-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimęskietyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ze swoim bratem nie był specjalnie blisko. Spotykali się w dobrych latach raz na rok, najczęściej jednak zdarzało się to raz na kilka lat przy jakiejś rodzinnej okazji. Urodził się dekadę po Magnusie. Gdy ten wyprowadzał się z domu, on jeszcze był w szkole, a najstarszy Grimstad miał wtedy na głowie jeszcze dwójkę młodszego rodzeństwa. Czas nie sprzyjał nawiązywaniu bliskich relacji. Później trzymał się na odpowiednią odległość od swojego rodzeństwa w obawie, że jego praca mogłaby sprowadzić na nich pewne niebezpieczeństwo. Nie powiedziałby, że znał swojego brata, ale starał się być przynajmniej świadom tego, co dzieje się w jego życiu. Takie zdarzenia jak narodziny dziecka, ślub, z bardzo atrakcyjną kobietą, która wydawała się być zdecydowanie poza jego ligą.
Nawet jeśli nie byli blisko, winien był przyjechać na jego pogrzeb. Wesprzeć rodzinę. Reszta rodzeństwa nie ma tak... wolnych grafików, jak on, więc ustalili, że przyleci pierwszy. Nie był przygotowany jednak na to by podróż była tak cholernie upierdliwa. Nie wiodło mu się źle, aczkolwiek latanie prywatnymi odrzutowcami było po prostu stratą pieniędzy. Wybrał więc standardowe linie lotnicze w pakietach biznesowych. Traf chciał, że pogoda nie dopisywała. Śnieżyce, sztormy. Przesiadki... Nie lubił latać samolotami. Z podróży, która miała być jednym lotem zrobiły się trzy. Zamiast sześciu godzin, był w podróży jakieś osiemnaście. W pewnym momencie przestał liczyć. Zgubili jeszcze jego bagaż, a taksówkarz nie potrafił znaleźć adresu.
Więc gdy stawił się pod drzwiami domu zmarłego brata nie tylko nie prezentował się tak nienagannie, jak zawsze, ale, co ważniejsze, był wkurzony, zmęczony, rozgoryczony i jeszcze kilka emocji, których lepiej tutaj nie wymieniać. Zadzwonił dzwonkiem nie mając nawet pojęcia, że jest już grubo po dobranocce bo tak, telefon oczywiście też mu się rozładował. Zobaczył swoje odbicie w szybie i normalnie pewnie poprawiłby chociaż włosy, lecz nawet na to nie miał już absolutnie siły.
- Nosz ja pierdolę... - warknął jeszcze pod nosem widząc, że miał czymś upieprzoną marynarkę.
Wyglądał jak siedem wkurwionych nieszczęść. Gdy drzwi się w końcu otworzyły nie próbował się nawet uśmiechnąć.
- Nie uwierzysz jaki miałem dzień... - pokręcił głową wzdychając wiedząc, że to nie powinny być pierwsze słowa, które padną z jego ust w tej sytuacji - Jak się trzymacie? - teraz zadał to właściwe pytanie, chociaż z ich dwójki to on zdecydowanie wyglądał gorzej.
romy bacall