witrynę. W środku było jasno, ciepło, zupełnie bezpiecznie; żadnych śladów po tym, co mogłoby usprawiedliwiać to nagłe, irracjonalne napięcie. I właśnie to było w tym najbardziej niepokojące. Oleander nauczył się ufać instynktom, nawet gdy nie potrafił ich uzasadnić — zwłaszcza wtedy. Otworzył drzwi, bardziej z potrzeby zamknięcia pętli niż z ochoty na kofeinę.
Dzwonek zabrzmiał cicho, niemal grzecznie. Ciepło uderzyło go od razu, osiadając na skórze i za kołnierzem puchowej kurtki. Oleander rozejrzał się powoli, rejestrując detale z automatyzmem, którego nigdy do końca się nie pozbył: układ przestrzeni, drogi wyjścia, brak napięcia w powietrzu. Zaciągnął się kojącym zapachem kawy.

Dopiero wtedy, gdzieś na granicy pola widzenia, zauważył kogoś za kontuarem — sylwetkę, która zdawała się należeć tu w sposób absolutny, choć dla niego była zupełnie obca (albo tak mu się wyłącznie wydawało).
Podszedł bliżej, odwijając szczelnie zapętlony dotąd na szyi szalik. Tak nos, jak i policzki, miał zaróżowione chłodem, a na ciemnej czuprynie osiadł mu pojedynczy płatek śniegu.
Chciał powiedzieć, że to miejsce wygląda znajomo. Albo też spytać, czy on i stojąca za ladą dziewczyna kiedyś się przypadkiem nie spotkali?
Ale obydwie te opcje wydały mu się nagle kompletnie absurdalne. Jeszcze tego mu brakowało, by Bogu ducha winna pracownica kawiarni wzięła go teraz za szaleńca.
– Dzień dobry – powiedział zatem tylko, adekwatnie do rozciągającego się za oknem kawiarni poranka - Uhm... - najczęściej Ollie pijał kawę: czarną, albo flat white, bez cukru, i na mleku owsianym. Ale teraz jakoś nagle zabrało mu pomysłów - Czy... hmm. Czy może mi pani coś polecić? Tylko żadnych mrożonych napojów - uśmiechnął się niemal przepraszająco, rumiany chłodem, i szczerze zakłopotany, choć nie był pewien czemu.

Jamie Park
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Dzień Jamie nie obfitował w aż takie emocje. Pobudka koło piątej. Leniwa kawa przed komputerem, żeby sprawdzić, czy nie urodziło się coś nowego. Rzut okiem na ploteczki i modowe informacje. Dosłownie chwilka, bo przecież była dziewczyną... Która nie miała czasu na pierdoły. Potem prysznic, troszkę dłuższy niż zazwyczaj, bo dzisiaj była bardzo niewyspana i chciała się dodatkowo dogrzać. Makijaż, wysuszenie włosów i przed szóstą była już na dole, w swojej cukiernio-kawiarni, gdzie trzeba było wziąć się za pieczenie.
Dzisiaj było inaczej, bo razem z nią był nowy pracownik, który uczył się jak przygotować smakołyki do cukierni, więc zamieszania było więcej niż zwykle, ale przynajmniej Jamie miała poczucie, że już niedługo będzie mogła spać trochę dłużej, albo wyjechać gdzieś na więcej niż dwa dni. Koło ósmej kolejna dziewczyna otwierała cukiernię i w lokalu zaczynali pojawiać się nowi goście ci, którzy wpadali tutaj na słodkie śniadanie, albo kawę w przelocie. Lodówki wypełniały się dokrojonymi specjałami, których zazwyczaj nie zostało z wczorajszego dnia za dużo, oraz nowymi cudeńkami.
Jamie miała w zwyczaju danego dnia przygotowywać tylko kilka deserów, każdego dnia było coś innego, a przepisy były skrzętnie spisywane od różnych babć, od których je wyciągała. Taki był z niej szpieg przemysłowy. Między innymi dzięki temu była tutaj taka rodzinna atmosfera. Z resztą Jamie niewiele miała swojej rodziny, więc przelewała te uczucia na swoich gości i pracowników. Tak, to też niezdrowe...
Kiedy Ollie stanął przy kasie Jamie akurat przejmowała ladę, żeby jej koleżanka mogła iść na przerwę. Małe zamieszanie, ale na pewno jego spojrzenie przykuł wielki klasyczny ekspres ciśnieniowy, który stał jako ozdoba na porządnej półce nad głowami uwijających się w tym ulu pszczółek. To był ten sam, wyniesiony kiedyś z ognia...
Kilka lat temu ta kawiarnia paliła się, a jej zwariowana właścicielka chciała wskakiwać w ogień, żeby ratować to wielkie ustrojstwo, którego pewnie nie dałaby rady nawet unieść. Wtedy, złapana w pół i zatrzymana histeryzowała jakby to była najważniejsza rzecz w jej życiu....
Szybki rzut okiem na miejsce ujawnił kolejne szczegóły. Mały "ołtarzyk" ze zdjęciami z gazet opisującymi pożar i dzielnych strażaków, którzy uratowali cały budynek. A potem oczy niewysokiej Azjatki, która patrzyła na niego z uśmiechem, nie rozpoznając go pewnie.
- Co dla Ciebie? - zapytała ciepłym głosem i zmarszczyła buzię w udawanym zamyśleniu, jakby polecajka była najtrudniejszym zadaniem, jakie mogła dostać. - Jak mam być szczera, to dzisiaj cannoli wyszło mi znakomite. A do tego kawa, taka na ciepło... Mamy takie podrobione ze Starbucksa.
Puściła mu oczko konfidencjonalnie, brnąc w ten żart, zaś jego spojrzenie mogło zatrzymać się na ładnym napisie w kursywie na ścianie. W podziękowaniu za Waszą pracę - straż pożarna, policja i ratownicy mają tutaj zawsze kawę <3


oleander everhart
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Owszem - gdy już jakimś cudem Oleandrowi udało się przenieść nieco zaspane jeszcze - bo przecież znajdował się przed porządnym zastrzykiem kofeiny - spojrzenie znad linii lady, nie było sposobu, w który mógłby przegapić ustawione na półce urządzenie. W pierwszej chwili ogarnęła go pewna odmiana dziwnej konsternacji, jak w tych momentach, w których człowiek zaczyna przypominać sobie sen z poprzedniej nocy, początkowo kompletnie wyparty z pamięci, albo jak wówczas, gdy w najmniej spodziewanym momencie dopada go uczucie deja vu.
Gdyby Jamie była równie wredna wyniosła i uprzedzona do wszystkich naokoło co pewien jasnowłosy chłopak tylko udający studenta, poznany przez Ollie'go niedawno podczas jednej z jego nocnych zmian w bibliotece uniwersyteckiej, mogłaby go teraz z powodzeniem uznać za dotkniętego upośledzeniem umysłowym. Everhart wyglądał bowiem przez moment niespecjalnie bystro - ze wzrokiem wbitym w martwy punkt przed sobą, lekko rozchylonymi wargami, i wyrazem twarzy oddającym głębokie niezrozumienie, na co tak na dobrą sprawę patrzy, choć obiekt nie powinien go przecież specjalnie zaskoczyć. Zwłaszcza nie w kawiarni.
Nie chodziło jednak wcale o to, że brunet nigdy wcześniej nie widział w życiu ekspresu ciśnieniowego, i teraz na przykład zastanawiał się, jak się taki wynalazek nazywa. Wręcz przeciwnie. Ollie widział już raz ekspres ciśnieniowy. I to - mógł dać sobie uciąć nogę rękę - dokładnie ten sam, na który teraz patrzył.
- Co? - Zapytał, nieszczególnie kulturalnie, ale odpowiedzialność na tę automatyczną reakcję zrzucić można było na fakt, że myślami znajdował się daleko stąd. Kilka lat stąd, mówiąc dokładnie, wracając pamięcią do jednej z tych felernych nocy, gdy rutynowa zmiana zmieniła się w prawdziwie niebezpieczne wyzwanie. Zamrugał gwałtownie, dopiero po paru uderzeniach serca uświadamiając sobie, że znajduje się tu i teraz, nie zaś w tym samym miejscu, ale w otoczeniu płomieni i panicznych okrzyków spłoszonych gapiów - Przepraszam - Poprawił się natychmiast, teraz z kolei wbijając spojrzenie w Jamie, pozwalając, by umysł połączył kropki wspomnień w jedną, o wiele bardziej spójną całość. Nie zakładał jednak, że dziewczyna mogła go pamiętać, a co miał niby jej teraz powiedzieć? Że spotkali się wcześniej, i to tej nocy, gdy straciła niemal wszystko, z wyjątkiem życia... I ekspresu do kawy? - Niech zatem będzie cannoli, zaufam ci - Odchrząknął, starając się przywołać na usta uśmiech - I tak, poproszę i kawę. Tylko nie za słodką - Wyklarował, nadal rykoszetując wzrokiem ku półce za plecami Park. Jego uwadze nie umknęła także specjalna wiadomość dla pracowników służb ratowniczych i straży pożarnej... Ale Oleander, wbrew temu co nadal powtarzali mu koledzy z dawnego zastępu, nie czuł się już strażakiem, a więc i... Nie czuł się godny, by uzurpować sobie prawo do tego typu aktów szacunku względem tego zawodu. Westchnął trochę głośniej niż planował - Ile się należy?

Jamie Park
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Jamie powiodła oczami za jego spojrzeniem na staruszka stojącego na honorowym miejscu. Dawno nie był używany, bo po remoncie musiała zaopatrzyć się w nowy. Ten stary już po pożarze parzył „dymem” i Jamie nigdy nie mogła się tego pozbyć — dlatego stał teraz bardziej jak relikwia niż sprzęt do pracy.
Spoważniała na wspomnienie, które kilka lat temu prawie ją złamało, po czym odpowiedziała na rosnące w ciszy pytanie:
Ma długą historię… Kupowała go jeszcze moja mama, jak zakładała kawiarnię. Ale kilka lat temu mieliśmy pożar i bym go straciła. Tylko jakiś szalony strażak wyniósł mi go z ognia.
Pewnie, że go nie poznała. Była wtedy przerażona tym, że traci wszystko, a on był w stroju ochronnym, umorusany sadzą i kaszlał od dymu. Zresztą ratownicy dali jej coś na uspokojenie i zabrali, żeby sprawdzić, czy się nie zatruła. W tamtym chaosie twarze zlewały się w jedną plamę — maski, hełmy, odblaski, komendy rzucane krótko i stanowczo. Dopiero później, kiedy było już po wszystkim, docierało do niej, co właściwie ocalało… a co przepadło bezpowrotnie.
Nie podziękowałam mu wtedy. – przyznała prosto, po czym uciekła od ciężaru tej myśli w żart, jak robiła to od lat, kiedy coś zaczynało ją zbyt mocno ściskać w gardle. – Dlatego mamy kawę za darmo dla strażaków. No i to przyciąga dziewczyny, jak tacy przystojniacy przychodzą i u nas przesiadują.
Ten głupi ekspres miał wiele warstw wspomnień. Słodkie początki rodzinnego biznesu. Kawy parzone nocami, podczas rozmów ze śmiertelnie chorą mamą, kiedy Jamie próbowała „wyszarpać” losowi jeszcze trochę zwyczajności. Pożar i utrata wszystkiego. Świeży start. Fundament, który stał na półce i udawał ozdobę, a tak naprawdę trzymał w sobie kawałek jej życia.
Kiwnęła głową na znak, że Ollie dokonał najlepszego możliwego wyboru, i zabrała się za przygotowywanie kawy i ciastka.
Mleko? Bita śmietana? Jakieś syropy smakowe? Wiem, że już po świętach, ale pierniczkowa latte dalej jest hitem. No i jeszcze mamy macchiato z orzechami laskowymi, mój osobisty faworyt. – zagadywała, eterycznie przemieszczając się po wyuczonych ścieżkach między ekspresem, spieniaczem mleka, gablotą ze smakołykami i kasą. Nabrała kwotę taką, żeby nie była ani przesadnie „dla znajomych”, ani zbyt wysoka — rozsądną, uczciwą. Potem zerknęła na niego jeszcze raz, jakby dopiero teraz naprawdę sprawdzając, czy jest tu tylko po kawę… czy po coś, czego nawet on sam jeszcze nie nazwał.

oleander everhart
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Słowo „szalony” wywołało w Oleandrze odruch, którego brunet nie przewidział — krótki, prawie niedostrzegalny skurcz w kąciku ust, nie tyle uśmiech, co raczej drobne, niekontrolowane drgnienie zawieszone gdzieś pomiędzy gorzkim rozbawieniem, niedowierzaniem, i jakąś dozą nostalgii.

Szalony strażak.

Pokiwał powoli głową, i choć z pozoru przyjmował opowiadaną mu przez Jamie historię jako jedną z wielu, które krążą po mieście i nie mają z nim nic wspólnego, jak zwykle okazywało się, że ciało często pamięta o wiele lepiej niż umysł.
- Mhm – przytaknął, nadal trwając w dziwacznym zamyśleniu. Mógł brzmieć jak ktoś, kto tematykę pożarów i ich gaszenia zna wyłącznie teoretycznie, jak większość gawiedzi o pożarnictwie uczącej się z wiadomości w CBC i jakiegoś sporadycznego serialu obejrzanego przypadkowo, z braku innych opcji, na kablówce. Ale za chwilę język rozplątał mu się nieco bardziej niż być może powinien, tak szybko, że Everhart nie potrafił w porę ukrócić krótkiego monologu: - Dym naprawdę potrafi wsiąknąć w każde tworzywo... W drewno, oczywiście. Ale też w plastik, w uszczelki. Czasem nawet w metal... - Za późno zorientował się, że brzmiało to nie tylko niemal filozoficznie, ale i zbyt konkretnie, jakby wspomniany przez Jamie pożar nie był mu obojętny.
No i, oczywiście, nie był. Ollie oparł dłoń o blat, czując pod palcami ciepło drewna. Wspomnienie nie przyszło w formie obrazu, lecz temperatury: gorąc pod kombinezonem, (cię)żar powietrza, które odmawiało mu posłuszeństwa, i cisza wypełniona nie tylko typowymi, pragmatycznymi okrzykami zgromadzonych na miejscu strażaków, ale i przeszywającym aż do serca, dziewczęcym lamentem.

Nie podziękowała mu wtedy.
To zdanie uderzyło dziwnie miękko, jak zbyt lekki cios wycelowany w splot słoneczny. Oleander automatycznie zacisnął szczękę, kręcąc głową powoli, ale stanowczo.
– Myślę, że nie robił tego dla podziękowań – mruknął. Może to nawet lepiej, że dziewczyna go nie rozpoznała - choć zawsze oczywiście było mu miło, gdy doceniano jego działania i odwagę, zawsze czuł się w tych chwilach niezręcznie, jakby wcale nie zasługiwał na wszystkie te honory. Przecież tylko wykonywał swoją pracę jak każdy inny sumienny pracownik. Jedyna różnica polegała na tym, że jego zawód często wiązał się z ratowaniem ludzkiego życia, czy przynajmniej bezpieczeństwa. Teraz, po nieplanowanym i przedwczesnym przejściu na emeryturę, było jeszcze gorzej. Tłumacząc rozmówcom okoliczności nabytego kalectwa - wyłącznie gdy ktoś pytał, i nigdy sam z siebie - często słyszał podziękowania za jego służbę, ale nigdy nie czuł się wówczas jak bohater, a raczej jak ktoś dotknięty porażką. I to z własnej winy - Ale przyznam, to doskonała strategia marketingowa – dodał szybko i z nowym uśmiechem -Jestem pewien, że w tym mieście herosi w mundurach zawsze dobrze się sprzedają.

Z niemal nadmierną uwagą obserwował, jak Jamie sprawnie porusza się między ekspresem i gablotą. Jej gesty były płynne i pewne, ewidentnie wyuczone latami. Sprawiała wrażenie, jakby jej serce biło w rytmie tego miejsca - jakby się tu wychowała, na kawiarnianej podłodze nie tylko ucząc się sztuki przygotowywania napojów i deserów, ale i chodzić.
– Bez syropu, proszę. I bez bitej śmietany – odpowiedział - Ale to orzechowe macchiato brzmi świetnie...
Zawiesił na dziewczynie spojrzenie odrobinę dłużej niż wcześniej, nie mogąc już dłużej zaprzeczyć, że przynajmniej po jego stronie, w powietrzu między nimi wisi coś niewypowiedzianego, ciężkiego jak statyczne napięcie unoszące się przed burzą.
– Swoją drogą, ten strażak – rzucił neutralnie, prawie od niechcenia i na granicy obojętności. – Wrócił tu kiedyś?


Jamie Park
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Zatrzymała się na chwilę, kiedy opowiadał o tym, jak bardzo dym potrafi wejść w różne rzeczy. Podniosła na niego spojrzenie czarnych oczu, w których widać było zastanowienie, zawieszone w próżni pytanie, na które sama próbowała sobie odpowiedzieć. Wreszcie przyszedł przebłysk.
-Dużo wiesz o dymie... Jesteś strażakiem? Czemu nic nie powiedziałeś? - zapytała z udawanym wyrzutem, anulując ostatnią kawę, wbitą na kasie, w odruchu.
Niby taka spostrzegawcza, ale dzisiaj była wybitnie w swoim świecie. Bo w sumie kawiarnia była jej światem i rzeczywiście stwierdzenie, że uczyła się tutaj chodzić wcale nie odbiegało tak daleko od prawdy. To był jej dom. Trochę uwędzony, ale odświeżony i już całkiem jej. Może dlatego ten ekspres miał dla niej tak duże znaczenie.
Ale przyznam, to doskonała strategia marketingowa.
-Prawda? - odpowiedziała żartobliwym tonem i uśmiechem, który był na tyle uroczy, że aż zaraźliwy.
Zupełnie jakby w tym jej świecie pachniało tylko wanilią, kawą, cukrem i drożdżami. Miejsce, w którym tylko brakowało ciepła ognia, opanowanego kominkiem i przytulenia.
-Orzechowe macchiato. - kiwnęła głową, ale nie uciekła spojrzeniem od niego.
Za to po raz pierwszy ich oczy się spotkały tak na poważnie. To odrobinę dłuższe spojrzenie sprawiło, że zmrużyła jedno oko, próbując sobie przypomnieć coś, co było ukryte gdzieś głęboko z tyłu jej głowy. Ulotne, niczym nuta smakowa wanilii. Ale zanim udało jej się odnaleźć wspomnienie mówiące o tym, gdzie wcześniej widziała te oczy usłyszała jego pytanie.
Wstrząsnął nią lekki, trochę rozczulony śmiech, kiedy odwracała się do ekspresu, żeby przygotować jego wybraną kawę.
-Nie... Ale lubię myśleć, że wraca, tylko się nie przyznaje. Taki anioł stróż, który czasem mnie pilnuje. - odpowiedziała, ale ostatnie słowa zagłuszyło buczenie ekspresu i dźwięk pienionego mleka.
-Nawet chciałam go znaleźć... - dodała już głośniej. - Ale nie znałam numeru remizy.... A potem wciągnęło mnie życie. Ubezpieczenie, sprzedaż domu, remont...

oleander everhart
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oleander nie był pewien, czego tak naprawdę się spodziewał, lub też czy nie przypuszczał, że jego słowa ściągną ku sobie atencję brunetki. Teraz, po fakcie, wyglądało na to, że niemalże sam się prosił by padło to pytanie - choć musiał robić to nieświadomie i nieintencjonalnie.
- Nie, nie - zaprzeczył nieco zbyt prędko by móc udawać, że pytanie Jamie nie wywarło na nim żadnego konkretnego wrażenia. Za późno było na obojętne wzruszenie ramion, albo udanie, że w ogóle jej nie usłyszał, z dziewczęcym głosem niknącym w szumie ekspresu do kawy i wczesnoporannego, kawiarnianego zgiełku. Na swoją obronę miał przynajmniej tyle, że nie kłamał - bo przecież naprawdę nie był strażakiem. Już nie. I to wcale nie tak, że Oleander jakoś specjalnie wstydził się o tym mówić, albo też, że powodowało to u niego tak silną emocjonalną reakcję, że świadomie unikał. Problem pojawiał się raczej wówczas, gdy rozmówcy zaczynali z ciekawością dopytywać go o powód zmiany zawodowej trajektorii. Oleander zdawał sobie sprawę, że nigdy nie było to motywowane złośliwością czy wścibskością - sam pewnie chciałby wiedzieć czemu, gdyby usłyszał, że ktoś z jednej ścieżki kariery nagle zdecydował się przeskoczyć na inną, kompletnie inną od poprzedniej. Jego trudność polegała jednak na tym, że nie potrafił być nieszczery, albo przynajmniej manipulować rozmową tak, aby odwrócić uwagę słuchacza lub zbyć ją jakąś wymówką. Raz zapytany, Everhart naturalną drogą próbował być szczery, a wówczas trudno było nie wspomnieć o pożarze, który niemalże pozbawił go życia, i zakończył jego marzenia o czynnej służbie pożarniczej. Potem natomiast naturalnym sposobem pojawiały się kolejne, i następne pytania - i nim się obejrzał, Ollie stawał się centrum uwagi, za czym nie przepadał, zwłaszcza od wypadku - Ale pochodzę ze strażackiej rodziny. Więc, jakby to powiedzieć... - zaczął, z niewygodnego położenia starając się wyplątać za sprawą uprzejmej dyplomacji - ...dym mam we krwi.

Z ulgą przyjął fakt, że dziewczyna podchwyciła jego nieco lżejszą wypowiedź, ponownie znajdując się na jakby bezpieczniejszym obszarze rozmowy, choć część jej słów teraz naprawdę utonęła w fali produkowanego przez ekspres hałasu. Oleander nigdzie się nie spieszył, więc wiedział, że w razie potrzeby może ją zaraz dopytać co mówiła, i co mu tym samym utknęło na rzecz parzonej przez Park kawy. Zanim jednak zdążył cokolwiek wyklaryfikować, dziewczyna ponownie znalazła się bliżej, i teraz jej głos stał się już znacznie bardziej słyszalny. W samą porę.
- Nic dziwnego - pokiwał głową. Może mylnie, ale miał wrażenie, jakby Jamie niemal potrzebowała się usprawiedliwić tym, jak bardzo była zajęta, w ramach wyjaśnienia dlaczego nigdy nie spróbowała znaleźć swojego anioła stróża. Jemu tymczasem wydawało się to kompletnie zrozumiałe - sam jeszcze pamiętał jak jego własne życie wyglądało, gdy dochodził do siebie po wypadku. Wiedział, że ma komu dziękować, ale odnalezienie tych osób - lekarzy, którzy uratowali mu życie, kolegów, którzy w porę ocalili go z pożaru, i innych osób, u których nieświadomie zaciągnął tamtego dnia prawdziwie egzystencjalny dług - było wówczas ostatnim, na co miał siłę - Mogę sobie tylko wyobrazić jak bardzo musiałaś być zajęta! - dodał. Jeśli Oleander miał jakąś faktyczną supermoc, to nie była nią wcale nadludzka siła albo sprawność, a właśnie to: zdolność, by w rozmowie dawać drugiej osobie komfort i poczucie bycia wysłuchaną. No, a przynajmniej taką miał nadzieję - Ale jestem pewien, że byłby zachwycony gdyby widział, jak udało ci się wetchnąć w to miejsce nowe życie... - zapewnił, a potem, na wszelki wypadek, dodał: - To znaczy, ten strażak.

Jamie Park
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Kiedy zaczął protestować odnośnie bycia strażakiem posłała mu spojrzenie z serii "synu kitować to my, a nie nam", ale wyjaśnienie przyjęła spokojnym kiwnięciem głowy i lekkim zawahaniem. Jej spojrzenie zatrzymało się na kasie, a potem przeniosło na niego. Tutaj pojawił się ciepły, serdeczny uśmiech kogoś, kto widział osobę, a nie klienta.
- Ok, to rozciągniemy zniżkę z na całą rodzinę. - odpowiedziała wręczając mu olbrzymią filiżankę, bardziej przypominającą kubek. - Wybierz sobie stolik, zaraz przyniosę cannoli.
Uśmiechnęła się do niego trochę szerzej, bardziej promiennie, kiedy wspomniał o tym, że ów bohater cieszyłby się z tego, jak Jamie zmieniła to miejsce po pożarze. Rzeczywiście było znacznie bardziej przytulnie i ze zwykłej cukierni, do której wpadało się na chwilę po pączki, to miejsce stało się także kawiarnią.
- Dziękuję, to miłe. - odpowiedziała i spojrzała na stary ekspres, szukając w nim jakiejś myśli, albo wspomnienia. - Wiesz... Trochę mam wyrzuty sumienia, bo to tylko przedmiot. Wtedy spanikowałam i sama chciałam po niego wbiec, chociaż jest cięższy chyba ode mnie!
Wróciła spojrzeniem na Olliego i znów odnalazła jego oczy, które teraz sprawiały, że czuła się bezpieczniej, jakby rozumiał to, co ten ekspres oznaczał. To spojrzenie znowu trwało chwilkę za długo, jak na przelotną znajomość i zaczynało wiercić w jej głowie mikroskopijną dziurkę. Takie swędzące uczucie, że zapomniało się o czymś naprawdę ważnym.
- Pamiętam, że jeden ze strażaków złapał mnie w pół i unieruchomił, kiedy się wyrywałam, a wtedy ten drugi wbiegł do ognia i po kilku chwilach wyniósł tego złoma.
Ostatnie słowo zabrzmiało pieszczotliwie. Tak, miała wyrzuty sumienia, że ktoś dla głupiego przedmiotu ryzykował życiem. Chyba nie rozumiała tego, że ktoś zaryzykował tym życiem dla niej, a nie żeby ratować jej majątek. Niemniej, ten złomek był jej historią. Osią tego, co miała, co straciła, co odbudowała i gdzie się teraz znajdowała.
- Przepraszam, że zadam to pytanie, ale pamiętam większość moich gości, szczególnie tych stałych. Mam wrażenie, że się już spotkaliśmy, ale nie potrafię sobie odpowiedzieć, gdzie? - zawiesiła pytanie w powietrzu, trochę nachylając się nad ladą, jakby chciała się do niego zbliżyć.

oleander everhart
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Roześmiał się; trochę pod nosem może, ale na pewno szczerze i bez cienia ironii, wyobrażając sobie rodzinną wycieczkę do Kitten And The Bear po to, by skorzystać z udzielonego mu przez dziewczynę rabatu. To, że jego rodzinie często przytrafiały się tego typu akty społecznej sympatii, wdzięczności i szacunku, było częścią jego osobistej historii. Kiedy był małym chłopcem, za pewnik uznawał fakt, że właściciel lokalnego sklepiku, do którego matka wysyłała go czasem po butelkę mleka albo gazetę, zawsze miał dla niego garść cukierków nieco pokaźniejszą niż ta, którą otrzymywali jego podwórkowi koledzy. Wówczas, Oleander zwyczajnie nie kwestionował dlaczego jemu, i jego braciom, przysługuje nieco cieplejsze podejście dorosłych, i nie wiązał tego z faktem, że czasem nieznajome osoby podchodziły do jego ojca by uścisnąć mu dłoń i podzielić się słowami uznania.
Teraz, relacja Oleandra z rodzinnymi tradycjami, które niemal wszystkich mężczyzn w familii Everhartów na jakimś etapie ich życia wcieliły w strażacki mundur, czy tego chcieli, czy też nie, była o wiele trudniejsza, i o wiele bardziej złożona. Nie wyobrażał sobie jednak, że miałby zacząć zwierzać się z niej uprzejmej (nie)znajomej, która miała przecież najlepsze z możliwych intencje.
- Nie wiesz na co się piszesz - zażartował, wyobrażając sobie zamówienie, które w kawiarni Jamie złożyłaby jego rodzina. Nie był pewien, czy starczyłoby jej sił i składników, żeby je zrealizować - Mam kilku braci. Możesz ryzykować bankructwem...

Ich rozmowa, w międzyczasie, zdawała się meandrować pomiędzy lekką i niezobowiązującą pogawędką, i znacznie bardziej odsłaniającymi tematami, z którymi Oleander może nie czuł się niekomfortowo, ale zdecydowanie mniej pewnie niż wówczas, gdy ograniczali się wyłącznie do żartów i uprzejmości.
Gdy Jamie wspomniała wydarzenia z pożaru, brunet nie mógł poradzić nic na przypływ wyrazistych wspomnień na moment wypełniających płótno jego pamięci. Przypomniał sobie czerń nieba zasnutą gęstą szarością dymu, gorąc płomieni próbujących rozpanoszyć się w lokalu, przypływ adrenaliny nakazujący mu działać szybko, bez zastanowienia i bez zwłoki. Nawet jego własny terapeuta nie był pewien, czy te wspomnienia podchodziły już pod kategorię traumatycznych flashbacków, czy nadal znajdowały się na bezpieczniejszym terytorium. Wiedział tylko, że rozpamiętywanie przeszłości zwykle nie wychodziło mu na dobre, zbyt szybko wprawiając go w dziwny, nostalgiczny nastrój, z którego niełatwo było mu się potem wytrącić.
Zamrugał, dopiero za sprawą kolejnego z dziewczęcych pytań przywołany gwałtownie do rzeczywistości. Cholera. Oleander nie lubił kłamać, ale nie lubił też zagłębiać się w te obszary prawdy, które sprawiały mu ból dyskomfort.
- Tak? - Zapytał trochę głupio, kupując sobie trochę czasu przez upicie łyka kawy, która rzeczywiście była wyśmienita, choć może odrobinę słodsza niż jego zwyczajowe zamówienia - Dziwne. Na pewno pamiętałbym, gdybym kiedykolwiek pił tu kawę... - Uśmiechnął się niewinnie, sugerując tym samym, że serwowane przez Jamie napoje łatwo zapadają w pamięć - Jesteś pewna, że mnie z kimś nie mylisz?
Przyszło mu nawet na moment na myśl, że mógłby spróbować przekonać Jamie, że jej ukochany złomek z pożaru uratował nikt inny, jak jeden z jego braci. Jednak z każdą kolejną chwilą spędzoną pod ostrzałem uważnego, dziewczęcego spojrzenia, Ollie czuł, że jego kamuflaż coraz bardziej go zawodzi.

Jamie Park
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
30 y/o
LOVE IS IN THE AIR
157 cm
kręcę lody i piekę w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiCzas przeszły
postać
autor

Och, jakże udany gaslighting! Jamie zmarszczyła brwi, dalej przyglądając się twarzy (nie)znajomego. Wreszcie jednak uniosła brwi i westchnęła, tym samym poddając się, przynajmniej pozornie.
- Jestem pewna, że gdzieś już widziałam te oczy. - uśmiechnęła się sama do siebie i powróciła do typowych dla kawiarnianego dnia czynności.
Przetarła blat, z którego przed momentem Ollie zabrał swoją kawę, chociaż ten w ogóle nie wymagał uwagi i zaczęła myślami wędrować po kolejnych czynnościach, ze swojej, zwyczajowej, checklisty.
- Tak czy siak, Ty i Twoi bracia zawsze jesteście tutaj mile widziani! - dodała sięgając po talerzyk, żeby wreszcie nałożyć mu porcję słodkości.
I tak był bardzo cierpliwym klientem, a Jamie zaczynała odczuwać, że jest trochę nachalna. Dlatego ponagliła go gestem, żeby zajął sobie upatrzony stolik i sam zaczął się czuć jak mile widziany gość.
Dobrze, że ugryzła się w język, kiedy chciała mu zadać pytanie o to, czemu sam nie został strażakiem, skoro to taki "rodzinny" biznes w ich przypadku. Kiedy Ollie oddalał się do stolika dostrzegła, że utyka na jedną nogę. Niby nic znaczącego, ale jednak, jej brewki znowu się zmarszczyły, a w sercu pojawił się lekki uścisk niepewności. Jakby ich cała rozmowa jednak miała jakieś drugie dno. I te oczy które dobrze pamiętała. No nie, skoro nie został strażakiem, to na pewno nie mógł to być on...
Rozładowała swoją ciekawską frustrację kolejnym, tym razem niezadowolonym westchnieniem i przybrawszy uśmiech na twarzy, wzięła talerzyk, by zanieść go do stołu Olliego.
- Gwarantuję Ci, że się zakochasz! - powiedziała stawiając naczynie z dwiema pięknymi rurkami na stoliku. - I jak nic przyciągniesz mi tutaj swoich braci.
Dodała jeszcze żartobliwie i w odruchu niewyjaśnionej sympatii położyła dłoń na jego ramieniu. Szybko ją cofnęła karcąc się w duchu za to, że bez zgody przełamała strefę komfortu klienta, ale zaraz zatuszowała to uśmiechem.
- Jakbyś czegoś potrzebował to wołaj. - żeby nie musiał kuśtykać z powrotem do lady.
Uch, Jamie, czemu zaczynasz się czuć tak niezręcznie? Przez te oczy?
Kiedy wchodziła już za ladę, jej spojrzenie zatrzymało się na złomku, o którym opowiadała jeszcze przed chwilą. Dawno nie czuła takiego ścisku w gardle, jak teraz. Jak wtedy... Ale zaraz skupiła uwagę na kolejnym gościu, który chciał coś zamówić.

Mój Sekretny Bohater
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kitten and the Bear”