Zablokowany
56 y/o
For good luck!
183 cm
emerytowany pływak, obecnie psycholog Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
-
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion//ono/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sergio Martinez
Alvaro Morte
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
13.02.1970, Toronto, Kanada
zaimki
on/jego
zawód
emerytowany pływak, obecnie psycholog
miejsce pracy
Centre for Addiction and Mental Health (CAMH)
orientacja
homoseksualny
dzielnica mieszkalna
York Mills
pobyt w toronto
od przed chwilą (wcześniej mieszkał tu przez pierwsze niecałe jedenaście lat życia)
umiejętności
[*] prawo jazdy na samochód
[*] świetnie pływa
[*] zna angielski, francuski i hiszpański
[*] ma dobrą orientację w terenie
[*] lubi rzeźbić i robić biżuterię z rzemyków, nici i paciorków
słabości
[*] nie bardzo potrafi tańczyć - chyba jakoś nie ma do tego talentu (choć raz na jakiś czas nagle mu się udaje, zwłaszcza kiedy się napije)
[*] ma słabą głowę
[*] mimo prawie czterdziestu lat razem nadal czasem boi się, że straci ukochanego - to mu chyba już nigdy nie minie
[*] miewa czasem problem z prawidłowym wyrażeniem tego, co ma na myśli
[*] nienawidzi zmian, jakichkolwiek - zawsze odreagowuje je stresem
- Wrzuć dzieciaka do wody po prostu, to się natychmiast nauczy pływać.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się szeroko, patrząc na swojego syna, trzymającego małego wnuka na rękach. Mały jeszcze nie umiał dobrze chodzić, ale widząc wodę, machał rączkami i nóżkami, wyraźnie chcąc się w niej znaleźć. Był zaciekawiony odblaskami słońca, odbijającego się od powierzchni jeziora i koniecznie chciał ich dotknąć.
- Utopi się... - wyraził wątpliwości młody ojciec.
- Ty się nie utopiłeś.
Niedługo później mały chłopiec rzeczywiście znalazł się w wodzie. Jego świat nagle zalała powódź, a przyjemne promyczki słońca zniknęły w rozbryzgach, gdy mały próbował wydostać się na powierzchnię. Mówi się, że niemowlęta wrzucone do wody samoistnie zaczynają pływać i w wielu przypadkach faktycznie tak jest.
Nie w tym konkretnym.
Chwila spędzona w wodzie wydawała się małemu koszmarną, wszechogarniającą i trwającą wciąż i wciąż wiecznością, pozbawiającą go tchu, zalewającą usta, nos, uszy - wszystko; póki dłonie ojca nie uniosły go ponownie na powierzchnię.

-------------------------------------

- Jeśli tego nie zrobisz, to się nie nauczy - powiedział mężczyzna stanowczo, patrząc ostro na swojego syna.
- Prawie się utopił.
- To nim nie rzucaj, jak idiota, tylko połóż go na wodzie! No, już! Chyba, że chcesz mieć syna, który boi się wody jak jakaś baba!
Po kilku minutach dyskusji młodszy z mężczyzn rzeczywiście wszedł do wody po pas i położył synka na powierzchni, ostrożnie, wciąż asekurując go podłożonymi pod jego brzuch dłońmi. Mały przez chwilę krzyczał i wyrywał się, ale kiedy utracił podporę dłoni ojca, zaczął odruchowo poruszać rączkami i nóżkami, zaczynając pływać.
- Widzisz? - zapytał jego dziadek - Mówiłem ci.

-------------------------------------

- Nie podoba mi się, że twój ojciec tak bardzo wtrąca się w wychowanie naszego syna - młoda Portorykanka splotła ręce na piersiach, patrząc na męża ze złością. To nie był pierwszy raz, kiedy się o to sprzeczali, a zaczęło się właściwie od samego początku: teść mówił jej mężowi, że ma się nie cackać z synem, ma go nie przewijać, bo to zadanie dla bab, ma go nie tulić, bo wyrośnie na mięczaka, ma mu kupować samochody i żołnierzyki, a nie lalki, niezależnie od tego, czym młody chce się bawić. Ona zaczynała mieć tego wyżej uszu, ale wciąż jeszcze starała się rozmawiać z mężem spokojnie... powoli jednak traciła cierpliwość. Bardzo powoli, zwłaszcza od tamtego dnia, kiedy Sergio się prawie utopił, gdy ojciec za namową dziadka wrzucił go do wody.
- On chce, żeby mały wyszedł na ludzi. Z chłopcami nie jest jak z dziewczynkami, nie można ich hołubić, bo będą miękcy, rozumiesz? - jej mąż też zaczynał mieć wyżej uszu utyskiwanie żony. Był przekonany o racji swojego ojca, bo sam był tak wychowywany, a w swojego ojca był wpatrzony jak w obrazek i wzór do naśladowania mimo, że w głębi serca czuł, że nie tak to powinno wyglądać - Nie chcę, żeby wyrósł na... część od roweru.

-------------------------------------

- Ten młody jest dobry, warto go trenować - powiedział nauczyciel wychowania fizycznego na pierwszej wywiadówce. Specjalnie się na niej pojawił, żeby porozmawiać z rodzicami Sergio, bo widział w małym duży talent - On może naprawdę dużo osiągnąć, jeśli się w niego zainwestuje. Pływa najszybciej w całej klasie, może być kiedyś olimpijczykiem, jeśli się tylko nie zmarnuje jego talentu. Zapiszcie go na jakieś profesjonalne treningi, niech się uczy i niech będzie kiedyś chlubą naszej szkoły albo nawet miasta. A potem? Kto wie...?

-------------------------------------

- Dość tego, wyprowadzam się! - wrzasnęła kobieta, trzaskając drzwiami od pokoju i wyciągnęła walizki z szafy. Na szczęście Sergio miał już dziewięć lat, więc nie trzeba było pakować dla niego tylu rzeczy na podróż i przeprowadzkę, ilu potrzebował jeszcze kilka lat temu. Wystarczyło trochę najważniejszych ubrań.
- Nigdzie nie pójdziesz! - odwrzasnął jego ojciec, szarpnięciem otwierając drzwi z powrotem i zaczynając szarpać się z żoną, żeby nie pozwolić jej się spakować - A już zwłaszcza nie z moim synem!
- NASZYM synem! Przy tobie i twoim ojcu on niedługo zginie! Nie pozwolę na to!
Sergio słuchał tych wrzasków i trzasków, skulony pod kołdrą, obejmując kolana nogami. Patrzył tępo przed siebie, skupiając wzrok na jednym z samochodzików nadrukowanych na pościeli, którą przykrył się razem z głową, bojąc się kolejnej kłótni rodziców - zawsze się bał tych momentów, które zdarzały się coraz częściej, ale tak naprawdę trwały od kiedy pamiętał. Do tej pory jednak mama tylko groziła wyprowadzką, a dziś chyba zamierzała wcielić ją w życie. Tylko czy zabierze Sergio ze sobą...? Jeśli tak, to źle, bo on przecież kochał tatę i nie chciał go zostawiać. Ale mamę też kochał, więc nie chciał, żeby ona się wyprowadziła i zostawiła jego. Chciał, żeby rodzice się pogodzili i zostali tu oboje, z nim. I żeby w końcu przestali na siebie krzyczeć.

-------------------------------------

Puerto Rico to był zupełnie inny świat. Sergio nagle trafił w miejsce, które zapewne każdy inny nazwałby rajem na Ziemi: Karaiby, palmy, morska plaża, gorący piasek i poczucie wolności, zwłaszcza kiedy się jest dzieckiem. On zapewne też by się tym cieszył, tak, jak cieszył się wtedy, kiedy kilka lat temu mama go tu przywiozła w odwiedziny do swoich rodziców. Dzisiaj jednak nie potrafił. Wysiadł z samolotu przygnębiony i przygaszony, ze wzrokiem wbitym w ziemię, mając ochotę przestać istnieć. Czuł się, jakby jego życie właśnie się skończyło, zawalił mu się świat, który do tej pory znał: jego rodzice właśnie się rozwiedli i mama wywiozła go z Kanady do tego raju.

-------------------------------------

Sergio słuchał radia, zapominając o oddychaniu. Był tu ledwie od kilku miesięcy i z perspektywy dziecka, w dodatku mieszkającego w niewielkiej miejscowości wydawało mu się, że mimo wszystko jest tu naprawdę pięknie, że to cudowne miejsce do życia. Przyzwyczaił się już, że to jest teraz jego nowy dom, że raczej nie wróci do Kanady. Zresztą tam było zimniej i ciemniej, niż tu - a tutaj czuł się, jakby miał wieczne lato. Po szkole biegł na plażę i pływał w morzu (mimo zakazów mamy), potem leciał na obiad i na trening. Po treningu wracał do domu, kiedy już zaczynało się ściemniać - mama zawsze wychodziła po niego na przystanek, oddalony od ich domu o kilkanaście minut drogi wśród cykania świerszczy. Spodobało mu się tutaj i już coraz mniej tęsknił za swoim starym domem.
Aż do dziś, kiedy usłyszał w radiu o ataku terrorystycznym na bazę lotniczą w Muñiz. To było niedaleko od ich miejscowości, a z oddali faktycznie dobiegały go odgłosy strzałów - tylko do tej pory myślał, że to jakieś ćwiczenia wojskowe albo myśliwi.
Tamtej nocy bał się zasnąć. Bał się, że terroryści przyjdą i tutaj, że ich też zastrzelą.

-------------------------------------

Chłopcy weszli na słupki. Chwilę przed tym, jak okulary do pływania zasłoniły im oczy, Sergio rozejrzał się po współzawodnikach - niektórych z nich znał z innych zawodów, ale kilku widział po raz pierwszy. Zwłaszcza jeden, zawodnik z Argentyny zwrócił jego uwagę. Miał niesamowicie niebieskie oczy i jasne włosy, dość nietypowo, jak na Latynosa. I był... przystojny. Serce Sergio zabiło mocniej na jego widok - prawdę mówiąc jeszcze ułamek sekundy, a nie zdążyłby się odpowiednio przygotować do skoku i przegrałby te zawody.
Mierda, nie można tak! Skup się na zawodach, na wygranej, idioto! Nie pozwól, żeby coś cię rozpraszało! - skarcił się w myślach. Całą siłą woli wyrzucił z głowy widok tego chłopaka i wbił wzrok w wodę przed sobą, gdy pochylił się, by za kilka sekund znaleźć się w basenie - a w nim rzeczywiście już nie interesowało chłopaka nic, jakby woda dosłownie zmyła z niego wszelkie myśli. Płynął przed siebie, dając z siebie wszystko.
Po zawodach jednak podszedł do niego z uśmiechem - bankiet po zakończonych zawodach okazał się dobrym pretekstem, żeby zagadać.

-------------------------------------

Kiedy Sergio przyjechał do hotelu, w którym zakwaterowani byli zawodnicy, wypatrywał Salazara, ale nigdzie go nie widział. Nie przejął się tym jednak zbytnio: widocznie akurat na siebie nie wpadli. Zdarza się. Nic strasznego. To naprawdę, naprawdę nic strasznego, przecież zobaczą się na basenie, a potem na imprezie.
Ale następnego dnia na treningu też go nie było. Sergio zaczynał powoli wpadać w panikę, tym bardziej, że nie miał telefonu do tego chłopaka, nie mógł się do niego w żaden sposób odezwać, zapytać, co się dzieje. Czy nie zakwalifikował się do tych zawodów? To mało prawdopodobne, bo był naprawdę bardzo dobry i zwykle Argentyna jednak wystawiała go w zawodach. Nie zawsze się spotykali, to oczywiste, ale w tych najważniejszych i największych tak. To bardzo dziwne, że go teraz nie było.
- Co się dzieje z de la Serną? - odważył się w końcu zapytać swojego trenera - Słyszał pan o nim? Dlaczego go nie ma?
- To chyba dobrze, że go nie ma, co? - trener uśmiechnął się szeroko - Bez niego masz większe szanse na wygraną.
- Nie interesuje mnie wygrana z cieniasami - odszczeknął chłopak, cedząc słowa przez zęby i czerwieniejąc na twarzy, ale wcale nie z powodu tego, że trener zasugerował coś takiego. Po prostu czuł, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok, jeśli nie dowie się, co się stało. Zignorował gwizdek, wzywający go na słupek - Co się z nim dzieje?
- Won na słupek.
- Gdzie. On. Jest?
- Ma kontuzję, wynoś się na swoje miejsce. Już!

-------------------------------------

- Jak to babcia nie żyje? - twarz chłopaka wydłużyła się i zbladła - Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej?
- Byłeś na zawodach, nie chciałam ci tego psuć. Nie było po co. Wróciłeś przecież dwa dni później. I tak nie mógłbyś się z nią pożegnać, bo odeszła szybko. To był atak serca.
Mama miała podkrążone i podpuchnięte oczy, widać było po niej, że przed chwilą płakała. Płakała później jeszcze długo, a jakiś czas później Sergio dowiedział się, że to ona znalazła swoją mamę w kuchni. Jego babcię, z którą mieszkali pod jednym dachem, od kiedy przeprowadzili się na tę wyspę.

-------------------------------------

Kiedy Sergio otworzył drzwi, spodziewał się zobaczyć za nimi Salazara, ale nie spodziewał się tego, co nastąpiło chwilę później. Poczuł na ustach smak jego warg i wpadł wgłąb pokoju hotelowego razem z rywalem, popchnięty przez niego. Ostatkiem przytomności, czując przyjemne i bardzo silne zawroty głowy, pchnął drzwi, które zatrzasnęły się za nimi. W tym momencie wszystko straciło dla niego znaczenie, cały świat przestał istnieć, byli tylko oni dwaj i to, że wreszcie się spotkali, mogli się zobaczyć, poczuć, że mogli... być razem, choćby tylko przez te kilka godzin przed zawodami. Powinni spać, odpoczywać, zbierać siły, ale... to nie było tej nocy najważniejsze. Zbyt długo się nie widzieli, a jedyne, ca co Sergio zdobył się podczas ich rozłąki, to zdobycie możliwości przesłania mu czekoladek z karteczką "Wracaj do zdrowia. I grubnij, żebyś nie miał szans ze mną wygrać". Nie podpisał się, ale był pewien, że chłopak będzie wiedział, od kogo to.

-------------------------------------

- Zerwij z nim.
- Co? - Sergio nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Jego manager patrzył na niego ostro, wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu, ale chłopak miał wrażenie, że to jakiś zły sen.
- Dobrze wiem, że jesteście parą. Nie możecie być. Nie możesz być z żadnym facetem, rozumiesz? Ludzie cię zeżrą, nie możesz być gejem. Nie - będąc jednym z czołowych pływaków, kandydatem na mistrza świata. Nie możesz. A już zwłaszcza nie możesz się prowadzać ze swoim największym rywalem.
-Nie jestem...! - zaczął chłopak, zrywając się z krzesła, ale poczuł się źle z tym, co usłyszał ze swoich ust, więc urwał, błyskawicznie rozważając wszelkie za i przeciw - Nie zerwę z nim. Nie ma mowy.
- Jest! I ty to zrobisz albo możesz się pożegnać z karierą sportową, rozumiesz, szczeniaku?! - manager wyglądał, jakby miał ochotę go teraz zagryźć.
- Nie ma takiej opcji!!! - Sergio też potrafił walczyć o swoje, potrafił być groźny.

-------------------------------------

Batalia między zawodnikiem i jego managerem trwała tygodniami, wreszcie jednak manager zagroził zerwaniem kontraktu i puszczenia Sergio z wilczym biletem. Utratą wszystkiego, co wypracował. Podobnie zresztą zadziałał manager Salazara - panowie kontaktowali się ze sobą i przeprowadzili w tym czasie wiele rozmów indywidualnych ze swoimi podopiecznymi, a także kilka wspólnych, we czwórkę. Ostatecznie rzeczywiście doprowadzili do tego, że zawodnicy rozeszli się, a świat Sergio rozpadł się na kawałki. Wycofał się z nadchodzących zawodów i zaszył w głębi swojego domu, nie będąc w stanie sobie z tym poradzić przez jakiś czas. Znów - po raz kolejny w ciągu swojego życia - czuł się, jakby umarł, jakby już nic na świecie nie istniało, a on oglądał go zza jakiejś paskudnie brudnej, grubej szyby, która nie pozwalała mu żyć. W końcu jednak został zmuszony do zebrania się w sobie, kolejnych zawodów, i jeszcze jednych, i następnych... Coś w nim wtedy umarło, nie potrafił się niczym naprawdę cieszyć, nie umiał brać udziału w treningach i zawodach całym sobą, jak do tej pory. Nadal był dobrym pływakiem, nadal zdobywał trofea, ale w jego oczach od tej pory tkwiła pustka, którą zresztą wielu dostrzegało. Była ona komentowana w prasie, dziennikarze i fani plotkowali, dywagowali, dlaczego tak się dzieje i co mogło tak wpłynąć na samopoczucie Martineza.

-------------------------------------

- Czyli znalazłeś sobie w końcu dziewczynę? - zapytał manager, rzucając przed niego jakiś plotkarski szmatławiec, z którego otwartych stron zerkały na niego zdjęcia jego samego, idącego za rękę z kobietą - Bardzo dobrze. Tak należy robić, tak należy żyć. Dobrze, że wybiłeś sobie w końcu z głowy tamte głupoty.
Sergio za wszelką cenę starał się dopasować, być takim, jak tego od niego oczekiwano. Uśmiechnął się połową ust na widok tych zdjęć; jego oczy ostatnio stały się nieco żywsze, jakby jaśniejsze. Lubił ją. Próbował pokochać.

-------------------------------------

- Patrz - kobieta wyciągnęła w jego stronę dłoń, w której coś trzymała. Sergio spojrzał w tym kierunku i zamarł. Dwie kreski. Dwie kreski na cholernym kawałku plastiku.
- Co...? - zdołał tylko wykrztusić, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Jego mózg nie przyjmował tego do wiadomości.
- Tak! Będziemy mieli dziecko! - dziewczyna wprost promieniała. Pływak patrzył na nią szeroko otwartymi oczami i poruszał bezgłośnie ustami, nie będąc w stanie wydobyć z siebie dźwięku.
- O, mój Boże... - powiedział wreszcie, a nogi się pod nim ugięły. Opadł ciężko na kanapę, nie bardzo wiedząc, co teraz właściwie czuje.

-------------------------------------

- Czy ty mnie jeszcze kochasz? - zapytała kobieta, patrząc na swojego partnera ze smutkiem - Ostatnio odsuwasz się ode mnie coraz bardziej i bardziej. Czuję, że jesteś gdzieś daleko ode mnie, coraz rzadziej mnie odwiedzasz mimo, że ciałem wciąż tu jesteś. Co się dzieje?
- Ja... - Sergio spojrzał na nią z bólem w oczach. Kochał ją. Kochał, naprawdę - ich syna też kochał - ale ostatnio coraz mocniej zdawał sobie sprawę, że nie w taki sposób, w jaki ona chciałaby być kochana. Nie tak, jak powinien ja kochać. Coraz częściej śnił mu się po nocach Salazar, a ostatnio zaczął go nawiedzać również za dnia. Jego serce znów napełniło się bólem podobnym do tamtego, który czuł po ich zerwaniu. Kiedy patrzył na Ricardo, biegającego wokół albo bawiącego się z matką, kiedy widział, jak ona układa go do snu, coraz trudniej było mu odepchnąć od siebie myśli, że to nie tak powinno wyglądać. To nie było jego życie, to było życie, które należało do kogoś, kogo on tylko udawał, ze szkodą zarówno dla siebie, jak i dla nich. Coraz trudniej było mu znieść myśl o tym, że to Salazar powinien być na jej miejscu, że chciałby, żeby to z nim był Ricardo wychowywany. Oczywiście nie zamierzał odbierać synka matce, ale kiedy zapytała go o jego smutek, uświadomił sobie że nie potrafi już udawać nawet przed sobą. Że dłużej tego nie wytrzyma.
- Ja jestem gejem - wykrztusił z siebie, patrząc jej w oczy i oczekując ciosu. Ten jednak nie nadszedł. Jej twarz tylko wydłużyła się, a kobieta po chwili opuścił a głowę i pokiwała nią ze zrozumieniem.
- Spodziewałam się tego. Od jakiegoś czasu.

-------------------------------------

- I jak wam się układa? - zapytał Salazar po długim milczeniu. Wpuścił Sergio do domu i od tego momentu właściwie milczał, wsadziwszy mu piwo w rękę i włączywszy jakiś film do wspólnego obejrzenia. Obaj byli spięci, chyba obaj nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć.
- Wam...? - Portorykańczyk się zdziwił: nie skojarzył od razu, że przecież gazety trąbiły o jego związku, o ciąży i w końcu o narodzinach Ricardo.
- No, wam. Czytałem w gazetach, że masz syna.
- A... - Sergio wbił wzrok w swoje palce, szukając odpowiednich słów - W ogóle.
- Co się stało?
- Rozeszliśmy się.
- Przykro mi.
- Bo jestem gejem.
Po raz kolejny zapadła między nimi długa cisza, którą wreszcie zdecydował się przerwać Sergio:
- Pozwolisz mi do siebie wrócić...?

-------------------------------------

- Zamieszkamy razem?
Pytanie Salazara było dość niespodziewane. Sergio zamrugał niepewnie - nie dlatego, że by tego nie chciał, tylko po prostu było to dla niego zaskoczeniem. Tym niemniej jego serce wykonało w piersi kilka fikołków, na twarzy pojawiły się rumieńce, a oczy mu rozbłysły.
- A gdzie chcesz zamieszkać?
- Nie wiem. A ty...?
- Hm... może... Nowy Orlean? Tam jest pięknie.
Martinez w ciągu swojego życia chyba zdążył się już przyzwyczaić do przeprowadzek: z Kanady do Puerto Rico, potem do Nowego Jorku po rozstaniu z Salazarem, do Argentyny (na chwilę, do de la Serny), a teraz znów do Stanów, tylko w cieplejsze miejsce. Za każdym razem było to dla niego trudne, bo nie znosił przenosin, ale z drugiej strony - stawały się one dla niego powoli chlebem powszednim. Nowy Orlean zaś zawsze wydawał mu się miejscem prawdziwie magicznym - podobnie, jak Londyn czy Barcelona - oraz czymś w rodzaju osobistego Świętego Graala: miejsca, gdzie chciałby kiedyś zapuścić korzenie, przynajmniej na jakiś czas. Do kolejnego przesadzania z doniczki do doniczki.

-------------------------------------

Sergio przystanął przy witrynie kioskowej, patrząc na zdjęcie przedstawiające go z Salazarem. Twarz mu stężała, brwi lekko się zmarszczyły, ale nic nie mówił. Stał tylko i patrzył, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie. Buzowało w nim dużo emocji odnośnie tego, że gazety ostatnio znów zaczęły się o nim rozpisywać: że wyraźnie zaprzyjaźnił się ze swoim rywalem, że to dziwne, że ciekawe, dlaczego. Szmatławce zaczęły sugerować, że może zaczną sobie pomagać w wodzie i że z tej przyjaźni nie może wyniknąć nic dobrego. Martinez skrzywił się, czytając tytuł: "Czy ta przyjaźń oznacza koniec ich kariery pływackiej?" Inne plotkarskie czasopismo zastanawiało się, czy przypadkiem Salazar nie liczy na coś więcej od "przystojnego Portorykańczyka", bo przecież kilka lat temu bywał widywany w gejowskich klubach. Takie rzeczy tym bardziej utwierdziły Sergio w przekonaniu, że dobrze robią, nie okazując sobie uczuć gdziekolwiek poza domem: była połowa lat dziewięćdziesiątych, społeczność LGBT była coraz bardziej widoczna, co wiązało się jednoznacznie z coraz większym zamordyzmem i ostracyzmem społecznym wobec osób nieheteronormatywnych. Wiele tabloidów zarówno tych kilka lat temu, jak i teraz pławiło się w domniemywaniu, czy Salazar nie ma przypadkiem HIV i czy w związku z tym nie zarazi "biednego Sergio, który najwyraźniej dał się omotać i zindoktrynować homoseksualiście".
Martinez miał ochotę splunąć w szybę kiosku, ale ostatecznie odwrócił się tylko na pięcie i odszedł.

-------------------------------------

- Dlaczego chciałby pan uzyskać licencję na wykonywanie zawodu psychologa w Kanadzie? - egzaminator spojrzał na Sergio surowo sponad okularów z dużymi, grubymi szkłami.
- Ponieważ jestem obywatelem tego kraju, urodziłem się tu i biorę pod uwagę możliwość, że zechcę tu wrócić. Po przejściu na emeryturę sportową ukończyłem studia doktoranckie w USA na uczelni akredytowanej przez Canadian Psychological Association, co, jak się dowiedziałem, daje mi możliwość uzyskania licencji tu, w Kanadzie ze względu na bardzo zbliżony tok nauczania - trzydziestodziewięcioletni Martinez wyprostował się i przygładził poły marynarki, poprawiając swoje okulary. Mówił z bardzo mądrą miną, wyszukując jak najbardziej kwieciste słowa - Odbyłem również konieczny staż kliniczny w Stanach Zjednoczonych oraz zdałem egzamin z praktyki zawodowej. Wszystko to mam, rzecz jasna, udokumentowane w odpowiedni sposób, co mogą panowie sprawdzić w przedłożonej teczce.
Przy stole komisyjnym rozpoczęło się kartkowanie papierów i mądre kiwanie głowami.
- Obecnie chciałbym przed państwem zdać egzamin ze znajomości prawa i etyki zawodowej w Ontario, ponieważ to tu chciałbym się w przyszłości przeprowadzić i wykonywać zawód psychologa.

-------------------------------------

Sergio denerwował się tym wydarzeniem już od tygodni - nie dlatego, żeby wątpił w miłość Salazara czy dlatego, że obawiał się odrzucenia (nie po prawie trzydziestu wspólnych latach), ale dlatego, że tym razem to nie miało się skończyć tylko na rozmowach o "kiedyś, jeśli nam pozwolą za naszego życia". Tym razem to miało być prawdziwe, prowadzące do realnego celu, mające możliwość spełnienia.
Pod pretekstem rocznicy pierwszego razu, kiedy zobaczyli się na treningu, kiedy jeden miał piętnaście, a drugi szesnaście lat; Sergio zabrał Salazara na wieczorny rejs statkiem po Missisipi. Oczywiście, że de la Serna widział po nim zdenerwowanie, ale Martinez wymawiał się nie najlepszym zdrowiem: twierdził, że chyba coś go bierze, ale przecież nie przełożą rejsu, skoro to miała być rocznica.
W pewnym momencie wreszcie zebrał się w sobie, wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełeczko i uklęknął przed swoim ukochanym, patrząc mu w oczy i drżąc na całym ciele.
- Salazarze de la Serna - zaczął nieco łamiącym się ze zdenerwowania głosem - Czy teraz, skoro już mamy taką możliwość, skoro w końcu Luizjana przyznała nam prawo do istnienia, do miłości i do tego, żebyśmy mogli żyć tak, jak od stuleci mogą żyć ludzie kochający osoby innej płci... Czy zgodzisz się zostać moim mężem?

-------------------------------------

on żyje
Sergio wpatrywał się w wyświetlacz swojego telefonu, nie bardzo wiedząc, do czego przypiąć tę wiadomość i jak ją rozumieć.
Salazar, zamieniłeś się we Frankensteina? ;) nie wiedziałem, że mamy jakąś wieżę, na której zszywasz trupy, żeby je ożywić :D
moj brat - odpowiedź nadeszła niemal natychmiast - on jednak żyje. nie zginął te półtora roku temu. Jadę do kanady
Martinez zbladł. I ruszył za nim.

Ciekawostki
[*] ma podwójne obywatelstwo: kanadyjskie i amerykańskie
[*] starał się możliwie aktywnie uczestniczyć w życiu syna: odwiedzał go, a gdy matka na to pozwalała, zabierał do siebie na jakiś czas
[*] nie ma pojęcia o złodziejskich korzeniach swojego męża
zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
-
Zgody MG
poziom ingerencji
wysoki
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
tak, ale proszę o ustalenie tego ze mną
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
jak wyżej
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
nie
zgoda na utratę posady postaci
nie
Ostatnio zmieniony sob lut 28, 2026 6:18 am przez Sergio Martinez, łącznie zmieniany 3 razy.
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
0 y/o
Prepare to be a seasoned local
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Witamy na forum Sergio Martinez
Dobra wiadomość – Twoja karta postaci została zaakceptowana i możemy powitać Cię po tej stronie kanadyjskiej granicy! Przypominamy, że na rozpoczęcie rozgrywki masz 7 dni! W temacie kto zagra? możesz znaleźć użytkowników, którzy chętnie Ci w tym pomogą. Jednocześnie zachęcamy do założenia relacji, kalendarza i informatora. Powodzenia w Toronto!
0 y/o
Prepare to be a seasoned local
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

ZDOBYTE TROFEA
ZDOBYTE NAGRODY


WYKORZYSTANE




Zablokowany

Wróć do „gentlemen”