-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dawno nie czuła się tak paskudnie. Próbowała wyjaśnić sobie wszystko na spokojnie. Z Charlim przecież się przyjaźnili, ale tamten pocałunek we windzie... Nie mogła o nim zapomnieć. Minęło sporo czasu, a ją dalej zjadały wyrzuty sumienia. Rozmowa z Davidem, ani Catherine wiele nie zmieniła. Ba, cała rozmowa z June uświadomiła jej jedno. Musieli porozmawiać jak dorośli ludzie, bez krzyków, wrzasków, o ile było to możliwe.
Cały wieczór chodziła jak poparzona. Na paluszkach, zastanawiając się, w jaki sposób poprowadzić rozmowę, które się obawiała. Mogła się uśmiechać, robić dobrą minę do złej gry, ale zdawała sobie sprawę z jednego. Kochała go i nawet jeśli wydarzyło się to, kiedy mieli przerwę, to powinien o wszystkim wiedzieć. Bała się tego. W myślach zastanawiała się, do czego byłaby w stanie doprowadzić ta kłótnia.
Na pewno skończy się tą kłótnią. To był ich język miłości. Wydawało się jej, że posprzątała wszystko, była na długim spacerze z Murphy'm, a lodówkę mieli pełną. Tak, to oznaczało, że wszystkie znaki na niebie wskazywały na jedno. Trudną rozmowę, która się do nich zbliżała. Nie odzywała się za bardzo tego wieczoru. Nawet kilka razy poszła na papierosa, próbując zagłuszyć własny stres. Musiała mu powiedzieć, by spróbować, chociażby raz jeszcze zawalczyć... o nich. O ile jej na to pozwoli, czuła, jakby nie miała żadnego dobrego wytłumaczenia. Co w takich sytuacjach powinno się mówić? W jaki sposób na to reagować? Przymknęła mocno swoje oczy, biorąc ostatni głęboki oddech. Wychyliła się z kuchni z miną zbitego szczeniaczka. Zawsze to on był nieodpowiedzialny, ale to ona popełniła błąd, którego nie byłaby w stanie wybaczyć.
— Musimy... — zaczęła, idąc w stronę kanapy. Usiadła po jej przeciwnej stronie, niemalże od razu odwracając wzrok. Głęboki wdech. Dobrze, że June mieszkała na piętrze wyżej. Kolejny głęboki. David też był w mieście i jeszcze jeden. Catherine może też by ją przyjęła, odetchnęła w końcu z ulgą — porozmawiać Dante — tak, musieli porozmawiać. Ich związek przypominał nieustanne przepychanki, ale też jednocześnie nie wyobrażała sobie bez niego życia. Z nim źle, bez niego jeszcze gorzej. Trudno było jej pojąć, jak toksyczna bywała momentami ich relacja, ale nie oddałaby jej nikomu za nic.
— Pamiętasz, jak... — zaczęła lekko nerwowym głosem, by finalnie móc na niego spojrzeć — ukradłeś leki z apteki? — delikatnie uniosła głowę, marszcząc brwi. Od tego się przecież zaczęło. Wszystkie myśli mieszały jej się ze sobą. Utrata pacjenta, złe zachowanie Dantego, a przede wszystkim jej klaustrofobia. Musiała mu o tym powiedzieć. Musiała oczyścić własne sumienie.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W zasadzie miał już podnieść się z kanapy, żeby zebrać się do wyjścia i być może jakoś w międzyczasie dać znać Ivy, że – znów nic nowego – raczej nie planował wracać zbyt wcześnie. Zdążył już nawet wysłać kilka wiadomości, by upewnić się, że nie będzie musiał liczyć na jakieś zupełnie przypadkowo spotkane towarzystwo i właśnie odkładał telefon na bok, kiedy Ivy zdecydowała wreszcie, że musieli porozmawiać.
– Nie możemy przełożyć tego na kiedy indziej? Właśnie… – podniósł na nią wzrok, dochodząc jednocześnie do wniosku, że w zasadzie nie musiał nawet kończyć zaczętego zdania. Czekać na odpowiedź też raczej nie – zarówno jej wyraz twarzy, jak i całokształt zachowania dość jasno świadczyły o tym, że najwyraźniej nie miała to być rozmowa, którą dałoby się przełożyć na kiedy indziej. Chociaż to właśnie takie zazwyczaj najbardziej chciało się przekładać. Najlepiej na nigdy.
W tym akurat mógł utwierdzić się jeszcze bardziej, kiedy już dotarło do niego jej pytanie. Na moment odchylił głowę do tyłu, w duchu wypominając sobie, że nie zebrał się do wyjścia parę chwil wcześniej.
– Rozmawialiśmy już o tym… – stwierdził, co miało wystarczyć za potwierdzenie, że z jego pamięcią wciąż jeszcze nie było aż tak źle. – Czemu teraz znowu mamy do tego wracać?
Nie było chyba żadnym zaskoczeniem, że nie był to dla niego zbyt wygodny temat. A skoro pomiędzy rozmową, którą mieli już okazję przeprowadzić i tą, którą właśnie próbowała zacząć Ivy, istniała jedna zasadnicza różnica – teraz przynajmniej mógł wyjść. I przynajmniej przez chwilę faktycznie zastanawiał się, czy nie powinien właśnie tego zrobić. Przekładanie niechcianych rozmów na nigdy może i nie było rozwiązaniem ani szczególnie dojrzałym, ani nawet jakkolwiek dobrym, ale… na pewno bardzo wygodnym.
– Przecież chyba nie masz już przez to żadnych problemów w pracy…? – i to chyba była jedyna myśl, która mimo wszystko – a także mimo wyświetlanego na telefonie powiadomienia o kolejnej przychodzącej wiadomości – zatrzymała go w miejscu. Przynajmniej na razie, bo ta o możliwości pilnego wyjścia z domu wciąż krążyła gdzieś z tyłu głowy i nie pozwalała tak zupełnie porzucić tego pomysłu.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— A możemy nie? — spytała praktycznie od razu, marszcząc przy tym delikatnie brwi. Niczego nie obawiała się tak bardzo jak tej rozmowy. Potrzebowała wyrzucić z siebie prawdę, że przekroczyła granicę, której nigdy nie powinna przechodzić — znowu chcesz gdzieś wyjść? — dopytała, przechylając delikatnie głowę. Co mogłaby mu powiedzieć w tym momencie? Westchnęła cicho pod nosem, przyglądając mu się bacznie. Zawiodła. Pierwszy raz to ona zawiodła tak bardzo, a nie byłaby w stanie zostawić tę sprawę ot tak. Musiała mu powiedzieć i być fair. Zwłaszcza że postanowiła zaprzyjaźnić się z Charlim.
— Bo ja Ci czegoś nie powiedziałam — odparła praktycznie od razu, chwyciła nerwowo poduszkę i zaczęła ją ugniatać. Miała niezwykle ciekawą fakturę, ciekawszą od wyrzutów sumienia, zżerających ją od środka, przy każdym spojrzeniu na Dante — a powinnam — uniosła na niego wzrok, by praktycznie od razu wbić go w inne miejsce. Dlaczego się na to zdecydowała? Mogła nic nie mówić, czekając na kolejną, wielką awanturę, a zamiar tego zdecydowała się powiedzieć mu o wszystkim. Wszystko zaczęło się od tego, jak była praktycznie bezbronna.
Powrót do tamtych chwil przychodził jej z trudem. W głowie dalej wierzyła, że jakoś to się ułoży. Niedługo pan Marshall będzie wychodził ze szpitala, a ona? Ona będzie w stanie w końcu odetchnąć z ulgą, myśląc o tym, że w pracy nie będzie widziała pewnego biznesmena. Za to w domu czekałby, lub nie, kochający ją mężczyzna. Zarówno tą odpowiedzialną, jak i nieodpowiedzialną. Tylko tak mocno bała się jego reakcji.
— Ale miałam, zawiesili mnie i dalej niektórzy dziwnie na mnie patrzą — powiedziała ciszej. Jak dotąd nigdy nie mówiła o konsekwencjach, z którymi musiała się mierzyć w pracy. Przez miesiąc była źródłem plotek pielęgniarek, czy innych rezydentów. Słyszała te rozmowy, które ją dotykały i powodowały w niej rozpacz. Przecież Dante nie był żadnym złodziejem, on się po prostu nudził... — nie chodzi o Ciebie tylko o mnie — dodała, by go wprowadzić w całą sytuację. Dłonie powoli zaczynały jej drżeć. Dlaczego ona to sobie robiła? To był jeden pocałunek, a ona postanowiła iść w tą relację coraz dalej, nie zatrzymywała się. Sama przyniosła Charliemu ciastka, a jednocześnie chciała móc zawalczyć o Dantego.
— Wiesz, wróciłam z zawieszenia do pracy, ale... — głos na moment się jej urwał. Potrzebowała znaleźć odpowiednie słowa — no było ze mną źle — westchnęła cicho — i zacięłam się we windzie z synem naszego pacjenta — synem pacjenta. Zabolało ją to słowo. Jeszcze bardziej bolała ją ta rozdzierająca szczerość, którą musiała mu powiedzieć. Zrani go to, a ona zdawała sobie z tego sprawę.
— Miałam atak paniki, wszystko mnie przytłaczało — głęboki oddech — tamta śmierć, nasza kłótnia, winda — Dante był jedną z niewielu osób, która mogła zdawać sobie sprawę z klaustrofobii Ivy. Kiedyś bawiła się z rodzeństwem w chowanego i zamknęli ją w łóżku. Po paru godzinach sobie o niej przypomnieli, od tamtego momentu panicznie bała się małych pomieszczeń bez wyjścia — i on próbował mnie uspokoić... — przełknęła nerwowo ślinę, odwracając przez moment wzrok gdzieś w bok — Przytulił mnie, a potem... — jak miała to powiedzieć? Pocałował mnie, a ja go nie odepchnęłam? Niezręczna cisza wypełniła pomieszczenie.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Tak, ale to już chyba nieaktualne… – odpowiedział jednak na jej kolejne pytanie. Kompletnie wbrew temu, na co faktycznie miałby mieć ochotę i lekkomyślnie pozbawiając się przy okazji argumentu o jakimkolwiek pilnym wyjściu.
Zmarszczył lekko brwi, przyglądając jej się uważnie i nie będąc w stanie domyślić się, co takiego w tym temacie powinna mu jeszcze powiedzieć. Cokolwiek jednak by to nie było – istniało naprawdę niewielkie, jeśli w ogóle jakieś, prawdopodobieństwo, że miałby chcieć tego słuchać i ponownie wracać do tej sprawy.
Na moment otworzył usta, mając zamiar jakkolwiek odpowiedzieć na informację, jakie konkretnie konsekwencje spotkały ją w związku z całą tą idiotyczną kradzieżą. Nie do końca wiedział jednak, co faktycznie powinien w tej sytuacji powiedzieć, a z odsieczą przyszły jej kolejne słowa. To zdecydowanie było coś nowego. Szkoda tylko, że najwyraźniej wcale nie poprawiało sytuacji.
– Po prostu powiedz o co chodzi – wtrącił, mimo wszystko nie będąc wcale pewnym, czy za moment nie będzie musiał pożałować po raz kolejny, że wciąż tkwił tutaj zamiast być już w drodze do… dokądkolwiek tak właściwie.
Z każdym kolejnym jej słowem ten brak pewności zdecydowanie się pogłębiał, a jednak nie zdecydował się jej przerwać. Przyglądając się jej, miał wrażenie, że przynajmniej część wypowiadanych przez nią słów trafiała gdzieś obok. Konkretniej – ta część, która powodowała niemały mętlik w głowie i prowokowała do dopowiadania sobie niewypowiedzianej, znajdującej się gdzieś pomiędzy wierszami, treści. A także domyślenia się, co było potem, a czego Ivy najwyraźniej nie zamierzała powiedzieć w przeciągającej się ciszy.
– A potem…? – odezwał się więc za nią, mimowolnie zaciskając szczękę zaraz po zadaniu tego pytania i tym razem mając niemal całkowitą pewność, że tego akurat usłyszeć nie chciał. Wyobraźnia była dość uprzejma – choć w tym wypadku zdecydowanie z uprzejmością nie miało to nic wspólnego – by podpowiedzieć przynajmniej kilka możliwych zakończeń. Mimo wszystko może warto było chwycić się myśli, że przecież żadne z nich nijak nie pasowałoby do Ivy, więc… może rzeczywiście lepiej byłoby dać się jej wypowiedzieć do końca niż polegać na własnych domysłach…?
A jednak ani nie dał sobie dość czasu, by jakkolwiek to przemyśleć, ani tym bardziej jej na dopowiedzenie reszty. Podniósł się z kanapy, dochodząc najwyraźniej do wniosku, że usłyszał już wystarczająco dużo, nawet jeśli w rzeczywistości nie zdążyła jeszcze powiedzieć niczego.
– Albo nie, nie kończ. Nie chcę tego słuchać, a skoro tyle czasu zajęło ci przypomnienie sobie o tym, to widocznie nie jest to nic ważnego – tyle tylko, że absolutnie nic w poirytowanej wypowiedzi nie świadczyło o tym, że faktycznie miałby próbować wmawiać – chyba głównie samemu sobie – że nie było nic ważnego w tym, co chciała mu powiedzieć Ivy. Przychodzące na myśl domysły zdecydowanie zbyt trudno było zignorować, czy choćby przez dłuższy czas trzymać się tylko tego – niewiele widocznie znaczącego – przekonania, że nic z tego nie byłoby do niej w żaden sposób podobne.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
I w tym był chyba problem. Ivy potrzebowała kogoś, kto byłby w stanie ją wspierać w każdym momencie. Zmarszczyła delikatnie brwi. No tak, oboje byli w domu, ale po co spędzać ze sobą czas? Nabrała głębokiego oddechu, spoglądając na Levasseura. Konsekwencje jego zachowania dalej do niej docierały, czy tego chciała czy nie. Serce bolało ją, kiedy inni patrzyli na nią z nieufnością, ba niektórzy rezydenci wprost żartowali na temat kradzieży Dantego. Momentami słyszała rozmowy, których nie powinna usłyszeć.
— Mógłbyś zacząć spędzać ze mną czas... — wymruczała cicho pod nosem, odwracając wzrok. Pragnęła czuć się chciana, wysłuchana, przede wszystkim zrozumiana. Nie potrafiła wytrzymać z własnymi wyrzutami sumienia. Przekroczyła granicę w chwili, kiedy wszystko waliło się jej na głowę. Potrzebowała wyklarować całą sytuację. Przecież nie tylko ona zawiniła, prawda? Chciałaby móc w to wierzyć, ale im bardziej się zastanawiała, tym bardziej widziała własną winę.
Westchnęła, jakby właśnie jej świat walił się pod nogami. Tak po części było. Teraz też potrzebowała usłyszeć jakiekolwiek słowa pocieszenia. Tylko że nie zasługiwała na nie. W głębi duszy wiedziała, że jest zła. Nie przypominała żadnego anioła, prędzej dwulicowego bliźniaka, którym była. Kiedy spotykała odpowiednią osobę, była w stanie z nią konie kraść. Jak dotąd była wręcz pewna, że mimo różnic między nią a Dante, to był on. Byłaby w stanie wznieść się do nieba, by chwycić dla niego gwiazdkę prosto z nieba. Tylko coś się zmieniło. Ona ruszyła naprzód, a on ciągle tkwił w tym samym miejscu.
Dokładnie warzyła każde wypowiadane słowa, czując, jakby cały ciężar świata znajdował się na jej barkach. W jaki sposób wypowiedzieć, że Charlie był w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie? Ciążyło jej to bardzo, zwłaszcza przez wzgląd na ich przyjaźń. A potem? Co miała mu odpowiedzieć? Przez jej głowę przechodziły różne scenariusze tego, co wydarzy się, kiedy wypowie te słowa. Ich związek mógł stać pod znakiem zapytania, ale nigdy nie powinna dopuścić się do takiej sytuacji. W tej nieprzerwanej ciszy jedna łza spłynęła jej po policzku, spadając wprost na poduszkę.
To było ważne. Zacisnęła mocno pięści, by móc wypowiedzieć z siebie te słowa. Ciążyły jej na duszy. Jak miała z nim mieszkać, funkcjonować, jeśli sama zawinęła? Po prostu musiała. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
— Pocałował mnie — wydusiła finalnie z siebie, odwracając głowę — a ja... odwzajemniłam pocałunek, później go odepchnęłam — obawiała się spojrzenia, a nawet miny Dante. Wewnątrz czuła, że zaraz rozpęta się prawdziwa wojna. Mogła być całkowicie obdarta z jakiejkolwiek racjonalności we windzie, ale powiedziała to. Teraz on musiał ją osądzić.
— Przepraszam... — wyszeptała cicho pod nosem. Jedynie Murphy wydawał się być w najlepszym humorze, podbiegł do mężczyzny z ukochaną bluzą Ivy, tą z pokemonami. Za to po jej policzkach zaczęła spływać łza za łzą.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciał słuchać, co było potem, a jednak nie wyszedł z pomieszczenia zanim to potem mogłoby wybrzmieć. Nie zrobił tego też zaraz po jej kolejnych słowach, pozwalając im na dłuższą chwilę zawisnąć w nastającej po nich ciszy – wraz z tymi jej cichymi przeprosinami i Murphym ciągnącym za sobą bluzę. Ten zresztą skłonił go wreszcie do tego, żeby oderwać spojrzenie od Ivy i schylić się po tę cholerną bluzę. Nie zastanawiał się nad tym co robi i chociaż przynajmniej przez moment musiało mu przejść na myśl, że powinien rzucić nią gdzieś w kąt i pozwolić psu dokończyć dzieła, ostatecznie ubranie wylądowało niedbale rzucone na stolik. Ku ewidentnemu rozczarowaniu zwierzaka i bez większej refleksji ze strony Dantego.
– A tej chwili potrzebowałaś na przypomnienie sobie, że już z kimś jesteś, czy bardziej, że najpierw przydałoby się ze sobą dłużej pogadać zanim zaczniecie się całować? – rzucił wreszcie chłodno, znów zatrzymując na niej spojrzenie. Bez podnoszenia głosu – co pewnie powinno zaskoczyć nawet jego samego – za to z niedowierzającym parsknięciem śmiechem. Właściwie – bardziej krótkim prychnięciem niż czymkolwiek, co można było uznać za jakiś przejaw wesołości.
– Jasne, w porządku, uznajmy po prostu, że nic się nie stało, w końcu później się zreflektowałaś, że coś jest nie tak – w kolejnym zdaniu zdecydowanie wyraźniej wybrzmiewało już zdenerwowanie, choć mimo wszystko wciąż nie był to krzyk. Ale przecież nie kłócili się o jakąś nic nieznaczącą bzdurę – nie jak zwykle, kiedy krzyków zdecydowanie nie brakowało i kiedy zdawały się całkiem naturalnie wpisywać w przebieg burzliwej wymiany zdań. Rozmawiali za to o tym, że Ivy całowała się w windzie z jakimś synem pacjenta. A on chyba nawet nie chciał w tej chwili dopytywać, jak bardzo przypadkowy miał to być człowiek. Zwłaszcza, że wraz z tym mogłoby zbyt silnie cisnąć mu się na usta przynajmniej kilka innych pytań, których zadanie można byłoby uznać chyba tylko za chęć sprawienia, żeby poczuła się z tym wszystkim jeszcze gorzej.
A tego – w sposób pewnie dość irracjonalny w tej sytuacji – mimo wszystko wcale nie chciał. A przynajmniej nie tak do końca, jakaś część podświadomości wciąż mogłaby mieć na ten temat inne zdanie.
– Czemu mówisz mi to akurat teraz? – zapytał wreszcie, może faktycznie chcąc znać odpowiedź, a może po prostu decydując się na to pytanie, które mogło przynajmniej uchodzić za to najbardziej neutralne.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Słucham? — spytała, unosząc obie brwi ku górze. Przyszła w bardzo pokojowych zamiarach z wyrzutami sumienia, a już na wstępie dostała przepiękny prezent — ja jestem problemem? — dodała po krótkiej chwili, czując, jak dosłownie ją skręca. Faktycznie, mogła być problemem. To ona zdradziła go i przez to zabolało bardzo mocno. Na co dzień pracowała przez wiele godzin, a później siedziała w domu, ogarniając dom. Odrobina czystości w ich przestrzeni była dla niej konieczna, tylko kiedy panował porządek, była w stanie się skupić. Tylko że... może faktycznie za mało się starała? Mogła raz na jakiś czas wychodzić z nim i nie kręcić nosem na kolejny melanż w ich domu.
Cisza między nimi ją rozdzierała na małe kawałeczki. Przyzwyczajona była do głośnych krzyków, przekleństw, a później do niszczenia mebli, które wchodziły im w drogę. Nigdy nie byli idealną parą, ba nawet kiedy ich życie było na podobnym poziomie, kłócili się w identyczny sposób. Tylko nigdy nie byli w stanie się ze sobą pożegnać.
— Dante, przestań — mruknęła cicho Ivy. Zabolały ją jego słowa, jak strzała wycelowana prosto w serce. Nie zrobiła tego świadomie, odmówiła Charliemu, ale ich relacja była.. zbyt skomplikowana, by dało się wytłumaczyć, nawet to co stało się we windzie — bałam się, płakałam wtedy, a on po prostu był i mnie wsparł — miała wrażenie, że plotła głupoty. Jeszcze pamiętała, jak trzęsła się we windzie, pamiętała tamte czerwone pulsujące światła i wszystkie tragedie, które spotkały się jej wtedy w głowie. Niczym ptaszek zamknięty w klatce, tylko że dla Ivy była to winda, nie mogła z niej uciec, za to wszystkie problemy narosły w jej głowie. Wtedy Charlie po prostu był, a Dante nie miał odwagi, by się do niej odezwać.
— Ale ja nie chcę udawać, że nic się nie stało — wydukała z siebie, spuszczając głos. Słyszała jego irytację. Bomba zaczęła tykać. Kwestią czasu było jej wybuchnięcie. Nigdy z czymś takim się nie mierzyła. Była najgorszą osobą na całym świecie, a jedyne czego potrzebowała w tym momencie, to finalnego wybuchu. By powiedział, jak okropnym jest człowiekiem i miałby rację. Zwłaszcza że bała się powiedzieć więcej, a powinna.
— Bo nie potrafię Ci patrzeć oczy, wiedząc, że mogłam coś takiego zrobić — próbowała. Zrobiła idealną randkę, która w ogóle nie była idealna. Próbowała wrócić do standardowej rutyny, ale nawet w niej nie potrafiła się odnaleźć. Codzienne obowiązki, Murphy, szpital zajmowały jej sporo czasu, a kiedy tylko widziała Dante, serce znów zaczynało bić jej niebezpiecznie szybko. Nie potrafiła żyć w kłamstwie — i bo... — przegryzła wargę. Jak miała mu powiedzieć o tym, że to nie było ich jedyne spotkanie? Pożar, o którym zdawał się nie wiedzieć, a potem gdy poszła do biura Marshalla z wypiekami, bo był jedyną osobą, utrzymującą ją w ryzach, kiedy świat zaczynał się walić.