Cassie, masz ogromny potencjał. Widzę twój talent, pasję, ale myślisz, że to wystarczy?
Dyszała ciężko, zgięta w pół. Kręciło jej się w głowie, ciało zwiotczało, buntując się przeciw dalszemu wysiłkowi. Mrugała, próbując odzyskać ostrość widzenia — rozmyty wzrok nie był zdolny skupić się na jednym celu. Oczy miała zaczerwienione, a ból, jaki odczuwała, powoli zabierał im blask.
Jego dłonie były zawsze chłodne. Ciało nienaturalnie wyginało się pod jego dotykiem, jakby instynktownie próbowało uciec od nieprzyjemnego uczucia jakie po sobie zostawiał. Chyba chciał ją pocieszyć, ale jednocześnie zabierając jej drogę ucieczki. Był wyższy, musiała unosić głowę, by spojrzeć mu w oczy. Czasem miała wrażenie, że specjalnie stawał na palcach, by tylko nie zapomniała, jak wysoko był. Rygor, jaki wprowadził, i dyscyplina, jakiej wymagał, najwidoczniej nie były wystarczające. Dawkował pochwały, ale nie szczędził krytyki.
Jeszcze raz! Cassandra, skup się! Nie wyjdziemy stąd, dopóki nie zrobisz tego dobrze!
Prosiła ojca o najlepszego trenera, najlepszego z najlepszych. Nigdy nie podzielił się, ile kosztowało go sprowadzenie Popova do Toronto, ale słyszała ściszone rozmowy odbywane późną nocą. Liczył na głos, pieniądze szeleściły, obracane w sprawnych rękach. W domu pachniało cygarami, whisky i wczorajszym obiadem odgrzewanym na kuchence gazowej. Słyszała, jak tato puszczał nagrania, a jego radosny okrzyk: „To moja córka!” zagłuszał wiwat zebranego tłumu na trybunach. Będąc na lodzie, to zawsze jego twarzy szukała, to jego pochwała była dla niej najważniejsza. Wiedziała, czym się parał, jak bardzo ryzykował, próbując spełnić każde jej życzenie, i ani razu się nie poskarżył. Zawsze na tak, zawsze z pełnym uśmiechem. Pełen dumy, która kipiała z jego umęczonej duszy.
— Dlaczego to robisz? — zapytała którejś nocy, opatrując mu rany.
— Bo jesteś całym moim światem. Nie byłbym w stanie spojrzeć sobie w oczy, wiedząc, że była możliwość, by zapewnić ci wszystko, czego zapragniesz, a ja z niej nie skorzystałem.
To było jej marzenie. Powtarzała sobie to w myślach, próbując zapanować nad irytacją, jaka w niej rosła, gdy słyszała kolejne przekleństwa. Musiała od siebie wymagać więcej, by być sprawiedliwą wobec niego. Poświęcenie nie mogło być tylko z jego strony. Takie było życie, tego ją uczył, ale uczył ją też, jak uderzyć, by zabolało — a bardzo chciała, by tego skurwiela bolało. Nie lubiła języka rosyjskiego, miał w sobie pewną manierę, która budziła w niej agresję. Niewiele potrzebowała, by wybuchnąć gniewem. Wtedy nie był bezpieczny nikt w promieniu dziesięciu kilometrów. Popov był pierwszym, który robił wystarczająco szybkie uniki, gdy ta rzucała czymś w złości. Jedynym, który był w stanie ją przekrzyczeć i twardo stanąć przy swoim. Śmiał się głośno, gdy wykrzykiwała mu to, co myślała, kompletnie niewzruszony jej agresją. Czasami kłócili się w dwóch różnych językach, których wzajemnie nie rozumieli.
Krzycz, krzycz, nie jesteś w stanie powiedzieć mi niczego, czego bym wcześniej nie słyszał. Imponował jej, choć te słowa uznania nigdy nie wydostały się z jej ust. Rozmawiali po treningach. Opowiadał jej o chłodzie Rosji, o twardej ojcowskiej ręce, o ciągłym błaganiu o okruchy. Nie powiedział tego wprost, ale doskonale rozumiała, co miał na myśli. Miała dużo szczęścia — zasoby, których inni nie mieli.
Dzielił się papierosami, odpalał dwa na raz i jednego jej podawał. „Nie mów trenerowi” — żartował. Spędzała z nim większość czasu i chcąc nie chcąc zbliżyli się. Obserwowała, jak z lekkością, pełen gracji prezentował to, co jej sprawiało trudność. Robił to tak lekko, delikatnie — tak bardzo chciała to też potrafić. Płakała po treningach, zużywając na to resztki energii, jaka jej została. Przychodził, obejmował ją ramieniem, pozwalał się wypłakać, odgarniając włosy z jej twarzy. To były drobne gesty, ale tak bardzo ich potrzebowała. Pocieszał ją, choć był powodem, przez który płakała.
Ich rozmowy z czasem zmieniły ton. Stały się głębsze, bardziej szczere, bardziej od serca. Mówiła mu coraz bardziej intymne rzeczy, czując, że naprawdę jej słuchał. Samotność to ciężkie brzemię, zwłaszcza gdy otaczają cię ludzie, na których ci zależy. Zawsze to czuła — jak niewdzięczna i zepsuta jest. Wina dusiła ją, gdy czuła się sama w tłumie ludzi, bo jeśli ona była samotna, na jaki los byli skazani inni? Jeśli miała wszystko, czego chciała, nie było już niczego, co mogłaby zdobyć, by tę lukę wypełnić.
Był zaborczy, wymagający, nie przyjmował odmowy. Oddychał głębiej, gdy była w jego obecności, a jego dłoń zawsze była blisko, gotowa, by tylko mu się oddała. Była zafascynowana tym, jak na nią patrzył, obrzydzona tym, jak na to reagowała. Podsłuchiwała, gdy chwalił ją innym. Tak bardzo potrzebowała jego aprobaty. Gubiła się we własnym umyśle. Sprzeczne myśli rozrastały się niczym chwasty, tworząc labirynt, z którego nie mogła się wydostać. Podobał jej się. Nienawidziła go. Chciała być taka jak on. Popełniła błąd, mówiąc o wszystkim jednej koleżance. Myślała, że ich rozmowa zostanie tylko między nimi.
Wiesz, jest wymagający, ale ja sama tego chciałam. Nie miał lekko w życiu, wszystko, co ma, zawdzięcza tylko sobie. Tak, krzyczy, ale ja też to robię, wydaje mi się, że tak się po prostu komunikujemy. Tak, jest bardzo przystojny, ale to przede wszystkim dobry trener. No może trochę mi się podoba...
Był najlepszy. Musiał być. Odkąd rozpoczęli współpracę, ilość złotych trofeów podwoiła się. Jej nazwisko można było wyszukać w internecie, a liczba artykułów rosła. Chęć perfekcji była cholernie zaraźliwa — nie trzeba było długo czekać, aż też ją załapie. Zauważyła jednak pewną zmianę w nim. Częściej się uśmiechał. Przyjeżdżał wcześniej, chcąc ją wyprzedzić. Pomagał jej się rozgrzać, zimnymi palcami rozmasowywał obolałe nogi, a jego dłoń z każdym razem wędrowała coraz wyżej. Cassandra nie wiedziała, czym jest lęk. Uczucie było jej tak odległe, tak nieznajome, niemal mistyczne, że gdy pierwszy raz je poczuła, zamarła. Sparaliżowało ją, gdy dłoń po raz pierwszy sięgnęła materiału jej bielizny. Serce zaczęło dudnić mocniej, szybciej pompując krew. Zamroczyło ją. Niezdolna podjąć jakiekolwiek działanie, tkwiła w tej chwili. Tak bardzo chciała uciec, zrobić cokolwiek — nie zrobiła nic. Głupia idiotka. Mianowała się tym tytułem i nosiła go dumnie, wiedząc, że na niego zasłużyła.
Pamiętaj, Cassie, potrzebujesz mnie bardziej niż ja ciebie. Beze mnie nie dasz rady na igrzyskach. Gdyby nie ja, w ogóle by cię nie wzięli. Beze mnie będziesz nikim.
I tu ją miał. To było jedyne, co potrafiła. Jej jedyny talent. Poza tym nie miała nic, była nikim. Kolejną ładną twarzą z niewyparzoną gębą. Przecież właśnie tego chciała. Jej ojciec tak ciężko pracował, był z niej taki dumny. Nie mogła się teraz wycofać. Podniosła się, robiąc głęboki wdech i wydech. Jeszcze raz, do perfekcji.
Głos przyjaciela wyrwał ją z transu. Nie rozumiała, co się dzieje, dopóki nie zobaczyła, jak zaciska pięści. Wiedział. Dlaczego akurat on? Poczucie winy doprowadzało ją na granicę szaleństwa, linię, którą coraz śmielej przekraczała. Nie martwiła się o siebie, choć robił to w jej obronie. Cokolwiek usłyszał, musiała to naprostować. On nie rozumiał. Chciał dobrze, ale musiał zrozumieć, że nie miała wyjścia.
—
Nadir! — krzyknęła ostrzegawczo. To była lawina, której nie mogła powstrzymać. Czekała tylko na dobry moment, by dać upust swojej złości. Szkoda tylko, że akurat musiał to być on. Nie krzyknęła, nie drgnęła, nie zrobiła nic, gdy jego pięść spotkała nos trenera. Tę przemoc znała — była w stanie zrozumieć jej powody. Okrutne czyny, jakich dopuszczali się ludzie, można było wytłumaczyć koniecznością, siłą wyższą, nad którą nędzni grzesznicy nie mieli kontroli. —
Nadir, przestań!
Nie słuchał jej. Wkroczyła w sam środek zamieszania, próbując rozdzielić dwóch mężczyzn. Nie widziała go jeszcze w takim stanie, ale od zawsze wiedziała, że nosił to w sobie — ona też. Uderzyła go, zamachnęła się tak jak on przed sekundą. Znała ten ból, a usta mimowolnie wygięły się w grymas. Ich krwawiące dłonie zaczęły tworzyć rytualne koło, gdy obracali się w szarpaninie. Oberwała, nie zwróciła nawet uwagi, czyj łokieć uderzył ją i sprawił, że straciła równowagę. Poleciała do tyłu, ciężko upadając na lód. Rosjanin szybko znalazł się obok, ale odsunęła się, wbijając się plecami w bandę.
—
Popov, wypierdalaj stąd! Zostaw nas samych! — krzyknęła najgłośniej, jak umiała. —
Kurwa, nie słyszysz, co mówię do ciebie?! Idź stąd! Proszę, odejdź… — Zapłakała błagalnie. Uderzyła głową o metal — raz, potem drugi. Patrzyła na bladą dłoń, splamioną jej krwią, jego krwią. Czerwone krople spadły na jej błękitne ubranie. —
Przepraszam, przepraszam, nie chciałam cię skrzywdzić. Przepraszam… proszę, Popov, zostaw nas samych, błagam. Ja nie chciałam, przysięgam. Nie chciałam cię zranić, nie chciałam tego. Musisz mi uwierzyć, proszę.
Wiem, że ci się podobam. Każdy o tym szepcze, Cassie. Dlaczego tak bardzo opierasz się własnym pokusom?
nadir al khansa