—
Spróbuj - rzucił niczym wyzwanie, obserwując, jak zadzierała brodę, by okazać swoją wyższość. Wyglądało to dość słodko, kiedy tak próbowała udowodnić mu, jaka była ważna. A może to sobie próbowała właśnie coś udowodnić? Ciężko było mu to stwierdzić. -
Daj spokój, jesteś tak groźna, jak Twoja Koko. - Czyli wcale, biorąc pod uwagę fakt, że suczka łasiła się do obcych, zamiast bronić Pańci przed przystojnym nieznajomym, który zawiesił na nią oko. Czym innym był jego Arnie, który przynajmniej swoją postawą sprawiał odpowiednio niepokojące wrażenie. Wystarczyło jego warknięcie, żeby wystraszyć każdego kota. Ethan jak chciał, też potrafił pokazać, kto tu rządzi, ale on nie musiał oznaczać terenu, co chyba stanowiło dla Charity problem.
—
Czyli umiesz przetrwać w dziczy? A już myślałem, że do tego również potrzebujesz sztabu ludzi. - Starała się sprawiać wrażenie wojowniczej i niezależnej kobiety, a jednak po jej zachowaniu był w stanie przypuszczać, że wolała dyrygować innymi, niż samej pobrudzić rączki. Do takich wniosków częściowo doprowadziła go wcześniejsza groźba wezwania prawnika i ochroniarza. Dlatego też skłonił ją do samodzielnej próby odebrania psa, by zobaczyć jej zmagania. Ciekawiło go, czy słowa potrafiła zamienić w czyny? -
Nigdy nie mów nigdy - beztrosko wzruszył ramionami. Im bardziej się upierała, tym bardziej chciał jej udowodnić, że mogła się mylić. Zmiana jej tonu na bardziej władczy nic nie zmieniła. On nie był jakąś podrzędną Anne, która przyzwyczaiła się do słuchania rozkazów. Charity nie miała nad nim żadnej władzy, choć próbowała ją na nim wymusić. Gdy wspomniała o jego niezaspokojonym ego, nieco się skrzywił. -
Znam znacznie przyjemniejszą formę zaspokojenia - wyznał tajemniczo, przyglądając się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Również mogłaby ją poznać. Może wtedy stałaby się nieco milsza?
—
Uznam to za komplement - mrugnął do niej łobuzersko. Zauważył to nieznaczne zawahanie. A może to tylko drobne chwile, by złapać oddech w trakcie walki o Koko? Jaka ta kobieta była uparta! Aż przez głowę Ethana przemknęła myśl, że niektóre słowa wyrzuciła ze swojego słownika, skoro tak ciężko przechodziły jej przez gardło. To tylko bardziej zmotywowało go do wymuszenia na niej grzeczności.
Jej krzyk zadźwięczał mu w uszach, powodując lekki grymas. Mimo to nie puścił jej, mając świadomość własnej przewagi. Nie bez powodu dbał o siebie, codziennie biegał i ćwiczył na siłowni dwa razy w tygodniu. A w ostatnim czasie, kiedy miał więcej wolnego czasu, robił to nawet częściej. Nie miała z nim szans.
—
Wszystko zawsze musi być po Twojej myśli? - zdążył jeszcze zapytać, choć znał odpowiedź na to pytanie. Swoim małym pokazem siły dowodził, że jednak nie na wszystko miała wpływ. A mogło się to skończyć całkiem inaczej, bo wydawało mu się, że kiedy znaleźli się tak blisko siebie, na tę jedną krótką chwilę wytworzyło się między nimi napięcie, którego nie sposób było zignorować. Charity miała w sobie ogień i znał idealny sposób, jak mogłaby go wykorzystać.
W ostatniej chwili odsunął swoją głowę, żeby uniknąć kolejnego uderzenia i aż uśmiechnął się sam do siebie. Mała wojownicza księżniczka. -
Mogę tak cały dzień - rzucił wymownie, wciąż czekając na jedyny słuszny krok, który mógł zakończyć całą tą komiczną sytuację. I doczekał się.
Kiedy przekrzywiła głowę w jego stronę i wypowiedziała magiczne słowo z pełną kapitulacją i niechęcią, w jej oczach dostrzegł mieszaninę dziwnych uczuć. Musiał też przyznać przed samym sobą, że z bliska wydawała się jeszcze ładniejsza, ale to jej wzrok na moment go zafrapował. I mógłby pokusić się o to, że nazywanie go złodziejem jej nie pomagało, ale nie miało to już sensu. -
Ależ oczywiście, proszę - powiedział i niechętnie, ale w końcu ją puścił, by zaraz na pożegnanie ostatni raz pogłaskać psa i wręczyć jej szelki. -
Widzisz, to wcale nie było takie trudne - uśmiechnął się jeszcze pod nosem, patrząc, jak Charity z ulgą wita się z Koko. Rzeczywiście psina musiała być dla niej ważna. -
Niemniej czuję się zobowiązany sprawdzić niedługo, co z Koko. Nie martw się, już znam numer. - Puścił dziewczynie oczko, zanim odwrócił się w stronę, z której przyszedł. Miał pamięć do szczegółów, między innymi przez to skończył studia z wyróżnieniem, więc zapamiętanie rzędu cyfr z obroży przyszło mu bez żadnego trudu. Teraz tylko pozostało mu je zapisać. Przy czym nie wątpił, że prędzej czy później się do niej odezwie.
Cherry Marshall
KONIEC
