52 y/o
Indulge in local cuisine
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rzeczywiście bardzo daleko mu było do tego, żeby wisiało mu, co myśli o nim jego brat, Alvaro, czy ktokolwiek inny. Chciał być widziany jako ktoś silny i bezwzględny, bo tak było łatwiej i wydawało mu się, że w ten sposób będzie bardziej szanowany, że zyska w oczach innych. Wiedział, że jednocześnie wiązało się to z tym, że wielu ludzi nie będzie go lubiło albo wręcz nie będą go znosili, ale i tak sądził, że tak będzie lepiej, niż jakby mieli go za łatwego do złamania słabeusza, którym w rzeczywistości się czuł. I w tym momencie, kiedy zobaczył, jak brat delikatnie odstawia szklankę, jak rozgląda się bezradnie, a potem zaczyna go przepraszać, Santiago poczuł się mały, słaby i bezradny. Poczuł się znacznie mniejszy, niż Salazar i miał ochotę rozpłakać się i wtulić w niego, chowając się przed światem w ramionach starszego brata.
Pociągnął krótko nosem i szarpnął głową, zatrzymując się i patrząc na Salazara. Nie bardzo wiedział, jak się zachować w tej sytuacji. Czuł, że Martinez ma ochotę stąd wyjść i nigdy nie wracać, więc Tiago kusiło, żeby przeprosić za całe swoje zachowanie, za swoje życie, za to, jakim był sukinsynem.
Wreszcie usiadł obok niego na kanapie, owinął się ciasno kocem i wbił wzrok w podłogę, przygarbiony, oddychając ciężko i próbując się uspokoić.
A może lepiej by było, żeby jednak Salazar rzeczywiście się na niego obraził i nigdy więcej nie przyszedł...? Żeby nie patrzył na niego, jak słabnie? A słabł i czuł to, choć dzięki obecności Alvaro w życiu to osłabienie nie postępowało tak szybko, jak by mogło, a Tiago też często zakładał maskę kogoś silniejszego, niż był w rzeczywistości. Ale choroba jedynie przyhamowała, a nie zatrzymała się albo w ogóle cofała.
A on się jej coraz bardziej bał i coraz bardziej potrzebował bliskich przy sobie, coraz bardziej nie chciał być z tym sam. I jednocześnie zarzucał sobie, że to z jego strony pieprzony egoizm, bo nie powinien nikogo na siebie skazywać. No i - naprawdę bardzo nie chciał, żeby ktoś się nim opiekował, bo byłoby to dla niego uwłaczające; a z drugiej strony miał coraz większą potrzebę okazywania swojej słabości i słów pocieszenia.
- Nie przepraszaj za to, że mnie uderzyłeś, bo mi się należało - powiedział wreszcie cicho, wciąż patrząc w podłogę - I nie przepraszaj, że przyjechałeś, bo tęskniłem za tobą i myśl, że więcej cię nie zobaczę, wywoływała we mnie rozpacz.
Zgrzytnął nerwowo zębami i nie całkiem świadomie zacisnął koc mocniej na swoich ramionach.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
For good luck!
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sal nie był pewien czy rzeczywiście chce wyjść - bo z jednej strony marzył o gorącym prysznicu, co zwłaszcza po kilku godzinach spędzonych w samolotach i oczekiwaniu na lotnisku, a potem jeszcze na przesiadkę, wydawało mu się w tej chwili jednym z genialniejszych pomysłów. Z drugiej natomiast - wcale nie chciał rozstawać się z bratem, a już na pewno nie w takiej atmosferze i ani przez chwilę nie przeszło mu przez myśl, że mógłby wyjść i już nigdy nie wrócić. Nie po to przyjeżdżał do Toronto, żeby zaraz zawinąć się z powrotem do samolotu i wrócić do Nowego Orleanu. A po co właściwie przyjechał...? Bo tęsknił. Bo chciał znów zobaczyć kogoś, kogo przez dłuższy czas uważał za zmarłego i kogo opłakiwał. Bo go potrzebował. Bo Santiago był jego głupim i wkurzającym młodszym braciszkiem, bez którego życie nie było takie samo.
Westchnął cicho, ale z pewnego rodzaju ulgą, gdy Santiago wrócił na kanapę obok niego. Przez chwilę stał jeszcze, patrząc na niego z góry, ale w końcu dolał sobie whisky, uzupełniając też szklankę brata, jeśli tego wymagała i usiadł ponownie, tym razem nieco bliżej niego. Ktoś patrzący z boku mógłby stwierdzić, że ewidentnie naruszał przestrzeń osobistą brata, ale jako że byli braćmi i jako że dzisiejszy dzień dla nich obu i tak był wyjątkowo trudny, to nie przejmował się takimi głupotami, jak przestrzeń osobista.
- Należało ci się, ale i tak mam wyrzuty sumienia, że cię walnąłem - prychnął krótko, zerkając na niego z ukosa i opierając się o oparcie kanapy, z ramieniem tuż przy ramieniu młodszego. - Nie pamiętam kiedy ostatni raz się biliśmy, ale zakładam, że jakieś milion lat temu i sądziłem, że z tego wyrośliśmy. Jak widać, nie do końca. - uśmiechnął się pod nosem i upił niewielkiego łyka ze swojej szklaneczki. Zakręciło mu się lekko w głowie, pewnie dlatego, że chwilę wcześniej wstał z kanapy, a potem znów na niej usiadł, a upojony już alkoholem łeb niekoniecznie dobrze znosił takie wariacje.
- Ja też tęskniłem, wiesz przecież - przyjrzał mu się uważnie; zrobiło mu się jakoś tak cieplej na sercu, gdy usłyszał to wyznanie, bo jak na Santiago to naprawdę było bardzo dużo. W ogóle całe te ich rozmowy tego dnia to było naprawdę dużo, zwłaszcza jak na kogoś takiego jak Kocur, który przecież zwykł unikać wyrażania uczuć i w ogóle sprawiania wrażenia, że jakiekolwiek ma. - Swoją drogą, mogę spytać dlaczego Toronto? W sensie... czemu osiadłeś właśnie tutaj? - mogło się wydawać, że zmienił temat na łatwiejszy i bardziej przystępny, ale nie sądził, że do końca tak właśnie było. Niemniej, był ciekaw czemu padło właśnie na to konkretne miejsce na świecie.

Santiago de la Serna
palermo (palermo.pbf)
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Indulge in local cuisine
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ulżyło mu, kiedy Salazar usiadł, dolawszy whisky sobie i jemu - to mogło oznaczać, że nie spisał jeszcze tego skurwysyna, jakim był jego brat, na straty. Tiago popatrzył niepewnie na swoją szklankę, myśląc o tym, że po takim pijaństwie będzie musiał chwilę odespać przed powrotem Alvaro, bo jak powita go w domu pijany, to Salvatierra może nie być zachwycony. Tym niemniej był wdzięczny bratu, że jednak usiadł, w dodatku bliżej niego.
W odpowiedzi na jego pytanie wzruszył krótko ramionami, wciąż przygarbiony - niemal zwinięty w kłębek.
- Chyba dlatego, że to jedno z najmniej prawdopodobnych miejsc, gdzie mógłbym się osiedlić, więc byście mnie tu nie szukali - powiedział i parsknął śmiechem, chociaż wcale nie było mu wesoło. Miał ochotę przytulić się do Salazara i wypłakać mu się w ramię.
Sięgnął w końcu po swoją szklankę i wypił łyk, po czym przyjrzał jej się, obracając ją w palcach, milcząc dłuższy czas.
- To nieprawda, że jestem pozbawiony uczuć i empatii - wypalił nagle ochrypłym głosem - Tak naprawdę jestem w chuj słaby i głupi. Nie mów o tym nikomu, proszę, ale... No, chciałbym, żebyś to wiedział. I nie mów mi, że nigdy mnie za takiego nie miałeś - robiłem wszystko, żeby wszyscy mnie tak postrzegali. Wiem, że w większości wypadków mi się to udało, a jeśli ktoś przypadkiem odkrywał, że ja jednak coś tam czuję, to był niesamowicie zaskoczony - a ja wtedy robiłem wszystko, żeby to odczucie zatrzeć. Ale potrafię kochać i zależy mi na ludziach. Zależy mi na tobie. Chciałbym po prostu, żebyś to wiedział.
Znów się napił, podciągnął stopy na kanapę i wtulił się w oparcie.
- Nie chciałbym, żebyśmy rozstali się w złości.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
For good luck!
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie, zdecydowanie nie spisał jeszcze tego skurwysyna na straty; nadal go kochał, bo był jego młodszym braciszkiem, cokolwiek by w życiu nie odpierdalał (a robił różne rzeczy, mniej lub bardziej wątpliwe moralnie, przynajmniej według niektórych - zwłaszcza tych nazywających go potem skurwysynem pozbawionym empatii i serca). Właściwie Sal nie był pewien czy Santiago byłby w stanie zrobić coś, co mogłoby sprawić, że uczucia Salazara do niego by osłabły i by przestał mieć ochotę z nim rozmawiać. Wściekał się na niego czasem, jak choćby podczas tej rozmowy, czasem miał ochotę go walnąć w mordę, czasem po prostu chciał wyjść trzaskając drzwiami, ale zależało mu na bratu i na relacjach z nim, a jeśli się wściekał, to często po prostu dlatego, że przejmował się nim, tym co robił albo mówił i nie zawsze był w stanie przejść nad tym do porządku dziennego. Nie sprawiało to jednak, że miał go dość czy że kochał go mniej. Po prostu zwykle musiał się nawściekać, a potem zawsze mu przechodziło i mogli wrócić do zwykłych, dobrych relacji.
- Nie wiem czy nie wpadłbym na to, żeby szukać cię w Toronto... ale myślę, że gdybym uważał, że żyjesz, to mógłbym jednak na to wpaść, podobnie jak Alvaro. Pamiętam, że pomieszkiwaliście tutaj czasem, głównie przez chwilę, ale jednak. - uśmiechnął się lekko, bawiąc się szklaneczką z bursztynowym płynem.
Przyjrzał się bratu uważnie, gdy ten zaczął mówić, że nie jest pozbawiony uczuć i empatii, ciekaw do czego ten dążył. Zmarszczył nos z miną mówiącą mniej więcej: "co ty pierdolisz?", gdy Santiago wspomniał, że tak naprawdę jest po prostu słaby i głupi.
- Nigdy nie miałem cię za słabego ani za głupiego, głuptasie - wywrócił oczami i poklepał go lekko po kolanie. - Mi na tobie też zależy, wiesz o tym przecież. I wiem, że tobie zależy na mnie, bo - jak mówiłem - nigdy nie uważałem cię też za kogoś pozbawionego uczuć. Inni może dawali się nabrać tej narracji, ale inni nie byli twoimi braćmi. - napił się trochę i obrócił się bardziej przodem w jego stronę, po chwili obejmując go wolną ręką za ramiona i przyciągając do siebie, a swój podbródek oparł o jego głowę. - I nie zamierzałem się z tobą rozstawać, ani w złości, ani w ogóle. To, że przez chwilę chciałem trzasnąć drzwiami... nie znaczy, jak widać, że bym to zrobił.

Santiago de la Serna
palermo (palermo.pbf)
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Indulge in local cuisine
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem, mając ochotę powiedzieć, że nie o takie rozstanie mu chodziło: nie o to, że Salazar by stąd teraz wyszedł. O to też, tak, ale teraz już widział, że ten raczej tego nie zrobi. Ostatecznie jednak nie wyraził swojej myśli na głos uznając, że nie ma sensu - zabrzmiałby wtedy już w ogóle jakby się nad sobą użalał, a tego nie chciał. Odetchnął ciężko i odgarnął włosy z czoła, dając się przyciągnąć do przytulenia. Przełknął z trudem ślinę, zaciskając zęby i starając się teraz nie rozkleić: cholernie potrzebował tego przytulenia, chociaż nie przyznałby tego na głos. Poruszył lekko głową, łasząc się do Martineza, a po chwili objął go niepewnie w pasie, wtulając się trochę mocniej.
- Tak czy inaczej... Cieszę się, że cię widzę - skwitował i uśmiechnął się do brata i zerknął na komputer - To kiedy idziecie oglądać ten dom? Macie pieniądze, żeby go kupić, czy potrzebujecie trochę kasy? W razie czego mogę pomóc: mam niewielkie oszczędności, jak wiesz...
Zaśmiał się z własnego żartu i znów się napił.
Rozmawiali jakiś czas, ale po kilku godzinach Salazar wyszedł, pozostawiając Kocura samego. Ten przez jakiś czas gapił się w okno, ale wreszcie powrócił do gotowania, żeby zapiekanka była gotowa na powrót jego mężczyzny. Rozstawił znów świeczki i talerze na stole, postarał się, żeby wszystko wyglądało możliwie jak najbardziej romantycznie, po czym przebrał się w jakieś elegantsze ciuchy: założył czarne dżinsy i śliwkowy podkoszulek. Wcześniej wykąpał się i odświeżył, żeby nie zionąć aż tak alkoholem, kiedy Alvaro wróci do domu.

Salazar Martinez
/zt.
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”