Był skończonym imbecylem. Był skończonym gnojkiem. Nie zasługiwał na żadnego z przyjaciół, których miał, a o których tak często zapominał. Nie zasługiwał na cudowne siostry, które miał, a zwłaszcza tą starczą, która stawiała go do pionu za każdym razem, kiedy lądował na ryju. Zawodził każdego, z kim wchodził w kontakt. Ranił każdą osobę, która była mu bliska. Nie znał odpowiedzialności, nie wiedział czym jest honor albo moralność. Sprzedałby kochanka, żeby uratować własną dupę. Wybrałby własnego dealera przed dobrym znajomym, nawet jeśli ten pierwszy zrobiłby coś wartego potępienia. Nie znał słowa
nie i bywał do bólu uparty. Bezmyślny. Bezczelny. Oportunista. Gówno z samego dna beczki. Wcale się nie zdziwił, że nieznajoma wcale nie była nieznajomą. Typowo, nie? Poczuł zimną, całkiem przyjemną pustkę, rozlewającą się głębiej w jego ciele. Apatia pomagała. Zagłuszała poczucie winy, wszystkie niepotrzebne emocje, na które nie chciał przeznaczać czasu ani miejsca w swoim mózgu. Udawał, że nie istniały, odpychał je w kąt, wrzucał w tą zimną otchłań w swoim sercu łudząc się, że działało jak czarna dziura; że emocje wystarczająco długo ignorowane, po prostu się rozpłyną, rozproszą w nicość. Jeszcze nie zadziałało, ale na moment wystarczało.
Arogancja była tą emocją, którą wybierał, kiedy ktoś próbował się z nim kłócić, w jakikolwiek sposób mu przegadać. Był całkiem niezły w pyskowaniu i zwykle musiał mieć to ostatnie słowo.
"Gdybyś się ze mną przespał, to raczej byś o tym nie zapomniał." Wywołało w nim krótkie parsknięcie, nawet jeśli uśmiech nie dosięgnął oczu. -
Naprawdę musisz mnie nie znać. - nie pamiętał większości ludzi z którymi lądował w łóżku czy na jakiejkolwiek innej powierzchni. Może pamiętał jakieś migawki, losowe imię, coś naprawdę specyficznego, jak tą jedną laskę, która naprawdę chciała, żeby wskoczył w kostium pokojówki. Tak, skąpą sukieneczkę, zakolanówki, idiotycznie wysokie obcasy. Wyglądał zajebiście, więc tak, pamiętał tamtą noc całkiem nieźle. Ale poza takimi przypadkami? Seks jak seks. Dziewczyna przed nim wyglądała jak typowa
vanilla, nie gonił za zwykłymi, normalnymi pannami. Przywiązywały się zbyt szybko z jego doświadczenia. -
Alzheimer? Nie, kokaina. - i inne zabawne środki, które wyżerały mu mózg. Albo fakt, że rzadko trzeźwiał, nie ważne o której substancji była mowa; z niektórymi po prostu uważał trochę bardziej, bo były zbyt drogie, żeby się od nich uzależniać, a on nie miał nieskończonych środków.
Vita Holloway. Plotki, wieloletnia przyjaźń.. Musiała mówić o szkole. Coś kliknęło, ale, zupełnie szczerze, nie mógł sobie przypomnieć konkretów.
Przejął od niej bilecik bez odpowiedzi, nawet nie odprowadził ją wzrokiem, rzucając spojrzeniem na zamówienie. Zabrał się do roboty, skoro był jedyną osoba za barem, przeczesując grzebieniem własną pamięć, szukając w niej jakichś szczegółów. Coś z matką, coś z puszczaniem się... Ale z tego co pamiętał, Holloway po prostu zniknęła z jego życia, jak większość przed nią i większość po niej. To był też okres w którym zaczął się bawić z coraz to bardziej odważnymi środkami, kończąc na różnych imprezach, na których w ogóle nie powinno go być. Zaczynał zadawać się z osobami, z którymi nie powinien się zadawać. Nastoletni okres jego życia był tym momentem, w którym wszystko zaczęło się rozmazywać, a jedyną stałą był strach. Strach towarzyszył mu wszędzie. Wymyślenie tej osoby, którą stał się w dorosłym życiu, było odruchem obronnym. Udawanie idiotycznie pewnego siebie, beznamiętnego idioty było lepsze, niż życie w strachu, pochłonięty niechęcią do własnej egzystencji i szczerą nienawiścią wobec tego jak bardzo bez tego był niczym. Nie potrafił wiele, nie był dobrym przyjacielem, nie był specjalnie zdolny czy zabawny. Pusty błazen bez osobowości.
Jego ciało znało doskonale rozkład baru. Praca była pamięcią mięśni, nie wymagała od niego myślenia. Kolejne zamówienia lądowały na tacach kelnerów, oczy leniwie przesuwały się z bilecików, na przestrzeń przed sobą, na kelnerów wydających się nie mieć twarzy. Miał wrażenie, że patrzył na siebie gdzieś ponad swoim własnym ramieniem. Balonik przyczepiony do tego pustego ciała przy pomocy nitki, Ego, przyglądające się tej monotonnej, nudnej egzystencji. Dysocjacja nie była niczym nowym. Mogła równie dobrze nie wracać i nie zrobiłoby mu to żadnej różnicy. Nawet oddawał się
small talk z niektórymi bezimiennymi kelnerami bez twarzy, do tego też nie potrzebował siły.
Egzystencja na autopilocie. Do następnej imprezy, wtedy mógł zapić Ego. I było łatwiej, lżej, przyjemniej.
Fantastycznie.
vita holloway