-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Słysząc słowa męża pokazał mu środkowy palec i parsknął śmiechem; no istotnie, to miłe, że w tym wieku wszystko działało mu prawidłowo. Może to po prostu kwestia tego, że Sergio niezmiennie go pociągał i przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło w tej kwestii, a może nawet jego pociąg wzrósł jeszcze bardziej, bo wraz z upływem lat Martinez stał się przystojnym, seksownym i dojrzałym facetem, który niejednemu i niejednej mógł zawrócić w głowie.
Salazar bywał o niego czasem zazdrosny, ale - poza tym jednym momentem, kiedy był związany z kobietą, podczas ich dwuletniej przerwy - Sergio nigdy nie dał mu powodu do faktycznej zazdrości. Raczej nie oglądał się za innymi, poświęcał mu dużo uwagi i choć czasem obaj potrzebowali chwili milczenia i po prostu przebywania razem w ciszy w tym samym pomieszczeniu, to Sal uważał, że to też stanowiło o trwałości ich relacji. Jeśli ma się osobę, przy której można sobie po prostu milczeć i nie czuje się przez to skrępowanym, to jest to największe szczęście, jakie człowiek w ogóle może znaleźć.
Nie dziwiła go reakcja Sergio na wspomnienie Santiago, więc nie był zły o ton, którym ten się odezwał. Pamiętał doskonale w jak kiepskim stanie był po "śmierci" brata, która w dodatku miała miejsce na akcji, na której samego Sala nie było; podobał mu się plan napadu, podobał mu się fakt, że poza forsą kradli też ważne państwowe dokumenty i pomagał nawet w ostatnich szlifach, jednak czynnego udziału w samym napadzie nie brał. Nie trudno więc się dziwić, że po tym, jak się dowiedział, że policja prawie ich wszystkich dorwała i że Santiago zginął zawalając tunel, żeby umożliwić innym ucieczkę, Salazar się załamał. Miał wyrzuty sumienia, że nie było go tam z nimi, że powinien przecież pomóc, że powinien po prostu tam być i może gdyby był, to Santiago wciąż by żył... I mimo że wiedział, że niekoniecznie to właśnie tak by się potoczyło, to jednak te wyrzuty sumienia i tak nie chciały odpuścić przez dłuższy czas. Był w naprawdę kiepskim stanie, w pewnym momencie nawet nie miał siły, żeby wstawać z łóżka i gdyby nie wsparcie Sergio, to nie miał pojęcia co by z nim było. Mąż dosłownie podniósł go z kolan i tchnął w niego życie, które śmierć ukochanego braciszka mu odebrała.
- Powiedział... że nie chciał, żeby jego bliscy patrzyli, jak zdycha. Że nie chciał odchodzić powoli, że chciał wtedy umrzeć, ale jakimś cudem przeżył ten... - uciął w porę, tuż przed wypowiedzeniem słowa "wybuch". - wypadek. I że nie umiał znieść myśli, że osoby, które kocha i które kochają jego będą patrzyły, jak powoli niedołężnieje, jak nie potrafi samodzielnie zrobić nic, nawet podetrzeć sobie tyłka. Że nie chciał, żebyśmy się nim opiekowali, a wiedział, że tak by właśnie było. I że... no, ogólnie rzecz biorąc, że zrobił to z troski o nas, tak w skrócie.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zamachał rękami, niechcący rozlewając trochę kawę. Kiedy poczuł gorący płyn na ręce, trochę go to otrzeźwiło, bo już zaczynał się naprawdę mocno zacietrzewiać. Odetchnął głęboko, odstawił kubek i wytarł plamy z podłogi, a kiedy wyprostował się i przeczesał włosy palcami, przymknął oczy, żeby się ogarnąć.
- Lo siento, Salazar, pero no puedo dejar de pensar en él como un hijo de puta - powiedział już spokojniej, ale jego głos wciąż był warkotem, a słowa cedził przez wyszczerzone zęby - Mam ochotę obić mu ten głupi, zakazany ryj, mimo, że on jest stary, więc nic już mu się do tego skretyniałego łba nie wbije.
Odetchnął znowu, ponownie przeczesał włosy palcami i oparł się z powrotem o blat, tłumacząc sobie, że jako psycholog nie powinien w ten sposób reagować na ludzkie zachowania: powinien spróbować zrozumieć, dotrzeć do motywów postepowania kogoś, kto zachowywałby się nawet najbardziej nieracjonalnie, bo absolutnie każde działanie ma swoją motywację, jest czymś powodowane i dla osoby, która takie rzeczy robi, z pewnością to zachowanie jest logiczne. Santiago nawet tłumaczył Salowi, co nim powodowało, więc należało raczej zastanowić się nad tym, a nie wściekać się. Trzeba było spróbować zrozumieć.
- Jak on się czuje? Rzeczywiście jest chory?
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- No sé, Sergio. No sé cómo alguien pudo hacer algo así, pero Santiago lo hizo, y creo que en aquel momento le pareció buena idea. Y creo que todavía lo cree. - wzruszył lekko ramionami i napił się kawy, wciąż patrząc na męża z tej samej pozycji, z lekko opuszczoną głową.
- Nie musisz mnie przepraszać; rozumiem, że myślisz o nim w ten sposób. Mimo że jestem jego bratem to też uważam, że to zachowanie było sukinsyńskie, chociaż... po części rozumiem z czego to wynikało. - westchnął cicho i przeczesał palcami włosy, które standardowo po spaniu stały mu na wszystkie strony. - Wiem, jakim jest człowiekiem. Wiem, że zawsze był samowystarczalny, że nigdy nie prosił o pomoc, nawet jeśli jej potrzebował. Wiem, że wolałby umrzeć, niż pozwolić, żeby osoby, które kochał, zajmowały się nim i patrzyły na jego powolne umieranie.
Po chwili podszedł nieco bliżej, stając przy tym samym blacie, przy którym stał Sergio i wtulił się ramieniem w jego ramię. Potrzebował jego bliskości i ciepła, bo wczorajszy dzień dość mocno go przeorał i tak naprawdę jeszcze czuł w spiętych mięśniach skutki tego telefonu do Palermo i nagłej podróży do Toronto.
- Tak, jest chory. Nie prosiłem go o wyniki badań, ale wygląda... no, gorzej, niż wtedy, gdy go widziałem ostatnio. Jest bledszy, chudszy, osłabiony, ciężej oddycha. - przyznał z bólem, przechylając głowę na bok i opierając ją o ramię ukochanego. - Ale mam wrażenie, że jest... szczęśliwy. Tak mówił. - zawahał się chwilę. - Z Alvaro. W sensie... mieszkają razem. Są razem.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Przykro mi, że jest chory - powiedział szczerze, już nieco spokojniejszym tonem - To go nie usprawiedliwia w żaden sposób, ale przykro mi.
Po chwili dotarło do niego, co Sal powiedział o tym, z kim Santiago teraz mieszka i aż odsunął się na krok, patrząc na męża szeroko otwartymi oczami.
- Czekaj, co? - zapytał głośniej, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszał - Santiago? Ten Santiago - babiarz, który miał milion ślubów i co chwilę zmieniał kobiety jak jakieś rękawiczki, który wiecznie był zakochany w kimś innym, teraz nagle jest z Alvaro?! Jesteś pewien, że znalazłeś właściwego brata?
Doprawdy ciężko było w to uwierzyć, bo przecież ten Santiago, którego Sergio poznał, mówił wielokrotnie, że jest hetero, że lubi tylko kobiety i że tylko z kobietami może być. Był kobieciarzem i wiecznie mówił, że ta, to już jest prawdziwa miłość jego życia, że z nią jest najszczęśliwszy na świecie. Co prawda Sergio mu w to nie bardzo wierzył, ale to zupełnie inna sprawa - rzeczywiście jednak wyglądało na to, że jest zainteresowany wyłącznie płcią piękną, a nie chłopakiem, którego wychował. Do niego zdawał się mieć przyjacielski stosunek. Z pewnością zawsze łączyła ich bardzo silna relacja i Kocur wydawał się być bardzo przywiązany do Salvatierry, ale w sposób kompletnie platoniczny, przyjacielski - nie wyglądał jak ktoś, kto mógłby pokochać mężczyznę miłością romantyczną.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mógł powstrzymać parsknięcia śmiechem, gdy zobaczył i usłyszał reakcję Sergio na związkowe nowości Santiago. Temu też się nie dziwił - zdziwieniu Sergio konkretnie - bo on sam również był zaskoczony, gdy się dowiedział, ale musiał przyznać, że reakcja ukochanego wyjątkowo go rozbawiła.
- Wiesz, mam nadzieję, że znalazłem właściwego brata, bo jeśli nie, to znaczyłoby, że dałem w pysk nie temu, komu trzeba - roześmiał się, łapiąc mężczyznę za rękę i pociągnął go w stronę części głównej pokoju, uznając, że nie mogą tak stać cały czas w kuchni i rozmawiać. Usiadł na łóżku po turecku, jedną ręką wciąż trzymając dłoń ukochanego, a w drugiej dzierżąc kubek kawy. - Zaczęło się od tego, że jak przyszedłem, to w salonie stały naczynia, świecznik, te sprawy... Zapytałem czy się z kimś spotyka, a on powiedział, że mieszka. - wzruszył lekko ramionami. - Po rozmowie z Alvaro przez telefon połączyłem kropki i zapytałem, czy to Alvaro się do niego wprowadził, czy pomaga mu jakoś... Powiedział, że tak, w sumie zamieszkał z nim, bo więcej czasu spędza u niego, niż u siebie, że urządzają pokój dla jego synka, ale że woli myśleć, że po prosu chce z nim być, a nie się nim opiekować. - westchnął cicho, wziął łyka kawy i kontynuował. - Wtedy jeszcze nie wiedziałem co właściwie do mnie mówi, więc rzuciłem coś w stylu, że mam nadzieję, że Salvatierra sobie nie wyobraża nie wiadomo czego, bo przecież całe życie się za nim uganiał. Więc wiesz, jak usłyszałem, że robi sobie nadzieję "i słusznie", to mnie trochę przytkało. Ale tak, jak spytałem, czy dobrze rozumiem, to przyznał, że są razem. - znów się zaśmiał pod nosem, wkręcając się swoim zwyczajem pod ramię Sergio i przytulając się do jego boku. - Powiedział, że jest z nim szczęśliwy i... chyba faktycznie tak jest. Bardzo dawno nie widziałem u niego takiego błysku w oczach, takiego uśmiechu... naprawdę wyglądał na szczęśliwego. No i przyznał, że od kilku lat jest świadom swoich uczuć do niego, więc... chyba nasz ojciec poniósł wielką życiową katastrofę, skoro "wychował" - zrobił w powietrzu cudzysłów. - dwa pedały, ale dobrze mu tak.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dałeś mu w pysk? - zapytał z zachwytem, którego nie spodziewał się usłyszeć w aż takim stopniu. Odchrząknął zakłopotany, ale szerokiego uśmiechu nie udało mu się zetrzeć ze swoich ust. Był dumny z męża, że przynajmniej w tan sposób ukarał brata za jego wybryk, który kosztował Sala mnóstwo zdrowia - A więc Alvaro ma synka? - wtrącił chwilę później - Chyba mi o tym nie mówiłeś. Wiedziałeś wcześniej, czy też teraz się tego dowiedziałeś?
Nie był pewien, bo wiedział, że czasami zdarza mu się czegoś nie zarejestrować na dłużej - dlatego zaraz po sesjach z pacjentami robił dokładne notatki na ich temat. To była nie tylko dokumentacja, którą musiał prowadzić, ale również zapiski dla niego, żeby przypadkiem nie pomylić czegoś w ich historiach i żeby czegoś istotnego nie pominąć. Z życia i rozmów domowych nie prowadził notatek, bo to by wyglądało dziwnie i jednocześnie byłoby nie do zrealizowania, ale w związku z tym zdarzało mu się czasami zapominać o czymś ważnym.
Usadowił się na łóżku, oparł plecami o ścianę, nogi wyciągnął przed siebie, a chwilę później objął ramieniem swojego mężczyznę, który wkręcił mu się pod to ramię. Parsknął śmiechem, kiedy usłyszał, że ich ojciec poniósł porażkę, ale chwilę później ten uśmiech nieco spełzł z jego twarzy.
- Skoro przez kilka lat wiedział, że go kocha, to dlaczego mu tego nie powiedział? Dlaczego kazał mu się za sobą nadal beznadziejnie uganiać? Wyjaśnił to jakoś logicznie, czy znów tworzył ideologie z kosmosu? Do cholery, przecież od lat wiedział, że ty jesteś gejem, to dlaczego sam ciągle znajdował sobie nowe kobiety, a Alvaro cierpiał gdzieś obok niego, zawsze jako wieczny "przyjaciel"? Przecież to skurwysyństwo z jego strony. Już kolejne.
Zawsze współczuł Salvatierrze, ale w tym momencie współczuł mu jeszcze bardziej, a złość na Santiago ponownie zaczęła kiełkować w jego piersi.
- Wybacz, że tak mówię o twoim bracie, ale no, większego dupka, to już dawno nie spotkałem. Najwyżej czasem niektórych psychopatów albo przemocowców u mnie na sesjach, ale oni przynajmniej mają tego plusa w moich oczach, że przychodzą do mnie, chcą coś zrobić ze swoim życiem, że sobą i próbują poprawić jakość życia swojego, a przede wszystkim ich otoczenia. Przynajmniej ci, którzy przychodzą z własnej woli albo po kilku spotkaniach dociera do nich, że mają problem i wtedy zaczynają przychodzić, bo tego chcą, a nie dlatego, że ich partnerzy do mnie wykopują. Ten sukinsyn nawet tego nie robi. No, chyba, że masz kolejną rewelację w postaci tego, że zaczął się wreszcie leczyć na głowę?
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, dałem mu w pysk; uznałem, że mu się należy. Potem rozmawialiśmy w miarę normalnie, chociaż momentami podnosiliśmy na siebie ton i trochę pokrzykiwaliśmy - wzruszył ramionami, jakby sugerując, że jest totalnie wyluzowany i że nic takiego się nie stało; ot, zwykła rozmowa. To nie była jednak do końca prawda, bo wciąż buzowały w nim emocje po minionym dniu, tym bardziej, że przeżywał to de facto po raz drugi, skoro mu o tym opowiadał.
- Hm... wydaje mi się, że mówiłem ci, gdy mały się urodził - słychać było po jego głosie, że nie jest pewien, ostatecznie było to już dość dawno, ale... - Raczej podzieliłbym się tym z tobą, no weź, Alvaro i dziecko! - zaśmiał się, kręcąc głową. - Jezu, pamiętam, że jak Santiago go przygarnął, to Alvaro był właściwie jeszcze dzieckiem, chociaż zachowywał się... no, nie jak dziecko. - westchnął cicho. - Młody urodził się jakoś na przełomie października i listopada. Ma na imię Tiago. Raczej ci o tym mówiłem, pewnie zapomniałeś. - dodał spokojnie, bez cienia pretensji, bo doskonale znał swojego faceta i wiedział o różnych jego cechach, zarówno tych pozytywnych, jak i tych nieco mniej. Ta konkretnie była raczej neutralna, chociaż momentami sprawiała mu przykrość; większość jednak była dla Salazara naturalna.
Czasem zdarzało się, że złościł się, gdy Sergio nie pamiętał, że o czymś rozmawiali, ale to raczej głównie wtedy, kiedy jakiś temat był dla niego ważny; nikt chyba nie lubił poczucia, że jego partner ma go gdzieś i nawet go nie słucha, prawda? Starał się jednak zwykle to sobie jakoś racjonalizować, tłumaczyć, że to wcale nie tak, że Sergio miał go gdzieś, tylko czasem po prostu robił coś w trakcie rozmowy (chociażby z kimś pisał); zresztą, wielokrotnie kusiło go, żeby sprawdzić mu telefon, zwłaszcza gdy trochę sobie wypił i pogrążał się w Złych Myślach, ale z drugiej strony Sergio nigdy nie dał mu odczuć, że spotyka się z kimś innym, więc karcił się za te myśli i potem przez dłuższy czas miał wyrzuty sumienia, że w ogóle przychodziły mu do głowy takie rzeczy.
- Nie wiem, Sergio - westchnął cicho, zerkając na niego znad kubka, wtulony teraz w jego bok, gdy już rozsiedli się wygodnie na hotelowym łóżku. Lata mijały, a on wciąż czuł się jak dzieciak, gdy mógł się do niego przytulić i gdy Martinez otulał go swoimi ramionami. Zakochany dzieciak, ściślej mówiąc. - W sumie nie pytałem go o to, ale biorąc pod uwagę naszą rozmowę, to mam wrażenie, że nie chciał, żeby któryś z nas był przy nim, gdy już wiedział, że choruje i że... że umiera, no. - to słowo nie bardzo chciało mu przejść przez gardło i miał wrażenie, że gdy już je wypowiedział, to zrobiło mu dosłownie fizyczną krzywdę, rozcinając wnętrze gardła ostrymi szponami. - Jeśli więc wiedział, że go kocha już jakiś czas przed "śmiercią", to pewnie nie chciał mu mówić, wiedząc, że umiera. W sumie gdyby wyznał mu uczucia, wiedząc, że zaraz umrze... to dopiero by było skurwysyństwo. - potarł nos wierzchem dłoni, wzdychając cicho. Spiął się zaraz później, słysząc, że dawno nie widział większego dupka, ewentualnie psychopatów i przemocowców w swoim gabinecie.
- Santiago nie jest psychopatą ani przemocowcem - być może zabrzmiał ostrzej, niż planował, ale to akurat - to porównanie - go zabolało. - Nasz ojciec był psychopatą i przemocowcem. Mój brat nim nie jest. - zacisnął szczęki, przymykając na chwilę oczy, po czym upił znów trochę kawy, w nadziei, że to go rozluźni, chociaż odrobinę. - Nie, nie mówił nic o tym, żeby zaczął się leczyć na głowę. - to też prawdopodobnie zabrzmiało ostrzej, niż planował.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To nie tak, że nienawidził Santiago czy czuł do niego jakąś ogólną odrazę - bywały nawet momenty, kiedy go lubił, bywały też takie, kiedy chciał go wspierać, jeśli widział, że ten potrzebowałby wsparcia. Nie proponował go, bo jednocześnie wiedział, jaki jest de la Serna i domyślał się, że prędzej by zrugał Sergio, niż przyjął jego pomoc; ale doprawdy bywały momenty, kiedy Martinez czuł do niego sympatię. Ogólnie rzecz biorąc odnosił się do niego dość neutralnie, poza momentami, kiedy ten znów coś odwalał, na co Portorykańczyk po prostu nie mógł patrzeć. W tym momencie jednak był na niego rzeczywiście tak cięty, że nie mógł powstrzymać jadu płynącego z jego ust - był na niego po prostu wściekły o to, co zrobił i ile krzywdy tym wyrządził swojemu bratu i ukochanemu. Co prawda słyszał to, co Salazar mówił, jak bronił Santiago i jakie argumenty miał na tę jego obronę - i brzmiały one nawet logicznie, jednak w tym momencie nie mogły przebić się do serca Martineza.
Kiedy usłyszał ostry ton wypowiedzi męża, spojrzał na niego czując, że być może przeholował.
- Nie nazwałem twojego brata psychopatą - powiedział po chwili łagodnie - Powiedziałem tylko, że psychopaci i przemocowcy nimi są.
Faktycznie nie miał na myśli tego, że Tiago może być jednym z nich, ale kiedy usłyszał, że Salazar tak go zrozumiał, Sergio zaczął się mimowolnie zastanawiać nad tym, czy przypadkiem jednak te określenia nie pasowałyby do jego brata. Przemoc? Cóż, być może nie - choć zapewne zmieniłby na ten temat zdanie, gdyby zobaczył de la Sernę jako dowódcę napadów. Psychopatia...? Nie, ale tylko pod względem określenia klinicznego: facet miał uczucia, nawet jeśli zawsze je głęboko skrywał - ale one istniały. Nie można go więc było nazwać psychopatą. Jednak miewał takie pomysły, które wpasowywałyby go w to określenie w mowie potocznej. Nie zamierzał tego jednak mówić na głos, żeby jeszcze bardziej nie rozsierdzić męża. Już i tak było mu przykro patrzeć na jego cierpienie spowodowane faktem, że jego brat umiera.
Pocałował Sala w czuprynę i przeczesał jego włosy palcami, chcąc w ten sposób dodać mu otuchy.
- Nie nienawidzę go - powiedział cicho - Jestem tylko wściekły o to, co zrobił. Przykro mi, że umiera.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Pokiwał głową, słysząc słowa Sergio o tym, że nie nazwał jego brata psychopatą i popatrzył na niego z lekkim uśmiechem.
- Wiem, że nie. Przepraszam, nie chciałem na ciebie warczeć - oparł czoło o ramię ukochanego, zakładając, że faktycznie mógł brzmieć tak, jakby na niego warczał albo krzyczał, a wcale nie miał takiego zamiaru i naprawdę nawet sam nie do końca był świadom jakim tonem to wypowiada, zanim nie usłyszał własnego głosu.
Dobrze jednak, że Sergio powstrzymał się przed wypowiadaniem swoich myśli na głos; mógł myśleć co chciał, ale nie znaczyło to, że Sal chciał tego słuchać, bo słuchanie podobnych rzeczy o człowieku, którego się kochało, wcale nie należało do najprzyjemniejszych.
- Wiem, że go nie nienawidzisz - skinął głową, lekko uśmiechnięty, bo chwilę wcześniej dostał całusa w głowę, a to go zawsze rozkrochmalało. - Mi też jest przykro. I chciałbym mu jakoś pomóc, ale nie wiem jak i nie wiem, czy w ogóle się da. Ale chciałbym, żeby miał jeszcze szansę pożyć, bo... no, bo to mój brat i go kocham, po prostu. - westchnął cicho, kładąc dłoń na jego dłoni i splatając ich palce ze sobą, w taki sposób, żeby obrączki na ich palcach się ładnie ze sobą krzyżowały.
- Swoją drogą, jak tak rozmawialiśmy, to... to uświadomił mi, że chyba powinienem ci o czymś powiedzieć. - przełknął ślinę, a jego ramiona odruchowo uniosły się nieco i przechyliły do przodu, przez co Sal wyglądał trochę jak zagubione dziecko, którym zresztą chwilowo się poczuł. - Właściwie powinienem to zrobić wcześniej, ale bałem się, że będziesz wściekły, gdy się dowiesz i... i w sumie wcale mnie to nie zdziwi, jeśli będziesz. - przełknął ślinę.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Westchnął ciężko, opierając brodę o jego głowę i zastanawiając się nad tym, jak i czy w ogóle dałoby się pomóc Santiago. Nie przychodziło mu nic do głowy.
- A na co on jest w ogóle chory? Wyczerpał już wszelkie możliwe sposoby, żeby wyzdrowieć albo chociaż zahamować tę chorobę?
Podejrzewał, że tak, bo nie podejrzewał tego człowieka o rzucanie się z mostu, kiedy istniała szansa na rozwiązanie problemu; tym niemniej musiał zapytać.
Chwilę później jednak się spiął mimowolnie, bo początek nowego tematu brzmiał bardzo niepokojąco. Sergio poczuł, że robi mu się nieprzyjemnie gorąco, a jego wargi wydęły się bez jego świadomości. Zmarszczył brwi, przyglądając się teraz Salazarowi w napięciu, zaczynając tworzyć w głowie najdziksze teorie o tym, co jego mąż miał mu do powiedzenia. Takie początki rozmowy nigdy nie wróżyły niczego dobrego, więc ciężko mu było być teraz spokojnym.
- Mmm...? - mruknął, nie będąc pewnym, czy chce to usłyszeć: to musiało być coś złego, strasznego. Jezu, a jeśli nagle postanowił z nim zerwać? Jego zachowanie na to nie wskazywało, ale cholera, może nie czuł się jednak dobrze w tym małżeństwie, a Sergio był na tyle ślepy, że tego nie zauważył?
Salazar Martinez