-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rhys Madden był wszystkim tym, czego teoretycznie nie powinna chcieć. Gburowaty, szorstki, uparty do granic absurdu. Wredny w odbiorze, nieprzyjemny w pierwszym wrażeniu, był mistrzem w budowaniu dystansu i podcinaniu skrzydeł każdemu, kto próbował podejść za blisko. Nigdy nie podejrzewała siebie o to, że zainteresowanie kimś takim mogłoby wykroczyć poza zawodową rywalizację. Nie pomyślałaby, że coś, co zaczęło się od irytacji zacznie osiadać pod skórą w zupełnie inny sposób.
A jednak.
Im bardziej się przed nią chronił, tym wyraźniej widziała pęknięcia w jego zbroi. Im mocniej kąsał, tym bardziej czuła, że robi to z przyzwyczajenia, nie z przekonania. I nie potrafiła przestać się zastanawiać, co kryje się pod spodem. To była kolejna rzecz, która zaczęła ją niepokoić, bo oznaczała, że przestała patrzeć na niego wyłącznie jak na partnera z wydziału.
- Skąd pomysł, że chciałabym cię zmieniać? - odezwała się w końcu spokojnie, bez uniesionych brwi, bez teatralnej urazy. Nie przyszło jej do głowy, by kogokolwiek naprawiać. Wychowała się w domu, w którym ludzie przychodzili z problemami i wychodzili z diagnozami. Ona wybrała inną drogę. Każdy był jaki był, z takiego wychodziła założenia - albo jej to odpowiadało, albo się z tego wycofywała. Od samego początku nie ukrywała niczego i jeśli coś ją w nim drażniło, mówiła o tym wprost. Jeśli coś ją fascynowało - również.
A fascynował ją. Wbrew wszystkiemu, a przede wszystkim rozsądkowi.
Zatrzymała na nim wzrok dłużej, niż powinna. Widziała sprzeczności, które w nim współistniały. Widziałaby je nawet, gdyby nie chciała - w tym jak potrafił być bezwzględny podczas kłótni w samochodzie, a chwilę później trzymać ją pod stołem w kawiarni tak, jakby była jedyną rzeczą, która się liczy. W tym jak ranił słowami, a potem sprawdzał jej policzek, jakby bał się, że to ona krwawi.
Nie, nie chciała go zmieniać. - Nie jesteś eksperymentem - powiedziała ciszej. - A ja nie jestem od ulepszania ludzi - zrobiła krótką pauzę, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały wyraźnie.
Zanim znowu się odezwała, spojrzała na niego inaczej - jej wzrok przesunął się po jego twarzy wolno i uważnie - od zmarszczonych brwi, przez linię nosa, aż po usta, które jeszcze przed chwilą dotykały butelki. W przytłumionym świetle lampki jego rysy były ostrzejsze, bardziej wyraźne, a jednocześnie pozbawione tej codziennej twardości. W tej samej chwili jej usta ozdobił uśmiech. Nie chowający się w kącikach, nie tłumiony przez grymas ironii - uśmiechała się szeroko, wstrzymując na moment oddech. W jej oczach również coś się pojawiło - figlarny błysk, który wyraźnie mówił, że wie w co gra i że tym razem nie zamierza się cofnąć.
- Tak - powiedziała w końcu bez wahania, miękko. - Chciałabym tego. Chciałabym żebyś ze mną flirtował - to była czysta, nieskrępowana szczerość. Pozwoliła by te słowa zawisły między nimi, a spojrzenie czekoladowych oczu jeszcze intensywniej się w niego wpatrywało. - A jeszcze bardziej chciałabym, żebyś przestał udawać, że tego nie robisz - znowu się pochyliła, tym razem nie powstrzymując dręczącego ją od południa impulsu, który błagał, aby pozwoliła mu wreszcie wyciągnąć dłoń do przodu i delikatnym ruchem palców zbadać ranę na skroni mężczyzny.
Wiedziała już, że Rhys Madden będzie jej k o ń c e m.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
N a p r a w i ć, nie zmienić.
Dla niego odpowiedź była oczywista, była powodem, dla którego żartobliwie podsuwał jej inne nazwiska na ich komisariacie, ludzi, którzy pasowaliby do niej b a r d z i e j. Ludzi, którzy na każdy krok w przód nie wykonywali trzech kroków w tył, którzy nie tworzyli wokół siebie barier dla samego trzymania wszystkich pozostałych w dystansie. Może dlatego, że w niektórych aspektach przypominali mu siebie - z przeszłości, z czasów, w których być może Margo byłaby dla niego najlepszym, co go spotkało, a nie, jak z początku myślał, najgorszym.
Z czasów, w których byliby dla siebie wsparciem i wzajemną siłą napędową, a nie wiecznym przeciąganiem liny i sprawdzaniem, które z nich zmęczy się jako pierwsze.
W jego oczach Mercer zasługiwała na taką wersję Maddena - taką, która już nie istniała, ale której fragmenty rozpierzchły się po innych mężczyznach w komisariacie. Ambicja zakorzeniła się w Robertsie, ciepło i współpraca znalazły miejsce w Evansie.
Jej odpowiedź przecięła ciszę z impetem krzyku, do której było jej daleko.
Nić między nimi nadal pozostawała nienazwana. Flirt był szczytem tego, o czym mówili głośno i wciąż mógł przez niego być zrzucony na karb niewinnej rozrywki, którą uskuteczniali w przerwach od nudnej pracy. Ucieczką od akt czekających na blacie, zdjęć pełnych krwi i poczucia, że powinno się zrobić coś więcej. Powiedział jej, że jego wyborem zawsze było odsuwanie czegoś w bok, na później i we własnej naiwności, na bok odsunął też kwestię tego, co ich połączyło - jakby mogli funkcjonować w próżni, w której byli po prostu dwójką detektywów.
Jakby tego wieczora nie pojawił się w Mimmo's, nie wtargnął na zaplecze pełne uzbrojonych ludzi, nie wzbudzając w nich podejrzliwości, ponieważ przywykli do tego, że tam bywał. Jakby jego dłonie nie były zbroczone cudzą krwią, a odznaka nie ciążyła w kieszeni zawsze, gdy ją ze sobą zabierał.
Dotyk kobiecej dłoni na jego skroni parzył pomimo swojej delikatności. Jej ciche słowa potwierdzenia wreszcie nazwały to, co unosiło się między nimi niemal od samego początku. Chwyciły tę iskrę, pragnąc przekształcić ją w płomień, jeśli on też pragnąłby tego samego.
A jego serce rwało się do potwierdzenia z takim impetem, że przez krótką chwilę wyłącznie milczał, przyglądając się intensywnemu spojrzeniu jej ciemnych tęczówek. Każde mrugnięcie powiek wydawało mu się zdradliwe, gdy w krótkich odcinkach ciemności widział jej twarz we własnych dłoniach, usta odnajdujące jej.
I gdy jego tętno przyśpieszało do galopu, gdy wpatrywał się w jej oczy i czuł jej dotyk na swoim policzku, coś innego, coś znacznie bardziej przyziemnego zaciskało innego rodzaju szpony na jego radującym się sercu.
Nie mógł jej tego zrobić.
Nie czując potrzeby jego zmiany nie wiedziała, jak daleko sięga zgnilizna. Nie wiedziała o rzeczach, które zrobił. Nie wiedziała kim był, widziała wyłącznie fasadę, którą wznosił każdego dnia wokół siebie. Jego celem było utrzymywanie jej na dystans, tymczasem sam przylgnął do niej, jak ćma do ognia.
Po to, by oboje w nim spłonęli.
Drgnął wreszcie, sięgając ręką do dłoni badającej siną powierzchnię skroni. Ujął ją lekko, odsuwając od swojej skóry, lecz nie wypuszczając z własnych palców. Nie chcąc - choć wiedział, że najłatwiejszym dla ich obojga będzie ich całkowite skłócenie, nie potrafił się na to zebrać.
- Nie wiesz, o co prosisz - odpowiedział cicho, odsuwając ich splecione dłonie od swojej twarzy, przenosząc na nie swój wzrok. Westchnął, ciężko, zbyt ciężko jak na osobę, która powinna odsunąć się w sposób z d e c y d o w a n y. Wbrew logice, wbrew czerwonym lampkom, których blask teraz wypełniał całość jego myśli, przysunął jej dłoń bliżej, składając w jej wnętrzu krótki pocałunek. - Nie mogę dać ci tego, na co zasługujesz.
Wypuścił jej dłoń z własnej, czując pieczenie zimna w miejscach, w których wcześniej znajdowały się jej palce.
- Wracajmy - dodał, zmęczony, nie chcąc tkwić w tym fotelu ani chwili dłużej, nie chcąc patrzeć na jej oblicze.
Nie chcąc widzieć na nim złości i rozżalenia.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To nie rozsądek ją zatrzymał. Zatrzymały ją jego słowa. W tej jednej chwili zrozumiała, że to nie flirt jest problemem; nie jest nim też ona, ani nie ryzyko, które niosło za sobą przekroczenie granicy. Problem był w nim - w tym, co niósł ze sobą, w czymś, czego nie pokazał, ale co wybrzmiało w ciężarze jego głosu. Gdy powiedział, że nie może dać jej tego, na co zasługuje, ten sam impuls co przed momentem zderzył się z chłodnym murem. Nie poczuła się odrzucona; ale wiedziała, że Rhys Madden właśnie zamyka drzwi, zanim ona zdążyła przekroczyć próg.
Pozwoliła, by jej dłoń opadła powoli wzdłuż ciała. Wzięła spokojny wdech, patrzyła na niego uważnie, ale bez cienia oskarżeń w oczach. Umiała przyjmować odmowę - nie była kobietą, która wdziera się tam, gdzie ktoś wyraźnie mówi n i e. Nigdy nie musiała nikogo przekonywać do siebie siłą. - Tak myślałam - powiedziała cicho. Cień uśmiechu znowu zamajaczył na jej twarzy. Uniósłszy podbródek minimalnie, zbliżyła się do niego po raz ostatni, jakby chciała sprawdzić czy dystans między nimi naprawdę jest konieczny. Jej palce, nim zdążyła się rozmyślić, musnęły materiał jego koszuli przy kołnierzu - lekko, niemal niedostrzegalnie. Ten gest nie był próbą przekonania go, był potwierdzeniem tego, co przez chwilę było możliwe. - Jak na tak twardego glinę jesteś zaskakująco tchórzliwym facetem - cofnęła dłoń powoli.
- Nie mam zwyczaju zmuszać ludzi do czegokolwiek - była w tym prawda. Gdyby n a p r a w d ę jej nie chciał, wycofałaby się. Zamknęłaby to w sobie, przywdziała zawodowy dystans i wróciła do roli partnerki z wydziału. Potrafiła oddzielać sprawy osobiste od pracy i przełknąć dumę.
Ale ta chwila miała w sobie coś więcej. Była gotowa zaryzykować; nie myślała o regulaminach, o konsekwencjach, o tym jak wyglądałoby to z boku. Nie przejmowała się tym, że pracują ramię w ramię, że każde potknięcie mogłoby skomplikować ich śledztwa i reputację. W tej jednej sekundzie nie obchodziło jej nic poza tym, że czuła do niego coś, czego nie umiała już udawać, że nie ma.
Może dlatego jego decyzja była tak ostateczna.
Wyprostowała się powoli, przywracając między nimi przestrzeń. Jej twarz znów przybrała ten spokojny, kontrolowany wyraz, który nosiła na miejscach zbrodni i w sali odpraw. - W porządku - rzuciła miękko. - Nie wracaj do domu samochodem - a później po prostu się odwróciła; jej kroki były równe, pewne i wyważone. Gdy mijała próg biura, światło lampki przestało padać na jej twarz. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na jeden, dłuższy wydech, który zatrzymała w płucach zbyt długo.
Nie obejrzała się. Po prostu wyszła, zostawiając za sobą zapach perfum, półmrok i coś czego żadne z nich nie odważyło się nazwać, a do czego nie było już powrotu.
Rhys Madden