
Time, curious time. Gave me no compasses, gave me no signs
Mimo, iż nie było dramatyczne; młodzieńcze, a wręcz dziecięce lata Clarka przypominały krajobraz malujący się na lekko nadszarpniętej zębem czasu, starej fotografii; niegdyś intensywny, ciepły, niemal sielski, lecz równocześnie prześwietlony i nieprecyzyjny, jak gdyby klisza trafiła w wyjątkowo niewprawione dłonie. Choć pozornie dorastał w dostatku, jego dzieciństwo dalekie było od sielanki znanej z filmów familijnych. Jednak z boku, jak na wspomnianej już fotografii- wszystko zdawało się być w porządku. Kochający się rodzice, szczęśliwe dzieciaki i mały biały domek na obrzeżach Toronto, który pachniał kawą z mlekiem, świeżo porąbanym do kominka drewnem. Ostatnie chwile przed tragedią. Ostatnie chwile przed rozwodem. Jednak, mimo iż rodzice byli wtedy jeszcze razem, nawet wtedy Clark potrafił wyczuć, kiedy ich spojrzenia były zbyt ciche, a gesty zbyt ostentacyjne.
Jego młodsza siostra pojawiła się, gdy miał siedem lat. Byłą drobna jak kolorowy liść kołyszący się na intensywnym, jesiennym wietrze. Liść, który z trudem utrzymuje się na gałęzi, zbyt słabo by nacieszyć się paletą jego barw. Mówiła przez sen i była najlepszą siostrą, jaką mógł sobie wymarzyć. Wtedy, w tej jednej chwili, Clark; jeszcze jako mały chłopiec; został starszym bratem, strażnikiem drzwi, przez które przeciekały kłótnie. Uczył się, że dzieci czasem szybciej rozumieją życie, niż dorośli mają odwagę przyznać się od swoich błędów. Siostra natomiast była delikatna, jakby zrobiona z podmuchu wiatru, a on stał przy niej jak cień, zawsze o krok za nią, gotów złapać, gdy świat zrobi się zbyt okrutny.
Z czasem wszystko nabrało coraz większego, bardziej dramatycznego rozpędu. Ojciec rodzeństwa potrafił rozśmieszać ich jak nikt inny, póki z czasem nie zamilkł na dobre. Natomiast matka, której ramiona były dl nich bezpieczną przystanią, teraz nie miała siły na empatyczne gesty. Rozwód był procesem, nie decyzją. Zaczynał się od cichych kolacji i osobnych kompletów pościeli w małżeńskiej sypialni potem przyszły półprawdy i wzajemne unikanie się, gdy tylko nadarzyła się okazja. Clark miał osiemnaście lat, gdy ojciec zniknął z ich życia niczym kreda zmyta przez deszcz z podjazdu domu Państwa Stanwyck Zniknęły dziecięcej malunki, zniknęła młodzieńcza beztroska. Matka została z córką. Clark został z pytaniami.
Nie płakał. Nie chciał i nie potrafił. Wolał liczyć; oddechy siostry, kroki po schodach, tyknięcia zegara. To był jego sposób na przetrwanie. Układał świat na nowo z precyzją i logiką. Z czasem odkrył w sobie jakże cenną zdolność do obserwowania. Wiedział, kiedy młodsza siostra udaje, że wszystko gra, i kiedy potrzebuje, by po prostu usiadł obok. Bez słów. Bez rad.
W głębi duszy czuł jednak, że wszystko, co robi, to próba utrzymania ich małego świata w jednym kawałku. Jakby każdy jego gest był mechanizmem w zegarku, który mógł się rozpaść, gdyby choć raz zawahał się lub zrobił krok w tył. A może po prostu nie chciał, by ona dorastała z tym samym chłodem w oczach, który sam już nosił w sobie od lat.