-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Margo pojawiła się na komisariacie punktualnie, jak robiła to każdego dnia. Z kubkiem kawy w dłoni - tej samej, przesłodzonej do granic rozsądku mieszanki, którą wszyscy na wydziale komentowali z niedowierzaniem. W przeciwieństwie do niej Rhys, zgodnie z tradycją, spóźnił się. Na jego biurku czekała już jednak kawa z pokoju socjalnego, przelewowa, gorzka i okropna, którą zawsze zostawiała mu tam, zanim zdążył się pojawić. Teraz była już oczywiście zimna.
Kiedy w końcu wszedł do biura, powitało go tylko jedno spojrzenie. Uniosła wzrok znad dokumentów i spojrzała na niego wymownie, bez słowa przekazując wszystko, co miała do powiedzenia. Czekała na niego od dobrych kilkudziesięciu minut. - Kapitan kazał przekazać, że odprawy odbywają się punktualnie o ósmej - rzuciła w końcu spokojnie, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. Upiła łyk swojej kawy, zupełnie niewzruszona. - I że jeśli masz problem z zegarkiem ze wskazówkami, to masz sobie kupić taki, na którym wyświetla się godzina - potem wróciła do papierów, jakby nic więcej nie było do dodania.
Wszystko było po staremu. Ta sama dynamika, te same docinki, ta sama znajoma przestrzeń między nimi, w której każde z nich wiedziało dokładnie gdzie stoi.
Większą część dnia spędzili w biurze, pochylając się nad sprawą, która utknęła gdzieś pomiędzy raportami i przesłuchaniami. Nie była szczególnie ekscytująca, raczej jedna z tych, które wymagały cierpliwości, analizowania dokumentów i łączenia ze sobą pozornie nieistotnych szczegółów. Pracowali obok siebie tak jak zawsze. Czasami wymieniali krótkie uwagi, czasami milczeli przez dłuższe chwile, skupieni na własnych notatkach. Nie było w tym nic wymuszonego. Po prostu robili swoją robotę.
Pod koniec dnia Margo wstała pierwsza. Raporty miała gotowe, a jej biurko było już niemal puste. - Nie wychodzisz? - zapytała mimochodem, zarzucając kurtkę na ramię. Zbył pytanie krótkim, niewiele mówiącym komentarzem, więc tylko wzruszyła ramionami. Nie drążyła; choć byli partnerami, każde z nich miało też swoją część pracy do wykonania. Ona kończyła swoje rzeczy na czas, on zazwyczaj był z nimi spóźniony. Być może właśnie to próbował teraz nadrobić.
Na parkingu powietrze było chłodniejsze niż w budynku komisariatu. Wyciągała już kluczyki z kieszeni, kierując się w stronę samochodu, kiedy nagłe szarpnięcie za ramię zatrzymało ją w pół kroku. Westchnęła cicho, jeszcze zanim się odwróciła. - Daniel - Evans stał za nią z tą samą upartą determinacją w oczach, którą znała aż za dobrze. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. - Myślę, że wszystko zostało już powiedziane - odpowiedziała w końcu spokojnie. - Naprawdę nie sądzę, żeby kolejna rozmowa była potrzebna - ten jednak nie zamierzał odpuścić tak łatwo. Zrobił krok bliżej, jakby próbował zagrodzić jej drogę. - Margo, nie możesz po prostu... - przerwała mu od razu, a w jej głosie pojawiła się wyraźna stanowczość. - Mogę i dokładnie to właśnie zrobiłam - jej spojrzenie było spokojne, ale twarde. - Wyszłam z tej restauracji nie bez powodu - na moment zapadła między nimi cisza, napięta i ciężka.
Odetchnęła powoli, wyciągając telefon z kieszeni. Kciukiem szybko wystukała krótką wiadomość zaadresowaną do Maddena. Wysłała ją, zanim jeszcze zdążyła się zastanowić, czy to w ogóle było potrzebne. Potem schowała telefon i znów spojrzała na Evansa.
Potrzebuję wsparcia. Evans nie rozumie słowa nie. - Daniel - powiedziała ciszej. - Naprawdę nie chcę tego ciągnąć - ale po wyrazie jego twarzy widziała, że dla niego ta rozmowa dopiero się zaczynała.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Świadomość tego, jak krótki mógł być ten oferowany im czas błogości, uderzyła w niego wraz z zamknięciem się za nią drzwi. Z chwilą znalezienia swojego telefonu i sprawdzenia nowych wiadomości, w tym tych nadchodzących z nieznanych numerów. Póki Margo była jednym z jego partnerów, trzymanie jej w niewiedzy, poruszanie się po godzinach pracy po tym grząskim terenie tkwienia w dwóch światach jednocześnie, było stosunkowo łatwe. Usuwało element poczucia winy, który zagnieździł się w jego wnętrzu gdy tylko zaprzeczył, gdy spytała go o jego przeszłość. Teraz nie tylko musiał radzić sobie z jej sprytem i spostrzegawczością, czy z jej upartą potrzebą drążenia wszystkiego do samego końca - musiał radzić sobie z tym, że nie chciał jej zranić.
Ale Madden posiadał wiele talentów, wykształconych na przestrzeni lat. Bodaj jego największym była umiejętność przymykania oka na to, co nieprzyjemne. Patrzenia gdzie indziej, gdy uderzały go konsekwencje. Stosownego odwracania wzroku w chwilach, w których w jego zasięgu działy się rzeczy, na które m u s i a ł zareagować. Nie byłby w stanie funkcjonować dalej jako jednocześnie policjant, a jednocześnie p i e s na posyłki ze wszystkimi swoimi grzechami, gdyby nie umiał odciąć się od jednego i chwilowo patrzeć tylko na drugie.
Nawet, jeśli była w tym hipokryzja. Nawet, jeśli jego moralność przypominała pole minowe, po którym poruszał się ostrożnie, wybiórczo traktując niektóre zagadnienia. Nigdy przecież nie uważał się za dobrego człowieka - nie był tak zły jak ci, których odwiedzał w Mimmo's, ale wiedział, że noszona przez niego odznaka nie oznaczała tego, co powinna.
Wykorzystywał więc swój talent. Na ukradkowe spojrzenia wysyłane znad swojego biurka. Na drobne gesty, którymi wypełniali ich zwykłą rutynę - muśnięcie jednej dłoni o drugą, nachylenie się nad aktami, by na moment wkroczyć w przestrzeń wspólnego oddechu.
Tęsknota zakradała się pod jego skórę, rozpraszając go, przyćmiewając wszystkie potencjalne problemy, które miały wyniknąć w przyszłości - które nie były kwestią czy, a kiedy. Jakaś naiwna jego cząstka wierzyła, że ten moment rozładowania napięcia wystarczy, by Margo przestała krążyć w jego głowie każdego dnia, ale miał wrażenie, że osiągnął jedynie odwrotny efekt. Z coraz większym trudem przychodziło mu skupienie się na sprawach mało ekscytujących, wymagających dłubania, takich jak ta.
Dlatego pokręcił głową, żegnając ją spojrzeniem gdy ruszyła do wyjścia. Fakt tego, że jej obecność była dla niego tak rozpraszająca, że wymagała nadrobienia czegoś poza godzinami pracy był dla niego niemal irytujący - szczególnie, że nie wydawało się to sprawiać Mercer żadnego kłopotu. Pracowali jak zwykle. Potrzebuję wsparcia. Evans nie rozumie słowa nie. Jego brwi zmarszczyły się w reakcji na wiadomość, ręka odruchowo sięgnęła do teczki rozłożonej przed nim by ją zamknąć. Westchnął ciężko, sięgając do kubka z lodowatą kawą, wypijając jej resztę jednym haustem. Podejrzewał, że Daniel może być problemem - nie sądził jednak, znów, naiwnie, że zostanie w to wszystko zmieszany. Z tego co zrozumiał, Margo dała mu wyraźnie do zrozumienia, że sprawy między nimi były zakończone.
Nie spodobał mu się dystans, w którym stał, blisko kobiety, gdy wyszedł na zewnątrz. Na jego barkach wisiała już kurtka, w dłoni tkwiła paczka papierosów - jednego z nich wyjmował, jak zawsze po wyjściu z pracy, przed wejściem do samochodu.
- Evans - rzucił krótko, ostrzegawczo, podchodząc do ich dwójki niby mimochodem - jego samochód był zaparkowany obok niej, gdy czystym przypadkiem miejsce się zwolniło po ósmej. - Masz jakiś problem?
Frustracja w oczach mężczyzny błysnęła aż nadto wyraźna.
- Nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy, Madden - warknął natychmiast, odwracając się zaczepnie w jego stronę gdy stanął obok. - To wszystko jest twoją winą.
Iskierka własnej irytacji przemknęła przez jego mimikę gdy wsuwał papierosa do ust i wyciągał zapalniczkę, by go odpalić. Nie chciał robić żadnych cyrków, nie czuł potrzeby b r o n i e n i a Margo przed mężczyzną, z którym sama się spotykała. Ale ta sama, prymitywna jego cząstka uniosła podbródek w górę, namalowała jego spojrzenie prowokacją.
- Chcesz coś ze mną wyjaśnić na osobności? - odrzucił zaczepnie, a wraz ze słowami, papierosowy dym wymknął się z jego ust, dmuchnięty prosto w twarz drugiego mężczyzny.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie pozwalała jednak, by wypłynęło na powierzchnię.
Zwłaszcza teraz, kiedy ostatnią rzeczą jakiej potrzebowała, były kolejne plotki krążące po korytarzach wydziału. Już wcześniej ludzie potrafili rzucać półgłosem komentarze, żarty i niedorzeczne sugestie na temat jej relacji z Maddenem. Nienawidziła tego, nie dlatego, że nie było w nich ziarna prawda, tylko dlatego, że odbierało jej to coś na czym zależało jej najbardziej - profesjonalizm.
Jeśli ktokolwiek miał przestać o tym gadać, musiała zrobić dokładnie to, co robiła zawsze, czyli pracować, jak gdyby nic się nie zmieniło. I przez większą część dnia dokładnie tak było. Naprawdę wierzyła też w to, że sprawa z Evansem jest zamknięta; że wystarczy, że wypowie jego imię ostrzegawczym tonem i ten odpuści. Myliła się i dlatego właśnie wysłała wiadomość do swojego partnera. Nie dlatego, że potrzebowała ratunku; nie dlatego, że nie potrafiłaby sama zakończyć tej rozmowy. Chciała wyłącznie, aby wyszedł, powiedział, że mieli być gdzieś indziej i tyle.
Nie spodziewała się jednak, że Rhys podejdzie dokładnie t a k, jak podszedł. Kiedy usłyszała jego głos, jej spojrzenie natychmiast przesunęło się w jego stronę i już w tej jednej sekundzie wiedziała. Widziała to w sposobie w jaki stał, w lekkim uniesieniu podbródka, w prowokacji błyszczącej gdzieś pod powierzchnią jego spojrzenia. Był w swoim żywiole, a ona znała go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że wyprowadzanie ludzi z równowagi sprawiało mu niemal nieprzyzwoitą przyjemność.
To był dokładnie ten moment, którego nie chciała.
Gdy Evans odpowiedział mu tym ostrym, zaczepnym tonem, natychmiast zrobiła krok naprzód, wchodząc pomiędzy nich zanim napięcie zdążyło urosnąć jeszcze bardziej. Jej dłoń oparła się płasko na klatce piersiowej Daniela, zmuszając go, by wykonał krok w tył. - Przestań - powiedziała krótko. - Naprawdę - dodała, patrząc mu prosto w oczy. - Skończ już z tymi bzdurami i daj spokój - w jej głosie nie było złości, było coś gorszego - ostateczność.
Evans jeszcze przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jakby szukał odpowiednich słów, które pozwolą mu odzyskać kontrolę nad tą sytuacją, ale zanim zdążył je znaleźć, jego spojrzenie przesunęło się w stronę Maddena i znowu stwardniało. - Powiedz mi tylko jedno, Madden - dodał z jadowitą prowokacją. - Ile czasu zajęło ci dobranie się do jej łóżka, odkąd zaczęliście razem pracować? - w tym samym momencie Margo odwróciła głowę.
Spojrzenie, które posłała partnerowi było lodowate. - Rhys - powiedziała spokojnie; miała nadzieję, że to jedno słowo wystarczyło, żeby wymusić jego uwagę. Jej brwi uniosły się minimalnie, a spojrzenie było tak wymowne, że przez moment można było odnieść wrażenie, że mówi bez słów.
Dopiero po chwili odezwała się znowu. - Mieliśmy gdzieś być - jej wzrok ani na moment nie odrywał się od jego twarzy. - I wciąż tam nie jesteśmy - dopiero wtedy powoli opuściła rękę z klatki Evansa, ale nie zrobiła ani kroku w tył. Stała dokładnie tam, gdzie powinna - między nimi. Na wszelki wypadek.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ich wspólny widok wcześniej wzbudzał w nim odrobinę irytacji, może odrobinę zazdrości, ale nie były one ulokowane w dzielonej przez nich bliskości - a w samej jej m o ż l i w o ś c i, której sam dla siebie nie dostrzegał. Nie lubił, gdy zajmował jej czas, gdy ewidentnie razem przyjeżdżali do biura nawet, jeśli Margo wkraczała do niego pierwsza. Evans nieszczególnie wcierał mu w twarz swoje osiągnięcie, wręcz przeciwnie - mniej mówił na temat Mercer jeśli Madden był w pobliżu.
Ale z jakiegoś powodu teraz przeszkadzało mu to, jak kobieca dłoń spoczęła na klatce piersiowej drugiego mężczyzny.
Wiedział, że ten gest był zupełnie nieulokowany w jakichkolwiek uczuciach względem niego - że jeśli już, miał być łagodniejszą wersją odepchnięcia go, przywrócenia na tory, na których powinien operować. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego reakcja była prymitywna i gdyby okazał ją wszem i wobec, Margo wywróciłaby oczami z taką intensywnością, że usłyszałby obrót jej gałek ocznych.
Dlatego nie powiedział nic więcej, opierając się plecami o drzwi jej samochodu. Ten prosty gest, to bycie po tej stronie, podczas gdy Evans był po drugiej, był dla niego wystarczającym sygnałem - to i spokój, który zachowywał, pomimo prowokacji zaszytej w spojrzeniu.
Prawda była bowiem taka, że Evans nie miał żadnych dowodów na to, co ich łączyło - miał wyłącznie plotki i własną intuicję, która widziała łączącą ich więź tak, jakby była czymś materialnym. A to było zbyt mało, by posiadać przewagę w jakiejkolwiek konwersacji.
- Oskarżasz mnie o coś, co sam próbowałeś zrobić? - odrzucił z ironią, strzepując nadmiar popiołu z końcówki papierosa na ziemię. Jego spokój był czymś, co ewidentnie działało Danielowi na nerwy bardziej, niż jakiekolwiek obelgi. - Czy w twoim przypadku jest inaczej, bo siedzisz dwa biurka dalej?
Dostrzegł, jak mężczyzna wysunął się - jakby próbując ominąć stojącą pomiędzy nimi Margo i choć widział w jego oczach wrogość, widział w nich chęć ataku, wiedział, że ten nie miał być fizyczny. Nie, Evans nie planował wymachiwać pięściami w ramach zemsty za popełnienie aktu odrzucenia. Był jednak detektywem, osobą spostrzegawczą, która podobnie jak oni, dostrzegała w innych słabości.
Ułamek sekundy przed tym, gdy otworzył usta, już wiedział, że nie spodobają mu się jego słowa.
- Uważasz się za materiał na dobrego partnera, Madden? - prychnął, nachylając się, tym samym zbliżając swoją twarz do Margo, choć nie ona była celem jego wściekłości w tym momencie. - Margo nie zna cię tak, jak ja cię znam.
Wetknął papierosa do ust, zatykając je tym samym zanim wypowiedziały coś obraźliwego. Zamiast tego, zaciągnął się tytoniowym dymem, posyłając go w stronę nieba. Przytyk leżący w jego słowach był jawny, zasiał odrobinę niepokoju w sercu detektywa, ale niewystarczającą ilość, by miała pokazać się w jego mimice.
Evans niczego nie wiedział.
- Nie wiem, czy znamy się tak dogłębnie, Evans - odrzucił, z przebiegłym uśmiechem wykrzywiającym jego mimikę na ułamek sekundy - na tyle, by gdy Margo odwróciła się w jego stronę, natychmiast zniknął przez nią niedostrzeżony. - Chodź, Margo. Roberts czeka.
Roberts był technikiem, z którym mieli spotkać się jutro rano.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie była zakochana w Danielu Evansie.
Jeśli już coś kiedyś między nimi istniało, była to sympatia - powierzchowna, niewinna, taka która pojawia się czasem między ludźmi pracującymi obok siebie. Nic więcej. Nigdy nic więcej. A jednak to właśnie jego odepchnęła. Nie dlatego, że był dla niej ważniejszy, wręcz przeciwnie - nie była go pewna.
Rhysa znała już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, czego może się po nim spodziewać. Wiedziała, że lubił prowokować, że potrafił z rozbrajającą łatwością wejść komuś pod skórę i doprowadzić rozmówcę do granicy cierpliwości. Ale jednocześnie była niemal pewna, że nie przekroczy tej granicy tutaj. Nie na parkingu komisariatu, nie w miejscu pracy. Nie przez kogoś kto, jeśli miała być brutalnie szczera, zwyczajnie nie był tego wart.
Evans był natomiast niewiadomą. Nie znała tej wersji jego charakteru, nie wiedziała, jak daleko może się posunąć. Dlatego właśnie to jego powstrzymała i dlatego teraz stała czujnie, słuchając kolejnych słów, które wymieniali między sobą. Nic w nich jednak nie wzbudziło jej podejrzeń. W gruncie rzeczy była bardziej zmęczona tą sytuacją niż zaniepokojona. Stała tylko w pogotowiu, z rękami z niecierpliwością wypisaną w lekkim napięciu szczęki, czekając aż to przedłużające się spotkanie wreszcie się skończy.
Najbardziej irytowało ją coś innego. Evans mówił o niej, jakby jej tu n i e było. Jakby była przedmiotem rozmowy między dwoma mężczyznami zamiast osobą, której ta rozmowa dotyczyła. To właśnie dlatego jej spojrzenie stwardniało, gdy nachylił się w stronę Maddena, ignorując ją niemal demonstracyjnie; ale zanim zdążyła zareagować, rozmowa zaczęła wygasać. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w jej partnera, dłużej niż było to potrzebne. Jego oczy przesunęły się potem na Margo, zatrzymały się na niej na ułamek sekundy.
A potem… uśmiechnął się.
Nie był to przyjemny uśmiech. Był to ten rodzaj uśmiechu, który sugeruje, że ktoś uważa się za sprytniejszego niż pozostali. - Jasne - powiedział cicho. - Widzimy się w pracy - brzmiało to jak zwykłe pożegnanie, ale sposób, w jaki spojrzał jeszcze raz na Maddena, mówił coś zupełnie i n n e g o. Jakby chciał im przekazać, że wie więcej, niż im się wydaje. Potem odwrócił się i odszedł.
Dopiero gdy jego sylwetka zniknęła między rzędami zaparkowanych samochodów, napięcie opadło z niej nagle, niemal fizycznie. Oparła się plecami o samochód i wypuściła z płuc długi oddech. - Świetnie - mruknęła pod nosem. Przez chwilę patrzyła w przestrzeń przed sobą, jakby próbowała uporządkować myśli. - Żałuję, że kiedykolwiek zgodziłam się z nim gdziekolwiek wyjść - dodała w końcu z lekkim grymasem. - To był chyba najbardziej idiotyczny pomysł ostatnich miesięcy - odwróciła głowę w stronę mężczyzny. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, zmęczonego, ale szczerego.
Przez chwilę jeszcze mu się przyglądała, a potem uniosła lekko brew. - Chcesz dokądś pojechać? - cisnęło jej się na usta, by kolejny raz zasugerować, by pozwolił jej kierować swoim autem, ale własną myśl zbyła tylko niezrozumiałym dla niego rozbawieniem. - Jest takie miejsce nad jeziorem w Port Credit. Mała knajpa przy marinie, nic szczególnego, ale robią naprawdę dobrą rybę i można usiąść nad wodą - kącik jej ust uniósł się trochę wyżej w tej niezbyt udanej i równie mało subtelnej propozycji randki.
Rhys Madden