-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
W klubie działo się wiele. Trzymali się w ekipie, ale każdy żył też własnym życiem. Flirtami z przypadkowymi osobami, drinkami, tańcami na parkiecie ze sobą czy innymi ludźmi, oczywiście drąc się do kolejnych, znanych piosenek, które puszczał DJ. Szybko więc się ludzie porobili, a w pewnym momencie rozpierzchli się na wszystkie strony. Jedni do domów, inni do czyjegoś domu, a kolejni na inne kluby. Ona jednak odmówiła ostatniej propozycji, twierdząc, że idzie już na chatę.
Zostało jej tylko tyle rozsądku w głowie, aby w drodze zadzwonić do swojego trenera. W końcu obiecał jej, że ją podwiezie, a jej ostatki podświadomości najwyraźniej jeszcze o tym pamiętały.
Gorzej, że ona przestała. Po tym, jak wysłała mu wiadomość, po jakiejś sekundzie, może dwóch oczekiwania, skręciła nie tam gdzie powinna i nawet nie zauważyła, jak znalazła się w ciemnym parku, który był oświetlany jedynie pojedynczymi, zbyt daleko od siebie oddalonymi latarniami. Nie spodziewała się jednak znaleźć tu… no nikogo. Była późna godzina i każdy normalny człowiek, który nie świętował swojej osiemnastki, powinien spać, a nie szwędać się po parkach.
Nie wiedziała gdzie idzie. W pewnym momencie po prostu spasowała i postanowiła poczekać.
Znalazła mały plac zabaw, a na nim jedną, starą, łańcuchową huśtawkę, która chyba pamiętała czasy boomerów. Usiadła na niej i odchyliła głowę do tyłu, odpychając się nogami tam i z powrotem. Nie wiedziała na co czeka, bo nie miała nawet pewności, że Soren jakkolwiek odczytał jej wiadomość. Było ogromne prawdopodobieństwo, że po prostu spał.
Nawet by go za to nie winiła.
Zostało jej więc poczekać, aż chociaż trochę otrzeźwieje i wtedy wróci do domu, jak jej umysł zacznie pracować odpowiednio dobrze.
W pewnym momencie pojawił się jednak… ktoś. Ktoś, kto zwrócił jej uwagę, zagadując nastolatkę jak koleżankę. Sęk w tym, że nie był w jej wieku, a starszy. Sporo starszy. Nawet starszy od jej ulubionego trenera. Był sam, ale wydawał się być bardzo sympatyczny. Zadawał pytania o to co tu robi, czy się zgubiła, czy jest sama, czy ma ją odprowadzić do domu, bo chyba nie jest w zbyt dobrym stanie.
Widać się zainteresował biedną, zgubioną dziewczyną. Wzorcowy obywatel.
Raven?
Dobrze znany jej głos odwrócił jej uwagę. Przebił się przez alkohol płynący w jej żyłach i sprawił, że odwróciła wzrok od nowo poznanego mężczyzny. Podniosła nawet rękę, aby zwrócić na siebie uwagę trenera.
— Szoren! A so ty tu robisz? — spytała, bo chyba już zapomniała, że wysłała do niego wiadomość z prośbą o przyjechanie. O ile można to było tak nazwać. Równie dobrze mogła przypadkiem napisać sms-a. — Ten śmieszny pan chse mie odprofasiś, nie musiałeś pszyjeszczać — powiedziała, wracając spojrzeniem na mężczyznę, któremu humor już odleciał na widok nowej osoby. W dodatku takiej, którą Raven znała.
I chyba nie był z tego powodu zbyt zadowolony.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Późniejsze słowa Raven, w pijackim – choć dość zrozumiałym dla niego – dialekcie, tylko potwierdziły zasadność jego odczucia.
— Musiałem, umówiliśmy się przecież — odpowiedział, tylko na moment zerkając na nią – przez większość czasu obserwując czujnie obcego. Przesunął się strategicznie bliżej dziewczyny tak, by stanąć pomiędzy nią, a nieznajomym; tym samym odgradzając ją od niego. — Chodź, wracamy do domu — powiedział do dziewczyny, pozostając cały czas w kontakcie wzrokowym z mężczyzną.
Tego, co stało się zaraz, nie miał na swojej karcie tegorocznego bingo. Ani zeszłorocznego, ani nigdy wcześniej. Mężczyzna, okuty w ciężki, zimowy płaszcz – nic dziwnego względem pory roku i dnia, złapał za jego poły i jednym ruchem rozchylił je na boki. Widok, jaki zaprezentował Sorenowi był z kategorii tych, które wolałby szybko zapomnieć, a które jego umysł przechowa zdecydowanie staranniej niż jakikolwiek wzór matematyczny czy historyczną datę.
Penis, kurwa, we wzwodzie.
W kodzie Morningstara w pierwszej chwili wyskoczył tak potężny błąd systemu, że nawet nie odwrócił wzroku. Nie zrobił tego przez pierwszą sekundę, bo dopiero po niej umysł wykonał twardy reset, a wyraźne obrzydzenie zajęło twarz Koreańczyka. Odwrócił wzrok, dla pewności osłaniając się dłonią.
— Ja pierdolę — zaklął z odrazą. Ostatnie, co chciał zobaczyć, to męskie prącie stojące na baczność wśród śnieżnej, zimowej zadymy. Drugą ręką odruchowo sięgnął do Raven, aby i jej zasłonić ów widok.
Sytuacja była tyle samo szokująca, co odrażająco, że nawet nie potrafił znaleźć jakiegokolwiek odruchu i sposobu reakcji na to. Wiedział, że na pewno nie będzie stał i klaskał, ale nie wiedział, czy ma złapać dziewczynę z huśtawki i z nią uciec czy może krzyknąć, a może zdzielić facetowi w twarz. Jeśli to pierwsze – to co, jeśli zacznie ich gonić po tym parku z fujarą powiewającą na wietrze? Jeśli go zdzieli, to co jeśli wdadzą się w autentyczną bójkę, podczas której będzie musiał unikać nie tylko ciosów pięściami czy kopnięć, ale też smagnięć tym berłem szatana? A jeśli krzyknie, to co? I czy to przypadkiem nie byłaby reakcja której mężczyzna oczekiwał?
Co, jeśli to wszystko tylko bardziej go podnieci?
— Chłopie, weź spierdalaj. Jesteś obrzydliwy, dzwonię po policję. — Wydawało się to być najbardziej logiczne. Tutejsze służby, podobnie jak w Korei, a w odróżnieniu do polskich, reagowały na wezwana w ciągu maksymalnie pięciu minut. Ale czy on chciał tutaj sterczeć z facetem i jego nagim przyjacielem przez kolejne pięć minut?
— Raven nie gap się tam — upomniał ją, czując ruch z jej strony i chwytając ją spojrzeniem kąta oka. Wolał jej tego oszczędzić. Jeszcze gdyby było cokolwiek podziwiać, to może i sam by powiedział ‘patrz jakie bydle’, ale z tego co zobaczył – i niestety: nie mógł zapomnieć – godnego podziwu nie było tam absolutnie nic. — Weź moje kluczyki z tylnej kieszeni i idź do auta. Stoję tam. — Machnął ręką, pokazując jej kierunek, z którego przyszedł.
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Okay — rzuciła luźno, nie zamierzając się kłócić z pomysłem pójścia do domu. Oczywiście w jej głowie już była w połowie drogi, bo sporą część przeszła z buta, ale nie zamierzała odmawiać trenerowi, skoro już po nią przyjechał. Poza tym, nowy kolega z którym zamieniła ledwie kilka słów, nie sprawiał wrażenia zbyt rozmownego. No i raczej nie był jej typem człowieka z którym chciałoby się spędzać czas. I to nie tylko dlatego, że był sporo starszy.
Zeskoczyła z huśtawki i podeszła do Sorena, a gdy znalazła się odpowiednio blisko niego…
Wychwycony kątem oka ruch przyciągnął jej uwagę, a spojrzenie chcąc nie chcąc instynktownie przesunęło się do przyrodzenia we wzwodzie, które pokazał im mężczyzna. Brew Raven drgnęła w zaskoczeniu, ale na jej usta zaraz wtargnął rozbawiony uśmiech, bo jej pijacki umysł uznał to za niesamowicie zabawne. Niestety dla obcego, raczej nie podniecające.
— Ale mały — wyrzuciła z siebie, zdecydowanie za głośno, akurat w momencie jak Soren do niej sięgnął, aby zasłonić jej widok penisa. Nie był to pierwszy jaki widziała na oczy, ale takiej sytuacji w życiu jeszcze nie miała. I zgadywała, że jej trener także. Raczej rzadko kiedy spotyka się zboczeńców, którzy się przed tobą obnażają. Z drugiej strony, co tacy ludzie mieli w głowach?
I czy to ona go tak podnieciła tym, że była pijana i plotła trzy po trzy? Na huśtawce w parku? Dziwny fetysz.
W aktualnym stanie upojenia nie odczuwała odrazy, może trochę, ale bardziej ją to bawiło. A dokładniej głupio bawiła ją cała sytuacja oraz rozmiar pokazywanego sprzętu, który chyba miał ją przerazić. Zapewne będzie to pamiętać, bo nie była aż tak pijana, ale z drugiej strony, może lepiej byłoby nie. Jak opowie kumplom co ją spotkało w drodze powrotnej, to pewnie żyć jej nie dadzą.
Oni pewnie zareagowaliby podobnie jak Soren.
Przekrzywiła głowę w bok lustrując mężczyznę spojrzeniem, bo jego mina wydawała się być wyczekująca. Jakby chciał zobaczyć coś innego niż to, co mu przedstawili. Cokolwiek go nie kręciło, raczej nie znajdzie tego u nich.
Raven nie gap się tam.
— Ale jest śmieshnie mały — rzuciła pół śmiechem, wskazując penisa palcem, co chyba nieco ubodło mężczyznę, bo się napiął niezadowolony i zakrył tym nieszczęsnym płaszczem, niczym Batman.
Dobrze, że nie zaczął sobie przy nich robić dobrze. Chociaż ciul wie co jeszcze planował. I co go tak naprawdę kręciło. Fakt, że raczej nie zareagowali tak jak by tego chcieli chyba nie był mu na rękę.
Zerknęła w stronę kluczyków, które jej podał Soren i przejęła je, nie skupiając się już na zboczeńcu. Byle tylko do jej głowy nie wpadł genialny pomysł, aby się nim przejechać tak dla beki i podjechać po Sorena, bo na pewno miałby spory kawałek do przejścia.
Aż tak nierozsądna raczej nie była.
— A ty so, zostaniesz sobie s nim sam? — spytała, unosząc wyżej łuk brwiowy. To też było niebezpieczne, bo co jak pokaże mu raz jeszcze swojego ding-donga, albo go jakoś zaatakuje? No dobra, atakowanie Sorena wydawało się być bardzo głupim pomysłem, bo był większy, silniejszy i lepiej zbudowany od krępego mężczyzny z samym płaszczu, ale kto wie co planował nieznajomy.
Skrzywiła się niezadowolona i zmierzyła mężczyznę spojrzeniem.
— Tylho nie próbuj ho ufieść tym sfoim spszencihiem. — Bo miał narzeczoną i na pewno nie będzie chciał jej wymienić na kogoś takiego. Jak już to miałby lepsze opcje, znaczy co.
Odwróciła się i polazła przed siebie, aby znaleźć samochód, który już znała, bo przecież po treningu wiele razy odwoził ją do domu, szkoły czy innego miejsca.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A teraz? Teraz stał w tym opisanym miejscu i nie dowierzał, że dosłownie parę sekund temu ktoś błysnął mu swoim przyrodzeniem przed oczami.
Jedyną dobrą rzeczą w tym, że tu był i to widział, było faktycznie to, że był. A przez to Raven nie była sama ze świrem, który już i tak stał przy niej, kiedy Song przyjechał. Nie chciał raczej się zastanawiać nad tym, jak by to wyglądało, gdyby zajechał na miejsce kilka minut później. Fakt faktem nie miał Raven za niewinną, bezbronną dziecinę, aczkolwiek w pewnych momentach nawet charakter i zadziorność przestawały mieć znaczenie.
Po co on pisał takie czarne scenariusze?
Reakcja dziewczyny, cóż… Wolał jej oszczędzić tego widoku, ale kiedy tylko wyrzuciła z siebie ów pierwszy komentarz, z trudem powstrzymał parsknięcie. Nie chciał rozpuszczać sytuacji, bo mimo wszystko – mały czy nie – była po prostu chora. Wolał też nie zerkać, czy faktycznie był taki mały (i zacząć porównywać, aby dowiedzieć się, co w pewnych szeregach podlega definicji ‘małego’).
Dlatego ją skarcił, aby się nie gapiła. Powściąganie rozbawienia, które mieszało się jednak z napięciem, wywołanym nieznajomością całej tej sytuacji, było coraz trudniejsze, kiedy osiemnastolatka dalej, mimo wszystko, oceniała wielkość przyrodzenia. Ale z drugiej strony – przyniosło to nawet dobry skutek. Ich zboczeniec okutał się z powrotem swoim płaszczem i wyglądał na urażonego.
Chyba nie chciał nic im już więcej pokazywać.
— Popilnuję pana, żeby nie wymachiwał swoim pindolem dopóki policja nie przyjdzie — odpowiedział, zerkając kątem oka na dziewczynę. Nie zareagował na jej groźbę względem zboka. Ten z kolei wyglądał, jakby jednak chciał sobie pójść. Soren złapał go jednak za rękaw, przytrzymując, kiedy Raven się oddalała. Panowie poszarpali się nieco, ale nie było to nic niebezpiecznego. I nie było to w żaden sposób filmowe widowisko.
Tylko kilka minut minęło, zanim Koreańczyk nie dotarł do swojego samochodu, gdzie spodziewał się zastać Raven. Wsiadł do środka i zapiął pasy, starając się zachować poker face, bo dziewczynę należało wychować i pokazać, że w takich sytuacjach nie wolno się śmiać.
Tyle tylko, że ta mina szybko zeszła mu z gęby, kiedy parsknął śmiechem. Szczerym, rozbawionym. Nie jakoś szczególnie długo, ale najwyraźniej tego potrzebował, by z niego zeszło. A wystarczyło tylko zerknąć na dziewczynę, by cała sytuacja przypomniała mu się, jak żywa. Włącznie z jej komentarzami.
— Ale mały? — powtórzył, zerkając na nią wymownie z ukosa, kiedy uruchamiał silnik samochodu. — Widzisz zboczeńca w parku, w środku nocy, i pierwsze co robisz to analiza wielkości? — Spodziewał się bardziej jakiejś ucieczki czy nawet czegoś na jego miarę, a nie haha-hihi. Choć mógł to podciągnąć pod jej stan upojenia alkoholowego. Dlatego tym lepiej, że przyjechał. Trzeźwa zareagowałaby inaczej. Bardziej rozsądkowo.
A przynajmniej chciał w to wierzyć.
— Świetnie, teraz już wiem, że mój mózg będzie przywoływał ten obrazek w najmniej spodziewanych momentach.
Na jakimś pogrzebie czy innej sytuacji. W zasadzie ów widok nie był mile widziany w żadnym z momentów, ale wiedział jak to wszystko działało.
No ale tak na poważnie…
— Czemu nie dzwoniłaś wcześniej?
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Podobno to też najlepszy sposób na uniknięcie ataku od takich osób. Reakcja inna niż przewidywana.
I chociaż chciało jej się śmiać to ostatecznie posłuchała starszego kolegi, aby iść do tego nieszczęsnego samochodu, zostawiając trenera samego z nieznajomym mężczyzną. Wierzyła, że Morningstar sobie poradzi niezależnie od tego co będzie mieć miejsce, zwłaszcza, że jego przeciwnik nie wyglądał też na zapaśnika. Chociaż kto wie co jeszcze zakrywał płaszczem czy nosił w kieszeniach.
Odnalazła auto i wsiadła do środka, czekając na Sorena, co jakiś czas jednak wyglądając czy na pewno idzie i czy przypadkiem ich nowy kolega nie zrobił czegoś nieprzewidywanego czy głupiego. Nawet jeśli to było tylko kilka minut, to w jej mniemaniu minęło o wiele dłużej.
Gdy wrócił, spojrzała na niego z niewinnym, wciąż rozbawionym uśmiechem, jak gdyby nigdy nic. Jakby właśnie przed chwilą nie stali się świadkami najbardziej postrzelonej akcji jaka miała miejsce w jej życiu. Czy w jego to nie wiedziała, ale na pewno musiała uplasować się całkiem wysoko. Bo w końcu co może to przebić?
Parsknęła rozbawiona na jego pytanie, przypominając sobie sytuację oraz widok twarzy mężczyzny.
— No na pewno mnie to nie pszerasiło — przyznała pół śmiechem. Jeśli chciał ją nastraszyć, to zdecydowanie mu się to nie udało. Raven może i miała tupet, ale zapewne nawet bez alkoholu tylko brew by jej drgnęła i prychnęłaby pod nosem zażenowana. Kiedy jednak procenty płynęły w jej żyłach, wszystko to wydawało się być… komiczne. — Nie fiem co on niby chsiałby srobiś tym czymś. — Biedny pan, na pewno wolałby inną reakcję niż to, co przedstawiła mu Raven. Możliwe, że nawet by nie atakował dalej, bo go nie kręciło to, że ktoś się śmieje. Chociaż kto wie. Może tylko by go zirytowała i sprowokowała jeszcze bardziej gdyby nie było tu Sorena?
Zerknęła na niego i uśmiechnęła się szerzej.
— Będziesz widzieć jego mikro-penisa przed zaśnięciem. — Oby tylko wtedy, a nie na przykład jak będzie rozmawiał z teściową czy kimś tam, albo dobierał się do swojej kobiety. Wtedy raczej nie będzie chciał dalszego bara-bara. Byłaby szkoda. — I to we wswodzie! — To było jeszcze zabawniejsze, bo we wzwodzie penisy miały być większe, nie? A tutaj to ich kolega raczej nie miał czym się pochwalić.
Bycie wyśmianym przez nastolatkę raczej nie było w jego tegorocznym bingo.
Czemu nie dzwoniłaś wcześniej?
— Po so? — spytała luźno, dopinając pasy. — Impresa się skończyła nie tak dawno temu, a posa tym, świetnie sobie rasiłam — dodała niewinnie.
Może nie szła odpowiednią drogą w pełni, zwłaszcza, że bawili się w centrum, a ona postanowiła iść spacerkiem do domu, na przedmieściach, ale możliwe, że do rana by doszła.
— Posa tym, traktujesz mnie jak dzieciaka który wchosi w dorosłość, a nie kumpelę, a ja swyhle dzwonię do kumpli… tylko oni się rozeszli i większość była pijana, a ja jestem silna i niesaleszna i soś tam. — I chyba nie spodziewała się też, że faktycznie przyjedzie w środku nocy, nawet jeśli z grzeczności powiedział, że to zrobi.
Otworzyła szerzej okno od auta, aby chłodne powietrze wdarło się do środka.
— A twoja naszeczona nie jest zła, sze tu jesteś w środku nosy? Po jakąś pijaną nastolathę? — spytała, zerkając na niego wymownie. Niby była jego podopieczną, ale nie odpowiadał za nią poza treningami. To, że zaprosiła go na urodziny nie zmieniało jego zakresu obowiązków.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co by było gdyby nie obudził go telefon? Co by było gdyby nie przyjechał na czas. Co by było gdyby w ogóle do niego nie napisała. Może byłoby nic, a może byłoby, o zgrozo, coś.
Więc emocje były w nim mieszane. Z jednej strony rozbawienie, ale to chyba był ten niesławny śmiech przez łzy, ale z drugiej nerwy. Nerwy, których bardzo nie chciał pokazać. I wcale nie dlatego, że wyjdzie na rozemocjonowanego boomera.
Skrzywił się wymownie na usnuty przez nią scenariusz, który wcale nie brzmiał tak abstrakcyjnie. Jego mózg miał to do siebie, że potrafił wyciągać coś z odmętów pamięci w losowych momentach życia. Brakuje jeszcze tylko, aby zrespił w jego głowie widok mikro-penisa w momencie, w którym będzie składał przysięgę małżeńską.
Ale pozostawił to bez komentarza. Uśmiechnął się tylko pod nosem, czując jak kolejna emocja zaczyna go uwierać. I stąd padło pytanie. A odpowiedź na nie, raczej średnio go usatysfakcjonowała.
Powinna móc to stwierdzić po tym bocznym oku, które wymierzył w nią, ledwie zaczęła mówić.
To, że świetnie sobie radziła, pozostawił bez komentarza. Patrząc po lokalizacji, w której ją znalazł, nie powiedziałby, że aż tak świetnie. Już nawet nie bedzie pytał, co robiła na huśtawce w środku parku. I czemu akurat nagle tam sobie przypomniała o nim, skoro tak świetnie sobie radziła
— Nie, Raven. Traktuję cię jak każdą osobę, której nie mam w dupie i o którą się martwię. Nie wiesz, co by zrobił, gdybyś była tam dłużej sama. A wątpię, że slalomem po tej całej gołoledzi uciekałabyś szybciej niż on by cię gonił. Więc wątpię, że sobie radziłaś.
Nawet nie zauważył, że ściągnął brwi na tyle, że charakterystyczna lwia zmarszczka pojawiła się między nimi. Być może było jednak coś w tym, co mówiła, a może to nie było protekcjonalne traktowanie jak nieporadnej nastolatki, a po prostu oczywisty objaw troski. Gdyby Sora czy Hunter zrobili coś podobnego, zareagowałby, najpewniej, w bardzo podobny sposób.
Powinien się jednak zastanowić nad tym, po co w ogóle się tak produkował, skoro zapijaczony, nastoletni umysł, bardzo prawdopodobne, nie będzie tego pamiętał. Z jednej strony: całkiem fajnie, bo przynajmniej nie będzie ryzykowała tym, że wspomni nagle mikro-penisa w najmniej oczekiwanym momencie; z drugiej, z kolei, to nie tak dobrze, bo niczego z tej lekcji nie wyniesie.
Lekcji.
Czyli pouczał ją. Jak dzieciaka?
Wypuścił powietrze, skupiając się już całkiem na drodze. Po zwymiotowaniu tych informacji wcale nie zrobiło mu się lepiej. Ale zamilkł, skupiając się już w pełni na drodze, którą pokonywał samochód.
— Sora śpi — odpowiedział krótko. Przynajmniej, kiedy wychodził z łóżka to spała. Nie dostał jednak po drodze żadnego telefonu czy SMS-a od partnerki, co mogło tylko potwierdzić, że wciąż spała. Albo zerwała Huntera z łóżka i zaczęła go przesłuchiwać, bo nagłe zniknięcie w środku nocy wydało jej się aż nazbyt podejrzane, żeby zwlekać z działaniem.
Uważał jednak, że nie robił niczego złego. Nie powiedział Sorze, bo spała – gdyby zadzwoniła, to wszystko by jej wyjaśnił. I niczym niestosownym miało być to, że w środku nocy pojechał po swoją podopieczną z treningów, aby odebrać jej zapijaczone dupsko z imprezy. Albo dokładniej: parku na obrzeżach.
Zatrzymał się, ale nie przed jej domem. Przed całodobowym, niewielkim sklepem, mówiąc jej aby poczekała. Wrócił po dosłownie dwóch, może trzech, minutach. Wsiadł z powrotem do pojazdu i wręczył jej wodę, a także dwa shoty glukozowe. Te, które ponoć pomagają żyć bez kaca po imprezie.
Hunterowi pomagało, jak dostawał.
— Masz. Wypij to, rano będzie chociaż trochę lepiej. — Jego głos przybrał na miękkości, tej podlegającej trosce. A może bliżej było mu do typowej matki, która przynosi pokrojone owoce, aby załagodzić sytuację po wybuchu...
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
A potem człowiek zderza się z rzeczywistością.
Przeniosła na niego w pełni spojrzenie, zainteresowana tym co mówił. Brew jej się nawet lekko uniosła. Możliwe, że wzięłaby sobie ten wywód do serca, gdyby nie alkohol. W końcu miał rację. Nie miała pojęcia do czego był zdolny ten mężczyzna. Nie wiedziała jak brutalny mógłby być. Raven była wyszczekana i sprawna, ale w tym stanie upojenia raczej nie poradziłaby sobie za dobrze.
Skupiła się jednak na czymś innym.
— Martwisz się o mnie? — spytała, wielce przejęta i wzruszona tym, że jednak wydawał się o nią dbać. No, inaczej by przecież nie przyjechał w środku nocy tylko dlatego, że wysłała dziwnego smsa oraz puściła strzałkę bez odbioru. — Przestań, bo jeszcze się zarumienię. — Machnęła ręką z niewinnym uśmiechem.
I tyle byłoby z wywodu, bo wyniosła z niego przede wszystkim to, że nie miał jej w dupie i się martwił. Jej upojony alkoholem umysł porzucił dalszą część wypowiedzi, bo była za długa.
Zawsze mógł to wszystko powtórzyć kolejnego dnia, gdy będzie nieco lepiej myśleć.
Informację, że Sora śpi przyjęła bez większego zainteresowania. Każda osoba o tej godzinie spała, chyba, że się było nastolatkiem, który obchodził swoje urodziny. Albo kimś innym, kto lubił przede wszystkim imprezować do późnych godzin. Zapewne za dziesięć lat będzie znajdować się w tym samym miejscu, ale na ten moment starała się wynieść jak najwięcej z życia, które i tak było mocno ograniczone.
Przez całą drogę starała się przede wszystkim wdychać chłodne powietrze, które wlatywało do auta przez otwarte okno. Dzięki niemu czuła się trochę lepiej. Chociaż nie miała helikoptera, a jej umysł nie był aż tak upojony jak pewnej blondynki, to i tak chłodne powietrze robiło dobrą robotę na jej stan.
Podążyła za nim spojrzeniem, gdy się zatrzymali. Nie wysiadła za nim, zostając w aucie. Gdy jednak wrócił, jej wzrok skupił się na przyniesionych przez niego rzeczach. Sięgnęła po nie, odkręcając jeden z szotów.
— Dzięki — powiedziała i wypiła na raz całe opakowanie. Nie był to przyjemny smak, ale skoro miał jej pomóc, to przecież nie będzie kręcić nosem. Drinków nie odmawiała, a większość z nich nie smakowała wybitnie.
Szota popiła jeszcze wodą, która złagodziła nieprzyjemny posmak.
— Będziesz się teraz dąsać? — spytała, zakręcając korek na butelce. — Nie będziesz mnie przecież odbierać z każdej imprezy, bo może natrafić się debil. — Nie mówiąc o tym, że raczej też nie miała okazji, aby wychodzić do klubów czy na inne domówki, ale jak już się coś trafiało… — Wcześniej sobie też radziłam. — Bo przecież nie był to jej pierwszy wybryk.
A z Krossem znała się nie od dzisiaj.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Martwisz się o mnie?
Cóż. Przynajmniej słuchała. W jakimś procencie.
Oczywiście, że się martwił. Inaczej nie siedziałby teraz za kierownicą, o tej absurdalnej godzinie, po nocnej wycieczce na drugi koniec miasta tylko dlatego, że dostał pijackiego SMS-a i na koncie miał nieodebrane połączenie.
— Nie, Raven — mruknął w końcu z tą charakterystyczną dozą ironii. — Po prostu uwielbiam nocne wycieczki po mieście w poszukiwaniu pijanych osiemnastolatek siedzących w parkach ze zboczeńcami.
Nie był na nią zły. Jeśli miał być zły na coś, to na całą tę sytuację. W jakimś stopniu pewnie też na jej brak odpowiedzialności, ale to znów wracało do sychego faktu, którym było to, że miała ledwie osiemnaście lat. I nie za dużo swobody. Więc raczej pierwsze, o czym myślała, gdy już trochę jej dostała, to aby ją wykorzystać, a nie aby być bezpieczną.
Mógł się tylko cieszyć, że mimo wszystko miała przejaw tej odpowiedzialności i napisałą do niego. Zawsze mogła do końca wierzyć, że przecież sama sobie poradzi i nie pisać niczego. A to mogło mieć skutki różne. I możliwie nie takie, jak teraz, że wraz z nim dojechała pod sklep, skąd on przyniósł jej wodę i szota. I to nie z alkoholem.
Kiedy zapytała, czy będzie się teraz dąsać, uniósł lekko brew.
— Nie dąsam się — odpowiedział spokojnie, choć chyba nie tak zgodnie z prawdą. — Po prostu próbuję zrozumieć, w którym dokładnie momencie twojego ‘świetnie sobie radziła’ pojawia się etap siedzenia w środku nocy na huśtawce w jakimś losowym parku.
Bo owszem, Raven była wyszczekana, miała charakter i zdecydowanie nie należała do osób, które łatwo dają się zastraszyć. Wiedział to aż za dobrze, tego zdołał się już nauczyć, poprez pracę z nią. Problem polegał jednak na tym, że świat nie zawsze działał według logiki pojedynku na charakter albo siłę woli. Czasami wystarczał jeden dewiant, który akurat miał zły dzień albo bardzo zły pomysł.
Albo to po prostu on był już na tyle stary, że wszędzie widział zagrożenie dla niej.
Powinien pewnie zakończyć temat. Dziewczyna była pijana, a moralizowanie w takim stanie rzadko kiedy przynosiło jakikolwiek efekt. Jeśli coś miało do niej dotrzeć, to raczej następnego dnia kiedy kac morderca przypomni jej o tym, że wczoraj faktycznie poimprezowała.
— Ale przynajmniej jedno trzeba ci oddać — powiedział w końcu, wracając wzrokiem na drogę. — Nie sądziłem, że najlepszą metodą na zboczeńca okaże się analiza wielkości jego sprzętu. — Kącik jego ust drgnął minimalnie, ale tak szybko jak zadrgał, tak szybko ten grymas zniknął, upchnięty za wąską kreską, w którą zacisnął usta. — Tylko że następnym razem możesz trafić na kogoś, kto nie obrazi się na komentarz o rozmiarze i nie zapnie płaszcza z fochem. I wtedy twoje „świetnie sobie radziłam” może wyglądać trochę inaczej.
Zamilkł na chwilę, w głowie próbując sobie to wszystko uporządkować. Odpowiedź na pytanie – czemu w ogóle próbował ją pouczać i moralizować. Czemu w tym stanie? Być może przez to, że później nie będzie już okazji – bo odgrzewanie tematu parę dni później absolutnie minie się z celem i zniknie pod szyldem ‘było, minęło’.
— Po prostu musisz na siebie uważać. Głupio byłoby, żebyśmy nagle przestali trenować, bo stałoby się coś, o czym wolę nie myśleć. — Jakaś tragedia. Jakaś jedna, głupia decyzja. — Szkoda by mi było czasu, który w ciebie zainwestowałem, i tak dalej. — Wiedział dobrze, że to nie o ów czas chodziło. Chodziło o to, że nie była mu obojętna, bo się znali. Bo nie chciał jej krzywdy, ani tego, żeby cokolwiek złego się jej przydarzyło. To była przecież normalna, ludzka reakcja wobec kogoś, kogo się znało. Z kim spędzało się czas – nieważne czy prywatnie czy w ramach pracy.
Raven Heist
-
- We shouldn't.
- So make it worth the sin.
- You know this is wrong, right?
- Then stop whispering my name like a prayer.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Dziwne masz zainteresowania — stwierdziła. Ona co prawda lepszych nie miała, ale zważając na to jaką nastolatką była, to chociaż o tyle dobrze, że nie ćpała po kątach. Jakiś rozsądek w głowie więc musiała mieć, a to, że czasami robiła głupie rzeczy… kto w latach nastoletnich nie zrobił niczego z czego nie byłby dumny, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Możliwe, że za te kilka lat, jak pomyśli sobie o tym co robiła, gdy w końcu wyrywała się spod reżimu matki, to się złapie za głowę i powie, że miała więcej szczęścia niż rozumu, ale w tym momencie świetnie się bawiła i nie myślała o jakichkolwiek konsekwencjach. Najbardziej zależało jej na tym, aby jej rodzicielka nie dowiedziała się ani o imprezie, ani o wyjściu do klubu, bo wiedziała jak to się skończy. Nigdy by już nie została sama w domu, kontrola by się podwoiła, nie mówiąc już o karach, które by wymyśliła kobieta.
Ale jakby ją zapytać, to i tak byłoby warto.
Gdy się nie miało wolności, to cieszyło się z każdego ochłapu.
Wzruszyła ramionami niewinnie.
— Lubię huśtawki, myślałam, że tam na ciebie poczekam, albo chwilę posiedzę — stwierdziła. Gdzieś tam w jej pijanym umyśle była myśl, że może jednak jej trener przyjedzie, skoro już do niego napisała. A dlaczego wylądowała w parku? Też chciałaby wiedzieć, niemniej gdy szła przed siebie zauważyła plac zabaw i postanowiła zrobić sobie przerwę. Czasami lepiej nie pytać co siedziało w umyśle kogoś pijanego, bo sam nie odpowie logicznie.
Miała jednak pecha w postaci zboczeńca, który pojawił się na jej drodze. Pierwszy taki przypadek w jej krótkim życiu, że ktoś faktycznie się pojawił i nie miał czystych intencji. To, że miała jednocześnie szczęście i mężczyzna się wycofał, to była inna kwestia.
Uśmiechnęła się zadowolona z siebie.
— Widzisz? Nie doceniasz mnie — powiedziała. Była zdania, że tacy ludzie zwykle chcieli wywołać jakąś reakcję. I raczej nie podziw, a strach. Nigdy nie miała okazji przetestować tego w praktyce, ale w tym przypadku podziałała odwrócona psychika, żeby zamiast uciekać, zacząć się po prostu śmiać. Gorzej, jakby to nie podziałało i jedynie rozzłościło mężczyznę jeszcze bardziej.
Wtedy Soren musiałby się tłumaczyć czemu wyszedł w środku nocy i wrócił ze śladami bójki.
— Dobrze, dobrze, jeśli natrafię znowu na zboczeńca, to zamiast go wyśmiać, od razu ucieknę. — Albo go wyśmieje i potem ucieknie. Jeszcze nie do końca wiedziała jaka to będzie kolejność. Miała jednak nadzieję, że taka sytuacja się już nie powtórzy, a na pewno zbyt szybko nie będzie mieć do tego okazji ze względu na jej ograniczoną wolność i brak wychodnego. A niestety, rocznica ślubu jest tylko raz w roku. Akurat w okolicy jej urodzin.
Odetchnęła ciężej chłodnym powietrzem, które wdzierało się do środka auta przez uchylone okno. Kącik ust jej jednak drgnął wyżej na jego kolejne słowa. Przeniosła wzrok na niego i przekrzywiła głowę.
— Widzisz… mogłeś iść ze mną na imprezę, to wtedy na pewno by do tego nie doszło — powiedziała. Wtedy miałby kto ją pilnować i od razu odprowadzić do domu. Nie żeby potrzebowała pilnowania, bo przecież była silna i niezależna. — No co? Następnym razem musisz iść z nami, wtedy będziesz mieć oko, abym nie robiła nic głupiego — dodała.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może gdyby spróbował stłuc ją gazetą to przyniosłoby jakikolwiek efekt, ale to raczej mieściło się w uprawnieniach rodziców, a nie trenerów.
Choć podobno wykraczało to poza uprawnienia także rodziców, ale on wtedy o tym nie wiedział. No i na własną matkę policji by nie wezwał.
Gdy wspomniała, że mógł przecież iść z nią na imprezę, zerknął na nią kątem oka, a kącik jego ust drgnął minimalnie. Sam pomysł był na tyle absurdalny, że aż przez moment spróbował go sobie wyobrazić. Nie to, że nie był imprezowy. Po prostu miał wrażenie, że nie pasował do jej grona. I na pewno nie chciałby, żeby w jakiś sposób czuła się odpowiedzialna za niego i jego dobrą zabawę. Może gdyby faktycznie zaangażował w to Huntera to miałoby to jakiś sens.
Albo Sorę. Miałeś przecież też Sorę. Narzeczoną. Taką, która co prawda nie miała czasu, a jak miała, to też go nie miała.
— Jasne — mruknął w końcu, nie odrywając wzroku od drogi. — Następnym razem pójdę z tobą. — I nawet przez chwilę brzmiało to nawet całkiem poważnie, dopóki nie dodał po krótkiej pauzie: — Postoję gdzieś z boku, popatrzę jak wszyscy się świetnie bawią i będę udawał, że absolutnie nie żałuję tej decyzji. — Nie było w tym nawet szczególnej ironii. Był to raczej półżart rzucony mimochodem. Takie coś pomiędzy komentarzem a myślą wypowiedzianą na głos.
No i znów: wcale nie chodziło o to, że naprawdę nie potrafił się bawić; bywał na tego typu wyjściach nie raz, ale teraz zdecydowanie bardziej wolał... Po prostu posiedzieć w domu. Już ją dzisiaj (a raczej: wczoraj) przestrzegał, że niedługo przyjdzie taki wiek, że o godzinie dwudziestej drugiej to ona będzie chciała się już położyć spać, a nie wychodzić na imprezę. I ten wiek wcale nie jest aż tak odległy od jej.
Po kilku kolejnych miniętych skrzyżowaniach skręcił w znajomą ulicę w Kingsway, wyraźnie zwalniając. Zatrzymał samochód przed jej domem, nie wyłączając jednak po tym silnika.
Zerknął na nią kontrolnie.
— Masz wszystko? — zapytał, opierając dłoń o kierownicę. — Masz klucze? Telefon? Nie wiem, jakąś torebkę? Z czym wychodziłaś?
Po tej nocy wcale nie byłoby dla niego zaskoczeniem, gdyby okazało się, że coś jednak zostało gdzieś w klubie. Albo na tej nieszczęsnej huśtawce.
Gdy upewnił się, że będzie w stanie wejść do domu, bo ma klucze, że telefon nie pozostał w parku, uniósł lekko brew.
— Ale na pewno trafisz do łóżka? — zapytał z cieniem rozbawienia w głosie. Oczywiście nie była to żadna insynuacja, a zwyczajna zaczepka. Wynikła z tego, że ‘radząca sobie’ nastolatka, która sama ruszyła w stronę domu, skończyła w parku. Gorzej by to wyglądało, gdyby zaproponował jej, że może ją odprowadzić.
Raven Heist