Naprawdę rzadko dopuszczał do siebie myśl, że cokolwiek w jego życiu mogłoby być dziełem przypadku. Przynajmniej dopóki nie poznał Ivy Harrison, która okazała się jedną, wielką, chodzącą
niespodzianką, której nie potrafił przejrzeć ani momentami zrozumieć. Kiedy wymruczała słowa o równości w relacjach, poczuł dziwne ukłucie gdzieś w środku. Zmarszczył brwi i posłał jej podejrzliwe spojrzenie. -
Myślisz, że nie traktuję cię... z równością? - zapytał cicho, a w jego głosie można było wychwycić lekkie zaniepokojenie. Nie chciał, żeby myślała, że była dla niego tylko kolejną, tanią rozrywką. Przecież... Charlie nie traktował ludzi w ten sposób, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak pytanie "Kim jest dla mnie Ivy Harrison?" powracało jak bumerang i nie chciało wyjść z jego głowy, a nie potrafił w tej chwili jednoznacznie jej zaszufladkować. Była na pewno kimś, kto... sprawiał, że zapominał o swoich obowiązkach. I przypominała mu o beztrosce. Tak, to wiedział na pewno. Gdy Ivy odmówiła whisky, on uszanował to bez zbędnych pytań. Nie to nie, przecież nie będzie jej zmuszał. -
Następnym razem możemy napić się razem - zaproponował, chowając butelkę z powrotem do skrytki pod deską. No i odrobinkę się przy tym zamyślił. Ivy była
inna. W szpitalnym uniformie i z włosami w nieładzie pewnie nigdy nie przyciągnęłaby jego uwagi na dłużej - jednak to nie o jej wygląd chodziło. Jej osobowość była dla niego magnesem, od którego nie mógł się oderwać - tak, chodziło o jej osobowość i... te cholernie jasne oczy. A przynajmniej tak było, dopóki nie pojawiła się w jego biurze w obcisłej sukience, a on nie uświadomił sobie, że była zabójcza pod każdym względem. No ale która kobieta odmawiała czegokolwiek,
bo było drogie?! -
Nie powinien, Ivyyy - przeciągnął jej imię ze śmiechem, lekko trącając ją ramieniem z boku, jakby chciał ją odciągnąć od tego wymysłu. Gdy zapytała o inne pracownice, uniósł brwi i wybuchnął krótkim, szczerym śmiechem. -
Zacznijmy od tego, że nie jesteś moją pracownicą. I nie, nie leżę z jakimikolwiek pracownicami w sianie - wyjaśnił. Cóż, gdyby tak było, zapewne odbiłoby się to na firmie, a Cherry, Cora i ojciec mieliby po dziurki w nosie uciszania wszelkich skandali. A później wysłaliby Charliego na przymusowy urlop, najlepiej za granicę, żeby mieszkał w chatce lepiance bez dostępu do Internetu. To oczywiście była solidna nadinterpretacja, ale właśnie tak widział konsekwencje wszelkich skandali ze swoją osobą w roli głównej. I nie, nawet nie przyszło mu do głowy, że jego spotkania z Ivy mogłyby skończyć się jakąkolwiek aferą. Przecież był
ostrożny. -
Z tobą mógłbym leżeć wszędzie - wyznał nagle cicho, nawet na nią nie patrząc. Pozwolił, by ta myśl zawisła między nimi na dłuższą chwilę - przynajmniej dopóki temat rozmowy nie zszedł na winiarnię. Już chciał powiedzieć, że dostał ją od Cory i Blair, ale w porę ugryzł się w język. Nie chciał psuć atmosfery powrotem do rzeczywistości, w której Blair czekała na niego w domu. A na Ivy czekał Dante. -
Dostałem ją od... bliskich. Na urodziny - uciął krótko. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że dla
zwykłych ludzi taki prezent był po prostu... nieosiągalny. A u Marshallów? Drogie auta, nieruchomości, wakacje, wymyślna biżuteria, dzieła sztuki - to wszystko było na porządku dziennym. Zaskakująca była również wiadomość o tym, że nigdy nie opuściła Kanady. Podczas gdy Charlie każde wakacje spędzał za granicą, podróżował po świecie i studiował w Londynie, Ivy... była w domu? Ewentualnie na kempingu? Głupio mu było zapytać. -
Wybacz, zapomniałem, to dla mnie trochę... nierealne - przyznał. -
A chciałabyś gdzieś wyjechać? Marzysz o jakimś miejscu? - zapytał, a w myślach już układał plan, jak mógłby zorganizować Ivy wakacje z prawdziwego zdarzenia. Marshall z krwi i kości zawsze znajdował sposób. Może udałoby mu się przeszmuglować Ivy na Teneryfę? W końcu miał tam swoją willę, którą otrzymał od Cherry. Delegacja również była idealną wymówką... Był zaskoczony nie tylko swoją pomysłowością, ale również... swoją ciemniejszą stroną, która właśnie zaczynała się uaktywniać. Czy on właśnie szukał idealnego miejsca do zdrady? Czy może pod przykrywką "przyjacielskiego gestu" chciał po prostu zatrzymać Ivy tylko dla siebie w miejscu, w którym nikt nie mógłby ich oceniać? Kurwa, nie wiedział. Wszystko mu się mieszało, gdy była blisko. Granice między przyzwoitością a pożądaniem zacierały się z każdym uderzeniem serca. Przez chwilę poczuł obrzydzenie do samego siebie, by sekundę później poczuć dreszcz ekscytacji na myśl o tym, że Ivy mogłaby faktycznie patrzeć chociażby na toskańskie słońce, trzymając go za rękę. W końcu winnicę w Toskanii też posiadał na własność.
Cholera. Jej bliskość zdecydowanie nie pomagała uspokoić jego myśli, zwłaszcza, gdy przytuliła się do jego torsu, a dłoń ułożyła w miejscu, gdzie jego serce biło jak oszalałe.
A teraz też uciekasz? -
Teraz nie muszę uciekać - odpowiedział, a w myślach dodał:
"Bo jestem z tobą". To było baaardzo egoistyczne, wiedział o tym doskonale. Właściwie to nigdy wcześniej nie uważał się za egoistę, zawsze grał według zasad i oczekiwań, a jednak teraz... nie potrafił sobie odmówić ani sekundy tej bliskości.
Jesteś wygodny, wiesz, Charlie? -
Hm... nie wiem, powiedz tak jeszcze raz - mruknął leniwie w odpowiedzi na jej komentarz. Poza tym każdy, nawet najgłupszy komplement z jej ust smakował lepiej niż...
wszystko. Serio.
Naprawdę? To co się zmieniło? Gdy usłyszał to pytanie, na jego twarzy pojawiła się pewnego rodzaju rezygnacja, a błysk w oczach przygasł. -
Ojciec przewidział dla mnie inną karierę - skwitował krótko. Zawsze był idealnym dzieckiem i narzędziem w rękach rodziców, przeznaczonym do przejęcia Northland Power. No właśnie, to było idealne słowo - to nie był wybór tylko
przeznaczenie, któremu nie potrafił się przeciwstawić. Do tej pory nawet nie chciał się temu przeciwstawiać. I chyba właśnie dlatego tak bardzo mu zaimponowało, że Ivy udało się spełnić dziecięce marzenie i została lekarzem. -
Cieszę się, że ci się udało - powiedział. -
Niewielu ludzi ma w sobie tyle determinacji - dodał, zamieniając się w słuch, gdy uraczyła go opowieścią o zabawie w szpital, ósemce rodzeństwa i rodzicach wiążących koniec z końcem. No i znowu poczuł zgrzyt, tak samo jak przy informacji, że nigdy nie opuściła Kanady. Charliemu nigdy niczego nie brakowało, miał prywatnych nauczycieli i wakacje w każdym zakątku globu, a surowa prawda o życiu Ivy skutecznie sprowadziła go na ziemię. -
Nas jest pięcioro - odpowiedział. Nie chciał, żeby czuła się oceniana, dlatego takie wybrnięcie z sytuacji wydało mu się właściwe. Sharing informacyjny jeszcze nigdy go nie zawiódł. -
U nas też bywało głośno. Wiesz, że jak miałem siedem lat, to prawie się utopiłem w jeziorze? Cherry mnie wyciągnęła i ciągle mi to wypomina - zaśmiał się, chociaż wtedy nie było mu do śmiechu. Po chwili pochylił lekko głowę, a jego nos otarł się o jej włosy. -
Twoi rodzice wykonali kawał dobrej roboty, wychowując cię na taką osobę. Jesteś świetna, wiesz? - zauważył, kładąc dłoń na jej ramieniu i obejmując ją delikatnie. Czuł jej głowę na swojej piersi, czuł zapach jej włosów i rytm oddechu... Cholera. Doskonale znał bliskość fizyczną, ale ta emocjonalna intymność, która wkradała się teraz pomiędzy nich, była dla niego czymś nowym.
tuptajwi ꨄ