-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pociągnął krótko nosem i szarpnął głową, zatrzymując się i patrząc na Salazara. Nie bardzo wiedział, jak się zachować w tej sytuacji. Czuł, że Martinez ma ochotę stąd wyjść i nigdy nie wracać, więc Tiago kusiło, żeby przeprosić za całe swoje zachowanie, za swoje życie, za to, jakim był sukinsynem.
Wreszcie usiadł obok niego na kanapie, owinął się ciasno kocem i wbił wzrok w podłogę, przygarbiony, oddychając ciężko i próbując się uspokoić.
A może lepiej by było, żeby jednak Salazar rzeczywiście się na niego obraził i nigdy więcej nie przyszedł...? Żeby nie patrzył na niego, jak słabnie? A słabł i czuł to, choć dzięki obecności Alvaro w życiu to osłabienie nie postępowało tak szybko, jak by mogło, a Tiago też często zakładał maskę kogoś silniejszego, niż był w rzeczywistości. Ale choroba jedynie przyhamowała, a nie zatrzymała się albo w ogóle cofała.
A on się jej coraz bardziej bał i coraz bardziej potrzebował bliskich przy sobie, coraz bardziej nie chciał być z tym sam. I jednocześnie zarzucał sobie, że to z jego strony pieprzony egoizm, bo nie powinien nikogo na siebie skazywać. No i - naprawdę bardzo nie chciał, żeby ktoś się nim opiekował, bo byłoby to dla niego uwłaczające; a z drugiej strony miał coraz większą potrzebę okazywania swojej słabości i słów pocieszenia.
- Nie przepraszaj za to, że mnie uderzyłeś, bo mi się należało - powiedział wreszcie cicho, wciąż patrząc w podłogę - I nie przepraszaj, że przyjechałeś, bo tęskniłem za tobą i myśl, że więcej cię nie zobaczę, wywoływała we mnie rozpacz.
Zgrzytnął nerwowo zębami i nie całkiem świadomie zacisnął koc mocniej na swoich ramionach.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Westchnął cicho, ale z pewnego rodzaju ulgą, gdy Santiago wrócił na kanapę obok niego. Przez chwilę stał jeszcze, patrząc na niego z góry, ale w końcu dolał sobie whisky, uzupełniając też szklankę brata, jeśli tego wymagała i usiadł ponownie, tym razem nieco bliżej niego. Ktoś patrzący z boku mógłby stwierdzić, że ewidentnie naruszał przestrzeń osobistą brata, ale jako że byli braćmi i jako że dzisiejszy dzień dla nich obu i tak był wyjątkowo trudny, to nie przejmował się takimi głupotami, jak przestrzeń osobista.
- Należało ci się, ale i tak mam wyrzuty sumienia, że cię walnąłem - prychnął krótko, zerkając na niego z ukosa i opierając się o oparcie kanapy, z ramieniem tuż przy ramieniu młodszego. - Nie pamiętam kiedy ostatni raz się biliśmy, ale zakładam, że jakieś milion lat temu i sądziłem, że z tego wyrośliśmy. Jak widać, nie do końca. - uśmiechnął się pod nosem i upił niewielkiego łyka ze swojej szklaneczki. Zakręciło mu się lekko w głowie, pewnie dlatego, że chwilę wcześniej wstał z kanapy, a potem znów na niej usiadł, a upojony już alkoholem łeb niekoniecznie dobrze znosił takie wariacje.
- Ja też tęskniłem, wiesz przecież - przyjrzał mu się uważnie; zrobiło mu się jakoś tak cieplej na sercu, gdy usłyszał to wyznanie, bo jak na Santiago to naprawdę było bardzo dużo. W ogóle całe te ich rozmowy tego dnia to było naprawdę dużo, zwłaszcza jak na kogoś takiego jak Kocur, który przecież zwykł unikać wyrażania uczuć i w ogóle sprawiania wrażenia, że jakiekolwiek ma. - Swoją drogą, mogę spytać dlaczego Toronto? W sensie... czemu osiadłeś właśnie tutaj? - mogło się wydawać, że zmienił temat na łatwiejszy i bardziej przystępny, ale nie sądził, że do końca tak właśnie było. Niemniej, był ciekaw czemu padło właśnie na to konkretne miejsce na świecie.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W odpowiedzi na jego pytanie wzruszył krótko ramionami, wciąż przygarbiony - niemal zwinięty w kłębek.
- Chyba dlatego, że to jedno z najmniej prawdopodobnych miejsc, gdzie mógłbym się osiedlić, więc byście mnie tu nie szukali - powiedział i parsknął śmiechem, chociaż wcale nie było mu wesoło. Miał ochotę przytulić się do Salazara i wypłakać mu się w ramię.
Sięgnął w końcu po swoją szklankę i wypił łyk, po czym przyjrzał jej się, obracając ją w palcach, milcząc dłuższy czas.
- To nieprawda, że jestem pozbawiony uczuć i empatii - wypalił nagle ochrypłym głosem - Tak naprawdę jestem w chuj słaby i głupi. Nie mów o tym nikomu, proszę, ale... No, chciałbym, żebyś to wiedział. I nie mów mi, że nigdy mnie za takiego nie miałeś - robiłem wszystko, żeby wszyscy mnie tak postrzegali. Wiem, że w większości wypadków mi się to udało, a jeśli ktoś przypadkiem odkrywał, że ja jednak coś tam czuję, to był niesamowicie zaskoczony - a ja wtedy robiłem wszystko, żeby to odczucie zatrzeć. Ale potrafię kochać i zależy mi na ludziach. Zależy mi na tobie. Chciałbym po prostu, żebyś to wiedział.
Znów się napił, podciągnął stopy na kanapę i wtulił się w oparcie.
- Nie chciałbym, żebyśmy rozstali się w złości.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie wiem czy nie wpadłbym na to, żeby szukać cię w Toronto... ale myślę, że gdybym uważał, że żyjesz, to mógłbym jednak na to wpaść, podobnie jak Alvaro. Pamiętam, że pomieszkiwaliście tutaj czasem, głównie przez chwilę, ale jednak. - uśmiechnął się lekko, bawiąc się szklaneczką z bursztynowym płynem.
Przyjrzał się bratu uważnie, gdy ten zaczął mówić, że nie jest pozbawiony uczuć i empatii, ciekaw do czego ten dążył. Zmarszczył nos z miną mówiącą mniej więcej: "co ty pierdolisz?", gdy Santiago wspomniał, że tak naprawdę jest po prostu słaby i głupi.
- Nigdy nie miałem cię za słabego ani za głupiego, głuptasie - wywrócił oczami i poklepał go lekko po kolanie. - Mi na tobie też zależy, wiesz o tym przecież. I wiem, że tobie zależy na mnie, bo - jak mówiłem - nigdy nie uważałem cię też za kogoś pozbawionego uczuć. Inni może dawali się nabrać tej narracji, ale inni nie byli twoimi braćmi. - napił się trochę i obrócił się bardziej przodem w jego stronę, po chwili obejmując go wolną ręką za ramiona i przyciągając do siebie, a swój podbródek oparł o jego głowę. - I nie zamierzałem się z tobą rozstawać, ani w złości, ani w ogóle. To, że przez chwilę chciałem trzasnąć drzwiami... nie znaczy, jak widać, że bym to zrobił.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak czy inaczej... Cieszę się, że cię widzę - skwitował i uśmiechnął się do brata i zerknął na komputer - To kiedy idziecie oglądać ten dom? Macie pieniądze, żeby go kupić, czy potrzebujecie trochę kasy? W razie czego mogę pomóc: mam niewielkie oszczędności, jak wiesz...
Zaśmiał się z własnego żartu i znów się napił.
Rozmawiali jakiś czas, ale po kilku godzinach Salazar wyszedł, pozostawiając Kocura samego. Ten przez jakiś czas gapił się w okno, ale wreszcie powrócił do gotowania, żeby zapiekanka była gotowa na powrót jego mężczyzny. Rozstawił znów świeczki i talerze na stole, postarał się, żeby wszystko wyglądało możliwie jak najbardziej romantycznie, po czym przebrał się w jakieś elegantsze ciuchy: założył czarne dżinsy i śliwkowy podkoszulek. Wcześniej wykąpał się i odświeżył, żeby nie zionąć aż tak alkoholem, kiedy Alvaro wróci do domu.
Salazar Martinez
/zt.