Oczywiście, że Galen trochę się zdziwił, że nie widziała diamentów, że ich nie miała. Przecież wszyscy mają jakieś diamenty... przynajmniej z takiego założenia wychodził Wyatt. Może on nie nosił diamentowych kolii, czy kolczyków, ale miał je w zegarku, w spinkach do mankietów. A Cherry miała je nawet w jakiś wsuwkach do włosów.
Ale Galen w swoim świecie diamentów i złotych zegarków mógł nie rozumieć tego, że nie każdego stać na diamenty.
Galen w ogóle był jakby zawieszony gdzieś pomiędzy tym życiem paskudnie bogatych ludzi, a biednych, bo on na dobrą sprawę ani tu, ani tu się nie odnajdywał. Chociaż na imprezach dla bogoli tak, bo po prostu znał ich zasady, aczkolwiek nie był tak ślepo zapatrzony w pieniądze. Ale to pewnie dlatego, że mu ich nigdy nie brakowało, i nigdy nie zabraknie. On nigdy nie musiał się martwić długami, albo tym, że powinien mniej wydać. Wręcz przeciwnie czasem się martwił, czy nie wydał za mało, bo przecież było go stać na więcej.
-
Moja matka urodziła się we Francji, a moi dziadkowie to francuska arystokracja - przyznał, szczerze, bo w zasadzie po co miał jej kłamać. I to nawet nie tak, że Galen się tym chwalił, bo tego nie robił, nie mówił o tym nikomu. A jej mówił. Jej wszystko tak łatwo mówił.
-
Lubię francuskie... - zaczął, ale nie dokończył.
Właściwie te wszystkie niedopowiedzenia, to wszystko co mogli zrobić, gdzie znowu przestawić granicę
przekraczania przestrzeni osobistej, zawisło miedzy nimi, wraz z pojawieniem się Maddie.
Serce trochę szybciej zabiło, myśli trochę zafiskowały się na tym, co mogło się wydarzyć.
Ale z drugiej strony dobrze, że ktoś im przerwał.
Bo chyba oni oboje mieli w sobie jakiś taki pierwiastek, że lubili
próbować nowych rzeczy.
-
Na pewno przyjdę - zapewnił ją jeszcze, kiedy powiedziała, że będzie na barze, gdyby potrzebował soku.
Ale nie przyszedł, bo kiedy zgarnął go Jerry, kiedy zaczęli kolorowe szoty doprawiać kolejnymi ziołowymi skrętami, to Galena trochę poskładało. On nigdy nie miał za mocnej głowy. Owszem gustował w whisky, a czasem jakiś mocniejszych używkach, nie tylko blantach, ale łatwo go było upić, łatwo go było
porobić.
I teraz taki właśnie siedział sobie porobiony w tej loży. W rozpiętej koszuli i włosach zmierzwionych przez te tancerki, ale na dobrą sprawę żadna nie wpadła mu w oko na tyle, żeby zaprosić ją do siebie do apartamentu. A przecież Galen często to robił. Kończył takie imprezy w swoich bajecznych czterech ścianach... Chociaż on mógł mieć tam tych ścian z pięćdziesiąt, tyle pokoi, garderoba większa niż niektóre mieszkania.
Czekał na Jerry'ego bo mieli jeszcze walnąć kreskę na otrzeźwienie, tak naprawdę to Jerry nawet nie miał prochów, ale tak nawykręcał Wyattowi, a on wierzył i czekał. Bo przecież jeszcze miał iść do baru, zagadać Majkę, jak się troszeczkę ogarnie.
Przejrzał się w zgaszonym wyświetlaczu telefonu, przesunął smukłymi palcami po policzkach.
-
Ładne policzki... - mruknął sobie pod nosem, a potem nawet miał się zbierać, iść zobaczyć gdzie ten Jerry, ale jak na zawołanie, jakby przyciągnęły ją jego myśli, w loży pojawiła się Maya.
Wyprostował się i poprawił koszulę, ale za wiele to nie dało, chociaż Galen przez moment patrzył się na te swoje małe guziczki, ale... nie było nawet opcji, żeby je zapiął, bo wyglądało to tak, jakby te dziury od guzików się gięły i kręciły w kółko. Co to za dziwna koszula... Jakieś popsute guziki.
-
A idziesz ze mną? Skończyłaś już zmianę? - zapytał i też się chciał pochylić nad stolikiem, ale nie wymierzył w niego ręką, tylko obok i prawie się stoczył z tej kanapy. No ale zaraz złapał trochę pionu, opadł plecami na oparcie. Tak było zdecydowanie lepiej, chociaż i tak mogliby wyłączyć to kręcenie jak na karuzeli. Już mogli, bo już go zaczynało od tego mdlić. Nawet miał to powiedzieć Majce, ale ona wtedy powiedziała, że
Jerry został wyjebany.
-
A za co? - zapytał od razu Galen -
za to, że miał prochy? - dopytał wbijając w nią niebieskie, zapijaczone spojrzenie -
ja nie mam - dodał zaraz i nawet sięgnął do kieszeni, które były... no nie puste, bo miał telefon. Wyciągnął go, żeby na niego spojrzeć, ale nawet nie mógł odczytać, która jest właściwie godzina.
Westchnął ciężko, ale zaraz znowu patrzył na brunetkę. Na jej kolejne słowa pokręcił głową.
-
I tak już nie mogę pić alkoholu, porzygałbym się - powiedział kompletnie szczerze, trochę nieelegancko. Ale Galen już wcale nie wyglądał elegancko, z tymi śladami po taniej szmince na kołnierzyku, nie tylko zresztą tam.
-
Ale za to, jeśli byś chciała i mogła... bo ja bym chciał, to może... bym cię odprowadził do domu? - świetny pomysł, Galena Wyatta, który pewnie ledwo stał na nogach, bo na siedząco się zataczał próbując utrzymać pion. Ale on chciał.
Naprawdę.
-
Albo może tutaj gdzieś jest numer do takiego pana... - o czym on właściwie mówił? Ciężko stwierdzić. Ale sięgnął po swój telefon i odblokował go palcem, a potem wszedł w numery telefonu. Dużo z nich zapisane było
nie odbierać,
nie odbierać 1, nie odbierać 2, nie odbierać 18... nie odbierać 49...
-
Taki pan co ma samochód, a to jest właściwie mój samochód, ale on nim jeździ... - zaczął jej tłumaczyć, ale przy tym jakoś tak żywo gestykulował tym telefonem, że on mu... wypadł. No i Galen chciał po niego sięgnąć, ale zamiast go podnieść to go kopnął...
A później to już wydarzyła się cała seria niefortunnych wydarzeń, bo telefon sunął się po dywanie między nogami Mayi, tak, że wyskoczył z loży, chyba te lakierki dawały taki odrzut. Oni oboje rzucili się do wyjścia, to znaczy Majka zrobiła to sprytnie jak
dziki kot, a Galen bardziej jak jakaś
pijana kaczka, ale stanął obok niej. Tylko akurat przechodziła przed lożami jakaś tancerka w tych dwudziestocentymetrowych szpilkach i znowu kopnęła ten telefon. Poleciał do barierek. A Maya i Galen razem z nim. Smartfon poszybował w dół, nie dość, że roztrzaskał się na podłodze, to jeszcze nadepnęło na niego kilka osób, bo akurat na dole toczyła się jakaś bójka i nikt nawet tego nie zauważył. Galen zacisnął palce na barierce, i wychylił się, żeby spojrzeć w dół, ale dobrze, że Majka go przytrzymała, bo może też by tam poleciał, razem z telefonem. Machnął ręką, bo prawda jest taka, że Wyatt zmieniał telefony co rusz, bo kupował sobie nowe, lepsze, fajniejsze. Wszystko miał w chmurze, więc jakoś za bardzo się tym nie przejął, jutro pójdzie do salonu i dostanie nowy.
-
Hm... - zamyślił się jednak opierając o barierkę i niebieski tęczówki zawieszając na twarzy Mayi -
zapłacę zegarkiem - stwierdził, ale... no nie o to mu chyba wcześniej chodziło. Nie o płacenie. Tylko o podwózkę.
Maya Parker