ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Było zbyt zimno, żeby ślęczeć na zewnątrz. Dlatego ślęczała na zewnątrz. Nie mogła się skupić w czterech ścianach, potrzebowała odetchnąć nieświeżym powietrzem dużego miasta. Wyszła z domu i wsiadła w pierwszy autobus, jaki podjechał na jej ulicę. Usiadła na wolnym miejscu, założyła na uszy słuchawki i wbiła wzrok w przemykające za oknem widoki. W ogóle nie docierało do niej, na co patrzyła. Nawet nie wiedziała, w jakim tempie leciał czas. Je myśli krążył w każdym kierunku, poza tym właściwym. Nie zdziwiła się specjalnie, gdy z zamyślenia wyrwał ją kierowca, który przyszedł dać jej znać, że będzie zaraz zjeżdżał na zajezdnię i powinna wysiąść.
Nie planowała przyjeżdżać aż do Guildwood. Ale skoro już tu była, to musi skorzystać z okazji. Może tutaj uda jej się porządnie pooddychać? Albo zobaczyć coś ciekawego? Oby, bo inaczej ją popierdoli do reszty. Ruszyła na oślep przed siebie, nadal bez żadnego planu. Na pewno zrozumie, że dotarła do celu, gdy po prostu go zobaczy.
Zatrzymała się przy metalowej drabince prowadzącej na dach. To chyba był jakiś sklep z pasmanterią. Na pewno nie miała ochoty wchodzić do środka, więc może po prostu wdrapie się na górę? Tak, to brzmiało interesująco. Dotknęła zimnych szczebli. Nie były śliskie, nie powinna zrobić sobie krzywdy. A zresztą! To wcale nie było tak wysoko, co najwyżej dwa piętra. Może półtora? Z góry też trudno było jej to ocenić. Przeszła po płaskim dachu, szukając na nim czegoś, na czym mogłaby zawiesić oko. Metalowe kominy nie wyglądały interesująco. Walające się w kącie niedopałki i butelki były jeszcze gorsze. Westchnęła ciężko i już chciała schodzić, kiedy jej wzrok przykuł zakład pogrzebowy. Budynek stojący na przeciwko miał w sobie coś, czego nie była w stanie jeszcze zidentyfikować. Może to przez to, że patrzyła na niego z tej perspektywy? Trochę jak nieboszczyk w połowie drogi. A to był już calkiem niezły pomysł.
Bez strachu usiadła po turecku na brzegu dachu tak, by mieć dobry widok na wejście do zakładu. Wyjęła z plecaka szkicownik. Przerzuciła kilka rzeczy, by odkryć, że nie wzięła ze sobą ołówków. Wymamrotała kilka przekleństw, zanim dokopała się do długopisów. To jej musi wystarczyć.
Zaciągnęła się papierosem, przyglądając się niedokończonemu rysunkowi. Dodała widokowi nieco uroku, dorysowując postaci wnoszące do środka trumnę. Poszerzyła trochę drzwi, bo nie była pewna, czy w tych przednich trumna w ogóle by się zmieściła. Drzwi od zewnątrz niezręcznie przytrzymywał jakiś mały chłopiec. Całość była surowa, ostre kreski mocno osadzały rysunek w gęstej rzeczywistości. Czegoś tu jeszcze brakowało i nie chodziło tylko o szlify końcowe.
— No weź mnie zostaw, nie mam żadnego żarcia — mruknęła do mewy, która usilnie próbowała ją zaczepiać, krążąc dookoła. Dawno by jej coś dała, ale naprawdę nie miała czego. Machnęła szkicownikiem, chcąc przestraszyć ptaka. Problem w tym, że mewa wpadła na podobny pomysł. Trzepnęła skrzydłami, zaskakując tym River. Notes wypadł jej z rąk i poszybował w dół, o mało nie uderzając w łeb jakiejś dziewczyny stojącej obok wejścia.
— Kurwa mać. — Westchnęła krótko, wsuwając długopis do kieszeni. Wyjęła papieros z ust. Wsunęła między wargi dwa palce i gwizdnęła głośno, chcąc zwrócić na siebie uwagę stojącej na dole brunetki.
— Ej! Nic ci nie jest? To nie był atak, możesz mu zaufać. Trafiłabym, gdybym chciała — zawołała głośniej w jej stronę i machnęła ręką, żeby dziewczyna na dole nie miała żadnych wątpliwości, że głos słyszany z góry, to tylko Cross, a nie wzywające ją bóstwa.
— Dasz radę mi go odrzucić? — dodała, gasząc papieros o beton obok siebie. Jeśli nie będzie musiała od razu stąd schodzić, to tylko lepiej dla niej. Przecież jeszcze nie skończyła.

Ruelle I. Prescott
gall anonim
24 y/o
For good luck!
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
my mom is puerto rican that's why i'm so lively and colorful
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właśnie przed chwilą wyszła z zakładu pogrzebowego, gdzie spędziła kolejne godziny na doprowadzaniu ciała pewnej starszej kobiety do stanu, w którym mogłaby zostać zaprezentowana rodzinie przed odprawieniem pogrzebu.
Oczy bolały ją od światła jarzeniówek, które wisiały na zapleczu, a na dłoniach wciąż czuła nieprzyjemne wrażenie, które pozostawiły po sobie lateksowe rękawiczki, które była zmuszona zakładać do pracy. Nie cierpiała ich, ale nawet jako lekarz byłaby zmuszona do tego, aby je stosować, więc lepiej aby zaczęła się powoli przyzwyczajać.
Słońce, na które wyszła było zresztą wcale nie lepsze. Również atakowało zdecydowanie zbyt intensywnie przewrażliwiony wzrok. Była potwornie zmęczona i rozdrażniona. Najchętniej od razu poszłaby do pobliskiego sklepu spożywczego, w którym mogła sobie kupić oranżadę, coś słodkiego dla podwyższenia poziomu cukru we krwi i chyba mogła wracać do domu.
Miała już konkretny plan. Chciała po prostu zalec w łóżku, włączyć sobie na spotify playlistę z utworami Sisters of Mercy i może poczytać zbiór opowiadań Edgara Allana Poe, który leżał od jakiegoś czasu na jej biurku. To brzmiało jak idealny sposób na spędzenie wolnego popołudnia. Była też pewna, że w lodówce z pewnością było coś, co mogłaby sobie odgrzać. Idealnie.
Szkoda tylko, że jak zwykle wszechświat musiał jej pokazać jeden wielki środkowy palec w momencie, gdy miała już jakieś plany oraz nadzieje na dobrą rozrywkę i odrobinę spokoju. Nie przypuszczał na pewno tego, że z nieba spadnie ogromny szkicownik, który niemalże trafił ją w głowę. Nie miała pojęcia o jego istnieniu i jedynie zrządzeniem losu stała niecałe kilka centymetrów od miejsca, w którym uderzył mocno o chodnik.
Uniosła głowę, gdy tylko usłyszała donośne gwizdnięcie. Uniosła głowę, aby spojrzeć w jego kierunku, ale chociaż głos brzmiał jej niezwykle znajomo to nie była w stanie stwierdzić do kogo mógł on należeć. Widoczne ponad dachem budynku słońce skutecznie utrudniało jej rozpoznanie postaci, która właśnie schylała się ku niej z krawędzi budynku.
- Jak ci zależy to zejdź po niego - odkrzyknęła, podniósłszy szkicownik, który chwilę wcześniej mógł przyprawić ją o wstrząśnienie mózgu.
Nie zamierzała nim rzucać na taką wysokość. Mało tego biorąc pod uwagę właściwości zeszytu to rzucenie nim precyzyjnie na większą odległość wydawało się być niemal niemożliwe. Zresztą nawet jeśli mogłaby to zrobić to czemu by miała? Chyba naprawdę robiła się zanadto drażliwa...

River Cross
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
ODPOWIEDZ

Wróć do „White Lily Funeral Services”