W ostatnich tygodniach... W ostatnich miesiącach, niemal każdego wieczora blondyn stawał przed tym samym
Spotkania grupy wsparcia stanowiłyby pewnie dobrą alternatywę dla dwóch rodzajów jego samotności - gdyby tylko się postarał, i włożył jakiś wysiłek w otwieranie się na innych ludzi, w znajomej, nieco dusznawej salce mógłby przecież przynajmniej znaleźć trochę zrozumienia i zwyczajnej, ludzkiej empatii. Moreau za bardzo jednak lubił wierzyć, że nie potrzebuje współczucia i niczyjej pomocy, by na sesje w przychodni uczęszczać tak regularnie, jak było to zapewne w jako przypadku wskazane.
Dzisiejszego wieczora to, czy udać się na grupę, czy też pod zupełnie inny adres, okazało się być jakimś rodzajem dylematu. Starając się rozprężyć wyczerpane długą sesją na siłowni ciało w gorącej kąpieli, Lazare ważył w myślach obydwie opcje, długo nie mogąc zdecydować co byłoby lepszym taktycznym zagraniem. Gdyby pojawił się na grupowej sesji, spotkanie z Marą byłoby niemal gwarantowane - no chyba, że po ich ostatniej interakcji, rudowłosa terapeutka poddała swoje etyczne wartości takim wątpliwościom, że ostatecznie zrezygnowała z zawodu z dnia na dzień. Tego się jednak raczej nie spodziewał. Opuszczenie grupy wzmagało poczucie suspensu, dając mu - miał przynajmniej taką nadzieję, jakkolwiek płonną - jakiś rodzaj przewagi. Miło było pomyśleć, że nie dostrzegłszy go na terapii, Mara choćby na moment zastanowiłaby się, co było przyczyną jego nieobecności. I kto wie, może nawet, gdyby Moreau dopisała odrobina szczęścia, zwiększyłoby to kobiecą motywację, by dołączyć do niego w barze.
Dodatkowych rozterek dodawał jeszcze Lazare fakt, że Mara nie dała mu jednoznacznej odpowiedzi. Jak można było się spodziewać, tym bardziej zwiększyło to jego ciekawość i niecierpliwość. Jeśli robiła to celowo, to popisywała się właśnie szczególnym rodzajem psychologicznej wirtuozerii - zadziałało. Lazare nie przestał wracać do niej myślami dokładnie od tygodnia.
Gdy w końcu zdecydował, co zrobi, sprawy potoczyły się szybko - wystarczyło pół godziny, by zdążył ubrać się w nieco bardziej wyjściowy zestaw ubrań niż te, które zakładał na spotkania grupy, zamówić taksówkę, i wyjść z mieszkania. Chyba zapomniał z tego wszystkiego o jedzeniu, ale były przecież w życiu rzeczy ważne, i ważniejsze.
W Poor Romeo - lokalu, który lubił z więcej niż jednej przyczyny, ale przede wszystkim ze względu na nazwę - pojawił się jeszcze zanim bar wypełnił się zwyczajowym, wieczornym tłumem, znajdując miejsce przy barowej ladzie. W ciemnych, prasowanych w kant spodniach i gołębio-szarej koszuli, o dwa tony jaśniejszej niż barwa jego tęczówek, ściągnął ku sobie kilka spojrzeń, ale udało mu się je skutecznie zignorować. Zamówił Manhattan - bezpieczne rozwiązanie jak na to, że nie zamierzał się dziś samotnie upić, ale w razie potrzeby zawsze mógł zmienić plan, i poprawić drinka kilkoma kolejnymi, i usadowiwszy się w końcu na wysokim stołku, robił jedyne, co mu pozostało.
Czekał.
Mara Lakefield