ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

follow me into a swarm of bees
swallow everything you don't believe
Dogonienie kobiety nie było na szczycie listy jego priorytetów - ponieważ wiedział, że prędzej czy później, zatrzyma się sama.
Hol apartamentowca przypominał karykaturę muzealnej wystawy przez prywatną windę posiadaną przez właściciela penthouse'a. Zwykli ludzie przemykali przez część wspólną, z ciekawością przyglądając się skrawkowi wydzielonemu przez policyjną taśmę, za którą grupka policjantów żywo dyskutowała na temat dalszych poczynań. Mieszkańcy wspinali się na wyżyny subtelności, zwalniając gdy przemieszczali się z zakupami w stronę zwykłych wind, własnych kabin bądź schodów, zaganiani przez spoconego i przepracowanego portiera.
Nie dało się wyczuć stresu czy przygnębienia - one czekały wyżej. Tutaj, na dole, odgrodzona taśmą winda była niczym wystawa skłaniająca do refleksji, zostawiająca w odwiedzających nutkę ekscytacji.
Zrównał się z Mercer gdy podchodziła do policyjnej taśmy, pochylając się by móc pod nią przejść.
- Detektyw Madden - wszedł jej w słowo gdy otworzyła usta, witając się z policjantem prowadzącym, który skinął mu głową w pierwszej kolejności - wyczuwając subtelną hierarchię pomiędzy nimi, która teoretycznie nie widniała na papierach.
Gdy policjant wsunął kluczyk w zamek, a drzwi windy rozchyliły się, nie zatrzymał się kurtuazyjnie, tylko samemu ruszył do środka jako pierwszy. Towarzysząca mu kobieta nadszarpnęła resztki cierpliwości, z którymi budził się każdego dnia, a przylepiona mu łatka nienawiści do kobiet nie miała się od niego odkleić jeśli wykaże się kulturą i przepuści ją w progu - toteż tego nie zrobił.
Prywatna kabina była mniejsza niż zwykle, sprawiając, że zapach jej perfum wypełnił przestrzeń pomiędzy nimi, mieszając się z tytoniem, którego popiół wciąż chował się w materiale jego kurtki. Podróż na samą górę dłużyła się w nieskończoność i gdy wreszcie się zatrzymali, z niemałą ulgą wyszedł na zewnątrz.
Prosto na pobojowisko.
- Detektywie Madden, detektyw Mercer. - jeden z policjantów pośpiesznie ruszył w ich stronę gdy wyszli w holu zdezelowanego apartamentu. Wszędzie walały się butelki alkoholu i ślady odbywającej się tu niegdyś imprezy. Wyprowadził ich z holu, prowadząc do salonu. - Ofiara to Elliot Masters, trzydzieści dwa lata. Został znaleziony na tarasie przynależącym do hotelu, dziesięć pięter niżej, ale znajdujemy się teraz w jego apartamencie.
Madden rozejrzał się wokół, po technikach i policjantach plączących po zabezpieczonym miejscu zbrodni. Apartament był ogromny i wyglądało na to, że przewaliło się przez niego ostatnio mnóstwo ludzi.
- Przyjęcie? - spytał krótko, wskazując na dekoracje wiszące wokół, resztki jedzenia i zapach rozlanych drinków mieszający się z substancjami używanymi przez techników.
Policjant przytaknął, zerkając do swoich notatek.
- Masters w noc swojej śmierci urządzał imprezę urodzinową. Pracujemy nad zawężeniem listy potencjalnych świadków, ale gości była ponad pięćdziesiątka - przyznał, podnosząc wzrok znad notatek. - Zabezpieczyliśmy materiał dowodowy, nagrania z monitoringu powinny już znaleźć się na komisariacie, a...
Czując nawracającą migrenę, Rhys rozejrzał się, rozkładając ogromny apartament na części pierwsze - i szukając miejsca, w którym powinni zacząć. Machnięciem głowy uciszył mężczyznę, wiedząc, że nie miał im do zaoferowania nic poza resztą standardowych formułek.
- Sprawdzę biuro - oznajmił, widząc uchylone drzwi prowadzące do gabinetu ofiary. Świadom tego, jak dzikie potrafiły być imprezy i jak obrzydliwa mogła okazać się sypialnia, bez większej litości przeniósł swój wzrok na Mercer. - Zostawiam ci sypialnię.
Odwrócił się, ruszając do gabinetu.
- Miłej zabawy - dodał przez ramię, zgarniając od jednego z techników paczkę rękawiczek.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Liczyła na chwilę samotności. Naprawdę bardzo na to liczyła.
Chciała sama odbyć sześćdziesięciosekundową podróż windą bez jego towarzystwa. Niemniej w rozumieniu aluzji i dawaniu przestrzeni był takim samym mistrzem, jak w prowadzeniu rozmów. Jakichkolwiek.
Czuła jego spojrzenie na sobie, czuła jego obecność, zapach i pewność siebie unoszącą się w powietrzu. Tak nieznośną, zostawiającą na niej niewidoczne ślady, których ciężko będzie się pozbyć. Wypełniał przestrzeń gdziekolwiek się pojawiał, budząc podziw, strach, złość i żal.
Z satysfakcją, puściła go przodem przy wyjściu z windy, idąc krok za nim. Uśmiechem przywitała kilka znajomych twarzy, słuchając wszystkich informacji, które przekazywał im dowodzący policjant. Apartament wyglądał, jakby impreza odbywała się tutaj nie tylko przez kilka ostatnich godzin, ale dni. - Co z jego żoną? - zapytała nim jeszcze się rozdzielili. - W zeszłym tygodniu słuchałam podcastu, w którym Masters występował. Mówił o niej, jak o miłości swojego życia, ale w pewnym momencie wspomniał, że nie wie czy kiedykolwiek zapracuje na jej wybaczenie - rzuciła luźną uwagą, uważając to za ważny trop do sprawdzenia, choć niekoniecznie mogący ich dokądkolwiek zaprowadzić. - Twierdzi, że jej tutaj nie było. Podobno wczoraj wróciła z wakacji, ale dopiero będziemy to sprawdzać - wyjaśnił pokrótce policjant. Podziękowała mu, rozglądając się dookoła, szukając punktu zaczepienia.
Miała ruszyć na balkon, kiedy za plecami usłyszała słowa Maddena. - W porządku - każde miejsce z dala od niego będzie dobrym miejscem. Nawet jeśli miała to być sypialna, w której ktoś uprawiał wyszukany seks tuż przed swoją śmiercią. Nic takiego nie miało tam miejsca. Łóżko było schludnie zasłane, na dwóch szafkach nocnych panował porządek, garderoba zamknięta i w nienaruszonym stanie. Zdjęcia na komodzie po drugiej stronie pokoju zdawały się nie zmienić swojego pierwotnego miejsca.
Założywszy jednorazowe rękawiczki, otworzyła szufladę i tylko jedna rzecz przykuła jej uwagę. Fiolka po xanaxie, w której według zapisu na opakowaniu brakowało 5 tabletek. Przepisane na Elliot Masters, dnia 1 lutego, dawkowanie 1x1 wieczorem, 30 minut przed snem. - Madden - odezwała się, wchodząc do gabinetu. - Nie znalazłam nic istotnego, poza xanaxem, w którym brakuje kilku tabletek. Albo brał je jak cukierki, albo ktoś poczęstował go nim bez jego wiedzy - oparła się o framugę drzwi, przyglądając się pracy mężczyzny. - Poza tym wygląda, jakby do tamtego pomieszczenia impreza nie zdążyła dotrzeć. To dziwne, bo każde inne pomieszczenie w tym apartamencie nosi jej ślady - co mogło sugerować, że po wszystkim ktoś tam posprzątał.
- Masz coś więcej? - weszła w głąb ciemnego gabinetu, podziwiając z bezpiecznej odległości imponującą kolekcję książek. - Jak na technologicznego geniusza, czytał dużo kobiecej literatury - kilka wydań Wichrowych Wzgórz ewidentnie to sugerowało.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Apartament był wielki - niemal cieszył się, że nie musiał go przeszukiwać w pojedynkę. Niemal, bo towarzystwo Mercer okazywało się nieznośnie wielką ceną za to małe udogodnienie. Wspomnienie żony mężczyzny przywołało w jego głowie obraz akt, które przeglądał jeszcze godzinę temu - rubryki o stanie cywilnym, imię Veronici, z którą mężczyzna wziął ślub za młodu.
A która według siebie właśnie wróciła z wakacji.
Wsunięcie do gabinetu mężczyzny ułatwiło mu odzyskanie rezonu, który stracił przez krótką lecz intensywną drogę tutaj samochodem z nieznośną partnerką. Jego umysł z radością powitał znajome schematy, odrzucając kłopotliwe emocje, upychając zbędne myśli głęboko na dnie i przechodząc w tryb zadaniowy. Niezależnie od tego co robił nocami, Madden wciąż potrafił dopełniać swoich obowiązków - a w śledztwach odnajdywał pewien rodzaj rutyny.
Nie każde morderstwo było takie samo, ale wszystkie miały wspólne elementy.
Gabinet Mastersa zdradzał mu więcej, niż byłby w stanie dowiedzieć się z bezpośredniej rozmowy z mężczyzną. Pozostawione w nieładzie stanowisko pracy było pełne dysków zewnętrznych, ale też kubków z resztkami napojów w środku, talerzami zeschniętego jedzenia i kilkoma torbami po zamówionej żywności. Analityk stojący przy biurku zabezpieczał właśnie komputer mężczyzny wraz z wszystkimi danymi, które zgromadził na pozostałych nośnikach, ale Maddena zainteresowała korespondencja.
Stos papierów wyglądał tak, jakby mężczyzna otworzył swoją skrzynkę i zgarnął jej zawartość po dłuższej nieobecności. Pomiędzy dziesiątkami ulotek, SPAMem firm posiadających jego adres i kilkoma listami z banków czy rachunkami, detektyw odnalazł schowaną jedyną kopertę, która była otwarta.
Adresowaną przez kancelarię prawniczą.
Napięcie powróciło do jego barków gdy usłyszał kroki - nie, gdy usłyszał jej kroki. Znali się niespełna dwie godziny a on już był w stanie wyszczególnić je spośród wszystkich pałętających się wokół techników i funkcjonariuszy. Jej słowa napotkały u niego opór, gdy w irracjonalny sposób chciał zbyć jej słowa, uparcie pracować w pojedynkę, lecz mimo wszystko w jego głowie odnotowało się jej spostrzeżenie.
- Znajdź mi jednego bogatego palanta, który nie nadużywa leków - odrzucił niedbale, nie poznając po sobie, że ten fakt wydał mu się w jakikolwiek sposób interesujący. Nie czuł potrzeby w zapewnianiu jej, że mogła mu się przydać.
Przecież prędzej czy później sam przeszedłby do sypialni i na pewno dokonał tego samego odkrycia.
- Żona raczej nie planowała mu wybaczyć - odrzekł z ociąganiem, trzymając w dłoni wyciągnięty z otwartej koperty list. Odrzucił go na blat biurka, co na jego sposób było niczym podanie go jej do ręki. Wewnątrz tkwiły papiery rozwodowe. - Może znudziło jej się robienie mu kawy - dodał kąśliwie, podnosząc swój wzrok na kobietę.
Skinął podbródkiem, wskazując jej wyjście - a potem, balkon.
- Trzeba będzie złożyć jej wizytę - burknął pod nosem, bardziej do siebie niż do swojej p a r t n e r k i. - I zabezpieczyć nagrania z hotelu i kamer miejskich. Może któraś uchwyciła jego upadek.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nic się nie zmieniło. Praca nadal była taka sama. Po prostu jeszcze parę dni temu stała na miejscu policjanta dowodzącego, ogarniając bałagan tuż po zgłoszeniu, kiedy oczekiwali na przyjazd detektywów. Do niedawna to ona zabezpieczała teren, rozwieszała policyjne taśmy i uspokajała zgromadzonych wokół gapiów; teraz stała po drugiej stronie barykady, wchodząc na gotowe.
Pierwszej sprawy podobno się nie zapomina. Towarzystwo kazało jej sądzić, że z pewnością nie zapomni nie tylko tej, ale również kilku kolejnych. Zwłaszcza musząc mierzyć się nie tylko z wyzwaniami rzucanymi przez sprawę, ale na równi mocno z tymi jakimi raczył ją Madden.
Uniosła brwi, słysząc zupełnie niepotrzebne wtrącenie. Dwie godziny pracy z mężczyzną pozwoliły dopisać mu kolejną cechę - boleśnie pamiętliwy. I to niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu, bo ewidentnie nie potrafił przełknąć cierpkiej wymiany zdań z samego rana. A co gorsze, czuła, że nieszczęsny ekspres do kawy i jej parzenie będzie im towarzyszyć jeszcze przez długi czas. Nie tylko dzisiaj i jutro, ale również za tydzień i miesiąc.
Tak, miesiąc. Bo kimkolwiek by nie był Rhys Madden, Margo nie zamierzała odpuścić.
- Nie mogę się z nią nie zgodzić. Znasz kobietę, która chciałby mieć za partnera chłopca? - odpowiedziała mimochodem, przyglądając się pismu sygnowanemu pieczątką jednej z najlepszych kancelarii prawniczych w kraju specjalizującej się w rozwodach. - To rzeźnicy - schowała list do koperty, odkładając go na kupkę tych ważniejszych, które zabiorą ze sobą jako jeden z potencjalnych dowodów. - Robią z rozwodów prawdziwe kino, wygrywają sprawy, z którymi żadna inna kancelaria sobie nie radzi. Nawet jeśli jesteś winny, to potrafią wyciągnąć z tego korzystną ugodę - Veronica chciała wycisnąć z męża tyle ile mogła i jeszcze odrobinę - nie wyrokowała; nie bez rozmowy z żoną. Nie bez poznania przyczyny rozpadu ich małżeństwa. Nie podejrzewała jej o nic, na tym etapie śledztwa wiedzieli niewiele ponad to, że Elliot był dla kogoś niewygodny i ten ktoś postanowił posprzątać bałagan nim ten rozprzestrzeni się zbyt daleko.
Kierując się na balkon, zatrzymała się obok Cartera, policjanta z którym rozmawiali po przyjeździe i upewniła się, że 120 godzin surowego materiału znajdującego się na jej biurku, zawierało również nagrania z okolicy.
Na zewnątrz nie dostrzegła niczego niepokojącego. Żadnych śladów walki, żadnych zniszczeń, przestrzeń była nienaruszona. Nie nosiła widocznych gołym okiem dowodów, że przed kilkoma godzinami doszło tutaj do samobójstwa. - Odsetek takich samobójstw jest naprawdę mały. Zwłaszcza wśród bogatych palantów. Mają nieskończone środki, żeby skończyć ze sobą w mniej spektakularny sposób. Wystarczyło wziąć kilka tabletek xanaxu więcej i położyć się do łóżka - wyglądając przez balustradę, poczuła jak chłodny powiew wiatru uderzył ją w twarz.
Cofnęła się. Nie była fanką wysokości, choć nie dała tego po sobie poznać. Siedemnaście pięter robiło wrażenie. Istotne było też ułożenie ciała kilkadziesiąt metrów poniżej nich. Ewidentnie wskazywało, że nie był to skok na wysoką notę, a kiepskie lądowanie sugerowało nienaturalną pozę dla człowieka będącego przytomnym. Zostawiła to jednak dla siebie. Na razie. - Nic tu po nas - wycofała się do ciepłego salonu, w którym roiło się od zbierających dowody policyjnych techników.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedział dlaczego w ogóle ta kawa pojawiła się w ich rozmowie, dlaczego rozmowa przyjęła dwojakie znaczenie, gdy on i Mercer znali się wyłącznie d w i e godziny. Może dlatego, że w jej obecności każda godzina wydawała się rozciągać, zakrzywiać czasoprzestrzeń i nakładać na jego barki ciężar całego, ciężkiego dnia.
Zignorowanie jej przytyku wymagało całych zgromadzonych w nim pokładów siły, które zdążyły się zregenerować w trakcie dwudziestominutowego przeszukania gabinetu. Zamiast tego skupił się na liście, który podniosła - nazwiskach prawników, których określiła jako rzeźników.
- Miłość jego życia nie dość, że nie zamierza mu wybaczać, to jeszcze planuje oskubać go z wszystkich pieniędzy - podsumował, nieobecnym spojrzeniem wodząc za jej dłońmi, odkładającymi kopertę na stos rzeczy, które planowali ze sobą zabrać. - Nie jest to naciągany motyw.
Orzeźwiające, chłodne powietrze zimowego dnia szalało po wnętrzu salonu. Gdy ruszyli w stronę drzwi prowadzących na zewnątrz, taksował spojrzeniem wszystkie ślady bytności innych ludzi i przyjęcia, które rozgrywało się w apartamencie podczas gdy Masters domniemanie odbierał sobie życie. Widział w życiu wiele widoków takich jak ten, wiedział też, jak rozgrywały się wydarzenia gdy alkoholu lało się zbyt dużo - a na stołach pojawiały się ślady niektórych substancji.
- Jego żona chciała rozwodu, o czym poinformowała go bezosobowo z pomocą prawników. Był wytrącony z równowagi - skomentował, nie zakładając, że tego typu wersja zdarzeń jest prawidłowa - ale tworząc ją na podstawie tych klocków, które leżały wokół nich. - Brał leki na uspokojenie, które zmieszał z końską dawką alkoholu, o której na pewno wyczytamy w raportach toksykologii.
Świeże, zimowe powietrze musnęło jego skórę gdy wyszli na zewnątrz - do miejsca, w którym Elliot Masters dokonał swojego żywota, choć nie bezpośrednio. Brakowało śladów krwi, pustego miejsca po zabranych zwłokach. Ze wszystkich miejsc zbrodni, to było niemal sterylne, unosiła się w nim jednak ta sama aura gwałtowności.
- Barierka jest niska. Pijany mógł się potknąć i przelecieć - rzucił luźno, przyglądając się z uwagą balustradzie. Balkon był pozbawiony śladów bytności innych osób, ponieważ Masters palił w środku, a wraz z nim jego goście - nikt nie kwapił się do wyjścia na ujemną temperaturę zimowej nocy. - Po mieszance leków i alkoholu mógł też podjąć głupią decyzję.
Coś przykuło jego uwagę gdy przechylił się do przodu, zerkając na grubą, zdobioną barierkę z drugiej strony. Tuż pod nią tkwił mały występ w budynku, przypominający oplatający balkon parapet o szerokości może dziesięciu centymetrów. Nie on jednak wzbudził jego zainteresowanie - a błysk czegoś, czego nie powinno tam być. Jaskrawo różowa kropka karty SIM, która utknęła między barierką, a występem, choć ktoś prawdopodobne pragnął wyrzucić ją na zewnątrz.
- Masters zgubił coś w drodze na dół - rzucił zdawkowo, przechylając się ponad balustradę. Sięgnął dłonią, ale jego ramię nie było w stanie dosięgnąć do dołu barierki po drugiej stronie - zaś karty sim nie dało się dojrzeć z dołu, pomiędzy szczeblami.
Trzeba było przejść na drugą stronę. Krawędź po drugiej stronie barierki była na tyle szeroka, by pomieścić jego stopę, choć ledwo. Zdecydowanie przydałby się ktoś mniejszy.
- Cokolwiek to jest, ktoś chciał się tego pozbyć - rzucił, spoglądając na nią w sposób pełen oczekiwania. Wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń. - Panie przodem - dodał, uśmiechając się półgębkiem - spodziewając się, że odmówi.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wsiąknięcie w prowadzone śledztwo przyszło jej o wiele łatwiej niż spodziewała się tego wychodząc z samochodu zaparkowanego siedemnaście pięter poniżej nimi. Madden, mimo, że był rasowym kutasem trudnym partnerem, potrafił trzymać fason, gdy wymagała tego sytuacja; w rozmowie z nią na temat potencjalnych motywów i przedmiotu zbrodni okazał się profesjonalistą.
Zaskoczył ją. Nie na tyle, by uwierzyła, że mogłaby wyciągnąć coś wartościowego z pracy obok niego, ale wystarczająco, by poczuła, że nie zamierza na każdym kroku podważać jej kompetencji, sugerując, że niefortunnie wspominany wcześniej język, faktycznie załatwił jej ciepłą posadę w jednym z najlepszych wydziałów.
- Nie wydaje mi się, żeby aktualnie zgłaszał jakiś sprzeciw wobec planów pani Masters - miał rację, to brzmiało jak motyw. Bardzo mocny motyw, na którym można oprzeć bez problemu śledztwo, niemniej Margo nadal z dość chłodną głową podchodziła do ferowanie jakiegokolwiek tropu. Miała swoje podejrzenia - jak chociażby to, że ktoś bardzo chciał pomóc mu odejść z tego świata i niekoniecznie była to Veronica, a biznes partnerzy. Współpracował z wysoko postawionymi ludźmi w Toronto, to zapalało czerwoną lampę w jej głowie o wiele bardziej, niż zemsta wzgardzonej kobiety.
Mimowolny, skrzywiony uśmiech ozdobił jej twarz. - Oczywiście, że mógł. W taką wersję wydarzeń mieliśmy uwierzyć - a na pewno nie powinni. Facet był pieprzonym milionerem. Było go stać na ponad 100 metrowy apartament w najdroższym wieżowcu w Toronto, po wnętrzu walały się butelki alkoholu tak absurdalnie drogiego, że nie wystarczyłaby na nie 1/3 ich pensji, a rozwód z żoną, którą być może kochał, tylko podnosił jego wartość na rynku romansów. Znalazłby za nią zastępstwo, prędzej czy później. I co najważniejsze: - Powtarzam: gdyby chciał się zabić, zrobiłby to w mniej widowiskowy sposób - upierała się przy swojej racji. Nie dlatego, żeby cokolwiek mu udowodnić, ale wiedziała, że stawianie wielu sprzecznych ze sobą tez, pozwalało na wyciągnięcie bardzo dobrych wniosków.
Z pewnością wolałby partnerkę a przede wszystkim jej brak, która w milczeniu przytakiwałaby mu, zgadzając się z każdym rzuconym w eter słowem, jednak, o czym boleśnie się przekonywał, trafiła mu się ona - jego kara. Na której z której z radością mógł testować, gdzie kończy się nieprzekraczalna granica.
Jak ta za balkonową barierką. - Jesteś ode mnie wyższy o dobre 20 centymetrów - nie ruszyła się z miejsca, bo chyba stroił sobie żarty, sądząc, że bez jakiegokolwiek zabezpieczenia przeskoczy na drugą stronę i sięgnie po błyszczący dowód leżący gdzieś poniżej zasięgu wzroku.
Miała lęk wysokości. Prawdziwy, z krwi i kości, który nie paraliżował jej, gdy stała w bezpiecznej odległości od granicy twardego podłoża, ale wywoływał przyśpieszony oddech i pot na plecach na samą myśl, że miałaby wyciągnąć swobodnie nogę i pozwolić jej nie czuć gruntu. - Zrób to sam. Nie pozwolę, żeby mi w udziale przypadły pochwały po tak odważnym czynie - odepchnęła jego dłoń i tak, jak się spodziewał, odmówiła. Zaciskając mocno zęby, bo nie znosiła okazywania słabości, a właśnie w taki sposób się pokazała.


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca detektywa zmuszała go do stanięcia przed trudnym zagadnieniem. W młodości myślał, że wszystkie sprawy wyglądały tak, jak w telewizji - łatwe poszlaki skłaniały do oczywistych wniosków by na koniec okazało się, że prawda leżała zupełnie w innym miejscu. Z kolei zdobywane w zawodzie doświadczenie szybko pozbawiało go młodzieńczych złudzeń. Zdecydowana większość spraw mających pozornie proste rozwiązanie faktycznie je posiadało, a najłatwiejsza opcja była tą prawidłową.
W zabójstwach w nieszczęśliwych rodzinach nie chowały się żadne spiski, jedynie brutalność i ciężka ręka osoby, która przez lata wysyłała sygnały ostrzegawcze. W krótkich, szybkich morderstwach próżno było szukać jakiegoś celu, który mógłby dać ukojenie poszukującym odpowiedzi rodzinom ofiar - z reguły była to okazja na szybki zarobek, którego oprotestowanie odnalazło krwawe zakończenie.
Potrąceni na ulicy przechodnie nie mieli dawnych niesnasek, które postanowiły ich dogonić - jedynie zły czas, złe miejsce i zbyt wiele promili we krwi prowadzącego.
Dziewięćdziesiąt procent spraw w jego karierze nie posiadało żadnego, drugiego dna, którego powinien uparcie się doszukiwać.
Ale zawsze zostawało to pozostałe dziesięć.
To przez nie przyglądał się przerwom pomiędzy poszlakami, szczelinom w obrazie, który zaczynał kreować się w jego głowie. To przez to dziesięć procent nie był w stanie zbić wątpliwości Margo natychmiast, jak zrobiłby to inny, mniej doświadczony policjant. Ponieważ w tych dziesięciu procentach chowały się tajemnice, których zdołał doświadczyć w trakcie swojej służby.
Przede wszystkim jednak poza nią.
Przyglądał się rozbieganemu wzrokowi kobiety, wędrującemu pomiędzy jego obliczem a przepaścią obok. Gdyby była noc, być może ciemność zdołałaby ukoić jej duszę, ale światło dnia rzucało detale na wszystko znajdujące się pod spodem. Nie spodziewał się po niej lęku wysokości, ale nie mógł powiedzieć, by zaskoczył go jakoś szczególnie. Mało kto znajdując się na siedemnastym piętrze odczuwałby z tego powodu przyjemność.
- Tak, a jeśli mój but poślizgnie się na oblodzonej krawędzi, na pewno złapiesz mnie i wciągniesz do góry siłą swoich mięśni - prychnął w odpowiedzi, uważając, że dwudziestocentymetrowa różnica w ich wzroście nie była wystarczającą przewagą, dla której to właśnie on powinien przechodzić przez barierkę. - Zero z ciebie pożytku, Mercer.
Ze złośliwością w głosie, odwrócił się do kobiety i, bez chwili zawahania, wspiął na grubą balustradę - nie dlatego, że nie odczuwał żadnego strachu, ale dlatego, że Madden wyznawał zasadę odbębniania nieprzyjemności możliwie jak najszybciej. Dlatego też planował zakończyć to ich wspólne śledztwo w maksymalnie tydzień, a teraz - zdobyć zgubiony przedmiot w minutę.
Odkładając nogę na występ po drugiej stronie, poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła gdy podmuch wiatru uderzył w jego ciało. Z żelaznym uściskiem chwycił się balustrady, kucając by sięgnąć do zakleszczonego w szczelinie przedmiotu.
- Karta sim - skomentował, wydobywając plastik spomiędzy fragmentów kamienia i prostując się. Wyciągnął ją w jej stronę na wypadek, gdyby wiatr miał wytrącić mu ją z ręki. - Może ją próbował wydostać Masters w trakcie swojej imprezy - dodał, pół żartem, pół serio.
Gdy zbliżyła się, a ich dłonie zetknęły gdy sięgała po kartę SIM, pochylił się nad nią po drugiej stronie barierki.

- I może wtedy jego żona dostrzegła idealną okazję, żeby zgarnąć nie połowę, a całość jej fortuny - kontynuował sarkastycznie, trzymając kartę między palcami i dopiero po chwili pozwalając jej ją odebrać. - Jedno pchnięcie i wszystkie jej problemy zniknęły.

margo mercer
30 y/o
For good luck!
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrzebowała jeszcze wielu lat pracy, by dojść do podobnych wniosków. Póki co wierzyła w zasadę sprawdzania dwóch tropów, nigdy nie polegając na najprostszym rozwiązaniu. Jeśli pojawiła się iskra, mały znak zapytania, sugerujący, że mogło wydarzyć się coś innego - zawsze poddawała to analizie. Nie na taką skalę, bo była to jej pierwsza duża sprawa, ale przygotowywała się do niej od wielu lat. Metoda małych kroków. Stawianie prostych pytań i szukanie prostszych odpowiedzi.
Być może się zawiedzie. Być może prędzej niż później zrozumie, że za większością śmierci nad którymi przyjdzie jej się pochylać stanie bezwzględny los - czasami trzymany w ręku wspomnianego pijanego człowieka, czy domowego boksera, a czasami nieznana wyższa siła. Być może dojdzie do momentu, w którym najpierw pod uwagę weźmie najprostsze rozwiązanie, te książkowe, o których uczą już w akademii. Tymczasem była dwa kroki za Maddenem.
Te dwa kroki, które ich dzieliły nazwano przyzwyczajeniem.
Czuła się równie niepewnie, gdy przeskakiwał na drugą stronę, rzucając niewybrednymi komentarzami, jak gdyby robiła to sama. Milczała, mając na tyle rozumu, by zdawać się sprawę, że sytuacja w jakiej się znaleźli jest najgorszą do podejmowania rękawicy po raz trzeci tego dnia.
Marznąc na balkonie, wysłuchała co miał do powiedzenia, a kiedy znalazł się zdecydowanie za blisko i plótł co ślina przyniosła mu na język, nabrała powietrza i dmuchnęła prosto w jego bladą, zmęczoną twarz. Nawet jeśli zepchnięcie go było o wiele bardziej kuszącą propozycją. - Jesteś nienormalny - skwitowała łapiąc słabe aluzje i schowawszy kartę sim bezpiecznie w strunowy woreczek, a gdy tylko upewniła się, że niestety bezpiecznie wylądował na pewnym gruncie balkonowej posadzki, wycofała się do środka. Dowód przekazała oficerowi Carterowi, kierując się prosto do drzwi, a stamtąd do winy.
Słyszała za plecami ciężkie kroki i niemal czuła ironiczny i zadowolony uśmiech parzący ją w lekko odsłonięty kark. - Powiedz, to jakieś osobiste porażki sprawiają, że masz taki problem z kobietami? - zapytała, trzeci raz wzywając windę, na wyświetlaczu której uparcie widniało siódme piętro. - Będziesz w stanie utrzymać łapy przy sobie, czy od razu na wejściu poinformujesz wdowę, że ją aresztujesz za zabicie męża n i e p o s i a d a j ą c żadnych dowodów? - uniosła pytająco brew.
Kolejna minuta w ciasnym wnętrzu, gdzie niemalże mogli się dotknąć, jeżeli nie stanęliby w przeciwległych rogach, poddawała próbie jej, trzymaną zazwyczaj na wodzy, cierpliwość. - Pozwolisz mi z nią porozmawiać? - spodziewała się odpowiedzi przeczącej. Właściwie spodziewała się nie usłyszeć nic, a najwyżej zobaczyć pogardliwe spojrzenie mówiące mniej więcej tyle, że to nie wydarzy się nigdy w życiu. Tym ani następnym.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dmuchnięcie uderzyło prosto w jego twarz i choć nie mogło równać się z podmuchami wiatru, szalejącego wokół balkonu na siedemnastym piętrze, było na tyle niespodziewane, że i tak drgnął. Jego twarz natychmiast odchyliła się w tył, gdy wraz z jej słowami, dotarł do niego zapach jej perfum, niesiony chłodem poruszającego się powietrza.
Dopiero to uświadomiło mu, jak blisko się znalazł, nawet mimo tkwiącej pomiędzy nimi barierki.
Oraz faktu tego, że znajdował się po jej zdecydowanie niewłaściwej stronie.
- Często to słyszę - odrzucił niedbale, maskując to, ile wymagała od niego siły chwycenie się barierki i przerzucenie nogi na drugą stronę - teraz, gdy znajdował się o jeden, zły ruch od upadku. Sprawnie wskoczył z powrotem na balkon i odetchnął dopiero wtedy, gdy oba jego buty znalazły się na jego czystej powierzchni.
Wsunął dłonie do kieszeni spodni ruszając za nią, gdy przekazywała kartę do stojącego w przejściu policjanta. Skinął mu głowę i rozejrzał się wokół, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, o który mógłby jeszcze zahaczyć - lecz nie dostrzegając nic wartościowego. Zespół pracujący na miejscu zajmie się szczegółową robotą, odciskami palców i próbkami DNA, szukając drobniejszych poszlak w tym ogromnym chaosie.
- Czy uważasz, że jeśli będę wykonywał swoją pracę należycie to znów wykażę się seksizmem? - odbił piłeczkę gdy ruszyli w stronę przedpokoju, a z niego do prywatnej windy. - Wciąż kompletowane są materiały dowodowe i nie mamy wyników toksykologii, ale jeśli będę miał podstawę do aresztowania pani Masters, to zamierzam to zrobić.
Gdy drzwi windy zamknęły się za nimi, stanął po jednej jej stronie, lecz wnętrze było na tyle ciasne, że i tak ocierał się ramieniem o tkwiącą przy nim kobietę. Gdyby nie obszerne, zimowe kurtki, być może uniknąłby tej niedogodności.
- Nie widzę powodu, dla którego miałabyś tego nie robić - odparł, wzruszając ramionami, lecz pod jego pozorną zgodą chował się haczyk, do którego nieśpiesznie dążył. - Jeśli wyląduje w sali przesłuchań, będziesz miała na to sporo czasu.
Odetchnął, gdy winda zatrzymała się na parterze i drzwi znów wypuściły ich na zewnątrz. Wkraczając do foyer, a później kierując się do wyjścia i własnego samochodu nie był w stanie zignorować tej subtelnej nuty noszonych przez kobietę perfum. Odkąd wyczuł je siedemnaście pięter wyżej, miał wrażenie, że zaczęły za nim podążać.
koniec
margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”