-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Komisariat o tej porze był niemal obcy - cisza rozlewała się po korytarzach jak mgła, tłumiąc nawet dźwięk jej kroków. Gdzieś na dole bzyczała pojedyncza świetlówka, automaty z kawą stały wygaszone, a echo dnia zostało zastąpione przez ciężkie, przytłaczające milczenie. Nie spodziewała się, że nie będzie sama.
Kiedy weszła na ich piętro, zauważyła smugę światła rozlaną po podłodze. Zatrzymała się odruchowo, gdy zauważyła, że drzwi do ich pokoju były uchylone. Madden siedział przy biurku. Przez kilka sekund tylko na niego patrzyła - pochylony, nieruchomy, jakby zrośnięty z krzesłem. Przytłumiona jasność bijąca od lampki wycinała ostre kontury jego twarzy, podkreślała cienie pod oczami i uwydatniała napiętą linię szczęki. Dopiero gdy podeszła bliżej zobaczyła na wpół opróżnioną butelkę. Tani bourbon z etykietą, którą na pewno nie można było się chwalić stał samotnie między aktami i zdjęciami jak kolejny dowód rzeczowy.
Westchnęła cicho, nie z irytacją, a z czymś, co bardziej przypominało troskę niż zimną ocenę. Nie chodziło o to, że pił; chodziło o to, że robił to tutaj - w miejscu pracy, gdzie zwykle był spięty, bardzo się kontrolował i wykazywał profesjonalizm według własnych zasad. Teraz wyglądał, jakby ta kontrola po prostu pękła. Przysiadła na brzegu jego biurka bez pytania, a drewno zaskrzypiało lekko pod jej ciężarem. Jej kolano niemal dotknęło jego uda, ale nie odsunęła się. Przez chwilę milczała, przyglądając mu się uważnie. Z bliska dostrzegła zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z brakiem snu; rozbicie, którego nie maskował już złośliwą uwagą ani chłodnym komentarzem.
Plaster na jej policzku pociągnął lekko skórę, gdy uniosła brwi. Czuła jego obecność jak przypomnienie, że dzień wcale się nie skończył. - Serio? - zapytała w końcu cicho. W jej głowie wciąż żyła kłótnia z rana - jego ostre słowa i jej wybuch. A jednak teraz wydawało się to odległe, jakby dotyczyło innych ludzi. Patrząc na niego w półmroku nie czuła gniewu, czuła za to drażniące, niepokojące przyciąganie - potrzebę podejścia bliżej, wyciągnięcia ręki, powiedzenia czegoś, co nie będzie ani atakiem, ani oskarżeniem.
Nie powinna, a jednak została. Własną głupotę będzie przeklinać później. Jej wzrok przesunął się na butelkę; wyciągając rękę odsunęła ją o kilka centymetrów, sprawdzając czy zareaguje. - Mogłeś przynajmniej zrobić to w domu - powiedziała ciszej. - Albo udawać, że masz lepszy gust - cień uśmiechu przemknął jej przez twarz ledwo widoczny. Nie przyszła tu, żeby go rozliczać. Nie przyszła rozmawiać o Ventresce ani o tatuażu, nie wiedziała nawet, że tu będzie. Zresztą teraz to nie miało znaczenia, nagle cała sprawa zeszła na drugi plan, bo irracjonalnie zaczęło liczyć się dla niej tylko to, że siedział tu sam, w pustym komisariacie, z butelką w dłoni i ciężarem dnia, który najwyraźniej okazał się większy, niż chciał przyznać.
A ona wbrew zdrowemu rozsądkowi, dumie, a przede wszystkim porannej wściekłości, nie potrafiła po prostu odwrócić się i wyjść.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wracając do kawiarni, w której świadkowie zdarzenia i ranni byli wyprowadzani z budynku, bez słowa stanął przy oknie, przy którym siedzieli. Jego wzrok prześlizgnął się po wnętrzu pomieszczenia, chłonąc każdy detal, zaś najgorszy zostawiając na koniec.
Bezwładne ciało chłopaka, z którym przed chwilą prowadzili ożywioną konwersację. Filiżanka niedopitej kawy, która przewróciła się gdzieś w trakcie ich zamieszania, jej zawartość wylała na blat. Czerń pochłonęła łyżeczkę, która wypadła z jego rąk. Chaos rozgrywający się w kawiarni znalazł swoją pomniejszoną wersję, tutaj, w tym abstrakcyjnym obrazie niedojedzonego deseru, rozlanej kawy i szkarłatnych plam, które z biegiem minut stawały się coraz ciemniejsze.
Jego związek z La Fratellanza Ventresca trudno było określić jako współpracę. Przypominał owinięty wokół jego szyi sznur, który pozostawał bezwładny, pozbawiony napięcia tak długo, jak Madden spełniał ich życzenia. Z reguły nie wymagały one od niego złamania zbyt wielu punktów moralnego kodeksu, który niegdyś pomagał mu podejmować decyzje. Poufne informacje wyciągane z niektórych akt. Ludzie, którzy mieli zniknąć - oko, które Madden miał przymknąć, by móc im to umożliwić. Podejrzewał, że mieli więcej wtyk w policji Toronto, więcej ludzi od brudnej roboty, do której jego nie zmuszano - do znikających ciał i ludzi, którzy nie planowali opuszczać tej ziemi dobrowolnie.
Nigdy nie wkroczyli bezpośrednio na j e g o terytorium.
Gdy tylko upewnił się, że Mercer wróciła do domu, gdy i jego spróbowano do niego wysłać, Madden wrócił do swojego samochodu. W czarnym aucie wciąż pobrzmiewało echo ich wściekłej kłótni z poranka, ale tym razem wydawało się przygaszone, odległe. Zabrało go prosto do Mimmo's, do znajomego pomieszczenia na zapleczu, przed znajome oblicze mężczyzny, który niegdyś wybawił go z opresji - oraz który nieustannie utrudniał mu życie.
Sergio Carbone stał się źródłem całej jego wściekłości, co nieszczególnie przypadło mafiozowi do gustu.
Pełna podniesionych głosów i gróźb dyskusja okazała się jałowa, bezproduktywna jak każde pertraktacje z bossem Ventresci. Zabójstwo Milesa zostało przedstawione jako efekt j e g o działań, jego zbliżania się do spraw, które miały go nie dotyczyć. Krew informatora w słowach Carbone znalazła się na rękach detektywa, nie osoby, która oddała strzał.
Osoby, która stała w tym pomieszczeniu, ze wzgardliwym uśmieszkiem na twarzy. W blasku lamp, jego tatuaż wypalał się na siatkówce detektywa z równą intensywnością, co jego pełne wyższości spojrzenie. Nie mieszaj się w to, Madden. To nie twoja sprawa. Nie wiedział, kiedy nogi zabrały go z powrotem na posterunek. Mógł być środek dnia, mógł być wieczór, a może już w budynku było pusto gdy wyciągał wszystkie materiały ich sprawy, usiłując odnaleźć w nich s e n s. Ponieważ Ventresca dokonywała wielu operacji w Toronto, ale nie potrafił pojąć, co mieliby zyskać na morderstwie jednej pary bogatych dupków. Z jakiegoś powodu uważał, że gdyby to pojął, gdyby z r o z u m i a ł, dostrzegłby wyjście z tej sytuacji, ponieważ przecież musiało być z niej cholerne wyjście.
Drgnął, gdy usłyszał znajome kroki. Chód, który rozpoznałby w każdej odległości, nawet, gdyby był zaledwie ledwo wyczuwalnym drżeniem powietrza po drugiej stronie komisariatu. Jego plecy wyprostowały się nieco gdy uświadomił sobie, że od dłuższego czasu tkwi pochylony nad zdjęciami strzelca i wnętrza kawiarni. Zerknął na zegarek - niedługo miała dobić północ.
Margo wszystko komplikowała.
Nie podniósł ku niej głowy z początku, zamiast tego spod zmarszczonych brwi wpatrując się w rozłożone na aktach zdjęcia. Jedynie kątem oka dostrzegł, jak przysiadła na jego biurku, jego wzrok zawiesił się na jej biodrach, nim wreszcie, leniwie, podniósł ku górze.
Zupełnie innego rodzaju napięcie znów chwyciło jego trzewia w swoje szpony - zupełnie innego rodzaju komplikacja, której nie chciał się poddawać. Siła, która przyciągała go ku niej jak magnes, któremu pod ciężarem całego dnia trudno było się oprzeć.
- Nigdy nie twierdziłem, że mam dobry gust - odrzucił, a jego kąciki ust mimowolnie uniosły się w górę na jej widok, choć jego spojrzenie zatrzymało się na plastrze na jej policzku. Na jedno uderzenie serca znów tkwili w kawiarni, trzymając ją w swoich ramionach w morzu szkarłatnych kropel i odłamków szkła. Odwrócił wzrok, wodząc za jej dłonią gdy odsunęła butelkę od niego.
- Mam ją od dawna. Wydaje mi się, że przyniósł mi ją Stevenson - wspomniał, nie wiedząc do końca dlaczego, słowa same opuściły jego usta. - Twierdził, że problemów w pracy nie wolno opijać dobrym alkoholem, bo dobry alkohol jest do świętowania. Miał zawsze butelkę gównianej whisky w biurku, na wszelki wypadek.
Na noce takie jak te.
Wpatrywał się przez chwilę w etykietę, nim, wbrew sobie, powrócił do niej spojrzeniem.
- Już późno, Mercer - powiedział, usiłując stworzyć między nimi dystans jej nazwiskiem, ale w jego głosie nie brzmiał chłód. - Powinnaś odpoczywać.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zsunęła się z krawędzi powoli, niemal niechętnie, jakby dystans między nimi był czymś, czego wcale nie chciała zwiększać. Podeszła bliżej - na tyle, by poczuć zapach alkoholu zmieszany z jego wodą kolońską, by zobaczyć zmęczenie, którego nie maskował już gniew. Jej spojrzenie przesunęło się po rozłożonych aktach, pełno było tu zdjęć i raportów, które na kolejnych etapach sprawy powiększały kupkę dokumentów. Sięgnęła bez pytania i zamknęła pierwszą teczkę, potem drugą. Jedna po drugiej - spokojnym, zdecydowanym ruchem przesunęła cały stos na swoje biurko. - Wystarczy - powiedziała cicho. - Oglądasz to któryś raz. Odpuść.
Oparła dłoń o krawędź jego biurka i nachyliła się minimalnie, nieświadomie skracając dystans. Przyciągało ją to światło lampki, cień pod jego oczami, to pęknięcie, którego zwykle pilnował lepiej niż własnej broni. Czuła, jak coś w niej mięknie - coś, co przez większość czasu trzymała na uwięzi, bo łatwiej było się z nim kłócić, niż przyznać, że w jakikolwiek sposób mogłoby jej zależeć. Jej palce przesunęły butelkę jeszcze dalej, poza jego zasięg. Nie podejrzewała, że sięgnąłby po kolejny łyk, kiedy była tuż obok, ale wolała nie kusić losu.
- To czy jest dobra czy gówniana, nie ma znaczenia - mruknęła w odpowiedzi lekko się uśmiechając. - Alkohol nie rozwiązuje problemów. Jeśli pijesz, żeby przestać myśleć, to i tak przegrywasz - zatrzymała wzrok na jego twarzy, na napiętej linii szczęki, na śladzie bólu, którego nie udawało mu się całkowicie ukryć pod maską pozornej nonszalancji. Przez sekundę miała ochotę sięgnąć do jego skroni i sprawdzić czy opuchlizna nie jest większa. Potrafiła to
Zapomniała, że przyszła tu pracować. Zapomniała o pytaniach, o mafii, o tatuażu, o wszystkim, co krążyło jej po głowie jeszcze godzinę temu. Teraz widziała tylko jego - nie detektywa, nie gbura, nie przeciwnika stającego w kontrze do każdego jej słowa. Widziała człowieka, który siedział samotnie w pustym komisariacie z butelką, jakby to było jedyne, co zostało. - Mogę odwieźć cię do domu - zaproponowała, bo jeśli ktoś z ich dwójki potrzebował odpoczynku bardziej, to zdecydowanie szala przechylała na jego stronę. - Twoim autem - kącik jej ust drgnął w kontrolowanym uśmiechu, bo wiedziała, że nigdy by na to nie pozwolił. Nie dawał jej się zbliżyć do swojego chargera od strony kierowcy n i g d y. Widziała, jak dostaje szału, gdy uderzała celowo drzwiami zbyt mocno, jak zaciskał dłonie na kierownicy, gdy butem dotykała deski rozdzielczej, jak rzucał jej wściekłe spojrzenie, gdy wsiadała do środka z wciąż parującym, wypełnionym po brzegi, kubkiem kawy.
Wreszcie jej spojrzenie zsunęło się na jego dłonie, potem wróciło do oczu. Przez chwilę wahała się, czy w ogóle ma prawo to powiedzieć. Czy nie przekracza granicy, której sama tak uparcie pilnowała. - Rhys - to był drugi raz, oba tego samego dnia. Kiedy on zwiększał dystans używając jej nazwiska, ona go skracała mówiąc do niego po imieniu. - Co jest? - schowała wszystkie swoje wątpliwości na dnie najniższej szuflady. Przejęła się, bo czy nie tak powinien zachować się dobry partner? Tym była - t y l k o partnerem.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Być może nie powinien ich po sobie pokazywać, żadnych.
Ale jego barki uginały się pod ciężarem tego dnia, po pełnym napięciu poranku i chaosie popołudnia. Przez laty pracy w tym miejscu stał się znieczulony na wszechobecną śmierć, niekiedy gwałtowną. Nauczył się też nie formować najmniejszych przywiązań do osób, które oferowały mu informacje - osób zwykle tak zagrzebanych w przestępczym świecie, że nawet, gdyby próbował, nie miał żadnych szans na ich wyciągnięcie. Zdecydowana większość jego frustracji dotyczyła tej części jego życia, w której Margo nie była obecna. Spotkania na pogrążonym w półmroku zapleczu, obojętnego spojrzenia mężczyzny zrzucającego winę za śmierć młodego chłopaka prosto na jego dłonie.
- Za którymś razem może coś znajdę - mruknął w odpowiedzi, niemal w formie wytłumaczenia się, ale nie przerwał jej porządkowania.
Patrząc, z jaką przestrogą odsuwa od niego butelkę parsknął śmiechem. Rozumiał, że w jej oczach mogło to tak wyglądać, ale Madden nigdy nie szukał w alkoholu towarzystwa na wieczór. Był daleki do bycia pijanym, nie słaniał się przy biurku i nie miał powodu, by przekroczyć jakąś granicę. Tania whisky nie była dla niego ucieczką, była pewną formą wymuszonej relaksacji - wyciszała jego umysł, choćby na chwilę. Dlatego w ich wydziale była dość popularna.
- Przeczytałaś to na jakichś plakatach? - odciął się, z nutą rozbawienia brzmiącą we wcześniej zmęczonym głosie. - Dziękuję, postaram się dla ciebie podejmować lepsze wybory. Na przykład nie zaleję się w trupa w losowy, czwartkowy wieczór przy własnym biurku.
Jego fotel obrócił się w stronę stojącej obok kobiety, gdy chwilowy wyraz rozluźnienia wstąpił na jego twarz w trakcie tego przekomarzania się - wyraz, którego nie dałby mu ani jeden, ani dziesięć łyków stojącego na biurku alkoholu. Zadarł głowę, odpowiadając na jej spojrzeniem własnym, a gdy odwrócił się od blatu w jej stronę, jego kolano musnęło jej nogę. Nie odsunął go, boleśnie świadomy tego jednego, punktu styku, który sprawiał, że coś w jego wnętrzu zawrzało.
- Chyba wolałbym w nim nocować - parsknął, bo wręczanie jej kluczyków do swojego samochodu było chyba o s t a t n i m, na co miał ochotę. - Nie jestem pijany - dodał informacyjnie, choć nie wiedział, czemu w ogóle czuł potrzebę nakreślenia tego.
Przyglądał się, jak miękkie światło lampki maluje kobiecą twarz cieniem. Jak tańczy na jej delikatnych łukach brwiowych, prostym nosie i pełnych ustach. Jak jej oczy błyszczą w pomarańczowym blasku, wpatrzone w niego.
- Margo - odbił piłeczkę zdawkowo. Gdy wypowiedział jej imię, w jego głosie pojawiło się ciepło, rozlewając po jego trzewiach jak innego rodzaju używka. - Jak się czujesz? - odrzucił, ignorując jej pytanie, odpowiadając własnym. - Po dzisiaj.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nigdy nie mogłam się zdecydować, kim chcę być w danej chwili - kącik jej ust drgnął mocniej. - Stąd mój szeroki wachlarz umiejętności - pewnie jeszcze wczoraj wbiłby w to szpilę. Dzisiaj jednak nie wyglądał, jakby miał ochotę walczyć i chyba dlatego powiedziała mu tak wiele.
Kiedy wypowiedział jej imię, coś w niej drgnęło. Tak subtelnie, że miała nadzieję, iż tego nie zauważył. Jej dłoń mocniej zacisnęła się na krawędzi biurka. W miękkości z jaką je powiedział było coś bardziej rozbrajającego niż jakikolwiek sarkazm.
Westchnęła i wzruszyła ramionami, jakby to była jedyna możliwa odpowiedź. - Tak samo jak zawsze - to była półprawda. Przez lata wypracowała mechanizm wyparcia; odcinanie się było częścią pracy, tak samo jak broń przy pasie i odznaka w kieszeni. Na miejscu zdarzenia była detektywem, w radiowozie była detektywem, w raportach była detektywem. Dopiero po przekroczeniu progu mieszkania wracała do bycia kimś więcej - kimś, kto zamyka oczy i widzi twarze.
- Wiem, że jak zamknę oczy, będę widzieć tego dzieciaka - powiedziała spokojnie, bez cienia melodramatu. - Tak po prostu musi być - nie szukała pocieszenia, miała nadzieję, że rozumie co próbowała powiedzieć.
Świadomie poruszyła nogą. Otarła biodrem o jego kolano dokładnie w tym miejscu, w którym pozwolił sobie zostać. Nie odsunęła się i nie przeprosiła. Ten punkt styku był jak cienka linia, której żadne z nich nie chciało przekroczyć, ale też żadne nie chciało przerwać. Jej spojrzenie przesunęło się po jego twarzy. Po cieniu pod oczami, po zarysowanej linii szczęki. Po opuchliźnie przy skroni, która jutro będzie boleć bardziej i jak plaster na jej policzku przypomni o kawiarni, o huku i krwi na stoliku.
- Najgorsze nie jest to, że to widzę - dodała ciszej. - Najgorsze jest to, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy mógł zrobić coś szybciej, inaczej, lepiej - jej wzrok zatrzymał się na nim. - I racjonalnie wiem, że to nie tak działa, że nie kontrolujemy wszystkiego - uśmiechnęła się słabo. - Co jest wyjątkowo frustrujące, bo akurat kontrola to coś, co lubię mieć - cisza między nimi była inna niż ta w samochodzie. Nie była ostra, chłodna i bolesna.
Jej biodro znów musnęło jego kolano, tym razem wolniej, jakby sprawdzała, czy wciąż tam jest. Teraz jego kolej; otworzyła się przed nim, zdradzając więcej niż prawdopodobnie powinna. Niemal na tacy podała swoje słabości, aby mógł je wykorzystać przeciw niej, kiedy tylko zechce. - A ty? - zapytała w końcu raz jeszcze.
Nie chodziło tylko o Milesa, nie chodziło wyłącznie o dzisiaj. Jej spojrzenie nie było oskarżycielskie, było uważne. Z b y t uważne. - Naprawdę potrafisz to wyłączyć?
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie spodziewał się, że stanie się bramą, przez którą przepłynie tego znacznie więcej.
I nie spodziewał się też, że będzie słuchał tego z takim zainteresowaniem. Zastygł w miejscu, jakby obawiając się, że byle ruch zagłuszy coś istotnego. Oczami wyobraźni wyobrażał sobie młodszą wersję detektyw Margo Mercer - z pewnością równie upartą i nieustępliwą, ale też posiadającą ten sam błysk w oku, tę samą motywację do działania. Wyobrażał ją sobie jako energiczną, ale skupioną, wybierającą między dwoma zawodami, których celem było niesienie pomocy innym.
Namalowanie takiego obrazu nie było trudne. Pod ich sporami, pod wyzwiskami czekającymi na końcu języka i pod wściekłością buzującą w ich drżących głosach, w Margo chowało się to samo dobro, które z łatwością przypisałby jej dziecięcej wersji.
To, które niegdyś zagnieździło się nawet w jego wnętrzu, w jego potrzebie bycia innym, pomocy wszystkim tym, których nie wspierał system, których każda batalia była drogą pod górkę.
Chciał być zmianą, wyłącznie po to, by stać się tym samym trybikiem w maszynie działającej od tysięcy lat.
- To bardzo wiele wyjaśnia - odparł, z kącikiem ust uniesionym ku górze choć w jego słowach nie brzmiało rozbawienie. - Potrafisz być bardzo wyrozumiała i dyplomatyczna - dodał i, uciekając przed wagą tych komplementów, pośpiesznie pozwolił sobie na odrobinę sarkazmu: - Kiedy chcesz, czyli bardzo rzadko.
Dotyk jej uda na swoim kolanie był subtelnym gestem, którego być może w ogóle nie dostrzegłby w innych okolicznościach, z inną osobą. Ale j e j udo posłało sygnał do jego mięśni, jego ciało napięło się bezwiednie, jak pod wpływem impulsu elektrycznego.
Czy tego chciał, czy nie, w jego głowie wypalił się już obraz małej Margo, bawiącej zabawkową odznaką i prowadzącą pościgi wzdłuż korytarzy. Przywoływanie go sprawiało, że coś ciepłego rozlewało się po jego klatce piersiowej tak, jak bursztynowe światło lampy rozlewało się ciepłym blaskiem po jej sylwetce.
Obraz zamigotał, gdy jej słowa zastąpiły go innym. Szkarłatem rozlewającym się po blacie stolika w kawiarni. Pustym spojrzeniem młodego chłopaka, które uchwycił nim jego głowa runęła na stół. Jego noga, wciąż w kontakcie z udem kobiety, mimowolnie rozpoczęła ruch w górę i w dół, gdy w nerwowym odruchu jego but zaczął uderzać o podłogę.
- Miles był jednym z pierwszych informatorów, którzy się do mnie zgłosili - przyznał cicho, nie chcąc rozdrapywać tej rany, którą musiała odczuwać - ale wiedział, że w tej jednej kwestii współdzielą ją oboje. - Teraz był młody, ale wtedy to był kompletny dzieciak. Próbowałem znaleźć jego rodzinę. Wsadzić go na odwyk. Mieszałem się - dodał, od razu tłumacząc, ponieważ wiedział, że nie powinni tego robić. Nie mieli na to wpływu. - Ostatecznie pogodziłem się z tym, że mogę polepszyć mu dzień ciepłym posiłkiem i herbatą.
Jego słowa były skrótem - tak, jakby doszedł do tego wniosku po pierwszym spotkaniu. W rzeczywistości znalezienie się w tym punkcie zajęło mu lata.
A przed tym, sam był taką Margo Mercer. Sam zastanawiał się nad tym, co mógłby zrobić inaczej. Sam stawiał się punktualnie o siódmej w biurze, pełen zaangażowania i chęci do działania. Świeżo ogolony, w mundurze bądź wyprasowanej koszuli. Widział niektóre zdjęcia siebie sprzed lat wtedy, na ścianie, w barze na imprezie pożegnalnej Stevensona.
Niemal się nie poznawał.
- Odsunąć na później - wyznał wreszcie, po dłuższej chwili milczenia, która zapadła między nimi w pogrążonym w półmroku biurze. - Ale prędzej czy później wróci.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ten widok ją zaskakiwał. Był inny - bez zwyczajowej ironii na twarzy, bez tej szorstkiej pewności siebie, którą nosił przy niej jak pancerz. Odsłonięty w sposób, którego dotąd nie dopuszczał. I co gorsza, miała nadzieję, że taki właśnie jest naprawdę. Że pod całym tym chłodem i kąśliwymi uwagami kryje się ktoś inny. Widok tej wersji Maddena poruszył w niej coś niepokojąco miękkiego - coś, co zamiast ustawić ją w kontrze, kazało podejść bliżej.
- Nie - zaprzeczyła szybko, niemal odruchowo; trochę dlatego, że nie zgadzała się z jego stwierdzeniem, a trochę z przekory. - Jestem bardzo często wyrozumiała, ale ty nie pozwalasz mi tego pokazywać - zmęczenie całym dniem jakby złagodniało. W półmroku napięcie między nimi nie było ostre, odznaczało się dziwnym ciepłem i nie wiedziała, jak powinna się z tym czuć. Ten grunt był dla niej jeszcze bardziej niepewny niż stąpania po polu minowym, którym była każda ich kłótnia.
Dopiero wtedy zauważyła, że jego noga drży w nierównym rytmie zupełnie jakby ciało zdradzało to, czego on nie miał zamiaru pokazywać. Zawahała się raz, rozluźniając palce zaciśnięte na blacie. Drugi raz, zaciskając je z powrotem. Za trzecim nie pozwoliła sobie myśleć - jej dłoń opadła na jego kolano. To był niewinny gest mający go uspokoić. A jednak poczuła go w całym ciele, jakby był krótkim, gwałtownym skokiem wprost w lodowatą wodę. Ciepło pod palcami było zaś prawdziwe, napięcie mięśni również.
Jej kciuk przesunął się minimalnie po materiale jego spodni, bardziej w odruch niż jako świadoma decyzja. Zaskakiwało ją, jak naturalna stała się ta bliskość. Jak łatwo było zapomnieć o porannej kłótni, o ostrych słowach, o tym, jak bardzo próbowali się wzajemnie zranić. Obraz, który miała przed sobą teraz był inny od tego, który jej pokazywał. I zamiast ją to złościć, budziło w niej ciekawość. Chciała, żeby mówił więcej, chciała go słuchać bez tej zbędnej rywalizacji. - To, że próbowałeś, ma znaczenie - odezwała się wreszcie, zabierając dłoń z wyraźnym ociąganiem. - Nawet jeśli nie skończyło się tak, jak powinno - to była jego sytuacja, w której, tak jak ona, zrozumiał, że czasami odznaka i rozmowa to za mało; każdy z nich miał ten moment w swoim życiu, kiedy ideały przecinały się z brutalną rzeczywistością. Ciężko było to udźwignąć, ale z każdym kolejnym razem było łatwiej. Dla niej najważniejszym było to, by nie zobojętnieć.
- I co wtedy? - chciała wiedzieć. - To musi być cholernie męczące, nie dałabym rady żyć z tym obok. Wariuję, kiedy w mojej głowie dzieje się za dużo - na jej usta znów powrócił cień uśmiechu, którym przykrywała powagę.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale być może wystarczającym.
Chaos, który przetrwali w ciągu dnia skutecznie przyśpieszył ich relację, przeniósł wszystkie problemy z teoretycznych na praktykę. Odcisnął piętno na ich umysłach i ciałach, zostawiając fizyczne ślady pozostawionego przez wspólnego przeciwnika. W obliczu zagrożenia, które wtargnęło do ich życia namacalne, gwałtowne, nie sposób było nadal trzymać się starych urazów.
Skłamałby jednak mówiąc, że to było wyłącznie to.
Coś innego zmieniło się wtedy, w podobnym półmroku do tego. W dusznym wnętrzu lokalu wypełnionego gwarem ich współpracowników i zapachem rozlanych drinków. W jej pełnym napięciu spojrzenia dostrzegł coś znajomego, co stworzyło niemal namacalną więź łączącą ich dwoje i w pełni spodziewał się, że więź ta nie przetrwa nawet jednej doby.
W ciemności opuszczonego biura widział ją bardzo wyraźnie, skrzącą się w promieniach bursztynowego światła.
W y c z u w a ł ją gdy kobieta pochyliła się naprzód, a jej dłoń w uspokajającym geście znalazła się na jego kolanie. Noga zatrzymała się w miejscu gdy do umysły dotarło, że w ogóle zaczęła się poruszać. Powietrze wokół niego wypełniło się mieszanką zapachów, które zdążył już zapamiętać - perfum, którymi skropiona była jej szyja, cytrusowego szamponu do włosów, czegoś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.
I nie potrafiłby też zapomnieć.
Jego szczęka napięła się lekko, ledwo dostrzegalnie gdyby nie kontur malowany przez stojącą na jego biurku lampkę. Słowa, które wypowiadała, jednocześnie docierały do niego głośniej niż powinny - w ciszy panującej wokół - jak i uderzały o pewną ścianę. Ścianę, w której mieszkała jej b l i s k o ś ć, powód, dla którego nie potrafił się na nich skupić należycie.
- Odwracam swoją uwagę w inny sposób. - męski głos rozbrzmiał niżej niż zwykle, niemal przekształcając się w pomruk. Była blisko, z b y t blisko, a pomimo wszystkich tych rzeczy, które wypowiedział w jej stronę w ciągu ich wspólnej pracy, pomimo tego, z jaką wściekłością wypowiadała się na jego temat, nie potrafił się odsunąć. Łącząca ich nić naprężała się, pchając ją w jej kierunku i jego dłonie niemal chwyciły za podłokietniki, byle powstrzymać tę irracjonalną potrzebę. - I jest to cholernie męczące.
Jakaś jego cząstka pragnęła odsunąć fotel w tył, przywrócić ich do statusu quo, w którym tkwili dotychczas. Inna zaś skupiała się na dotyku jej dłoni na materiale jego spodni.
- Ty jesteś cholernie męcząca - mruknął, w marnej próbie stworzenia dystansu, która nie została podparta chłodem w głosie czy wzgardliwym wyrazem twarzy. Jego wzrok błądził po jej twarzy nieważne jak próbował skupić się na jej oczach, czy unikać wygiętych w uśmiechu ust. - Późno już. Miałaś odpoczywać - dodał, upominając ją, jakby jego skroń czy żebra nie były pokryte siniakiem.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dzisiejszy wieczór przesunął ich w miejsce, którego nie planowała. Niespodziewanie i bez ostrzeżenia. Odsłoniła się przed nim bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, opowiadając o dzieciństwie, przyznając się do tego, że pewne obrazy zostają pod powiekami na długo. Dała mu narzędzia, wystarczająco ostre, by mógł ich kiedyś użyć przeciwko niej, gdyby znowu stanęli naprzeciw siebie w tej dobrze znanej, bojowej konfrontacji.
On zrobił dokładnie to samo. I chociaż nie wierzyła, że celowo chciałby ją zranić, wiedziała jedno - gdyby przyparła go do muru, gdyby znów zmusiła go do obrony, użyłby wszystkiego, co ma pod ręką. Nawet tego, nawet tej chwili. Nie dlatego, że jest okrutny, a dlatego, że tak funkcjonuje.
Jej spojrzenie podążyło za jego wzrokiem, który uciekał i wracał, jakby nie potrafił zdecydować, gdzie powinien się zatrzymać. I przez ułamek sekundy pomyślała, że to właśnie tutaj powinna się wycofać, zanim zrobi się zbyt realnie i przestanie to być czymś, co można zrzucić na zmęczenie, adrenalinę i długi dzień.
Ale nie cofnęła się. - Wiem - odpowiedziała cicho na stwierdzenie, że była męcząca, ale nie było w tym oburzenia. - Ty też - kącik jej ust uniósł się minimalnie. - Miałam - przyznała, gdy zaś wspomniał o odpoczynku. - Ty też - jej głos był spokojny, ale spojrzenie nie. Zatrzymało się na nim z tą samą uważnością z jaką analizowała miejsce zbrodni z tą tylko różnicą, że tutaj nie przestrzegała żadnych procedur; nie trzymała się protokołu, a widząc coraz mocniej bijące czerwienią światło - szła wprost na nie.
Przesunęła się minimalnie bliżej. Wystarczająco, by granica między przypadkiem a decyzją stała się cienka. - Oboje wiemy, że żadne z nas nie jest dziś szczególnie rozsądne - dodała lekko. Czuła jak powietrze między nimi zgęstniało, a ich ciała niemal stykały się ponownie. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć i właśnie wtedy w jej oczach zamigotało coś innego.
Zrobiła jeden kontrolowany ruch do przodu, pochylając się. Świadomie przestrzeń między nimi skurczyła się do oddechu. - Wiesz - zaczęła, tonem niemal beztroskim. - Jest jedna rzecz, która wraca mi do głowy - jej dłoń przesunęła się po blacie, zsunęła niżej na krzesło, zatrzymując się tuż przy jego dłoni, ale jej nie dotknęła. - Jak to było? - uniosła minimalnie brew, pochylając się bliżej. Jej głos stał się niższy i spokojniejszy. - Ze wszystkich tych rzeczy chyba najbardziej odklejona jest myśl, że to TY ze mną flirtowałeś? - powtórzyła to dokładnie tak, jak brzmiało.
Jej spojrzenie na sekundę zsunęło się na jego usta; niby chwila, ale wystarczająca, by nie dało się tego całkiem zignorować. - Naprawdę tak uważasz? - zapytała cicho. Przez tę jedną sekundę wyglądała, jakby naprawdę czekała na odpowiedź. Jakby dawała mu przestrzeń, żeby coś z tym zrobił. A potem, dokładnie w momencie, w którym napięcie stało się niemal nie do wytrzymania, odsunęła się, prostując plecy.
Nie daleko, tylko tyle, by odzyskać kontrolę nad sytuacją. Oparła się znów o biurko, ręce skrzyżowała luźno na piersi, ale dystans był czysto symboliczny. Wciąż była w jego przestrzeni, czuła zapach alkoholu mieszający się z perfumami i jego ciepło.
Kącik jej ust uniósł się odrobinę i nie odwróciła wzorku.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z tłumu jednakowych twarzy przewijających się przez komisariat wyróżniała się od pierwszej chwili - od tej, w której wysłał ją po kawę, a ona wróciła z filiżanką kawy i zdecydowanym pierdol się błąkającym po ustach. Wzniesienie wszystkich murów, którymi odgradzał się od społeczeństwa nie przyszło mu naturalnie, nie było też szybkie. Dotarcie do miejsca, w którym był teraz, zajęło mu całe lata doświadczenia - pozwalania, by ludzkie uwagi spływały po nim nie pozostawiając większego śladu. Skrupulatnego tworzenia dystansu, w którym w pewnym momencie uzyskał czarny pas. Zachowywania spokoju poprzez kultywowanie cierpliwości, którą w głównej mierze podsycało jego męskie ego.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś wyprowadzał go z równowagi z taką łatwością, jak przydzielona mu za k a r ę partnerka w wydziale zabójstw.
Tego typu emocje wyzwalały w nim ulice i godziny podawane w wiadomościach tekstowych, zaplecza Mimmo's i spotkania, w których ani broń w kaburze, ani odznaka w dłoni nie dawały przewagi, którą powinny. W świetle dnia, nawet na tak emocjonującej i wymagającej ścieżce kariery odnalazł rutynę, spowijającą każdy ranek w barwach szarości.
Margo strzaskała tę rutynę tak szybko, że nawet nie zorientował się, kiedy to dokładnie się stało.
W jednej chwili prowadził swoje sprawy w sposób, w jaki robił to zawsze, wkraczając na komisariat o wybranej godzinie i wybierając na miejsce zbrodni w pojedynkę. W drugiej, miał za sobą cień, który w żaden sposób nie próbował być dyskretny.
W trzeciej, c i e ń nachylał się ku niemu w półmroku opuszczonego biura, w niebezpiecznej mieszance powietrza wypełnionego zapachem damskich perfum i taniego whisky.
Jej słowa były oszczędne. Gdy tylko zbliżyła się ku jego twarzy, jego wzrok powiódł w dół, wzdłuż tańca bursztynowego światła i granatowej ciemności, ostrych rysów przełamanych miękkościami. Zatrzymał się na jej ustach, spijając każde ze słów, jakby miały najwyższą wartość - jakby dwanaście godzin temu nie był skłonny zrobić bardzo wiele, byle tylko te usta zamknęła.
Teraz owładnęła nim przemożna p o t r z e b a. Potrzeba uniesienia ku niej dłoni, przesunięcia puszkiem palca po tej intensywnej czerwieni, kradzieży tych słów nim zostaną wypowiedziane. Jej bliskość była odurzająca, bardziej niż kilka łyków pociągniętych z butelki taniego alkoholu - bardziej niż cała, pieprzona butelka. Czerwone lampki w jego głowie, te same, które nakazywały mu utrzymywać dystans, ranić, kąsać, świeciły zbyt daleko by był w stanie dostrzec ich blask. Widział tylko błysk w jej spojrzeniu, czuł jej oddech, muskający jego policzek, skroń wrażliwą na każdą zmianę powietrza.
Wszystkie wypracowane przez niego strategie, wszystkie obawy, postanowienia, wszystkie dotychczasowe pragnienia niknęły w otaczającej ich ciemności, ponieważ gdy była tak blisko, pragnął tylko j e j.
I gdy nić między nimi znów się napięła, gdy w jego głowie pojawiła się nierozważna decyzja, a ciało napięło w gotowości do skrócenia tego nieistotnego dystansu, Margo Mercer o d s u n ę ł a się.
Wypuścił powietrze z ust, dopiero uświadomiwszy sobie, że utknęło w jego płucach w oczekiwaniu. Wyprostował się w krześle, pozwalając, by ten dystans go otrzeźwił - by zrobił to chłód, który poczuł wokół gdy zniknęło ciepło jej ciała będącego na wyciągnięcie ręki.
Przez ułamek sekundy wpatrywał się w niedowierzaniem w jej złośliwy uśmieszek. Tylko tyle potrzebował, by się opanować, by przetworzyć wszystko to, co powiedziała mu przed chwilą.
- Chciałabyś, żebym z tobą flirtował, Mercer? - odparł bez zawahania, z bezczelnością godną osoby, która nawet kwestię własnego pragnienia będącego tak jawnym potrafiła odsunąć na później. Szelmowski uśmiech wpełznął - Czy jestem twoim małym, zawodowym eksperymentem, bo widzisz we mnie kogoś, kogo możesz zmienić?
Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale wraz z jego uśmiechem, jego ręka sięgnęła po odstawioną przez nią butelkę - wyłącznie po to, by, ostentacyjnie i prowokacyjnie, upić z niej łyka i odstawić ją na sam środek.
margo mercer