ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
152 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I just hope you get agoraphobia some day and all your days are sunny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To był ten dzień. Jej pierwszy dzień w nowej pracy. Harper czuła jak stres powoli zżera ją od środka, gdy przekraczała próg lotniska. Już zdążyła bardzo polubić ten specyficzny zapach… mieszankę kawy, perfum i chłodnego powietrza z klimatyzacji. Odgłosy walizek sunących po podłodze i przytłumione komunikaty dobiegające z głośników. A jednak mimo, że wydawało jej się że jest przygotowana na ten dzień, czuła jakby jednak nie była.
Tym razem nie była pasażerką. Nie była też tylko anonimowym człowiekiem, który przelatuje między miastami bądź jedzie do innego kraju na wakacje. Była na swoim miejscu, tam gdzie przynależała w pracy. A przynajmniej bardzo chciała w to wierzyć.
W szatni dla pracowników panował jeszcze przyjemny spokój, który nieco opanowywał jej zagotowaną z emocji głowę. Harper zawiesiła płaszcz w przypisanej jej szafce i przez moment po prostu stała, wpatrując się w wiszący na haczyku strój stewardessy. Idealnie wyprasowana koszula, dopasowana spódnica, cienki żakiet – wszystko wyglądało aż podejrzanie perfekcyjnie.
Przebrała się bardzo powoli, jakby bała się, że zaraz po tym jak będzie musiała stąd wyjść to popełni błąd. Włosy związała w schludny i elegancki kok, a makijaż poprawiła jedynie odrobinę. Miała wyglądać dobrze i profesjonalnie, kompetentnie. Zupełnie jak ktoś kto nie zastanawiał się pół nocy czy na pewno podjął dobrą decyzję. I czy znajdywała się w dobrym miejscu.
Oddychaj… dasz radę. — mruknęła do siebie cicho. Jej serce biło zdecydowanie za szybko, kompletnie nie wiedziała jak zebrać myśli. A najgorsze dopiero przed nią…
Korytarze zaplecza były istnym labiryntem. Na szkoleniu wszystko wydawało jej się jakieś takie… prostsze i bardziej logiczne niż w tej chwili. Zerkała co chwilę na telefon próbując upewnić się, że idzie w dobrym kierunku a jednocześnie starając się wyglądać tak, jakby absolutnie nie potrzebowała pomocy. I jakby wcale nie miała ochoty wewnętrznie się rozpłakać. Cudownie pierwszy dzień w pracy i jeszcze odwaliła takie gówno… zgubić się pierwszego dnia. Bosko.
Dlatego w pewnym momencie pokręciła głową i postanowiła, że da radę! Szybko skręciła za kolejny róg z udawaną pewnością siebie aż z całym impetem wpadła na kogoś.
O jasna cholera! — zatrzymała się gwałtownie, ledwo łapiąc równowagę. Ja pierdziele! Jeszcze tego brakowało, aby padła na dupę przed kimś obcym. Pasek torby zsunął jej się z ramienia, a identyfikator który wisiał na jej szyi wyglądał komicznie. Prawie jak szubienica, na którą miała ochotę teraz się wsunąć. — Jezu przepraszam! — wyrwało jej się natychmiast.
Dopiero wtedy zwróciła uwagę na kogo wpadła. Dziewczyna stojąca naprzeciwko miała piękne kruczoczarne włosy, które cudownie wyglądały z jej opaloną karnacją. Myśl pojawiła się w głowie Crain – ciekawe skąd pochodzi. — Naprawdę przepraszam… to mój pierwszy dzień. — dodała już ciszej, bardziej do siebie niż do niej. Jakby chciała usprawiedliwić swoją niezdarność i głupotę.
Świetny początek. Może jeszcze przewróć się na środku korytarza. Albo wylej na siebie kawę I będzie pełen pakiet typowej blondynki.
Harper.— przedstawiła się nagle i wyciągnęła rękę w kierunku dziewczyny. Na pewno miały mocne powitanie.
Sofia Torres
szopik
nie zabijać i nie współżyć bez zgody
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


𝑰'𝒎 𝒇𝒍𝒚𝒊𝒏𝒈 𝒊𝒏𝒕𝒆𝒓𝒄𝒐𝒏𝒕𝒊𝒏𝒆𝒏𝒕𝒂𝒍 𝒘𝒊𝒕𝒉 𝒚𝒐𝒖

。 ₊°༺❤︎༻°₊ 。

Po raz kolejny stanęła bokiem do lustra obserwując, czy uniform dobrze prezentuje się na jej ciele. Gdy uznała, że materiał wygląda, jakby przed chwilą wyszedł spod żelazka i w żadnym miejscu się nie roluje, po raz ostatni przesunęła grzebieniem po włosach, by upewnić się, że żaden z kosmyków nie wydostaje się przypadkiem z ciasnego upięcia. Sofia Torres zawsze musiała wyglądać nienagannie w czasie swojej pracy. Upierdliwe dążenie do perfekcji zostało jej jeszcze z czasów młodości, kiedy za wszelką cenę starała się zwrócić na siebie uwagę swojego wiecznie nieobecnego ojca. Musiała więc być najmądrzejsza, najładniejsza, najgłośniejsza, najbardziej utalentowana... Dawanie z siebie wszystkiego weszło jej wtedy w krew i pozostało w niej do dzisiaj, odciskając na niej piętno pod postacią nieskończonej potrzeby perfekcji. Dotarła na lotnisko dokładnie czterdzieści pięć minut planowanym brefingiem- robiła tak zawsze, odkąd tylko rozpoczęła pracę w Canada Air. Lubiła mieć dodatkowy czas na to, gdyby złapał ją korek, złamał jej się obcas lub miała jakąkolwiek inną, awaryjną sytuację. Sofia zawsze musiała być przygotowana na każdy, najmniejszy nawet pożar. Skąpała się więc w swoich perfumach i wymaszerowała z szatni mordując ciszę ostrym dźwiękiem swoich obcasów.
Krocząc korytarzem dla personelu stukała coś paznokciami w telefon, wymieniając wiadomości z ojcem. Pan Torres zasygnalizował jej, że Elena w ostatnim czasie zaczyna coraz mocniej pokazywać charakterek. Chyba wszystkie kobiety w tej rodzinie miały jakąś przedziwną obsesję na punkcie desperackiego zwracania jego uwagi. Przystanęła na chwilę, by odpisać, mrucząc coś po hiszpańsku pod nosem. Odkąd zaczęła spotykać się z Ezequielem, znacznie częściej używała tego języka.
Nagle poczuła lekkie uderzenie, które sprawiło, że gdyby nie zawieszka przyczepiona do urządzenia, zawieszona na jej nadgarstku, jej telefon z pewnością straciłby właśnie ekran. Pod wpływem nieznanej siły zrobiła delikatny krok do przodu i niewiele myśląc zawołała:
-¿Estáis todos locos hoy? ¡Joder!- odwróciła się ze średnio przyjemną miną w kierunku przyczyny tego nagłego zdarzenia. Drobna blondynka zaczęła gorączkowo przepraszać za tą chwilową niewygodę. -¿Qué coño estás haciendo?! - dodała chwilę potem, w odpowiedzi na jej kolejne przeprosiny. Musiała ochłonąć. Nic się przecież nie stało, no może poza tym, że.. nieźle się wystraszyła.
Dopiero w momencie, gdy wspomniała o tym, że jest tutaj po raz pierwszy, rysy Torres nieco złagodniały. Sama przypomniała sobie swój pierwszy lot, zimne poty, nieprzyjemne dreszcze, uścisk w żołądku, to dziwne poczucie, jakby cały czas nabierała wody w płuca... Odrzuciła szybko wspomnienia czując, że zaczyna nieco zbyt realnie empatyzować z nieznajomą niezdarą.
-Już, już! Jezu, żyję, nic się nie stało. Po prostu mnie wystraszyłaś.- odpowiedziała pośpiesznie, tym razem po angielsku, mierząc spojrzeniem sylwetkę nowego narybka. Wyglądała trochę jak młoda Dolly Patron. Przed operacjami, rzecz jasna.- Torres, Sofia. Ja nie jestem tutaj pierwszy dzień.- powoli uścisnęła jej dłoń kręcąc głową z pewnym sceptycyzmem. Nie lubiła poznawać nowych ludzi. Z jednej strony chciała zawsze zaznaczać, że nie jest osobą, z którą należałoby zadzierać, a z drugiej... ta przedziwna pustka i poczucie samotności pchały ją do tego, by jednak była miła, przystępna. W ostatnim czasie, przy ostatnich wydarzeniach czuła coraz mocniej, że po prostu potrzebuje móc się... wygadać.- Początku są przejebane, zaznaczam z góry, więc pewnie wrócisz dzisiaj do domu z płaczem. Najważniejsze, to móc ogarnąć się do końca tygodnia, potem już będzie tylko lepiej.- rzuciła niby to od niechcenia, znów wbijając spojrzenie w telefon. Chciała być nonszalancka, ale chęć bycia miłą i empatyczną wygrywały wbrew jej wewnętrznej potrzebie. Pisząc do ojca mówiła do blondynki dalej.- Idę na turnaround do Montrealu, podobno miałam mieć dziś jakąś nową na pokładzie i wdrożyć ją w pracę. Rozumiem, że to ty?- chwilę po tym zapytaniu skończyła pisać i wsunęła telefon do kieszonki w żakiecie.- Jezu, ale z Ciebie kruszyna, Dolly. -mruknęła patrząc na nią z góry, nie wyjaśniając nawet skąd ten przydomek, co mogło w sumie zostać odebrane dwojako. Torres nie uściśliła. Niemniej nie miała niczego złego na myśli.

Dolly
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
26 y/o
For good luck!
152 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I just hope you get agoraphobia some day and all your days are sunny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Harper przez moment patrzyła na Sofię jak ktoś, kto właśnie próbuje przetłumaczyć w głowie trzy różne rzeczy naraz. Hiszpańskie słowa, które padły chwilę wcześniej naprawdę mocno ją zaskoczyły. Brzmiały ostro, szybko i zdecydowanie nie jak coś, co ludzie mówią sobie uprzejmie w pracy. Przez sekundę miała wrażenie, że właśnie została oficjalnie zbesztana, który na szczęście dość dobrze znała. Nie wiedziała czy to lepiej czy gorzej, biorąc pod uwagę w jaką sytuację właśnie wpadła… i to oczywiście z powodu własnej niezdarności.
Mrugnęła kilka razy zanim jej mózg w końcu nadrobił opóźnienie, które wydarzyło się w jej głowie.
Perdón, me despisté… — w końcu udało jej się z siebie wydukać, a jej ton głosu delikatnie przesiąkł akcentem. Znajomości języków obcych bardzo pomogła jej w dostaniu tej pracy.
Potem sytuacja nieco spotulniała. Uścisk dłoni dziewczyny był pewny i zdecydowany. Jakby dawała znać, że nie jest osobą, którą można rozstawiać po kątach. Harper od razu poczuła różnicę między nimi – jedna bardzo pewna siebie; wiedząca czego chce od życia, a druga bardziej zamknięta i pogubiona we własnej rzeczywistości. Jej własna dłoń była odrobinę chłodna, zdradzając stres, który mimo wszystko przebijał się przez starannie zbudowaną powiedzmy fasadę spokoju.
Gdy tylko Sofia wspomniała o płaczu pod koniec dnia, Crain pokręciła głową z głośnym westchnięciem. Te słowa naprawdę trafiły odpowiednią strunę, a tego obawiała się najbardziej. To uczucie pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś trafia zbyt blisko prawdy.
Cóż… Nie brzmi bardzo zachęcająco jak na pierwsze pięć minut mojego dnia pracy.— przesunęła dłonią po pasku torby, poprawiając go na ramieniu. — Chociaż jeśli mam być szczera… to chyba jesteś blisko. Jeszcze chwila i pewnie naprawdę bym się zgubiła gdzieś pomiędzy korytarzami. — rozejrzała się na moment wokół, jakby przypominając sobie ten chaos sprzed kilku minut. — Czuję się jak w jakimś popieprzonym escape roomie, ale tutaj brakuje elementów instrukcji, aby rozwikłać układankę.
Gdy Sofia wspomniała o locie do Montrealu i nowej osobie na pokładzie, Harper od razu poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Nagle wszystko stało się bardzo realne. Pierwszy lot. Prawdziwi pasażerowie. Prawdziwy pierwszy dzień w pracy. — Tak, to ja. — przyznała, zaraz potem ponownie się przedstawiając jak skończona idiotka. — Harper Crain. Ta nowa. Nieogar na pokładzie. — na jej ustach pojawił się lekki, nieco rozbawiony uśmiech. Po chwili jednak usłyszała swoje nowe przezwisko, a jej brwi uniosły się nieco wyżej.
Dolly? — powtórzyła powoli, przechylając lekko głowę. Przez moment przyglądała się Sofii z wyraźnym zaciekawieniem, jakby próbowała ustalić czy powinna się obrazić czy raczej potraktować to jako specyficzny komplement. Wyglądała pewnie w tym momencie jak zagubione szczenię albo zainteresowany nowym laserem kociak.
Uznam to za komplement, biorąc pod uwagę jaką ikoną była Dolly Parton. O ile to właśnie ją miałaś na myśli… — nikt wcześniej jej tak nie nazwał. Prawdę mówiąc nie miała sama zbyt wielu przyjaciół, dlatego jakiekolwiek ksywki były dla niej również czymś nowym, świeżym. Ale spodobało jej się. Poczuła, że Sofia mimo typowego bitch face na twarzy, w głębi była kochaną osóbką – i postanowiła dać szansę, aby sprawdzić wkrótce tę teorię.
W każdym razie… — odchrząknęła nagle, poprawiając identyfikator, który wciąż wydawał się dziwnie ciężki na jej szyi. — Jeśli naprawdę mam dzisiaj z tobą pracować to postaram się nie przynosić ci wstydu przed pasażerami.
Sofia
szopik
nie zabijać i nie współżyć bez zgody
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Pearson International Airport”