-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W klubie działo się wiele. Trzymali się w ekipie, ale każdy żył też własnym życiem. Flirtami z przypadkowymi osobami, drinkami, tańcami na parkiecie ze sobą czy innymi ludźmi, oczywiście drąc się do kolejnych, znanych piosenek, które puszczał DJ. Szybko więc się ludzie porobili, a w pewnym momencie rozpierzchli się na wszystkie strony. Jedni do domów, inni do czyjegoś domu, a kolejni na inne kluby. Ona jednak odmówiła ostatniej propozycji, twierdząc, że idzie już na chatę.
Zostało jej tylko tyle rozsądku w głowie, aby w drodze zadzwonić do swojego trenera. W końcu obiecał jej, że ją podwiezie, a jej ostatki podświadomości najwyraźniej jeszcze o tym pamiętały.
Gorzej, że ona przestała. Po tym, jak wysłała mu wiadomość, po jakiejś sekundzie, może dwóch oczekiwania, skręciła nie tam gdzie powinna i nawet nie zauważyła, jak znalazła się w ciemnym parku, który był oświetlany jedynie pojedynczymi, zbyt daleko od siebie oddalonymi latarniami. Nie spodziewała się jednak znaleźć tu… no nikogo. Była późna godzina i każdy normalny człowiek, który nie świętował swojej osiemnastki, powinien spać, a nie szwędać się po parkach.
Nie wiedziała gdzie idzie. W pewnym momencie po prostu spasowała i postanowiła poczekać.
Znalazła mały plac zabaw, a na nim jedną, starą, łańcuchową huśtawkę, która chyba pamiętała czasy boomerów. Usiadła na niej i odchyliła głowę do tyłu, odpychając się nogami tam i z powrotem. Nie wiedziała na co czeka, bo nie miała nawet pewności, że Soren jakkolwiek odczytał jej wiadomość. Było ogromne prawdopodobieństwo, że po prostu spał.
Nawet by go za to nie winiła.
Zostało jej więc poczekać, aż chociaż trochę otrzeźwieje i wtedy wróci do domu, jak jej umysł zacznie pracować odpowiednio dobrze.
W pewnym momencie pojawił się jednak… ktoś. Ktoś, kto zwrócił jej uwagę, zagadując nastolatkę jak koleżankę. Sęk w tym, że nie był w jej wieku, a starszy. Sporo starszy. Nawet starszy od jej ulubionego trenera. Był sam, ale wydawał się być bardzo sympatyczny. Zadawał pytania o to co tu robi, czy się zgubiła, czy jest sama, czy ma ją odprowadzić do domu, bo chyba nie jest w zbyt dobrym stanie.
Widać się zainteresował biedną, zgubioną dziewczyną. Wzorcowy obywatel.
Raven?
Dobrze znany jej głos odwrócił jej uwagę. Przebił się przez alkohol płynący w jej żyłach i sprawił, że odwróciła wzrok od nowo poznanego mężczyzny. Podniosła nawet rękę, aby zwrócić na siebie uwagę trenera.
— Szoren! A so ty tu robisz? — spytała, bo chyba już zapomniała, że wysłała do niego wiadomość z prośbą o przyjechanie. O ile można to było tak nazwać. Równie dobrze mogła przypadkiem napisać sms-a. — Ten śmieszny pan chse mie odprofasiś, nie musiałeś pszyjeszczać — powiedziała, wracając spojrzeniem na mężczyznę, któremu humor już odleciał na widok nowej osoby. W dodatku takiej, którą Raven znała.
I chyba nie był z tego powodu zbyt zadowolony.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Późniejsze słowa Raven, w pijackim – choć dość zrozumiałym dla niego – dialekcie, tylko potwierdziły zasadność jego odczucia.
— Musiałem, umówiliśmy się przecież — odpowiedział, tylko na moment zerkając na nią – przez większość czasu obserwując czujnie obcego. Przesunął się strategicznie bliżej dziewczyny tak, by stanąć pomiędzy nią, a nieznajomym; tym samym odgradzając ją od niego. — Chodź, wracamy do domu — powiedział do dziewczyny, pozostając cały czas w kontakcie wzrokowym z mężczyzną.
Tego, co stało się zaraz, nie miał na swojej karcie tegorocznego bingo. Ani zeszłorocznego, ani nigdy wcześniej. Mężczyzna, okuty w ciężki, zimowy płaszcz – nic dziwnego względem pory roku i dnia, złapał za jego poły i jednym ruchem rozchylił je na boki. Widok, jaki zaprezentował Sorenowi był z kategorii tych, które wolałby szybko zapomnieć, a które jego umysł przechowa zdecydowanie staranniej niż jakikolwiek wzór matematyczny czy historyczną datę.
Penis, kurwa, we wzwodzie.
W kodzie Morningstara w pierwszej chwili wyskoczył tak potężny błąd systemu, że nawet nie odwrócił wzroku. Nie zrobił tego przez pierwszą sekundę, bo dopiero po niej umysł wykonał twardy reset, a wyraźne obrzydzenie zajęło twarz Koreańczyka. Odwrócił wzrok, dla pewności osłaniając się dłonią.
— Ja pierdolę — zaklął z odrazą. Ostatnie, co chciał zobaczyć, to męskie prącie stojące na baczność wśród śnieżnej, zimowej zadymy. Drugą ręką odruchowo sięgnął do Raven, aby i jej zasłonić ów widok.
Sytuacja była tyle samo szokująca, co odrażająco, że nawet nie potrafił znaleźć jakiegokolwiek odruchu i sposobu reakcji na to. Wiedział, że na pewno nie będzie stał i klaskał, ale nie wiedział, czy ma złapać dziewczynę z huśtawki i z nią uciec czy może krzyknąć, a może zdzielić facetowi w twarz. Jeśli to pierwsze – to co, jeśli zacznie ich gonić po tym parku z fujarą powiewającą na wietrze? Jeśli go zdzieli, to co jeśli wdadzą się w autentyczną bójkę, podczas której będzie musiał unikać nie tylko ciosów pięściami czy kopnięć, ale też smagnięć tym berłem szatana? A jeśli krzyknie, to co? I czy to przypadkiem nie byłaby reakcja której mężczyzna oczekiwał?
Co, jeśli to wszystko tylko bardziej go podnieci?
— Chłopie, weź spierdalaj. Jesteś obrzydliwy, dzwonię po policję. — Wydawało się to być najbardziej logiczne. Tutejsze służby, podobnie jak w Korei, a w odróżnieniu do polskich, reagowały na wezwana w ciągu maksymalnie pięciu minut. Ale czy on chciał tutaj sterczeć z facetem i jego nagim przyjacielem przez kolejne pięć minut?
— Raven nie gap się tam — upomniał ją, czując ruch z jej strony i chwytając ją spojrzeniem kąta oka. Wolał jej tego oszczędzić. Jeszcze gdyby było cokolwiek podziwiać, to może i sam by powiedział ‘patrz jakie bydle’, ale z tego co zobaczył – i niestety: nie mógł zapomnieć – godnego podziwu nie było tam absolutnie nic. — Weź moje kluczyki z tylnej kieszeni i idź do auta. Stoję tam. — Machnął ręką, pokazując jej kierunek, z którego przyszedł.
Raven Heist
-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Okay — rzuciła luźno, nie zamierzając się kłócić z pomysłem pójścia do domu. Oczywiście w jej głowie już była w połowie drogi, bo sporą część przeszła z buta, ale nie zamierzała odmawiać trenerowi, skoro już po nią przyjechał. Poza tym, nowy kolega z którym zamieniła ledwie kilka słów, nie sprawiał wrażenia zbyt rozmownego. No i raczej nie był jej typem człowieka z którym chciałoby się spędzać czas. I to nie tylko dlatego, że był sporo starszy.
Zeskoczyła z huśtawki i podeszła do Sorena, a gdy znalazła się odpowiednio blisko niego…
Wychwycony kątem oka ruch przyciągnął jej uwagę, a spojrzenie chcąc nie chcąc instynktownie przesunęło się do przyrodzenia we wzwodzie, które pokazał im mężczyzna. Brew Raven drgnęła w zaskoczeniu, ale na jej usta zaraz wtargnął rozbawiony uśmiech, bo jej pijacki umysł uznał to za niesamowicie zabawne. Niestety dla obcego, raczej nie podniecające.
— Ale mały — wyrzuciła z siebie, zdecydowanie za głośno, akurat w momencie jak Soren do niej sięgnął, aby zasłonić jej widok penisa. Nie był to pierwszy jaki widziała na oczy, ale takiej sytuacji w życiu jeszcze nie miała. I zgadywała, że jej trener także. Raczej rzadko kiedy spotyka się zboczeńców, którzy się przed tobą obnażają. Z drugiej strony, co tacy ludzie mieli w głowach?
I czy to ona go tak podnieciła tym, że była pijana i plotła trzy po trzy? Na huśtawce w parku? Dziwny fetysz.
W aktualnym stanie upojenia nie odczuwała odrazy, może trochę, ale bardziej ją to bawiło. A dokładniej głupio bawiła ją cała sytuacja oraz rozmiar pokazywanego sprzętu, który chyba miał ją przerazić. Zapewne będzie to pamiętać, bo nie była aż tak pijana, ale z drugiej strony, może lepiej byłoby nie. Jak opowie kumplom co ją spotkało w drodze powrotnej, to pewnie żyć jej nie dadzą.
Oni pewnie zareagowaliby podobnie jak Soren.
Przekrzywiła głowę w bok lustrując mężczyznę spojrzeniem, bo jego mina wydawała się być wyczekująca. Jakby chciał zobaczyć coś innego niż to, co mu przedstawili. Cokolwiek go nie kręciło, raczej nie znajdzie tego u nich.
Raven nie gap się tam.
— Ale jest śmieshnie mały — rzuciła pół śmiechem, wskazując penisa palcem, co chyba nieco ubodło mężczyznę, bo się napiął niezadowolony i zakrył tym nieszczęsnym płaszczem, niczym Batman.
Dobrze, że nie zaczął sobie przy nich robić dobrze. Chociaż ciul wie co jeszcze planował. I co go tak naprawdę kręciło. Fakt, że raczej nie zareagowali tak jak by tego chcieli chyba nie był mu na rękę.
Zerknęła w stronę kluczyków, które jej podał Soren i przejęła je, nie skupiając się już na zboczeńcu. Byle tylko do jej głowy nie wpadł genialny pomysł, aby się nim przejechać tak dla beki i podjechać po Sorena, bo na pewno miałby spory kawałek do przejścia.
Aż tak nierozsądna raczej nie była.
— A ty so, zostaniesz sobie s nim sam? — spytała, unosząc wyżej łuk brwiowy. To też było niebezpieczne, bo co jak pokaże mu raz jeszcze swojego ding-donga, albo go jakoś zaatakuje? No dobra, atakowanie Sorena wydawało się być bardzo głupim pomysłem, bo był większy, silniejszy i lepiej zbudowany od krępego mężczyzny z samym płaszczu, ale kto wie co planował nieznajomy.
Skrzywiła się niezadowolona i zmierzyła mężczyznę spojrzeniem.
— Tylho nie próbuj ho ufieść tym sfoim spszencihiem. — Bo miał narzeczoną i na pewno nie będzie chciał jej wymienić na kogoś takiego. Jak już to miałby lepsze opcje, znaczy co.
Odwróciła się i polazła przed siebie, aby znaleźć samochód, który już znała, bo przecież po treningu wiele razy odwoził ją do domu, szkoły czy innego miejsca.
Soren Morningstar