-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Oczywiście, że wsiadanie do samochodów i ciężarówek obcych ludzi nie było bezpieczne. Było wręcz ultra niebezpieczne i Saul doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tyle, że... nie zależało mu na życiu. Było mu wszystko jedno, czy go ktoś zabije i porzuci w rowie, czy dojedzie cało tam, gdzie chciał dojechać - a prawdę mówiąc, nie wiedział, gdzie jest jego cel. Po prostu jechał przed siebie, wyposażony tylko w swój znoszony workowaty plecak, wypełniony jednym kompletem ubrań na zmianę, który prał co jakiś czas w łazienkach na stacjach benzynowych. Jadł to, co mu ktoś kupił lub za wyżebrane pieniądze. Kilka razy sprzedał własne ciało, ale te pieniądze częściej przeznaczał na narkotyki, niż na jedzenie - ćpał, żeby nie czuć tego, co robili z nim klienci i żeby nie powracały do niego wspomnienia z domu, więc trochę się to kółko zamykało: ćpał żeby nie czuć tego, co robił, zarabiając na ćpanie.
Wiele czasu jednak poświęcał również na docenianie mijanych widoków - lubił podróże, lubił nowe miejsca, uwielbiał przyrodę i z zaciekawieniem zwiedzał Stany.
Teraz znalazł się w kraju dla niego całkowicie egzotycznym: w Meksyku, gdzie świat był zupełnie inny (przynajmniej w jego oczach). Z pewnością był inny, niż w Kanadzie, która wydawała się Saulowi miejscem ciemnym, wilgotnym i chłodnym, gdzie w zasadzie niewiele się działo. Tu działo się wszystko: dzieciaki biegały po ulicach i zakurzonych wiejskich drogach, niektóre podbiegały i żebrały o pieniądze. Ludzie sprzedawali owoce swoich upraw i hodowli na straganach przy drogach. Gdzieniegdzie widać było ludzi wyglądających bardzo niebezpiecznie - przed niektórymi mieszkańcy też wyraźnie czyli respekt, bo schodzili im z drogi albo byli przesadnie usłużni. W ciągu kilku dni spędzonych w granicach tego kraju Saul zdążył już wielokrotnie zobaczyć kolby pistoletów wystające zza czyjegoś paska albo strzelby w dłoniach ciemnoskórych, wytatuowanych mężczyzn.
Dziś trafił na wieczorną imprezę w jakiejś hacjendzie. Właściwie znalazł się tu przypadkiem: przyprowadził go tu starszy koleś, który mówił, że będą się dobrze bawić. Saul nie był idiotą - wiedział, co to znaczy i rozumiał, czego tamten chce, ale stwierdził, że jest to okazja do dobrego zarobku, dostępu do prochów; a przy okazji przynajmniej przez chwilę się pobawi. Wszedł więc za próg, ubrany w białą koszulę - nieco na niego za dużą - którą dał mu tamten mężczyzna i w czarne dżinsy. Rękawy koszuli podwinął, a połowę guzików pozostawił rozpiętą: było mu gorąco, a poza tym miał pod spodem białą podkoszulkę na ramiączkach - tak zwaną "żonobijkę". Rozglądał się teraz z zaciekawieniem, obserwując zebrany tu tłum z lekkim uśmiechem na ustach i z błyszczącymi oczami. Poczęstował się stojącym na stole drinkiem i ruszył powoli w stronę basenu. Na stopach miał czarne skórzane buty, ale bardzo chętnie by je teraz zdjął. Póki co jeszcze nie wiedział, co ze sobą zrobić, więc jedynie chłonął ten klimat, meksykańską muzykę i nieznacznie kołysał się w jej rytm.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uwielbiał też imprezy, na które byli zapraszani - albo inaczej: nie było imprezy, na którą ktoś zdecydowałby się ich nie wpuścić. Część z imprez organizowali też członkowie gangu lub osoby z nimi zaprzyjaźnione, podobnie jak tą imprezę, na której właśnie zawitał Saul. Mężczyzna, który go przyprowadził, również należał do gangu, a w każdym razie pośrednio; kiedyś był bardziej czynny zawodowo, aktualnie raczej służył wsparciem młodszym kolegom, ale na narkotykach faktycznie znał się jak mało kto. To on wprowadzał Salvadora w świat prochów, przeliczania działek, smakowaniu poszczególnych towarów i to dzięki niemu Salva znał się na swojej robocie tak, jak teraz.
Gdy Menendez pojawił się w hacjendzie, która znajdowała się swoją drogą na terenie plantacji marihuany, której doglądał, rzeczony facet imieniem Flavio powitał go radośnie, przytulając i klepiąc po plecach. Uśmiechnięty szeroko Salva, z przerzuconą przez ramię koszulą, boso i z wystającą zza paska spluwą, przywitał się ze swoim mentorem, mimo że niekoniecznie miał w tym momencie na jego towarzystwo. Był jednak uprzejmy, zwłaszcza w stosunku do kogoś, kto tak wiele go nauczył.
- ¡Salva, amigo! Traje a alguien que creo que es tu tipo! - rzucił radośnie, klepiąc go po policzku.
Dwudziestolatek wywrócił oczami, wciąż uśmiechnięty.
- Ni siquiera sabía que tenía uno. - odpowiedział tylko, śmiejąc się, po czym ruszył - ciągnięty właściwie przez Flavio - w stronę basenu. Na pływanie tym bardziej nie miał ochoty, nie w tym momencie, ale uznał, że jeszcze przez chwilę będzie przyjaźnie nastawiony i grzeczny, a najwyżej później jakoś łagodnie wymiksuje się z towarzystwa starszego gangstera. Nie sądził, że ten faktycznie kogoś przyprowadził, a co dopiero, że ten ktoś może być naprawdę w jego typie.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
W pewnym momencie podszedł do niego jakiś mężczyzna - inny, niż ten, który go tu przyprowadził - i z uśmiechem pod bujnym wąsem objął go w pasie, stając obok niego. Przylgnął brzuchem go biodra i boku Saula, przesuwając powoli palcami po jego boku.
- ¿Qué estás haciendo aquí, guapo? - zapytał, gładząc go po biodrze. W jego oczach wyraźnie było widać, czego chce. Saul popatrzył na niego trochę niepewnie, wydymając usta, ale po chwili zmierzył go spojrzeniem od góry do dołu i przeniósł ciężar ciała na jedną nogę, uwydatniając tym samym swoje biodro.
- Imprezuję - odpowiedział po angielsku, mając nadzieję, że dobrze zrozumiał pytanie z kontekstu sytuacji - Przyszedłem się dobrze bawić na mojej pierwszej meksykańskiej imprezie. Pomożesz mi w tym?
Przesunął palcem po kołnierzu jego koszuli. Facet zdecydowanie nie był nikim przyjemnym, a długie do ramion włosy, przylizane i błyszczące od tłuszczu (ciężko określić, czy dlatego, że nie były myte, czy były czymś posmarowane dla lepszego efektu) i przeorana blizną twarz zdradzały, że nie był to nikt przyjemny. Ale klient to klient.
Saul zapragnął kolejnej kreski przed bliższą znajomością z tym mężczyzną. Nie zauważył jeszcze nowo przybyłego chłopaka, który już wypatrzył go w tłumie nad basenem.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- ¡Oye, Paco! Déjalo en paz, no está a tu alcance. - zawołał w kierunku wcześniej wspomnianej dwójki, zostawiając Flavio w tyle i podchodząc na tyle blisko, że rzeczony Paco poczuł, jak młody Meksykanin narusza jego przestrzeń osobistą. Salva trącił go w ramię otwartą dłonią, napierając na niego na tyle, żeby facet musiał się odsunąć. W tym momencie nie miało znaczenia to, czy młody diler znał tego chłopaka, czy znał starego typa z brzuszkiem, czy był od niego wyżej czy niżej w hierarchii - po prostu nie lubił, gdy ktoś przekraczał granice innych ludzi, a bądźmy szczerzy, w normalnych okolicznościach Paco nie miałby u Saula żadnych szans. Nie były to jednak normalne okoliczności, bo prostytutka w towarzystwie zakazanego typa na meksykańskiej imprezie wśród gangusów na pewno do takowych nie należała, ale mimo to Salva nie zamierzał pozwolić, żeby stary panoszył się tu jak u siebie. - Quizás podrías probarlo con alguien de tu edad, ¿eh? - uśmiechnął się ironicznie, pochylając się lekko w stronę Paco, a w jego dłoni błysnęło ostrze noża, który zawsze miał przy sobie. - ¿Llegarás tú mismo hasta la puerta?
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Querido muchacho, no estás en posición de decirme si debo quedarme o irme - powiedział niebezpiecznie "łagodnym" tonem. Opuścił rękę, którą do tej pory trzymał na pistolecie - ¿A qué te refieres? ¿Lo quieres para ti? Puedes quedártelo... después de que me sirva. O podemos compartirlo juntos. Al fin y al cabo, vino por todos nosotros, ¿no? Así funciona: chicos y chicas vienen a la fiesta, todos se lo pasan bien, cobran y todos son felices. No tiene sentido discutir, hay suficiente para todos.
Położył palce na nadgarstku tej dłoni chłopaka, która trzymała nóż.
Saul rozejrzał się nerwowo, sprawdzając, gdzie mógłby się ulotnić. Nie miał ochoty być świadkiem, jak Meksykanie się pozabijają, tym bardziej, że to mogłoby się na nim odbić w bardzo niemiły sposób: na przykład jakaś zabłąkana kulka mogłaby trafić właśnie w niego. Przesunął nerwowo językiem po wargach i cofnął się jeszcze o krok, mając nadzieję, że nie zwróci uwagi żadnego z nich i żaden nie postanowi go w to wciągać. Niech sobie rozwiązują swoje problemy sami, z dala od niego. Jednym haustem dopił swojego drinka i zaczął sunąć w stronę stołu pod pozorem odstawienia tam szklanki i sięgnięcia po kolejną.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ty mnie nie dotykać - odezwał się nieco łamaną angielszczyzną, zauważając kątem oka, że chłopak wycofywał się powoli, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że kompletnie nie wie co się dookoła niego dzieje i o czym ci dwaj rozmawiają. Nic dziwnego zresztą, na pewno nie był stąd - nie mógł być, nie z tak pięknymi oczami. - Jego też nie. On nie jest towar, nie jest zabawka, żebyś poczuć się lepiej. - popatrzył na mężczyznę z czymś w rodzaju politowania, a jego dłoń oparła się nonszalancko o biodro, po tej stronie, po której do paska miał przypiętą spluwę. Sugerował, że może jej użyć, owszem, ale wcale nie chciał tego robić. To, co robił teraz Paco, według Salvy było po prostu niedojrzałe i wręcz dziecinne, nie tak powinien się zachowywać ktoś, kto czuje się ważniejszy od swojego rozmówcy. Chciał mu nawet powiedzieć, że to żałosne, ale uznał, że to też byłoby żałosne samo w sobie.
- Wracaj do żony. Jeśli ty nie wyjdzie teraz, to każę cię wyprowadzić, a wiesz, że nie wszyscy są tak cierpliwie jak ja. - uniósł nieco głowę, patrząc na niego z góry i wskazał ruchem głowy na kręcących się za nim, ale wciąż w pobliżu chłopaków, typowych "byczków", którzy może niewiele mieli w głowie, ale za to w mięśniach całkiem sporo. - I nie strasz moich gości, Paco, bo przestaniesz mieć tu wstęp.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Podrapał się w zamyśleniu kciukiem po wardze, teraz właściwie zaciekawiony sytuacją i tym, co z niej wyniknie. W żadnym wypadku nie chciał stawać się czyimkolwiek problemem ani źródłem konfliktu, ale skoro pierwszy raz zdarzyła mu się sytuacja, w której ktoś bronił go przed potencjalnym klientem i jeszcze twierdził, że Saul nie jest towarem, to był zaintrygowany. A może ten młody nie wiedział, że w istocie tym właśnie Saul był...?
Paco wreszcie odpuścił. Pysknął jeszcze parę słów po hiszpańsku, ale w końcu pokręcił głową i sobie poszedł. Saul jednak nie podszedł do młodego, tylko wciąż przyglądał mu się z pewnego oddalenia, mając ochotę schować się gdzieś w cieniu. Trochę się obawiał, że teraz chłopak podejdzie do niego, a wyglądał niebezpiecznie, tym bardziej, jak rzucał się z nożami na innych imprezowiczów i kazał im się oddalić w pośpiechu. Z tego, co mówił, Saul wywnioskował też, że jest dość wysoko postawiony w tym gangu, kartelu, czy co to tam było (bo tego, na jaką imprezę trafił, domyślił się teraz właśnie po fakcie, że obaj panowie mieli broń; poza tym wokół kręciło się wielu typów spod ciemnej gwiazdy) oraz że to była jego impreza. Wydał się Devlinowi młody, jak na jakiegoś szefa, ale może był synem szefa? Samego Don Corleone czy innego El Mariachi?
Tak, Saul zdawał sobie sprawę z faktu, że pierwszy był głową włoskiej mafii, a drugi nie należał do żadnej organizacji przestępczej, ale to były pierwsze dwa tytuły, jakie mu przyszły do głowy w związku z obecną atmosferą i rozważaniami na temat tego młodego Meksykanina.
Nie był pewien, czy powinien mu teraz podziękować, czy spieprzać. Ostatecznie wybrał to drugie, zacisnął wargi i kontynuował wędrówkę do stołu, zastanawiając się, jak się ulotnić z tej imprezy tak, żeby nikt go potem nie ścigał.
Kiedy jednak stanął wreszcie przy tym stole, odetchnął głęboko i wybrał kolejnego drinka, dochodząc do wniosku, że przecież do tej pory było mu wszystko jedno, co się z nim stanie. Tak sobie mówił: że nie boi się śmierci, że zdaje sobie sprawę, że każdy z kierowców czy klientów mógł go zostawić gdzieś z poderżniętym gardłem albo wręcz poćwiartowanego, więc dlaczego niby teraz się wystraszył? Po co? Chłopak go obronił - możliwe, że po to, żeby samemu go przelecieć, ale tak czy inaczej Saul zdecydowanie wolał jego, niż tamtego Paco. Po chwili - która jemu mogła wydawać się długa, ale myśli przelatywały przez jego głowę z taką szybkością, że w rzeczywistości trwało to może pół minuty - odwrócił się od stołu, już z dwoma drinkami w dłoniach i podszedł do młodego Meksykanina. Podał mu jedną ze szklanek i uśmiechnął się do niego, wcześniej zmierzając w jego stronę i trochę przesadnie kręcąc biodrami. Owszem, teraz jego kokietował: w końcu po to tu przyszedł, prawda? Żeby być zabaweczką.
- Nie wiem, o co ci konkretnie chodziło, ale napij się ze mną w nagrodę, przystojniaku - powiedział - W końcu każdy dzielny rycerz powinien dostać nagrodę, prawda?
Salvador Menendez