24 y/o
For good luck!
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Jak dotąd Lian spotkał się z różnymi określeniami; nazywano go różnie - zeszłego wieczora był nawet Jebanym Grajkiem - ponadto wizerunkowo bliżej mu było raczej do tego drugiego bieguna, stąd wybór Daniela wywabił z niego ciche, ubawione prychnięcie. Przetarł sobie palcami prawe oko, wymruczał coś niewyraźnie i przez chwilę również przyglądał się różowemu trójkącikowi, który Moore połknął jak ostatnią deskę ratunku.
Ja cię nosić nie będę, więc no chyba będziesz 一 skwitował krótko, choć nie do końca szczerze. Był więcej niż pewny, że gdyby było trzeba zaniósłby go na drugi koniec miasta, o ile wcześniej zmęczenie nie obrałoby go z tej funkcjonalności. Na razie konsekwentnie rozpoznawał spore ubytki w zastosowaniach dla samego siebie i głęboko go te spostrzeżenia rozczarowywały, choć nie zaskakiwały.
Masz migreny? Jak często? 一 Poznał co najmniej kilka osób, które cyklicznie skarżyły się na bóle głowy, w tym matkę, dla której ćmienie w skroniach było ulubioną wymówką w sytuacjach, w jakich dla odmiany to ona mogłaby się czemuś przysłużyć. Lian zawsze wiedział, rozpoznawał ten dramatyczny wstęp w postaci powietrza wciąganego donośnie nosem, znajoma klamerka palców na nasadzie nosa zapowiadała spodziewane rozwinięcie i na sam koniec padało zwykle to samo: „ach, gdyby tylko nie ta głowa...!“ co oznaczało ni mniej ni więcej jak to, że niezależnie od rodzaju i rangi prośby, należało pogodzić się z odmową. Z drugiej strony, odmowa wyrażana w tak pośredni i niedotykający sedna przedstawianego problemu sposób drażniła go jeszcze bardziej; wolałby już usłyszeć pełne przekonania, konkretne „nie“ niż przyjmować taką marginalizację. W ostatnim czasie te matczyne uniki albo irytowały go tak, jak irytować mogła obijająca się o klosz lampy ćma, częściej w ogóle nie robiło to na nim wrażenia, choć nie zawsze tak było. Pamiętał, że kiedyś ta uporczywa tendencja do omijania wszystkiego, co nie wpisywało się w narrację i plan dotkliwie bolała.
Słowo Imitrex w zestawieniu z dość dojrzałym jak na wiek zapewnieniem o sięganiu po lek dopiero w akcie ostatecznej konieczności zmył jednak początkową, bardzo powierzchowną ocenę, a sam Lian spojrzał na niego trochę tak, jakby oczekiwał, że dla potwierdzenia z tyłu głowy wyrośnie mu metka z napisem „migrena.“
Alkohol zazwyczaj nie pomaga 一 podrzucił enigmatycznie, choć w tym jednym akurat miał pewność. 一 Nigdy nie miałem migreny, ale poznałem kiedyś dziewczynę z tym... zespół Hortona?
Nie napomknął, że znajomość nawiązała się w jednej z klinik, tej w Los Angeles, gdzie poza hojnym, farmakologicznym nawożeniem dostawali na śniadanie obrzydliwe smoothie w ramach detoksu, a dwa razy w tygodniu gość wyglądający na neo-hipisa prowadził kretyńskie warsztaty jogi.
Poza tym znam co najmniej tuzin takich, dla których byle ciśnieniówka urasta do rangi migreny i końca świata, ale tacy nie chodzą z disneyowskimi pudełeczkami na leki upchniętymi asekuracyjnie po kieszeniach.
O wiele prościej, co ciekawe, prowadziło mu się rozmowy gdy plątał się na granicy stanów kataleptycznych, bo zmęczenie widocznie dezaktywowało kilka nawykowo zakładanych filtrów i pozwalało mu wyrzucić z siebie więcej niż kilka słów na krzyż. Nie zawsze składnie, nie do końca oszczędnie na tyle, na ile mógłby sobie tego życzyć w lepszej kondycji, częściej na minus niż plus dla rozmówcy, bo poza ascetycznym podejściem do dzielenia się przemyśleniami u Liana wyostrzała się szczerość. Mógł zatem nie do końca świadomie rozdawać jak zbędny kwiatek do bukietu swoje uwagi, orientując się dopiero po paru godzinach czy nawet dniach - jak już porządnie odespał - ale jak dotąd nie zdarzyło się, by wraz z uświadomieniem przyszła refleksja w postaci skruchy. Większość osób z jakimi podzielił się swoim niewypiłowanym dla gładkości przekazu wrażeniem na ich temat zasługiwała na odrobinę prawdy bez jej pudrowania, nawet wtedy, gdy unosili się dumą i zaczynali kąsać w impulsywnym responsie.
I tak radzisz sobie całkiem nieźle jak na pierwszy raz 一 zauważył, gdy miseczka z niedojedzonym jogurtem została odepchnięta na bok, a Daniel podjął decyzję o krótkim spacerze na taras. 一 Trzymaj, sypniesz im trochę to przypłyną po więcej.
Emaliowany kubek z kolorową paszą został mu wręczony przed progiem, gdy Lian w potrzebie wolnych obu dłoni nie miał co z nim zrobić. Kliknięcie w zamku uprzedziło zaraz nadejście fali chłodnego, rześkiego powietrza i granica pomiędzy kuchnią a ogrodem zatarła się w progu.
Drewniany podest wgryzający się w lustrzaną połać oczka wodnego z prawej strony zarastały wysokie, puchate trawy pampasowe, które Lian obiecywał sobie od tygodnia schludnie przyciąć i podwiązać przed zimą, natomiast z lewej strony można było podejść kawałek dalej, prosto w trawę i jeszcze niewytyczoną ścieżkę w kępę piwonii zimujących na rabacie oraz kilku niewyraźnych przez poranne zamglenie drzew.
O tej porze wszystko było tak nierealnie ciche i zawieszone w pustce, że wydawało się jakby ogród wymknął się przez noc spod jakichkolwiek ram czasowych, wybierając wygodną, przyjazną stagnację.
To nie ja wczoraj przegiąłem z alkoholem, więc tak, jest... jest okay 一 upłycił odpowiedź, jednocześnie reagując i podnosząc tren z koca w porę, zanim zaplątał się w mechanizm u progu przesuwnych, szklanych drzwi i Daniel udusiłby się swoją nową peleryną. 一 Ale ujmująca troska, aż nie wiem co powiedzieć. 一 Uśmiechnął się do niego blado, wyraźnie wyzłośliwiając się dla własnego komfortu, bo chyba nie miał pojęcia jak prawidłowo zareagować na pytanie zadane z pobudek szlachetniejszych od zwyczajowej, niewymagającej szczerości kurtuazji.
Z rękami zaplecionymi ciasno na piersi, jako że chłód był tym dotkliwszy im bardziej zanurzony w wilgoci, Lian przystanął na brzegu tarasu i spojrzał w przejrzysty ekran wody pod powierzchnią której plątała się gęstwina kłączy lotosów, a ich płaskie, parasolkowate liście wychylały się ponad toń. Kątem oka dostrzegł kilka pomarańczowo-białych karpi pływających w okolicach szumiącej cicho, sztucznej kaskady niestrudzenie wypychającej wodę małym wodospadem, po tym jak zamkniętym obiegiem oczyszczał ją schowany w piramidce kamieni filtr.
Sypnij im garść, to przypłyną. To podobno przynosi szczęście i... aha, opowiedz mi o tych migrenach, tylko daj mi moment, wrócę po kawę.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chętnie, jeśli odrobinę po skosie, podreptał za nim do drzwi prowadzących na ogród, przy okazji czując się jakby odkrywał sekretne lokalizacje w grze, którą przechodził od deski do deski już wielokrotnie - chociaż mieszkał w tym miejscu od prawie dziesięciu lat i był to jedyny dom jaki znał, nigdy nie miał okazji znaleźć się po tej stronie płotu i zobaczyć okolicy z tej perspektywy. Ściskając w dłoni zaoferowany kubek z karmą dla ryb, wyszedł na chłodne, poranne powietrze i odetchnął głębiej, gdy to przyjemnie objęło jego niekomfortowo rozgrzaną skórę na szyi, policzkach i czole odkrytym dzięki zafundowanej przez Liana fryzurze.
- Jak tu ślicznie - przyznał na widok niewielkiego zbiornika wodnego i otaczającej go roślinności, pod wrażeniem malowniczości i aranżacji skrawka zieleni. Miał wrażenie, że jakby miał coś takiego za domem, spędzałby tam całe dnie z książką i kubkiem gorącej czekolady, nawet jakby miał sobie przy okazji odmrozić tyłek. Poszedł bliżej krańca tarasu i na tyle starczyło mu energii zanim przytrute mięśnie zaczęły domagać się odpoczynku, więc przysiadł na deskach, krzyżując pod sobą nogi. Już sam ten ruch starczył by ponownie zakręciło mu się w głowie, przez co po wrzuceniu garści kuleczek w taflę wody wpatrywał się w nią w bezruchu przez dłuższą chwilę by ponownie oswoić się ze zmianą pozycji. I chociaż czuł się okropnie, kolorowe kształty podpływające bliżej na śniadanie dały radę wciągnąć mu na twarz uradowany uśmiech. Obdarował nim także Mei'a, gdy ten wrócił ze swoją kawą.
- Jak się nazywają? - dopytał, wskazując palcem na wodę by wyjaśnić o co mu chodziło, po czym przechylił się w przód, by trochę lepiej się im przyjrzeć. - I mówiłeś, że karmienie ich przynosi szczęście..? - podłapał temat, który ten zaczął i urwał w trakcie, przy okazji podnosząc w jego stronę emaliowany kubek w ofercie podzielenia się tym potencjalnym szczęściem. Pomimo bardzo przyjemnego rozproszenia, nie zapomniał o temacie, jakim ten najwyraźniej był zainteresowany bardziej niż Daniel by się spodziewał. Zwykle ludzie tracili ten pierwiastek ciekawości zarówno jego stanem zdrowia, jak i zawartością jego wesołego pudełeczka, w momencie, gdy okazywała się ona wyłącznie tryptanami zamiast bardziej ekscytujących leków na receptę.
- A głowa boli mnie... hm, co drugi, trzeci dzień? Czasem częściej, czasem rzadziej, nie ma zasady. Da się przyzwyczaić, czasem to przesypiam po prostu, a...albo zimne kompresy też pomagają. Przykładowo w tej chwili ta woda wygląda bardzo kusząco - przyznał, łagodnie przechylając się jeszcze trochę, jakby realnie rozważał wpadnięcie w stawek głową w dół i przywitanie się z karpiami na ich poziomie. - I to chyba od wstrząśnienia mózgu, ciężko stwierdzić, była szansa, że mi przejdzie po kilku miesiącach czy latach, ale raczej... no, raczej ze mną zostanie, ni-nie spodziewam się już, że... Ale przynajmniej się nie pogarsza - podrzucił swój pozytywny pogląd na tę sytuację, bo o ile zdecydowanie wolałby nie iść przez życie z ryzykiem zamachu ze strony własnej głowy o każdej porze dnia i nocy, wszystko to było dla niego już znajome i umiał sobie z tym radzić. Czasem farmakologicznie, czasem nie, przy słabszych atakach zaciskał zęby i szedł przez dzień trochę przygaszony, ale koniec końców miał świadomość, że zawsze mogło być gorzej. Pomijając oczywisty najczarniejszy scenariusz wypadku, po drodze było wiele innych komplikacji, które jakimś cudem ominął i został z pudełeczkiem leków w malowane konie. Koniec końców była to ta lepsza opcja. - Sły-słyszałem, że klasterowe też są okropne, nie zazdroszczę i... Och, czekaj, chcesz..? - mruknął, po rzuceniu okiem w stronę Liana zwracając uwagę na mowę jego ciała sugerującą, że raczej było mu zimno. Nic dziwnego, jesień w tych rejonach potrafiła bardziej przypominać zimę, a ten wyszedł na zewnątrz bez dodatkowych warstw wierzchnich. Daniel odstawił kubek z karmą między skrzyżowane nogi by zwolnić ręce, przemanewrował przydługim kocem i, zamiast robić z niego pelerynę, poniósł dłuższy brzeg by zaoferować mężczyźnie miejsce pod ciepłym materiałem.

Lian Mei
24 y/o
For good luck!
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Pielęgnowanie ogrodu było jego wersją osobistej pracy nad samym sobą oraz terapii, biegnącej równolegle do tej, która zajmowała jego czwartkowe popołudnia. Piąte przez dziesiąte pamiętał babcię podczas jednej z bardzo niewielu wizyt w Pekinie, twierdzącą między innymi, że każdego człowieka ciągnie do ziemi, bo z wiekiem zapuszcza w niej korzenie. Lian co prawda nie rozumiał tego jako cienki jak szczypiorek sześciolatek, dopiero teraz docierało do niego, że przynajmniej część pustki jaka w nim zamieszkała była rezultatem braku swojego miejsca.
Możliwość bezkompromisowego kształtowania małego ogródka na tyłach domu z ciemną dachówką w deszczowym Toronto początkowo nie wróżyła wielkich zmian - albo Mei nie dostrzegł ich od razu. Zaczęło się od jednego z pierwszych poranków w kuchni, z okna której bezrefleksyjnie przyglądał się samotnej sosence białokorej otoczonej przez irytująco nijaki, bezpłciowy trawnik. Coś w tym widoku uwierało go im dłużej patrzył, nie był w stanie stwierdzić jednoznacznie co, więc zapercypował, że chodziło o tą żałosną zabiedzoną murawę.
Więc następnego dnia zażyczył sobie by przekopano ją pod oczko wodne.
Taras kładli mu przez tydzień, sam wybrał deski, a wieczorem kiedy nie mógł skupić się na pracy zapędził się na pierwszą stronę z cebulkami kwiatowymi i kłączami, na jakiej utknął na dobre kilka godzin. Dobieranie roślin na oko i dorzucanie ich do koszyka okazało się być wyjątkowo absorbującym zajęciem, pochłaniającym uwagę dość, by większość nocy umknęła mu niepostrzeżenie i kiedy się zorientował, słońce nieśmiało wędrowało mu już przez parkiet w salonie.
Ciche „jak tu ślicznie“ złapało go w drodze po kawę, rozbudziło podobny rodzaj dumy do tej, która zazwyczaj towarzyszyła mu po udanym koncercie i może dlatego z kuchni wrócił z jakąś nową dawką entuzjazmu.
Myśl o tym, że to, co stworzył własnym siłami i kilkoma bardzo spontanicznymi pomysłami mogło się podobać była czymś zupełnie nowym.
To akurat łatwo zapamiętać. January, February, March, April, May, June i July. Może kiedyś doczekają się pozostałej części, na razie chciałem sprawdzić, czy w ogóle się zadomowią. Jeżeli nie padną do przyszłego miesiąca to będzie oznaczało, że tak, przynoszą szczęście.
Racjonalne podejście do zaimprowizowanego chowu karpi nie przesłoniło jednak w całości sentymentu; przyzwyczaił się już do widoku pstrokacizny w wodzie, nie chciałby się z nim rozstawać.
Zbliżający się do ust kubek z kawą zatrzymał się w połowie drogi, Mei opuścił rękę i spojrzał z mocno ściągniętymi brwiami na dzieciaka owiniętego kocem jak poczwarka.

Chcesz mi powiedzieć, że... i masz to od kiedy? 一 dopytał nie wiedząc już co w tej informacji wprawiło go w głębszą konsternację. Ścisnął mocniej swój kubek, przycisnął ramiona do piersi w prowizorycznym przeplocie i na krótko odwrócił wzrok w kierunku ryb, które zgromadziły się przy tarasie w miejscu, w którym pochylał się właśnie Daniel. Ledwie przemielił pierwszy szok, a Moore podrzucił mu kolejny materiał do przerobienia, na co Lian z powrotem spojrzał na niego w taki sposób jakby spodziewał się, że za chwilę zdematerializuje mu się w ogrodzie. 一 Miałeś wstrząs mózgu? Dawno temu?
Na ogół nie miał w zwyczaju indagować tak dociekliwie, ale Daniel zdawał się już podlegać pod inną kategorię i raz w niej zorganizowany nie chciał dać się przesunąć w żadną stronę. Lian mógł jedynie przeżywać wewnętrznie tę rozterkę i pieklić się po cichu, że akurat teraz i akurat on.

Podobno, ale o ile dobrze pamiętam, klasterowe nie mają takiej częstotliwości. I mówisz, że kompresy pomagają? Nie ma na to lepszego sposobu, jakiegoś... hmm, sam nie wiem. Więc jesteś ty i twoje magiczne pudełko z Imitrexem kontra świat? I... a nie, dzięki. Postoję, dobrze mi to zrobi.
Chociaż po prawdzie, Lian miał w tym momencie przemożną ochotę wpełznąć pod koc nie ze względu na ciepło, a ze względu na samego Daniela, z którym gdyby usiadł jak mu proponowano, zapewne stykałby się przynajmniej łokciem. Nie wątpił, że byłoby to przyjemne i o wiele prostsze, jeśli zamiast pojedynkować się sam ze sobą po prostu przyjąłby ofertę jak normalny człowiek.
Ryby musiały być głodne, bo niespokojnie pluskały od czasu do czasu wierzgnięciami mocnych grzbietów rozsiewając przy tym kropelki wody na taras i koc. W czasie ich rozmowy pod deskami tarasu zebrał się ich pełen komplet, wszystkie siedem karpi, z czego każdy zdawał się obserwować Daniela łakomie, jakby i jego miały zamiar zjeść, jeżeli nie pospieszyłby się z sypnięciem paszy.

Uważaj, chlapią.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przechylając głowę pod kątem, uśmiechnął się z lekka rozbawiony schematem nazewnictwa karpi i przeskoczył wzrokiem między kolorowymi plamami pod wzburzoną powierzchnią wody, licząc dla pewności czy wszyscy domownicy podpłynęli na posiłek.
- Raczej przeżyją, co nie? Wygląda jakby było im tu dobrze - przyznał, marszcząc czoło, i chociaż nie znał się na hodowli ryb, wolał wierzyć w zdolność Liana do zapewnienia im odpowiednich warunków życiowych. Dopiero je poznał, a już miał pełną świadomość, że personalnie odczułby informację o ich krzywdzie. - Rozpoznajesz który jest który? - podrzucił jeszcze, zerkając na mężczyznę i z powrotem na gromadkę domagającą się następnej porcji karmy.
- Będzie... och, będzie dziesięć lat - przyznał po krótkiej chwili intensywnego liczenia na palcach, zaskoczony zbliżaniem się tak równej rocznicy. Zarówno początku jego problemów zdrowotnych, jak i tej części życia, którą faktycznie znał i pamiętał. Od kiedy skończył szesnaście lat, każdy mijający dzień uznawał za przyjemną przewagę tej części życia, której doświadczenie faktycznie z nim zostało. Wciąż prawie połowa została mu odebrana, jednak stopniowo stawało się to coraz mniejszym procentem. - Od... od wypadku w sensie. I przy okazji, no - podniósł dłoń by postukać się palcami w skroń. Pulsowanie zelżało, świeże powietrze zdawało się pomagać, chociaż wciąż mrużył oczy przed zbyt intensywnymi promieniami słońca i starał się ograniczać gwałtowne ruchy. - Nic mi nie jest, serio - zapewnił od razu, czując na sobie jego spojrzenie i pesząc się od nadmiernej uwagi. - Wyszedłem praktycznie bez szwanku - dodał, mając na myśli przede wszystkim swój stan fizyczny, jednak co do urazu głowy także miał niezwykłe szczęście. Bóle i zanik pamięci były do przeżycia, ominęły go za to wszelkie krwiaki, potencjalna utrata wzroku i wszelkie inne wesołe skutki zbyt mocnego zderzenia się z zagłówkiem, oknem i drzwiami w samochodzie osobowym.
Ponownie opuszczając brzeg koca, starał się nie pokazać wpływającego mu na twarz zawodu. Oferta przyszła mu naturalnie, bezmyślnie, jednak odmowa uświadomiła mu jak bardzo tak właściwie liczył na zapewnienie mu tej odrobiny komfortu podczas przesiadywania na chłodnym tarasie. Skupił wzrok na zniecierpliwionych rybach i podrzucił im kolejną garść jedzenia, podczas gdy przekonywał samego siebie, że być może Mei po prostu lubił zimno i wcale nie chodziło o to, że chciał trzymać się od niego na dystans.
- Nie szkodzi - zapewnił od razu na ostrzeżenie co do podlatujących na ich poziom kropli. Nieplanowane zraszanie przez zwierzęta skojarzyło mu się z Alonso po deszczu, jednak jakikolwiek komentarz na ten temat ugrzązł mu gdzieś w gardle. Chwilowe rozproszenie opłakanym stanem, w jakim się znajdował, zdawało się puścić wraz z ukłuciem wątpliwości i dyskomfortem wkradającym się niewygodnym mrowieniem pod jego skórę. Skubnął zębami dolną wargę, utrzymując niewidzące spojrzenie na rybach, którym właśnie podrzucił ostatki kuleczek z dna kubka, po czym odetchnął głębiej przez nos. Gula w gardle przywołała z powrotem ryzyko nawracających mdłości, a głowa zaczynała mu ciążyć i nie był do końca pewny czy była to kwestia ogólnego wymęczenia organizmu, czy powoli działających tabletek, ale poczuł przemożną potrzebę położenia się, albo chociażby oparcia o coś czoła.
- J-ja chyba... Chciałbym chyba... Powinienem się po-położyć. U siebie, w sensie, dziękuję za... za opiekę, ale chyba już jest... okay - przyznał, chociaż nie było, nie do końca. Niemniej miał wrażenie, że był w tym stanie wrócić do domu i więcej nie zawracać mężczyźnie głowy. Już i tak nadużył jego uprzejmości i gościnności. Ostrożnie, by nie polecieć głową w dół w stawek, przekręcił się najpierw na kolana, a później podniósł do pionu, zgarniając ze sobą koc i pusty kubek. Mimo wszystko nie ruszył się z powrotem do kuchni, a utrzymując spojrzenie na wysokości brzucha Liana, ale jakoś metr na lewo od jego osoby, zdawał się czekać na przyzwolenie, czy chociażby potwierdzenie, że przyjął to do wiadomości i dawał mu zielone światło na wyjście.

Lian Mei
24 y/o
For good luck!
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Jedna z ryb plusnęła w stawie mącąc nie tylko wodę ale i ciszę, a Lian odwrócił wzrok orientując się nagle, że się zagapił. Na dodatek w sposób, za jakim sam nie przepadał, bo przez chwilę, zaraz po tym jak Daniel zdradził mu gdzie nabawił się tak uporczywych bólów głowy jego spojrzenie przybrało barwę właściwą współczuciu.
Nie powiedziałbym, żeby nawracająca migrena była wyznacznikiem bez szwanku ale niech ci będzie.
Nie chciał go przesadnie indagować, a Moore poza oszczędnym opisem (prawie) wszystkich usterek jakich nabawił się przy tej przykrej okoliczności nie zdradził już nic więcej, więc pozwolił mu zmienić tor rozmowy i skupić się na zainteresowanych każdym ruchem jego ręki karpiach.
Nie spodziewał się natomiast, że zupełnie niegroźna z pozoru odmowa zacznie rezonować na resztę rozmowy, ale gdy zastanowił się nad tym przez moment zdał sobie sprawę, że przecież Daniel nie czytał mu w myślach, na dodatek zdawał się być przypadkiem o wyjątkowo kruchej konstrukcji emocjonalnej i być może powinien był lepiej stonować odpowiedź. Z drugiej strony - co dotarło do niego z opóźnieniem, ale jeszcze w czas - z zaskoczeniem odkrył, że Moore autentycznie posmutniał, jakby naprawdę chciał go pod tym kocem i to również było czymś nowym, bo przecież i tak nic by z tego nie miał, a przyzwyczajony do dwustronnie funkcjonujących przysług Lian nie umiał się w tym odnaleźć bez drętwego wrażenia ścierpniętego karku. Wiedział, że to tylko głupi atawizm z poprzednich lat, ale jakimś myślowym odruchem upatrzył się w tym intencji ukrytej, która miałaby go ewentualnie zaskoczyć za jakiś czas, tylko po to by wymierzyć sobie mentalnego policzka. Moore był na to zbyt dobroduszny.
Zanim zdążył wyprostować ten dziwny twór, który wyrósł między nimi zupełnym przypadkiem, Daniel już wysypywał resztę paszy i zbierał się z tarasu, mógł zatem co najwyżej przekląć w myślach swój brak delikatności i przyrdzewiałą od niedospania domyślność.

Jesteś pewny? 一 Nie wchodził z nim w dyskusję. Uznał, że skoro Moore poczuł się dość niekomfortowo by zechcieć wrócić do domu, nie powinien był zatrzymywać go w żaden sposób, zwłaszcza, że kac umęczył go wystarczająco aby zmuszać go do dodatkowej polemiki.
Odebrał od niego kubek i czując, że to prawie nieruchome wystawanie przed progiem jest jakimś sygnałem, Lian usunął się na bok po czym otworzył mu ciężkie, przesuwane drzwi prowadzące do kuchni.


Słońce zdążyło dźwignąć się trochę nad horyzont odkąd Moore pojedynkował się ze śniadaniem przy stole, a wskazówka naściennego zegara z wahadłem ukrytego w przedpokoju doganiała dziewiątą, gdy obaj przeszli po cichu przez dom pod drzwi wejściowe.
Ubrania Daniela były jeszcze ciepłe kiedy mu je oddawał i pachniały słabo detergentem na bazie zielonej herbaty. Mei musiał je wyprać i wrzucić do suszarki gdy spał, a złożone w kostkę leżały w łazience na piętrze, by Moore znalazł je w drodze by umyć zęby. Jego szczoteczka również spoczywała w kubku, zaraz obok tej drugiej, należącej do gospodarza.

Pokaż na chwilę 一 przywitał go na dole schodów, gdzie ze swoim nieśmiertelnym kubkiem kawy i lojalnym kompletem cieni pod oczami czekał, aż Daniel upora się z prozodią poranka. Wyciągnął rękę, a widząc, że dzieciak niewiele z tego rozumie, westchnął i sam wyciągnął mu samymi palcami telefon z kieszeni. Wystudiowanym gestem obrócił komórkę tak, by obrzucić ekran badawczym spojrzeniem spod przymrużonych oczu i sam rozpracował sobie wzór do odblokowania. Trafił dopiero za trzecim razem, coś wstukał, uśmiechnął się o dziwo całkiem szczerze - i trochę złośliwie, jakby inaczej w ogóle nie potrafił - po czym zablokował mu telefon uprzejmie i zwrócił w tę samą kieszeń.
Napisz później, jak już odeśpisz. Daj znać czy żyjesz, okay?
Szalik, którym owinął go zeszłego wieczora wrócił do Daniela raz jeszcze, a zważywszy na jego stan Lian szczerze wątpił, by w ogóle zauważył tę dodatkową obecność. Wyglądał jak siedem bladych nieszczęść, jednak wciąż lepiej niż wtedy, gdy zdybał go w łazience ponad godzinę temu.



Daniel Moore [z/t x2]
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”