Nie miała więc pojęcia, co działo się później.
Nie wiedziała, przez jaką walkę z własnym ciałem przechodził Damon, niosąc ją przez śnieg, i nie wiedziała ile kosztował go każdy kolejny krok. Ani jak bardzo rana na udzie zaczynała odmawiać współpracy w momencie, w którym adrenalina przestawała działać. Gdy ostatecznie znalazł schronienie i ułożył ją na podłodze starej chaty, jej ciało pozostało w tej samej bezwładnej pozycji, w której ją położył. Nie reagowała, nie poruszała się, nie była nawet w stanie odczuć zimna.
Minęło trochę czasu, zanim jej świadomość zaczęła wrać.
Najpierw pojawiło się uczucie chłodu przenikającego przez ubranie, potem powolny powrót napięcia w mięśniach i bólu, który rozlał się po całym organizmie, kiedy układ nerwowy zaczął znowu pracować normalnie. Przez kilka pierwszych sekund nie potrafiła jeszcze zrozumieć gdzie jest, ani co właściwie się wydarzyło. Otworzyła oczy powoli, jak ktoś, kto próbuje dostosować wzrok do słabego światła, i przez moment widziała jedynie rozmazane cienie
A potem wróciło wszystko, w jednym momencie, nagle.
Podniosła się gwałtownie, gdy nagle spadły na nią wspomnienia wypadku. Samochódu, utraty kontroli, uderzenie, staczania się. Jej ciało zareagowało instynktownie. Zanim zdążyła przeanalizować gdzie dokładnie się znajduje, jej wzrok zaczął szukać Damona. Znalazła go niemal od razu i wystarczyła chwila, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Że wszystko bardzo jest nie tak.
Jako ratownik medyczny była przyzwyczajona do odczytywania sygnałów organizmu szybciej, niż inni potrafili je nawet zauważyć. Kolor jego skóry był dla niej zbyt jasny, niemal kredowy w porównaniu z tym, jak wyglądał wcześniej.
W jej głowie szybko pojawił się wynik tego równania. Byli o krok przed wstrząsem hipowolemicznym. I ledwie o dwa od tragedii.
Opatrunek, który założyła wcześniej, miał jedynie kupić czas, a nie rozwiązać problemu. Wiedziała to od początku, mówiła to od początku.
Zaczęła odczuwać… strach. Damon był w tej chwili wszystkim, co miała. Absolutnie wszystkim. I jedynym. Jedyną osobą, która nie zniknęła z jej życia tak jak inni, jedyną jej stałą w rzeczywistości, w której od dawna była przekonana, że prędzej czy później każdy ją zostawi.
Nawet we Włoszech nie była tak przerażona. We Włoszech nie był jej. Był jej bliski, ale teraz był znacznie, znacznie bliższy.
Przesunęła się bliżej, natychmiast sięgając do jego uda. Jej palce odnalazły materiał opatrunku, który wcześniej sama tam założyła, sprawdzając jak bardzo przesiąknięty był jego krwią. Tę samą kurtkę, którą on okrywał ją, a która teraz leżała zsunięta na ziemi, okutała jego ciało. Nie wiedziała, że technologia trzyma jego ciało w odpowiedniej temperaturze. Odpowiednio grzejąc.
— Damon — odezwała się słabo, przenosząc spojrzenie z mokrego, zmrożonego opatrunku na jego zasnute mgłą źrenice. — Patrz na mnie.
Przesunęła się jeszcze bliżej, niemal na kolana, jedną ręką dociskając opatrunek mocniej niż wcześniej, drugą rozrywając materiał w miejscu, w którym nasiąkł krwią najbardziej. Jego rany pod nią dalej pracowały. Nie pulsowały, co znaczyło, że tętnica wciąż była nietknięta, ale krew sączyła się powoli i konsekwentnie. Zacisnęła zęby i bez wahania, drżącymi – bardziej od zdenerwowania niż własnego wycieńczenia – wepchnęła materiał głębiej w rany, wzmacniając tamponadę, którą wcześniej zrobiła w koszarach.
Potrzebowała zatrzymać krwawienie na tyle, by kupić mu jeszcze trochę czasu. Wiedziała, że to rozwiązanie bardzo, ale to bardzo tymczasowe. I nie wiedziała czy na odpowiedni czas. Nie wiedziała jaki jest plan i czy w ogóle jakiś jest.
Utrzymując mocny ucisk, przeniosła spojrzenie z rany na jego twarz, obserwując każdy szczegół. Jego kolor skóry, sposób w jaki oddychał, reakcję źrenic. Wciąż zaciskała zęby mocno, a to też nie z frustracji, ale jak gdyby miało pomóc jej, aby się nie rozsypać.
Chciała o coś zapytać. Poprosić. Ale nie potrafiła zdobyć się na odwagę, by spytać czy jej nie zostawi. Powiedzenie tego nie było trudne dlatego, że obawiała się odpowiedzi. Było trudne, bo wypowiedzenie na głos pytania, byłoby jak przyznanie, że gdzieś na pewnym etapie zaczynała wierzyć, że to wcale nie tak, że wszyscy w końcu od niej odejdą. A przecież od początku była o tym święcie przekonana. Bo odchodzili.
Jeśli nie przez wybór, to przez śmierć.
— Co zjemy jak już wrócimy? — spytała, starając się utrzymać stabilny głos. Aby nie zadrżał pod emocjami. Zapytała by pobudzić go. Do głupiego dialogu, aby cały czas przy niej świadomie był, kiedy ona bardzo mocno uciskała jego rany. — Na co masz ochotę?
Damon Tae