ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#002
And I am wound so tightly
I hardly even breathe
You wonder why we're hungry for some kind of release
Dobrze, że to już koniec tygodnia. Horacy czuł, że jest bardzo zmęczony. Mimo dużej odporności psychicznej i fizycznej, nawet on musiał robić przerwy. Nie mógł sobie pozwolić na błędy, a kiedy zdrowy rozsądek zaczynały przysłaniać emocje, było o nie bardzo łatwo. Tygodnie na oddziale ratunkowym nie miały wyraźnych granic. Jeden przechodził w drugi tak płynnie, że po pewnym czasie pamiętało się tylko konkretne przypadki. A najbardziej zapadały w pamięć porażki. Śmierć pacjenta zawsze pozostawiała po sobie pewien rodzaj ciszy, który nie znikał wraz z końcem dyżuru. Horacy wracał myślami do tego dyżuru kilkukrotnie podczas ostatniego tygodnia - analizował go z uporem, minuta po minucie, lek po leku, jakby gdzieś mogło kryć się rozwiązanie, które zostało przeoczone. Pamiętał moment, w którym monitor wydał ten charakterystyczny, jednostajny dźwięk. Płaska linia zawsze wyglądała tak samo, niezależnie od tego, kim był człowiek leżący na stole. W każdej przeprowadzanej przez Horacego symulacji tamten mężczyzna umierał, zawsze padało słowo koniec, w pomieszczeniu zapadała krótka, cisza. Potem ktoś sprzątał narzędzia, ktoś inny zapisywał godzinę zgonu. Oddział ruszał dalej, bo w kolejce byli już następni pacjenci. Świat SOR'u nie zatrzymał się dla jednego człowieka. Świat Horacego już tak.
Chciałby, tak jak jego koledzy z pracy, po prostu pójść do domu, zasnąć i próbować zapomnieć. W jego organizmie napięcie nie znikało wraz z końcem dyżuru.
Dlatego czasami potrzebował czegoś prostego. Czegoś, co nie wymagało rozmów ani analiz.
Spojrzał na zegarek, bo minęło już kilka minut od ustalonej godziny. Po chwili przyszedł SMS. Mocno się spóźnię, był wypadek na drodze. Widzimy się w barze. Samotność była dla niego czymś praktycznym i pasowało mu, że nikt już od niego niczego nie oczekuje. Nie miał energii na komplikowanie swojego życia kolejnymi relacjami z ludźmi. Po piętnastu godzinach koncentracji w szpitalu ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, był kolejny emocjonalny rollercoaster. Wynajęcie prostytutki, żeby sobie ulżyć było dużo prostsze niż szukanie dziewczyny na jedną noc. Istniała jasna umowa. Czas, pieniądze, ciało. Nic więcej.
Wchodząc do hotelu, zobaczył w lustrze własne odbicie. Lekko zmęczone oczy. Napięcie w ramionach, które wciąż nie chciało ustąpić. Twarz człowieka, który od kilku dni spał zdecydowanie za mało. Może drink pomoże mu się trochę rozluźnić.
- Whisky sour, na dymnej. - rzucił do stojącej tyłem barmanki.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Polerując szklankę poczuła delikatne szarpnięcie, które ktokolwiek inny być może by zignorował, ale nie ona. Podniosła ją wyżej, na wysokość swoich oczu; nie myliła się – malutki kawałek szkła odłupał się od całości, wyszczerbiając szklankę. Bez chwili wahania wyrzuciła ją do kosza i sięgnęła po kolejną.
Praca za barem mogła wydawać się powtarzalna – upływająca na tych samych schematach. Nalej, potrząśnij, dodaj lodu, przelej do kieliszka, podaj. Nawet butelki z alkoholami stały w zawsze tej samej konfiguracji. Te najczęściej podawane niżej, żeby łatwo było po nie sięgnąć, te rzadkie, luksusowe, zamawiane raz na jakiś czas, wysoko, tak, że Liyana wspinała się wówczas na palce stóp, balansując na granicy walki z własnym ciałem, które napinało się wtedy całe. Dziś jeszcze jej się to nie zdarzyło. Była właściwie z tego powodu zadowolona, bo po tym, jak wczoraj zdjęto jej szwy z rany na ramieniu, te okolice trochę ją bolały przy gwałtowniejszych ruchach. Ale i tak cieszyła się, że nie musi już niczym jej osłaniać, jak to robiła zazwyczaj w pracy, przez to, że ubierała się dość lekko – zazwyczaj w bluzki na cienkich ramiączkach, bo wiecznie było jej za ciepło.
Wbrew pozorom jej dni tutaj nie były takie same. Zmieniały się twarze klientów, zmieniały się problemy, z którymi nierzadko musiała się mierzyć. Jednego dnia wystarczyło, że weszła pomiędzy kłócących się mężczyzn, żądając, by przestali się zachowywać jak idioci (z tego co zrozumiała jeden był mężem, a drugi kochankiem stojącej nieopodal kobiety, która wyglądała, jakby żałowała znajomości z każdym z nich), kolejnego musiała wytoczyć cięższe działa i zadzwonić po ochronę. Dziś było spokojnie i Lina miała nadzieję, że to już się nie zmieni.
Whiskey sour na dymnej.
Liyana tylko rzuciła za siebie okiem, zbyt pośpiesznie, żeby wyłapać cokolwiek znajomego w siedzącej przy barze sylwetce.
Robi się. – Odłożyła szklankę i ścierkę na bok, unosząc spojrzenie na stojące w równych rzędach butelki. Szybko znalazła tę, której szukała. Świetnie, środkowa półka. Sięgnęła po nią, a potem po resztę składników, których używała do tego drinka, w tym to na podkręcenie smaku. Kilka mocnych potrząśnięć shakerem (i kilka pociągnięć w miejscu, gdzie skóra jeszcze się goiła) i wylała całość do szklanki, z zadowoleniem patrząc, że wyszła jej idealna pianka. Całość udekorowała plasterkiem suszonej pomarańczy i odwróciła się, przesuwając szklankę w stronę mężczyzny.
Proszę – mówiąc to podniosła wzrok na twarz klienta, a na jej własnej odmalował się wyraz zaskoczenia. – To pan – wyrwało jej się, a dopiero kilka sekund potem coś do niej dotarło. – Zszywał mi pan ramię jakieś dwa tygodnie temu – powiedziała, na wypadek gdyby lekarz jej nie pamiętał, co nie byłoby zaskakujące, biorąc pod uwagę ilu pacjentów przewijało się przez oddział ratunkowy. W większości na pewno dużo bardziej ciekawych przypadków niż ten jej. Przez chwilę przyglądała mu się, nawet nie przejmując tym, że mógłby czuć się z tym niezręcznie.
Ciężki dyżur? – spytała odruchowo, w końcu puszczając szklankę z jego drinkiem i cofając dłoń. Sięgnęła po ścierkę i niby od niechcenia przetarła blat nieopodal, w miejscu gdzie niedawno siedział inny klient. Teraz przy samym barze nie było nikogo, prócz lekarza.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy przez chwilę patrzył na drinka, zanim po niego sięgnął. Piana była perfekcyjna, gładka i równa, a plaster pomarańczy leżał idealnie na środku. Zauważył to odruchowo. Jego umysł był przyzwyczajony do wychwytywania detali, nawet wtedy, gdy próbował przestać analizować świat. Potrzebował za to kilku sekund, żeby skojarzyć twarz. Na oddziale ratunkowym rozmywały się one często w pamięci, bo ciało człowieka w sytuacji zagrożenia życia stawało się ważniejsze niż jego rysy. Lekarz uczył się patrzeć na parametry, na kolor skóry, na sposób oddychania. Na wszystko, co mogło powiedzieć coś o stanie organizmu. Twarz była tylko dodatkiem. Ale teraz, kiedy patrzył na nią w innym świetle, poza białymi lampami sali zabiegowej, pamięć wróciła nagle i bardzo wyraźnie.
-Ramię. Szkło. Barowa bójka, która wcale nie była bójką. Ma pani szczęście. Centymetr głębiej i miałbym znacznie więcej pracy. Na szczęście tamten wyglądał gorzej. - uśmiechnął się z przekąsem, gdy nieświadomie powtórzył jej słowa z tamtego dnia. Bar hotelowy był prawie pusty. Kilka stolików w głębi zajmowali ludzie, którzy rozmawiali półgłosem, jakby wieczór wymuszał na nich większą dyskrecję. Światło lamp było przytłumione i miękkie, rozlewające się po powierzchni ciemnego drewna i szkła. Wszystko wydawało się tu trochę wolniejsze niż w świecie, z którego właśnie przyszedł.
Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, zupełnie odruchowo zatrzymując się na ramieniu.
Wygląda na to, że zagoiło się dobrze. – dodał po chwili. W jego tonie nie było nachalnej medycznej kontroli, raczej nawykowe sprawdzenie, które pojawiało się u lekarzy nawet poza szpitalem. - Wygląda na to, że wróciła pani do pracy szybciej niż zalecałem. - Kącik jego ust drgnął minimalnie. Nie był to do końca uśmiech. Bardziej cień rozbawienia. – Albo barmani mają równie słabą cierpliwość do odpoczynku jak lekarze - Horacy przesunął dłonią po twarzy, a potem powoli przeczesał palcami włosy, jakby próbował w ten sposób rozproszyć napięcie, które wciąż siedziało gdzieś w jego głowie. Gest był krótki, odruchowy, ale przyniósł chwilową ulgę. Skóra na karku była napięta od wielu godzin spędzonych w jednej pozycji nad łóżkami pacjentów.
Ciężki dyżur.
To pytanie było tak zwyczajne, że aż prawie zabawne. Ludzie zadawali je często, jakby była to uprzejma formuła rozmowy, niemal tak lekka jak komentarz na temat pogody.
- Zdarzały się lżejsze – powiedział w końcu spokojnie. Jego głos był bardziej zachrypnięty niż ostatnio. Zawsze taki był po długim dyżurze, kiedy gardło było wysuszone od kawy i zbyt wielu godzin mówienia w półszeptach nad łóżkami pacjentów.
Butelki ustawione w równych rzędach. Shaker. Szklanki. Ruchy Liny, które były szybkie i precyzyjne, choć wydawały się niemal automatyczne. I nagle przyszła mu do głowy myśl, która wydała się zaskakująco trafna.
Wie pani – powiedział powoli – że to wcale nie jest aż tak różne od oddziału ratunkowego. - Uniósł lekko brew. – Praca za barem. Ludzie przychodzą tutaj zmęczeni, pokłóceni z kimś, rozczarowani, często z bólem. - Na chwilę zamilkł, jakby szukał właściwego porównania. – W szpitalu też tak jest.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze miała dobrą pamięć. Do dat, do faktów, do twarzy. To przydawało jej się zarówno w szkole, kiedy jako jedna z niewielu pamiętała datę tej dziwnej, mało komu znanej bitwy, podawanej raczej jako ciekawostkę niż coś, co omawia się dogłębnie, analizuje skutki i przyczyny, jak i w teatrze. Z łatwością zapamiętywała nie tylko swój tekst, ale i po kilkukrotnym osłuchaniu się, potrafiła podpowiadać kolegom i koleżankom na scenie, jeśli ci akurat z jakiegoś powodu się zacięli. Teraz jej pamięć przydawała się do rozpoznawania twarzy klientów nie tylko stałych, ale i tych, którzy wpadali do hotelowego baru od czasu do czasu i pamiętania, który drink był ich ulubionym.
Chyba faktycznie mam szczęście – powiedziała, wieńcząc swoje słowa lekkim wzruszeniem ramion, co miało się odnosić zarówno do tego, że tamta bójka mogła skończyć się dla niej gorzej, jak i tego, że rana goiła się dobrze. Szczęście nie było słowem, które Lina często smakowała na języku, zwłaszcza w odniesieniu do samej siebie. Już dawno przestała zastanawiać się nad ideą szczęścia, bo wnioski, do których zazwyczaj dochodziła, były zbyt przygnębiające, a przecież musiała skupiać się na tym, żeby przetrwać. Przeżywać dzień za dniem, bez jakichś większych emocji, bo te niepotrzebnie wszystko komplikowały.
Pana pacjenci bez pana sobie nie poradzą, moi klienci nie poradzą sobie z rzeczywistością bez tego, co im wyczaruje z tego. – Jej dłoń uniosła się, wskazując na stojący za nią rząd butelek. – Różna motywacja, ten sam skutek – dodała, unosząc kąciki ust w oszczędnym uśmiechu. Przecież nie przyznałaby, że nie miała innego wyjścia. Nie mogła nie pracować, bo w tym momencie nie miała alternatywnego źródła zarobku. Może gdyby chodziło tylko o nią. Ale nie chodziło, skoro co miesiąc wysyłała też trochę pieniędzy mamie. Choć była tak daleko od Corner Brook, wciąż jedną nogą znajdowała się tam.
W jej oczach błysnęła ciekawość, kiedy mężczyzna porównał bar do oddziału ratunkowego. Choć w pierwszej chwili brzmiało to zabawnie, nie mogła się z nim nie zgodzić.
Różnica jest taka, że pan próbuje ludzi poskładać, ja sprawiam, że przez chwilę czują się mniej połamani. Działam doraźnie, jak – szukała w głowie odpowiedniego porównania – jak plaster. Na drobne rany wystarczę, przy większych powinni się jednak zwrócić do specjalistów – stwierdziła, rzucając mu wymowne spojrzenie, bo tym następnym etapem był on. Przerwała przecieranie blatu i pochyliła się lekko w jego stronę. – A pan? Do której kategorii ludzi dziś się zalicza? – spytała, obserwując jego profil. Nawiązywała oczywiście do tego, co sam powiedział, jacy pacjenci i jacy klienci zjawiają się zarówno u niego, jak i u niej.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ludzie mają dziwną skłonność do szukania najprostszego rozwiązania. Jeśli rana wygląda na niewielką, wolą przykleić plaster i udawać, że problem zniknął. – przyznał Linie rację. Jej porównanie było celne. Może nawet zbyt celne, bo niosło za sobą brutalną prawdę o tym, jak ludzie najczęściej radzili sobie z bólem. Horacy widział to wielokrotnie w szpitalu: pożyczone od kogoś tabletki na nadciśnienie, zropiała po ugryzieniu ręka, rozwalona skręcona kostka. Każdy z tych ludzi przykleił przysłowiowy plaster i liczył, że zagoi się samo. Skutki bywały katastrofalne. Plaster. Mały, niepozorny, niemal symboliczny gest troski wobec samego siebie. Przyklejony na skórę dawał złudzenie kontroli nad sytuacją.
Powoli zakręcił szklanką, zanim wziął długi łyk drinka.
Ale zdarzają się też takie przypadki, kiedy człowiek przez długi czas nakleja kolejne plastry, zamiast przyznać, że pod spodem coś jest naprawdę poważnie uszkodzone. - po raz kolejny zdawało się, że odcina się w słowach od "ludzi". Oni to, oni tamto... a sam stał gdzieś poza, jakby żałoba wyżuła go doszczętnie z resztek człowieczeństwa. Bell nie naklejał plastrów. Wykrwawił się już dawno temu.
Przez moment obserwował ją uważnie, jakby próbując dopasować obraz kobiety stojącej za barem do tej, którą pamiętał z oddziału ratunkowego. WIdział tą samą czujność, tą samą gotowość reagowania na sytuacje, które mogły nagle wymknąć się spod kontroli. Może dlatego tak łatwo przyszło mu to wcześniejsze porównanie. Bar i oddział ratunkowy. Dwa miejsca, które na pierwszy rzut oka nie miały ze sobą nic wspólnego, a jednak przyciągały podobnych ludzi.
Zmęczonych. Zdezorientowanych. Czasem zbyt dumnych, żeby przyznać się do słabości. Do której kategorii ludzi dziś się zalicza?
Przez moment patrzył w blat baru, zanim odpowiedział.
Dobre pytanie. W jego głosie pojawiła się nuta niepewności. – Zazwyczaj lekarze wolą myśleć o sobie jak o tych, którzy stoją po drugiej stronie. Po stronie tych naprawiających. Natomiast my też czasem potrzebujemy plastra. - Przez chwilę obracał szklankę w dłoni, jakby zastanawiał się nad własnymi słowami. Już od jakiegoś czasu nosił w sobie jedną myśl, taką, której bardzo się wstydził. Czasem przepełniała go ogromem gniewu i żalu. Chciał, żeby go uratować. Niech chociaż raz role się odwrócą - niech wyciągnie go ktoś z tego bagna, w którym tkwił po uszy i z którego nie umiał się wydostać. Wsiąkł głęboko - każde szamotnie sprawiało, że zapadał się jeszcze głębiej. Bał się przyznać, że może to już czas pożegnać żałobę po Jenny. Tak, gdzieś przez mrok czarnego kiru docierało do niego, że Horacy może dalej żyć.
Po piętnastu godzinach na oddziale człowiek zaczyna odczuwać zmęczenie. Nie tylko fizyczne. - Inni przychodzili tu z ciężarem i zostawiali go na kilka godzin pomiędzy szklankami, rozmowami i ciepłym światłem lamp. Obcemu człowiekowi łatwiej było powiedzieć prawdę niż komuś bliskiemu, bo obcy nie miał żadnej władzy nad ich życiem. Horacy nie należał do ludzi, którzy szukali w barze współczucia albo spowiedzi. Nawet najbardziej zdyscyplinowany umysł potrzebował czasem chwili oddechu. I czegoś jeszcze, a raczej kogoś... Kogoś, o kim nie miał najmniejszej ochoty wspominać w tej rozmowie. Prostytutka. Samo słowo brzmiało w jego myślach twardo i chłodno, pozbawione było nacechowania, którym obdarzała je większość.
Jego najbliżsi przyjaciele wiedzieli o wszystkim i nikt nie robił z tego wielkiego problemu. W ich środowisku takie rozwiązania nie należały do rzadkości. Wielogodzinne dyżury, brak czasu na budowanie relacji, zmęczenie, które sprawiało, że człowiek nie miał ochoty na emocjonalne komplikacje.
To był prosty sposób na rozładowanie napięcia.
Plaster.
Ale kiedy siedział teraz przy barze i patrzył na Linę, nagle uznał, że nie chce o tym mówić. Nie dlatego, że czuł wstyd. Raczej dlatego, że ta informacja zmieniłaby charakter tej rozmowy.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Oboje to widzieli, on z perspektywy kogoś, kto niejednokrotnie musiał składać pokiereszowane ciała ludzi, którzy może nie doprowadziliby się do tego stanu, gdyby tylko przyszli po pomoc wcześniej. Ona dostrzegała to w odbiciu szklanki, która prędko zapełniała się złocistym płynem, jeszcze szybciej znikającym w przełyku. Pusta szklanka przesunięta lekko w jej stronę wyznaczała kolejną kolejkę. Lek na wszystko. A raczej trucizna, choć pewnie w momencie kryzysu nikt tak na to nie patrzył. Łatwiej było usiąść przy barze i poprosić o coś mocnego, zamiast przyznać komukolwiek, jak bardzo jest się popsutym.
Lina akurat całkiem nieźle to rozumiała.
Bo to łatwiejsze – odezwała się w końcu, pozornie obojętnym tonem, jakby wcale nie było tak, że wie, o czym mówi. Jakby, podobnie jak on od pacjentów, ona dystansowała się od klientów i tego, z czym przychodzili. Choć w głębi serca wiedziała, że niczym się od nich nie różni. No, może jedynie tym, że nie zaglądała do kieliszka. Nie przepadała za smakiem mocnego alkoholu, nie lubiła utraty kontaktu z rzeczywistością. Po skazaniu jej brata, bardzo walczyła o to, żeby jej mama nie zatapiała smutków w alkoholu, bo przerażało ją, co mogłoby z tego wyniknąć. Ale depresja, która pojawiła się zamiast tego, wcale nie była lżejszym wrogiem. Poza tym wszystkim była jednak tak samo pokiereszowana jak oni. Może nawet bardziej. Jak więc mogła im doradzać, co do ich żyć, kiedy jej własne chybotało się niczym kolos na glinianych nogach? – Przykleja się te plastry i przykleja, bo to daje złudne poczucie sprawczości. Poradzenie sobie z problemem w nieco bardziej odpowiedzialny sposób to praca, na którą ludzie rzadko kiedy są naprawdę gotowi – skwitowała, przypatrując mu się z uwagą. Wyglądał zupełnie inaczej niż tamtego dnia i nie chodziło o brak kitla czy tego profesjonalnego tonu, który pamiętała, kiedy mówił o kolejnych krokach. Nie, to było coś więcej. Wyglądał na zmęczonego, ale to nie musiało dziwić, po tak długim dyżurze. Było jednak coś więcej, co być może wielu ludziom umykało, ale przecież Lina zawsze była dobrym obserwatorem. I dlatego miała wrażenie, jakby niemal fizycznie uginał się pod jakimś bólem, który ciążył na jego barkach.
To kiepski plaster, gdyby ktoś pytał mnie o zdanie. Zbyt łatwo może zaszkodzić, zamiast pomóc – powiedziała, uśmiechając się blado i kiwając głową w stronę jego drinka. Chyba nie mogłaby zostać pracownikiem roku, bo czy nie powinna raczej nakłaniać klientów do kolejnej szklaneczki? Pewnie tak. Teraz jednak wcale nie chciała tego robić, choć nie umiała wskazać żadnego, logicznego powodu. Przesunęła dłonią po blacie, w jakimś bezwiednym geście, ale kiedy przeniosła spojrzenie na wnętrze swojej dłoni, oczywiście nie znalazła tam nawet paproszka. Sama w końcu dbała o tę przestrzeń, by lśniła czystością. Lubiła mieć nad czymś kontrolę, nawet jeśli to tylko czysta przestrzeń w miejscu pracy.
Wyobrażam sobie. Mnie by pewnie tam wystarczyły dwie, żeby zwariować – mruknęła, unosząc na niego spojrzenie, a lekki uśmiech migoczący na jej ustach wskazywał, że było w tych słowach trochę żartu (skoro jak już ustalili – bar i oddział ratunkowy miały kilka punktów stycznych, a tu przecież pracowała). A trochę nie, bo Lina nigdy nie brała pod uwagę pójścia na medycynę. Miała inne plany. Kiedyś. W tamtym życiu. Zmarszczyła nagle brwi. – Nawet nie wiem, jak pan ma na imię – zauważyła, najwyraźniej planując zmienić ten stan rzeczy. – Ja Liyana, ale właściwie wszyscy mówią do mnie Lina – dodała, uznając, że przy tej liczbie pacjentów pewnie już dawno wyrzucił jej imię, które wówczas miał podane w karcie, z pamięci. Jednocześnie podniosła wzrok gdzieś ponad jego głowę, w stronę wejścia, ale osoba, która weszła od razu skierowała się do jednego ze stolików, gdzie ktoś już na nią czekał, więc Lina wróciła wzrokiem do twarzy lekarza.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy przez chwilę obracał szklankę w dłoniach, a jego spojrzenie stało się nieobecne, utkwione w jakimś punkcie daleko poza sterylnym blatem baru. To dziwne, jak wiele ludzkich zachowań dało się sprowadzić do tego samego mechanizmu. Unikania. Człowiek potrafił znosić ogromny ból fizyczny, jeśli tylko widział w nim sens, ale w obliczu własnych słabości bardzo często wybierał najprostszą drogę ucieczki. Alkohol, praca, przypadkowe relacje, niekończące się zajmowanie się cudzymi problemami. Wszystko, co pozwalało nie patrzeć zbyt długo na własne życie. Horacy widział to codziennie, ba! sam w tym uczestniczył. Dlatego jej słowa o łatwości tego rozwiązania zabrzmiały niemal diagnoza. Powoli uniósł szklankę i dokończył drinka, pozwalając, żeby ostatni łyk whisky spłynął powoli do gardła. Smak był teraz bardziej rozwodniony, łagodniejszy, jakby alkohol sam stracił część swojej ostrości.
W chuj kiepski plaster. Ale czy mi cokolwiek jeszcze zaszkodzi?
Jej kolejne słowa, te o dyżurze na oddziale, wywołały u niego ledwie zauważalny uśmiech. Było w tym coś szczerego. Horacy wiedział, że większość ludzi rzeczywiście nie byłaby w stanie wytrzymać nawet krótkiego dyżuru w takim miejscu. Nie dlatego, że brakowałoby im wiedzy, a raczej dlatego, że konfrontacja z ludzką kruchością w tak intensywnej formie potrafiła być przytłaczająca.
Mówisz, że dwie godziny na SOR-ze by cię wykończyły? Ja myślę, że przetrwałabyś tam dłużej niż większość moich stażystów.
Nie umknęło mu, gdy po raz kolejny sprawdziła czystość blatu. Ten gest – instynktowne szukanie kontroli w chaosie – był mu aż nazbyt bliski. On też układał narzędzia na tacy w idealnym porządku, poprawiał maseczkę, sprawdzał parametry po raz dziesiąty, byle tylko zagłuszyć myśl, że życie pacjenta i tak wymyka mu się z rąk.
Nie wiedziała, jak ma na imię. Ta drobna uwaga była tak zwyczajna, że przez moment wydała mu się niemal zabawna. Przez dwa tygodnie istniał w jej pamięci jako lekarz z oddziału ratunkowego, anonimowa postać w białym kitlu, która pojawiła się na chwilę w jednym z trudniejszych momentów i zniknęła równie szybko. Lekarze często wchodzili w życie ludzi na krótką chwilę, stawali się częścią ich historii w momencie kryzysu, a potem znikali, pozostawiając po sobie jedynie bliznę albo wspomnienie rozmowy. Liyana. Lina. Przeszyło mu przez myśl, że zdrobnienie do niej pasowało.
Horacy – powiedział, a jego głos brzmiał już nieco inaczej niż wcześniej, jakby pozbył się do reszty służbowego pancerza. Przesunął pustą szklankę lekko w stronę Liny i spojrzał na nią z tym spokojnym, uważnym wyrazem twarzy, który zdradzał, że rozmowa wcale jeszcze się dla niego nie skończyła.
A skoro już się przedstawiliśmy – teraz szczerze się uśmiechnął – to wygląda na to, że rozmawiam z jedyną barmanką, która odradza klientowi kolejnego drinka.
W jego głosie pojawił się cień rozbawienia.
To dość rzadkie zjawisko.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lina nawet się nie zorientowała, kiedy wymiana kilku zdań przemieniła się w pełnoprawną rozmowę, której prowadzenie przychodziło jej z łatwością. To nie tak, że była totalnym mrukiem, bo chociażby ze względu na pracę, wyrobiła w sobie rutynę wchodzenia w pogawędki z klientami, ale zazwyczaj mówiła tyle, ile było konieczne, głównie słuchała, bo na tym to polegało. Ludzie, którzy tu przychodzili, zazwyczaj potrzebowali się wygadać. Część z nich liczyła na radę, większość zadowalała się utartymi frazesami, którymi częstowała ich Sinclair. Ale ta rozmowa naprawdę sprawiała jej przyjemność.
Może. A może nie. Miewam czasem niską tolerancję na głupotę. Mogliby mnie wyrzucić za nieodpowiednie komentarze w stronę pacjentów – odpowiedziała, w naturalny sposób nawiązując do rozmowy z tamtego dnia, kiedy Horacy wspominał o przypadkach ludzi, którzy trafiali na oddział z powodu własnej głupoty. Jej uwaga była może odrobinę wyolbrzymiona, ale wcale nie przesadzona za bardzo, bo bywały chwile, kiedy nie potrafiła ugryźć się w język, co kilka razy w życiu już sprowadziło na nią kłopoty. – Głupotę, nie brawurę – dodała po chwili zastanowienia, tak jakby chciała zawczasu wybić mu ewentualny argument, dotyczący jej własnej wizyty tam. Wciąż nie uważała, żeby zachowała się całkiem głupio – nieprzemyślanie, pochopnie, to tak. Źle oceniła sytuację, bo skończyło się dla niej tak, a nie inaczej. To też była jakaś lekcja.
Horacy – powtórzyła po nim odruchowo i wyraz skupienia na jej twarzy niemal namacalnie świadczył o tym, że szuka czegoś w swojej pamięci. Musiała wrócić wspomnieniami do spotkań na deskach szkolnego teatru, gdzie ich nauczyciel opowiadał im o postaciach, które w znaczący sposób przyczyniły się do tego, jak ten teatr wyglądał. – Jak starożytny poeta rzymski, który szukał równowagi między rozsądkiem a chaosem – wyjaśniła, co w jakiś sposób kojarzyło jej się z jego pracą. Z procedurami, które może właśnie miały był takim złotym środkiem w całym tym chaosie, który trwał na oddziale ratunkowym.
Spojrzenie Liny osunęło się z Horacego na pustą szklankę i w jej głowie zakiełkował pomysł. Nie wyglądał, jakby się dokądś wybierał, a i ona pomyślała, że właściwie to chętnie by go jeszcze na chwilę zatrzymała tu przy barze.
Może lubię się wyróżniać? – zasugerowała z nieco łobuzerskim uśmiechem. Nie do końca była to prawda. Już nie. Kiedyś nie miałaby nic przeciwko, ale od wielu lat bardzo dbała o to, żeby właśnie wtapiać się w tłum, żeby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. – Poza tym, to nie do końca tak. Odradzam tylko kolejnego drinka z alkoholem. Ale zamiast tego przygotuję ci coś innego. – Odstawiła pustą szklankę i sięgnęła po nową, czystą. Odwróciła się do półki z butelkami. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby się wahała, ale tylko coś układała w głowie. Jej ruchy przy barze były pewne. Sięgnęła nie po whisky, tylko po małą karafkę z ciemnym płynem. Potem po butelkę bezalkoholowego destylatu, który stał trochę z boku – nie w pierwszym rzędzie, bo rzadko ktoś o niego pytał. Wrzuciła kilka kostek lodu do niskiej szklanki. Lód uderzył o szkło. Do szklanki wlała odmierzoną porcję destylatu, potem odrobinę ciemnej, schłodzonej herbaty lapsang souchong. Charakterystyczny zapach uniósł się delikatnie nad barem – dymny, prawie jak palone drewno. Dodała kroplę syropu z palonej pomarańczy, następnie dwie bittersów.
Zamieszała wszystko powoli długą łyżką, jakby dawała smakom chwilę, żeby się połączyły. Całość udekorowała połówką plasterka pomarańczy, zaczepioną o brzeg szklanki. Obróciła się i przesunęła gotowego drinka w stronę Horacego.
To mój autorski drink. Chyba nazwę go nocna zmiana – stwierdziła, w oczywisty sposób nawiązując do jego trybu pracy, ale swojej trochę też. – Spróbuj – zachęciła i wydawała się całkiem pewna tego, że mu posmakuje.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kiedy wspomniała o niskiej tolerancji na głupotę, w jego oczach pojawił się subtelny cień rozbawienia.
To nie byłby największy problem – powiedział wesoło. – Większość ludzi na oddziale ma podobną, ale uczymy się tego nie okazywać. - Oparł się nieco wygodniej o blat, splatając dłonie na chwilę, zanim znów sięgnął po szklankę. W jego głosie nie było dumy, medycyna była dla niego takim chlebem powszednim, że już nie pamiętał, kiedy ostatnio się czymś chełpił.
Bardzo szybko okazuje się, że ocena sytuacji rzadko jest tak prosta jak wydaje się na pierwszy rzut oka. - Jego spojrzenie na moment przesunęło się gdzieś obok niej, jakby widział coś, co nie znajdowało się w tym barze. – Głupota i brawura często mają wspólne źródło. Różni je tylko efekt końcowy. - To zdanie zawisło między nimi na moment, zanim wrócił myślami do teraźniejszości. - Ale nie jestem święty, mi też czasem puszczą nerwy na jakiegoś idiotę - na moment urwał, jakby sam złapał się na tym, że mówi więcej niż zwykle pozwalał sobie mówić w takich sytuacjach. Zazwyczaj jego rozmowy wyglądały inaczej - były krótkie i zdawkowe, utrzymane w zawsze bezpiecznych ramach, które narzucił sobie dawno temu. Nawet poza szpitalem nie umiał do końca wyjść z roli. Horacy-lekarz był uporządkowany, zdystansowany, kontrolował ton głosu i dobór słów. Ten mechanizm pozwalał trzymać mu się w ryzach. A teraz? Pozbył się tej maniery z zaskakującą łatwością. Nie potrafił wskazać konkretnego momentu,w którym przestał pilniować granicy. To było dziwnie proste i jednocześnie najbardsziej podejrzane. Na króką chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, żeby się zatrzymać i wrócić do trzymania bezpiecznego dystansu; przeanalizować wszystko, znaleźć przyczynę, nazwać mechanizm. Tym razem nie chciał. Od dawna nie czuł się w czyjejś obecności tak zwyczajnie, bez żadnego napięcia, któe zazwyczaj towarzyszyło najprostszym interakcjom.
I ciągle szukam tej rónowagi, ale chyba jest przereklamowana. - właściwie to niewiele osób zwracało uwagę na jego imię, a jeszcze mniej odnosiło je do czegokolwiek konkretnego. Dalej dziwił się jak Lina potrafiła sprawić, że na chwilę przestał być tylko zawodem. Zawodem lekarzem? Zawodem rodziców? Zawodem siebie? Wszystkimi na raz? Zamiast rozkłądać to na części, Horacy świadomie odsunął te myśli na bok. Wiedział, że jeżeli zacznie je analizować to wszystko zniknie równie szybko jak się pojawiło. Nie chciał tego psuć.
Jej propozycja, jej decyzja, by nie nalać mu kolejnego drinka z alkoholem, była czymś, co wytrącało go z utartego schematu. Zazwyczaj takie wieczory miały prosty przebieg. Alkohol, cisza, potem jeszcze prostsze rozwiązanie, które czekało gdzieś w tle.
- Nocna zmiana. - powtórzył za nią. Smak był inny, niż się spodziewał. Dymność, która w pierwszej chwili przywołała skojarzenie z whisky, okazała się łagodniejsza, bardziej rozciągnięta w czasie, jakby nie próbowała uderzyć od razu, lecz powoli wnikała w zmysły. Nie było w tym agresji alkoholu, tego charakterystycznego pieczenia, zamiast tego pojawiło się coś bardziej subtelnego, coś, co nie dominowało, a raczej współistniało z resztą.
To… nie jest to, czego się spodziewałem – przyznał po chwili, ale w jego głosie nie było rozczarowania. Raczej coś na kształt uznania. – Ale to dobrze.
Obrócił szklankę w dłoni, jeszcze raz przyglądając się zawartości.
Faktycznie ma coś z nocnej zmiany. One niby wydają spokojne, ale zawsze potrafią zaskoczyć. - Uniósł na nią spojrzenie, tym razem już wyraźnie bardziej rozluźniony niż wcześniej.


Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gladstone House”