ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair
Nowy Orlean miał być w jego życiorysie tylko przypisem – krótkim oddechem po morderczym egzaminie lekarskim - hałaśliwym, dusznym i krótkim przystankiem przed powrotem do sterylnej, zaplanowanej rzeczywistości Toronto. Nie szukał miłości, szukał oderwania od styranej codzienności i dobrego jazzu.
To był jeden z tych wieczorów, kiedy Nowy Orlean nie prosił o pozwolenie, by zawładnąć twoimi zmysłami — on po prostu brał je szturmem. Wilgotne, lepkie powietrze niosło ze sobą zapach rzeki, smażonych beignetów i obietnicę, której Joshua Rhodes desperacko potrzebował. Zdał. Pierwsze poważne egzaminy na medycynie były już tylko wspomnieniem zapisanym na zmiętych arkuszach papieru, a on czuł się, jakby po miesiącach sprintu w ciasnym tunelu w końcu wyszedł na otwartą przestrzeń. Wszystko tutaj — od ciężkiej wilgoci wiszącej nad rzeką, po słodki, niemal duszący aromat jaśminu i starego, przesiąkniętego tytoniem drewna — drażniło jego zmysły. Było to tak drastycznie inne od sterylnego, chłodnego Toronto i zapachu antyseptyków w klinice, do których przywykły jego nozdrza, że przez chwilę czuł się, jakby oddychał zupełnie innym składem pierwiastków. Dokonało się. Godziny spędzone nad atlasami i podręcznikami. Nieprzespane noce. Litry melisy. Skończyło się. Kropka. Czas na oddech przed kolejnym akapitem. Był zmęczony tą morderczą gonitwą, ale to było dobre zmęczenie. Takie, które najlepiej leczy się śmiechem kumpli i szklanką porządnej whisky.

- Jeszcze jedną kolejkę, panowie! Za to, że nasze mózgi jeszcze nie wyparowały! - zawołał, przekrzykując gwar panujący w małym, przesiąkniętym dymem i historią klubie na French Quarter. Jednym z wielu. Wybranym przypadkiem, przez George'a, a on zazwyczaj miał nosa do dobrych trunków i dobrej muzyki. Pili whisky, żartowali z profesorów i snuli wielkie plany o byciu najlepszymi lekarzami w Kanadzie, choć tej nocy Kanada wydawała się odległą galaktyką. Josh śmiał się głośno, czując, jak napięcie ostatnich tygodni powoli puszcza. Nowy Orlean tętnił życiem tuż za progiem, a on celebrował swoją małą wolność.

Nagle nastrój w pomieszczeniu drgnął. Subtelnie. Jakby ktoś nagle zmienił częstotliwość, na której nadawał świat. Światła przygasły, a gwar przy barze zamienił się w wyczekujące mruknięcie. Coś się zmieniło. Ktoś wszedł na scenę. Ktoś stukał w mikrofon. Ktoś dostrajał instrumenty. Na małą, oświetloną jednym, bursztynowym reflektorem scenę weszła ona. Wieczór, jakich wiele.

A potem wszedł wokal. Spokojny. Melodyjny. Z innej rzeczywistości. Josh odwrócił się z niedopitą szklanką w dłoni, gotów rzucić kolejną anegdotę, ale słowa zamarły mu na ustach. Wokalistka zaczęła od jakiegoś starego bluesowego standardu, ale zrobiła to w sposób tak surowy i odarty z upiększeń, że Josh poczuł dreszcz na karku. Śpiewała o tęsknocie i wyczerpaniu, a on miał wrażenie, że każda nuta dotyka jego własnego zmęczenia po miesiącach nauki, rozpuszczając je w tym dymnym, gęstym dźwięku. Musiał zobaczyć, kto tak porusza struny dusz. „Mój Boże...” — pomyślał tylko, a szklanka w jego dłoni stała się nagle dziwnie ciężka.

To nie był tylko śpiew. To była gęsta, emocjonalna mgła, która objęła go i przeniosła w zupełnie nowy wymiar, skuteczniej niż jakikolwiek alkohol. Głos wibrował w powietrzu, wdzierając się pod skórę, prosto do miejsc, o których istnieniu Josh — przyszły psychiatra — nie miał pojęcia, że wymagają uleczenia. Stał nieruchomo, ignorując szturchnięcie kolegi i lód topniejący w whisky. Jako przyszły psychiatra powinien był teraz zdiagnozować u siebie gwałtowny wyrzut dopaminy i adrenaliny, może nawet lekką tachykardię wywołaną nieznanym bodźcem. Ale po co? Żadna medyczna definicja nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego jego ciało zareagowało tak pierwotnie, ignorując lata logicznego treningu. Głowa mówiła: to tylko piosenka, serce jednak przestało słuchać racjonalnych argumentów.

Patrzył na nią, na to, jak oddaje się muzyce, i poczuł to dziwne, irracjonalne ukłucie w klatce piersiowej. Jakby cały ten wysiłek, te wszystkie nieprzespane noce nad atlasami anatomii, prowadziły go właśnie tutaj. Do tego dusznego klubu, by usłyszeć tę jedną piosenkę. Chłonął chwilę całym sobą. Wśród oparów tytoniu i zapachu starego drewna, Joshua Rhodes po raz pierwszy poczuł, że jego serce zaczyna bić w rytmie, którego nie nauczyli go na żadnym wykładzie.
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Światła w lokalu lekko przygasły tworząc jeszcze bardziej ciepłą atmosferę. W powietrzu mieszały się nuty tytoniu i rumu, ale też wanilii. Pomarańczowe światło skupiło uwagę wszystkich na jednym stołku fortepianowym, stojącym koło instrumentu. Ale w przydymionym świetle najpierw pojawiły się jej włosy. Burza szalonych loków, falujących w rytm każdego kroku, podkreślanego stuknięciem obcasa. Nie działo się nic nadzwyczajnego, na scenie nie pojawiła się diva. Tylko śmiech, przy wymienionych z muzykami żartach. A potem drobna sylwetka w jedwabnej sukience, pojawiająca się w świetle, by usiąść za klawiaturą fortepianu.
Na jej twarzy pojawił się delikatny, rozmarzony uśmiech, kiedy dłonie dotknęły poprzecieranych klawiszy instrumentu. Chwilę potem na jej twarzy pojawiło się rozbawione zaskoczenie, kiedy jeden z techników prawie uderzył ją mikrofonem w nos, poprawiając go dla niej. Wymieniła spojrzenia z kimś z zespołu i wtedy popłynęły pierwsze nuty, by za chwilę pojawił się jej głos.
- At last... - klawisze naciśnięte przez palce zmusiły fortepian, żeby zawtórował jej spokojnym tłem - my love has come along
Miała mocny, lekko przydymiony głos, który nie miał prawa zmieścić się w tak małej, wydekoltowanej piersi. Ale miała też coś jeszcze - emocję, która płynęła z każdą nutą zagraną i każdym dźwiękiem, który wydobywał się z jej płuc.
- My lonely days are over
And life is like a song

Przez chwilę wyglądała tak, jakby zapomniała, że ktoś w ogóle jej słucha. Delikatność przeplatała z mocą, która na moment wyciągała powietrze z płuc słuchaczy. Półprzymknięte powieki otworzyły się, kiedy światło rozjaśniło mocniej scenę, pokazując też innych muzyków, a jej spojrzenie omiotło gości klubu. Szklanki odstawione na stoły, żeby nie stukały. Ktoś uciszał kogoś, kto koniecznie chciał skomentować występ. Dym unoszący się z zapomnianego papierosa w czyimś ręku. Ale wśród nich był jeden widz, który wpatrywał się tylko w nią, mimo szturchania kolegi.
- At last the skies above are blue
My heart was wrapped in clover

Ich spojrzenia skrzyżowały się, kiedy dostrzegła Josha ze sceny. Stał z pół otwartymi ustami, nie pamiętając o kolegach, ani o drinku. Wyraz jego twarzy rozbawił ją na tyle, że prawie straciła dźwięk, który starała się utrzymać.
- The night I looked at you - dośpiewała i puściła mu oczko ze sceny, po czym z rozczulonym wyrazem twarzy wróciła do swoich klawiszy i występu.
- I found a dream that I can speak to
A dream that I can call my own
I found a thrill to press my cheek to
I found a thrill I have never known

Tutaj znów spojrzała przelotnie w kierunku tego przystojniaka, który tak się na nią zapatrzył. Jakby chciała sprawdzić, czy kolejny wers piosenki będzie prawdziwy.
- You smiled and then the spell was cast - w jej oczach błysnęły iskierki, kiedy rzeczywiście uśmiechnął się do niej, ale zaraz przymknęła powieki wchodząc w końcówkę refrenu:
- And here we are, here we are in Heaven
For you are mine at last


catch me if you can

Etta James - At last!
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair

To była ta chwila, w której czas w nowoorleańskim klubie przestał płynąć linearnie. Pojawiła się nowa rzeczywistość. Joshua czuł, jak między nim a kobietą przy fortepianie nawiązuje się jakaś niewidzialna nić porozumienia, subtelna jak dym unoszący się nad stolikami. Pomiędzy unosiła się mgła, zasłaniając nieistotne obrazy. Kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy, a ona posłała mu ten przelotny, zawadiacki uśmiech prosto ze sceny, Josh uniósł szklankę z upitym nieznacznie trunkiem w niemym toaście. Był to gest uznania, ale i swoiste poddanie się magii tej chwili. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu. Zrobił. Co nie uszło, oczywiście, uwadze wesołego towarzystwa przy stoliku. Wokół niego wciąż trwało kumpelskie przekomarzanie, przypominające, że dla reszty świata nie działo się nic nadzwyczajnego. Ot, wieczór jak każdy inny w mieście, które nigdy nie kładzie się spać.

A może to tylko on, oszołomiony whisky i zmęczeniem po egzaminach, uległ iluzji? Może tylko zdawało mu się, że ta eteryczna istotka śpiewa tylko dla niego? Może to tylko złudzenie, że ich spojrzenia krzyżowały się tak niecałkiem przypadkiem? A może jednak ta niewidzialna nić porozumienia była obustronna? A może to klimat i światła w lokalu sprzyjały budowaniu tej intymnej atmosfery aby zapewnić przeżywanie jazzu w indywidualny sposób? Dużo pytań. Za dużo niepotrzebnych pytań, próbujących zracjonalizować nachodzące Josha rzuty endorfin i oksytocyny.

Ale ich spojrzenia krzyżowały się regularnie, a Erin, choć wydawała się zatopiona w muzyce, co jakiś czas rzucała w stronę jego stolika uśmiech, który nie pasował do zwykłej, zawodowej uprzejmości. Kiedy śpiewała o odnalezieniu kogoś, do kogo może się odezwać, Josh niemal czuł fizyczne przyciąganie, które sprawiało, że szklanka w jego dłoni wydawała się lżejsza, a cały świat wokół nich – cichszy. Czyli to nie było złudzenie. Erin dostrzegła go zza klawiatury fortepianu; widziała gościa, który wpatrywał się w nią niczym w boginię sztuki. To puszczenie oka ze sceny było sygnałem, który w tamtym momencie zrozumieli tylko oni dwoje – poza kumpelskimi żartami i gwarem nowoorleańskiej nocy. Sygnałem, że widzą.

- Niezła jest - skomentował Gorge, wyrywając Josha z chwilowego transu. Oderwał wzrok od sceny, na której Erin właśnie kończyła frazę o tym, że jej samotne dni dobiegły końca, a życie stało się piosenką i odpowiedział jedynie krótkim, szczerze rozbawionym uśmiechem. - A myślałem, że tylko ja mam dobry gust muzyczny w tej hordzie dzikusów a jego głos brzmiał teraz inaczej, jakby myślami był już zupełnie gdzie indziej.

Słowa piosenki wciąż wibrowały mu gdzieś pod czaszką, a on szybko wrócił spojrzeniem do eterycznej postaci przy fortepianie, ignorując dalsze żarty towarzyszy. Kiedy Erin śpiewała o odnalezieniu marzenia, do którego może przemówić, Josh poczuł, że ta piosenka jest dziwnie prorocza. Czekał na kolejny utwór, niemal modląc się w duchu, by ta chwila trwała jak najdłużej. Bo przecież musiał być kolejny; noc była jeszcze młoda, a zaklęcie, które rzuciła na niego ze sceny, dopiero zaczynało działać.
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Koncert trwał, a piosenkarka czarowała ludzi kolejnymi nutami wypływającymi spod jej palców i z ust. Od czasu do czasu pozwalała sobie na jakieś komentarze ze sceny i drobne żarty, które rozbawiały ludzi w klubie. Godzina minęła w kilka chwil, a Josh sam nie zauważył kiedy siedział przy jednym ze stolików tuż koło niewysokiej sceny.
- 'scuse me folks! Muszę trochę spłukać gardło. - rzuciła ze sceny ze śmiechem, kiedy zespół skończył swój pierwszy tego wieczora set.
W jej głosie wyraźnie było słychać południowy akcent, szczególnie kiedy urwała pierwszą zgłoskę słowa.
W klubie zapanowało rozluźnienie, jakby goście wyrwali się spod jakiegoś czaru. Intymność sceny zmieniła się momentalnie w mały chaos, w którym ktoś dostrajał instrument. Jakaś struna jęknęła, kiedy inny odstawiał gitarę na stojak. Dziewczyna podeszła do swoich muzyków, by zamienić z nimi kilka słów, pozornie tylko ignorując zapatrzonego w nią faceta. Takie sytuacje czasem jej się zdarzały, ale nigdy nie czuła się tym tak mile połechtana. Kątem oka od czasu do czasu zezowała w jego kierunku, sprawdzając czy jeszcze jest. Czy może już się poddał?
Wreszcie kiwnięcie głową zakończyło rozmowę z muzykami, więc nadszedł czas na show. Jej włosy zafalowały, kiedy odwróciła się w stronę zejścia ze sceny. Zbliżając się do schodów wyciągnęła rękę w stronę Josha, domagając się tego, by ją asekurował przy zejściu. Na jej twarzy błąkał się już tajemniczy uśmiech. Dobrze wiedziała, jak jej spojrzenie i zapach na niego podziałają, już za chwilę.
- Hej Rae! Weź też coś dla mnie! - rzucił jeden z muzyków, akurat, kiedy zaczynała schodzić po schodach.
Dłonie jeszcze się nie spotkały, burza loków zafalowała, kiedy dziewczyna odwróciła się trochę zbyt gwałtownie. Obcas uskoczył w bok, pozbawiając ją równowagi. Palce dłoni minęły się o milimetry. Jej oczy zrobiły się wielkie z przestrachu i zaskoczenia. Dwóch muzyków rzuciło się na ratunek, ale to on uratował ją. Wpadła prosto w jego ramiona, mało go nie przewracając. Była lżejsza niż można było przypuszczać.
Pierwsze, co poczuł, poza jej ciężarem i ciepłem jej skóry, to zapach. Wanilia, liście tytoniu, pieprz, żywica. Burza loków zasłaniała jej twarz, więc kiedy poczuła się pewniej, obejmując smukłą ręką jego ramiona, drugą dłonią odgarnęła włosy, odsłaniając roześmianą bardzo delikatnie piegowatą buzię. Nerwowy chichot był chyba reakcją na stres, ale ustał, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. I tym razem to dla niej świat na chwilę zwolnił...
- Oh... - bąknęła, po czym odzyskała rezon w jednym mrugnięciu powiek. - Przysięgam, normalnie ląduję na własnych nogach
To się nazywa kontakt z publicznością, Mała!
Jej usta złożyły się w mały dzióbek, skierowany lekko w bok. Oblizała wargi, by rozciągnąć je w uśmiechu, kiedy jej druga dłoń dołączyła do pierwszej w objęciu jego szyi, by łatwiej utrzymać się na rękach. Poruszyła nieco nogą, próbując się wygodniej ułożyć, ale efekt był taki, że mało mu się nie wyślizgnęła, więc musiał ją mocniej przycisnąć do piersi.
- Hej, wolnego... - wyszeptała, tą samą dłonią lekko zapierając się o jego pierś. - Odstawisz mnie bohaterze? Jakkolwiek nie jest miło, to trudno będzie mi występować w Twoich ramionach.
Uśmiech się poszerzył podkreślając żart razem z łukiem brwi, uniesionych w rozbawieniu.

will you catch me agian?
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”