A jednak dzień przed tym wyczuł gulę zalegającą mu w gardle.
Dyskomfort, którego nie potrafił się pozbyć, a który towarzyszył mu jak pierwsze objawy nadciągającego zapalenia płuc. Niewygoda, która zaburzyła mu sen i uprzykrzyła poranek, aż do chwili, w której otworzył szafę, odnajdując na samym tyle jej źródło.
Mundur.
Wciąż w tym głupim pokrowcu, wciąż wyczyszczony, wyprasowany. Doprowadzony do porządku i bezpiecznie skryty w głębi szafy z pomocą kobiecych dłoni. Żeby się nie zniszczył, żeby wytrzymał kolejny rok w tym nienagannym stanie. Utracone słowa dźwięczały mu w uszach gdy wyjmował go na zewnątrz, walcząc z zamkiem pokrowca, który zawsze się zacinał - ale dziś to zacinanie doprowadzało go do szaleństwa.
Należał do innego czasu, innego miejsca. Jego faktura gryzła go gdy mechanicznie zakładał go na swoją koszulę. Odznaczenia, wstążki i dwa, przypięte do niego medale przypominały mu ozdoby w cyrku - niepotrzebnie zwracające na siebie uwagę. Należące do kogoś zupełnie innego, komu zostały podarowane na ceremoniach takich jak ta, na którą miał się udać.
Ostatnim razem, gdy był na jednej z tych gali, o n a wciąż była obok.
Wchodząc do wnętrza sali bezskutecznie próbował ignorować drapanie materiału, ocierającego się o jego szyję tak, jak ignorował rzucane ku niemu spojrzenia. Na komisariacie nigdy nie zjawiał się wyglądając w t e n sposób - częściowo dlatego, że nie musiał, częściowo bo nie miał już na to żadnej ochoty. Odznaczenia na jego piersi nie miały nic wspólnego z mężczyzną, którym był teraz. Wyczyszczony, wyprasowany, a jednak miał wrażenie, że gdy spoglądał w dół, kątem oka widział na swojej marynarce warstwę sadzy, której nic nie było w stanie zrzucić.
Spoglądając na roześmianych, rozgadanych współpracowników, czuł narastający wstręt. Palącą potrzebę do odwrócenia się i wyjścia pomimo tego, jak wiele spojrzeń czuł na sobie. Miał wrażenie, jakby wypalały się na jego plecach i karku, pozostawiając po sobie znamiona.
Bezwiednie ruszył w kierunku balkonu, niezainteresowany nawet udawaniem skupienia na wydarzeniach, które miały się rozpocząć na scenie. Na podwyższenie wkraczał właśnie jeden z jego przełożonych, wygłaszając przemowę. W pierwszych rzędach siedzieli ci, którzy w tym roku mieli otrzymać odznaczenia - widział ich czapki założone na głowach zwróconych w kierunku scenicznych świateł.
Nie widział Margo - podejrzewał, że była właśnie tam. W pobliżu swojego innego partnera, który gdy tylko dowiedział się, że jest nominowany do jednej z bzdurnych wstążek, puszył się w komisariacie jak paw.
Balkon przynależący do sali bankietowej w jednym z eleganckich hoteli w Toronto był znacznie mniej wypełniony niż sala, oferując odrobinę oddechu. Pionowe kolumny ogrzewały jego wnętrze, co niemal przyjął z niezadowoleniem. Wolałby zimno.
Ze szklanką w dłoni oparł się o barierkę, przyglądając drzwiom prowadzącym do środka. Być może jego instynkt, ten jego pieprzony szósty zmysł nakazał mu to zrobić, bowiem niemal od razu dostrzegł znajomą burzę brązowych włosów, ułożoną zgrabnie na tę okazję.
- Detektyw Mercer - rzucił oficjalnie, lecz w jego głosie brzmiało rozbawienie, którym usiłował wytłumaczyć uśmiech, który wpełzł na jego twarz na jej widok. Pochylił się lekko, teatralnie, witając się z nią w o f i c j a l n y sposób, jaki pasował w tym momencie do ich ubrań. - Zgubiłaś się? - dodał zaczepnie, upijając łyk chłodnego alkoholu.
margo mercer