-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dzisiejszy dzień był dla Holloway cholernie stresujący. Najpierw odcięto jej ogrzewanie w mieszkaniu, zamieniając je w epokę lodowcową… landlord dosłownie jej powiedział, że w całym budynku odłączono, aby naprawić jakąś uszczelkę i żeby nie zawracała mu głowy. Do tego musiała zadzwonić na sicka do pracy, bo Milo przez noc zaczął wydawać jakieś przedziwne dźwięki, a ona sama czuła, jakby jakieś choróbsko się w niej panoszyło. Była roztargniona. Czuła, że wszystko ją irytuje bardziej niż zazwyczaj, a w dodatku nie wpychała w siebie nic innego niż chipsy o smaku barbecue i tabliczki czekolady. O zgrozo. Tak… to był już ten czas. Okres się zbliżał, a emocje brały górę. Wiedziała, że jeśli ktoś ją dzisiaj wnerwi, to już nie będzie odwrotu… nie dość, że będzie musiała przemierzyć spory kawałek z Milo w transporterku, którego nienawidził, to jeszcze spróbować socjalizować się z którymś z sąsiadów, żeby zbadać sytuację ogrzewania. Po nocy spędzonej z Ianem nie mogła przestać o nim myśleć, ale też było jej głupio napisać do niego i zapytać, czy może u niego nocować, bo ma antarktydę zamiast mieszkania. Nie chciała, żeby myślał, że odzywa się tylko jak ma tarapaty.
Zapakowała Milo do transporterka i ruszyła z nim do weterynarza, gdzie… uwaga… nic mu nie było... No do cholery jasnej! Skubany wyzdrowiał jak gdyby nigdy nic w momencie, gdy wyjęła go z tego pierwszoklasowego podróżniczego pudła i pokazała w pełnej okazałości weterynarzowi. Lżejsza o przeszło 200 dolców wracała do domu obolała, wkurwiona i wymarznięta. Pogoda w Toronto ostatnimi dniami była brutalna, a sam fakt, że wracała ze świadomością, że będzie musiała nałożyć na siebie w mieszkaniu pierdyliard warstw, wcale nie pomagał. Po drodze weszła jeszcze do sklepu, żeby obkupić się w słodycze, chipsy, podpaski i napoje gazowane. Wychodząc, uniosła transporterek, żeby spojrzeć na Milo, wystawiła język w jego kierunku i mruknęła, - Jesteś najdroższą inwestycją w moim życiu, wiesz? - Jeszcze tylko przejść kilka przecznic i będzie w domu. Już teraz musi być tylko lepiej, prawda? Welp. NIE. Milo zaczął miauczeć jak poparzony. Wszyscy ludzie wokół zaczęli się na nią patrzeć, jakby dosłownie obdzierała go ze skóry. W dodatku torba jej pękła i wszystkiego posypało się na lodowaty chodnik. Z jej ust wyleciało soczyste 'kurwa', gdy zobaczyła kolesia, który mignął jej przed oczami kilka tygodni wcześniej, w tej samej dzielnicy mieszkalnej… i który akurat przechodził obok. - EJ! - wskazała na niego palcem, mając nadzieję, że zorientuje się, że krzyczy właśnie do niego. - POMOŻESZ?!
sąsiad?
-
No one does it better than me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszlypostaćautor
Zazwyczaj był bardzo towarzyski, posyłając uśmiechy na prawo i lewo. Dziś jednak nie miał ochoty na socjalizację, więc kiedy wychodził z pracy nasunął na głowę słuchawki - wielkie, porządne jakościowo i bardzo widoczne. Wtedy ludzie zwykle dawali mu spokój. Zsunął je z uszu tylko gdy nadszedł moment robienia zakupów. Lodówka powoli zaczynała świecić pustkami, a on nie miał zamiaru przeżyć następnego tygodnia na samym fast foodzie. Pożegnał się uprzejmie z ekspedientką, zarzucił plecak na ramię i opuścił sklep, myślami już pogrążając się w pragnieniu dokończenia jednego z seriali na Netflixie. Czerwone światło na przejściu dla pieszych zatrzymało go na dłuższą chwilę - i prawdopodobnie tylko dlatego kątem oka zauważył ruch, który przyciągnął jego uwagę.
- Hę? - wyrwało mu się, kiedy zobaczył, że dziewczyna celuje do niego palcem, a minę ma taką, jakby zatłukł jej kota kiełbasą. To nie zapowiadało nic dobrego. Powinien zignorować tę sytuację, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi, ponownie zdjął słuchawki, chcąc dowiedzieć się o co ta cała afera. Słysząc zapytanie dziewczyny, Jason zerknął na porozrzucane na chodniku przedmioty - a także na drącego się w transporterze zwierza. Co to właściwie było, że wydawało takie dźwięki? Chupacabra?
- Mógłbym. Ale jakieś "proszę" byłoby mile widziane - zauważył, podchodząc bliżej. Złapał butelkę napoju gazowanego, zanim potoczyła się wprost pod jeżdżące po jezdni samochody. W oczy rzuciły mu się także opakowania podpasek, co zapewne mogłoby tłumaczyć ewidentnie kiepski nastrój dziewczyny. - Nic dziwnego że ci wszystko poleciało - zauważył jeszcze, widząc w jej rękach dziurawą torbę. Nie chciał być złośliwy, po prostu odruchowo stwierdził oczywistość. Materiał zwyczajnie poddał się w starciu z takim ciężarem zakupów.
Jason westchnął cicho jeszcze raz. Gdyby teraz odszedł bez udzielenia jej pomocy, wyszedłby na zwyczajnego chuja. Dziś taka perspektywa niespecjalnie by mu przeszkadzała, ale koniec końców wyciągnął ze swojego plecaka szmacianą torbę i zaczął pakować do niej produkty. Chyba zrobił to głównie ze względu na kota (bo to chyba był kot?). Pewnie się darł, bo było mu zimno.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Holloway spojrzała na chłopaka i zamrugała kilka razy, z miną pod tytułem - Ty jeszcze śmiesz mi tu rzucać jakieś ‘hę? Przecież widzisz, że mam problemy! Parsknęła pod nosem, próbując to po prostu zignorować. Podniosła transporterek, spojrzała na Milo i zaczęła go uspokajać. - Już zaraz wracamy. Nie miaucz tak głośno, bo ludzie pomyślą, że cię torturuję - mruknęła do niego. Ale kiedy chłopak dorzucił swoje trzy grosze, Vita poczuła, że za moment ją rozniesie. - Ach, przepraszam, gdzie moje maniery! - rzuciła głośno, z przesadnie słodkim tonem. - Panie sąsiedzie, czy mogłabym prosić o pomoc, w ten jakże piękny, kurwesko zimny dzień, w którym mam ochotę rzucić się pod jeden z tych samochodów i po prostu dać się po sobie rozjechać? - Uśmiechnęła się szeroko, patrząc na niego - i dopiero wtedy zauważyła, że mimo jej rebelianckiej odpowiedzi, on i tak już zaczął zbierać wszystko do nowej torby. Wyprostowała się, trzymając transporterek z kłaczastą bestią, i podrapała się po głowie, z lekka zawstydzona swoją reakcją. - Dzięki. Mam chujowy dzień. A do tego mój landlord twierdzi, że w całym bloku nie ma ogrzewania - westchnęła głośno. - U ciebie też tak jest? Czy żyjesz jak człowiek, a nie jak Sid z Epoki lodowcowej? - Fuknęła pod nosem, dalej wściekła na typa, który co miesiąc grzecznie bierze od niej kasę, a potem odbiera jej jakiekolwiek prawo do życia w mieszkaniu jak człowiek. Była chłopakowi wdzięczna - ale jak to Vita - miała fatalny problem z zaufaniem i nawiązywaniem nowych kontaktów. Co zresztą mówiło samo za siebie, skoro mieszkała w tym bloku od kilku dobrych lat i nikogo jeszcze nie poznała. No… może teraz... poza nim. Chłopakiem, który mimo jej wybuchu chamstwa, nadal zbierał jej prowiant i amunicję do walki z tym specyficznym czasem w ciągu miesiąca.
sąsiad
-
No one does it better than me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszlypostaćautor
- Widzę - skomentował krótko jej stwierdzenie o chujowym dniu. - A maniery ewidentnie zostały w domu. Każdego w swoim życiu prosisz w ten sposób o pomoc? - zapytał dość oschle, wystawiając w jej kierunku torbę. No bo przecież nie będzie jej tego tachał do domu. Nawet jeśli szli w tym samym kierunku. Jeśli czegoś Jason nie tolerował, było to z pewnością traktowanie kogoś nie fair tylko z powodu własnego widzimisię albo złego humoru. Choi może nie wiedział, jak to jest przeżywać co miesiąc burzę hormonów, ale wiedział że nie usprawiedliwiało to darcia na niego mordy. Niemalże tak, jakby to on był tym złym landlordem, który tak zalazł za skórę dziewczynie. I dopiero w tym momencie Choi zwrócił uwagę na to, że dziewczyna wcześniej nazwała go "sąsiadem". Faktycznie, chyba widział ją kilka razy w okolicach swojego bloku. Ale co to była za relacja sąsiedzka, nawet "dzień dobry" mu nie mówiła na klatce...
- Pierwsze słyszę - odpowiedział szczerze na temat braku ogrzewania. - Chyba że mówisz o dzisiejszym dniu i jeszcze nic o tym nie wiem. Byłem w pracy - przechylił lekko głowę, przestępując z nogi na nogę. Nieprzyjemna by to była niespodzianka. Jason co prawda nawet lubił gdy było nieco chłodniej, mógł się wtedy opatulić swoją kocobluzą i nie pocił się jak głupi. To mógł jednak osiągnąć po prostu skręcając kaloryfery, całkowity brak ogrzewania brzmiał niemile widziany. Z innych opcji, może dziewczyna po prostu mieszkała w innej klatce - i awaria była w jej pionie? Zaczynał się modlić, żeby to było to. Dość się dziś nasiedział w zimnym, obrobił dwa ciała marznąc przy tym w kostnicy. Zamierzał się teraz porządnie wygrzać we własnym mieszkaniu. - Kurwa, lepiej żeby to nie była prawda - warknął, bardziej do siebie niż do dziewczyny. Obrzucił ich okolicę jeszcze jednym, szybkim spojrzeniem, chcąc zobaczyć czy nie pominął jakiegoś itemu podczas zbierania ich z chodnika (nie pominął), a potem odwrócił się z zamiarem szybkiego powrotu do domu. Musiał sprawdzić czy jego mieszkanie też przypomina teraz temperaturą epokę lodowcową.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Milo raz po raz mruknął albo wydał z siebie ciche, żałosne miauknięcie. Vita odruchowo go uspokajała, ze niedługo już będą w domu. - Swoją drogą, długo tu mieszkasz? Jak widzisz, do przyjacielskich buzi nie należę, więc zbytnio nie przykuwam uwagi do ludzi, a tym bardziej tych, którzy mieszkają w okolicy. Ale ciebie kojarzę. - Uśmiechnęła się, starając się jakoś podtrzymać rozmowę. W końcu na dobrą sprawę chciała się przekonać, czy ta chłodnia alarmowa występuje tylko u niej w mieszkaniu, czy faktycznie wydarzyło się to w całym bloku. Nie miała strasznej ochoty odzywać się do innych sąsiadów i zaczynać tych dziwnych, mrożących krew w żyłach interakcji na bazie NPC talku, więc sam fakt, że rozmawiała teraz z kimś, kto mieszkał tam gdzie ona, był dla niej jak jackpot. - Mam na imię Vita. - dodała jeszcze na koniec, z lekką nadzieją, że za chwilę będzie mogła mówić do niego po imieniu, a nie ''ej sąsiedzie' jak do anonimowego NPC'a z osiedla, którym de facto tym dla niej był jeszcze kilka chwil wcześniej. Sęk w tym wszystkim tkwił w tym, że miała naprawdę zjebany dzień od momentu, w którym rano otworzyła oczy. Wiedziała, ze była tego dnia cholernie zgryźliwa, ale nie mogla się opanować. Z jednej strony spodobało jej się, że ten typ od razu dał jej do zrozumienia, że przegina. Nie znosiła ludzi, których można traktować jak wycieraczkę do butów, ale z drugiej - to delikatnie jego komentarz uderzył w jej małe, kruche ego. Była jednak zbyt ciekawa jak ta konwersacja dalej się potoczy, by z niej zrezygnować.
sąsiad
-
No one does it better than me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszlypostaćautor
- Może ty powinnaś na jakiegoś usiąść, pomogłoby ci to trochę się rozluźnić - wypalił, zanim zdążył pomyśleć dwa razy. Chyba po prostu irytacja wzięła nad nim górę. Bo w sumie dlaczego tylko on miał być miły w tej nieco wymuszonej konwersacji. Nie zamierzał pozwolić traktować się jak szmatę do podłogi, tylko dlatego, że ktoś miał zły dzień.
- Jak już to ja sprawdzę czy nie panuje tam Arktyka - odpowiedział dość sucho, spoglądając na nią z pewnym przekąsem, kiedy zatrzymany przez czerwone światło musiał stać, zamiast właśnie pędzić do swojego drogocennego mieszkania. Na wzmiankę o rekompensacie za jej chamskie (bo spójrzmy prawdzie w oczy, było totalnie chamskie) zachowanie, Jason aż cicho parsknął - Cukier w płynie i chrupki tłuszcz. Podziękuję - tak naprawdę to wcale nie uważał że śmieciowe żarcie jest aż tak złe, nie odmawiał go sobie całkowicie, chociaż jego sylwetka mogła sugerować co innego. Też miewał gorsze dni, kiedy zamiast kolacji, pochłaniał opakowanie chipsów i popijał je dwoma browarami. Niemniej, dawkował to sobie w małych ilościach, a poza tym... był po prostu wybredny. Zarówno co do marki chrupków jak i ich smaków. Tak akurat się złożyło, że produkty wybrane przez Vitę nie zaspokoiłyby jego wysublimowanego podniebienia.
Im bliżej jego bloku byli, tym bardziej Jason zastanawiał się, czy to dobry pomysł, aby idąca koło niego laska dowiedziała się, który lokal dokładnie należał do niego. Po co on w ogóle wyrywał się do pomocy jej, jak na złość musiał trafić na jakąś furiatkę. Trzymał się tylko nadziei że to może jej PMS po prostu wyjebało w kosmos, a na co dzień jest jednak sympatyczniejsza, ale czy właściwie robiłoby mu to jakąś różnicę? Do tej pory ledwie się mijali na chodniku, chociaż mieszkali prawie obok siebie.
- Kojarzysz... Bo jestem "żółtkiem"? - rozgrywanie karty rasizmu było bardzo poniżej jego poziomu, ale Vita trochę też sama się podłożyła. Faktem było też że w ich okolicy było zdecydowanie mniej Azjatów. No Ale Choi nic nie mógł poradzić na to, że laska nieco zepsuła mu humor, a rozdrażniony Jason to wredny Jason. W duchu modlił się tylko, żeby jego mieszkanie było cieplutkie jak zawsze, inaczej zacznie rzucać rzeczami przez okno.
Fakt, że dziewczyna przedstawiła mu się, został chwilowo zignorowany. Zarejestrował jej imię, ale nie odwzajemnił się tym samym. Może ryzykował tym jeszcze gorszy naskok na swoją osobę, ale trudno. Liczył tylko na to, żeby w późniejszym czasie dziewczyna nie uczyniła sobie z niego wroga numer 1, którego będzie nękać o byle co. A wszystko dlatego że jej, do chuja pana, pomógł. On i jego miękkie serce. Dobrze że jednak dupę miał twardą. W przenośni i w rzeczywistości. Na więcej rozmyślań nie miał jednak czasu bo właśnie dotarli do jego klatki. Zerknął przez ramię na dziewczynę, sprawdzając czy idzie za nim, ale nic nie powiedział. Nie blokował jej, uznając że przecież i tak nie włamie mu się na chatę. Wspiął się na pierwsze piętro i oto po przekroczeniu progu zastał swoje mieszkanie - w stanie identycznym jak zostawił je tego ranka. Łącznie z przyjemną, ciepłą temperaturą otoczenia.
- Nie ma Arktyki.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chęć bycia miłą i uprzejmą w jego kierunku jednak nie pomagała, bo ten piece of work co chwilę odpowiadał w taki sposób, że Vita miała ochotę położyć się na zlodowaciałej ziemi i zacząć krzyczeć. - Ojejku… - zrobiła podkówkę z ust, próbując zakpić z jego reakcji. - No tak, bo pan piękna cera jada tylko bezglutenowe, organiczne posiłki, po których leci do kibla pięć razy dziennie, got it. - Prychnęła i zerknęła na Milo w transporterku. Z kim my właśnie idziemy, Milo? - pomyślała, modląc się, by ten dzień już się skończył, bo mogłaby przysiąc, że zaraz dostanie jakiegoś szału, jeśli usłyszy jeszcze jeden komentarz wydobywający się z tych zgryźliwych ust.
Przewróciła oczami i wstrząsnęła głową, idąc tuż obok niego. Wkurwiało ją niesamowicie, że na każde jej pytanie reagował teraz w tak defensywny sposób. To przecież ona była w trakcie okresu i to ona miała prawo być złośliwa, a nie on! Kiedy już myślała, że może spodziewać się po nim wszystkiego, poczuła się, jakby dostała z liścia w twarz, słysząc, co on tak właściwie powiedział.
Mrugnęła kilka razy, bo nie była pewna, czy przypadkiem nie została wrzucona do jakiegoś programu telewizyjnego, który zaraz miał ujawnić tysiąc kamer i pokazać jej reakcję. Jakiś social study czy coś w tym stylu. Rozejrzała się dla pewności, zacisnęła dłoń na transporterku Milo i rzuciła głośno, - Czy ciebie już do końca popierdoliło?! - Podniosła głos, cholernie poirytowana. - Nie widzisz, w jakiej okolicy mieszkamy?! Azjatyckie restauracje przeróżnego rodzaju są, do cholery, co kilka budynków! - Podeszła bliżej do niego, zamachnęła się, ścisnęła dłoń w pięść i uderzyła go mocno w ramię. - Kojarzę cię, bo chodzisz jak panicz po okolicy w tych słuchawkach, które równie dobrze mogą robić za satelity, a nie dlatego, że jesteś Azjatą! - rzuciła głośno. - Niewiarygodne. - Prychnęła do siebie, w dalszym ciągu wkurwiona, i szła dwa kroki za nim, przeklinając co rusz to po ukraińsku, to po angielsku. -no co za... zasrany nadajnik... - mamrotała pod nosem.
Na studiach nie raz zdarzyło jej się oberwać jakimś ksenofobicznym, dyskryminacyjnym komentarzem, zwłaszcza kiedy wybuchła sytuacja w jej rodzimym kraju. Nieraz słyszała, że teraz jej ludzie zjeżdżają się do tego kraju, by kraść pracę i korzystać z przywilejów, które im się nie należały. Sama urodziła się w Toronto, ale dużo uczyła się o swojej kulturze. W końcu potrafiła również rozmawiać po ukraińsku, a to tylko sprawiło, że miała jeszcze większy szacunek do innych kultur i ludzi, więc jego tekst kurewsko ją uraził. Gdyby nie fakt, że faktycznie jej pomagał, mogłaby przysiąc, że powiedziałaby jeszcze coś więcej.
Pare minut później znaleźli się przy jego mieszkaniu. Zajrzała do środka i poczuła przyjemne ciepełko wychodzące z niego. W tym samym momencie dostała SMS-a od landlorda i zmarszczyła nos, czytając go. - No nie wierzę, zdarzył się cud - rzuciła niby do siebie, niby do niego.- Przez następne cztery godziny jestem bezdomna, bo rozkręcają w moim mieszkaniu kaloryfery, żeby wszystko posprawdzać. - Spojrzała na niego, marszcząc nos i mrużąc oczy. Nie miała na to ochoty, a jej duma nie pozwalała jej na to pytanie, ale nie chciała marznąć na dole, w holu budynku. - Czy mogę tutaj przeczekać z Milo?
antena
-
No one does it better than me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszlypostaćautor
- Zazdrościsz? O cerze mówię, dla ścisłości - i ponownie, zignorował tę docinkę o bieganiu do kibla. Bo to, że nie biegał, to jedna sprawa. Na tym polegała zdrowa dieta. A dwa - kiedy chciał, Jason potrafił sprawiać, że każda obelga spływała po nim jak woda po kaczce. Czasami bawił się też w łapanie swoich rozmówców za słówka, aby odwrócić kota ogonem i to z nich się ponabijać. A jego nowa znajoma była całkiem chętna by mu się wręcz podkładać.
- Głośniej krzycz, na drugim końcu Toronto cię jeszcze nie słyszeli - odpowiedział jej ironicznie, na samym początku ignorując jej kontrargument. A także ten przytyk dotyczący słuchawek. Zazdrościła bo jej nie stać czy co? - Restauracji może i jest sporo, ale najbliższych sąsiadów większość mamy jednak białych - nie żeby mu to jakoś przeszkadzało. Ale też nie spodziewał się, że dziewczyna się aż tak odpali. Ale w sumie takie mieli czasy teraz, wszyscy obrażali się o wszystko, a on nie miał ani czasu ani ochoty w to wnikać. Cieszył się tylko, że nie wytknęła mu jeszcze że jej zaimki to they/them - I nie bij mnie więcej - gdzie było to równouprawnienie? Jakby to on jej przyłożył, zaraz wołaliby policję, a jej ciosy musiał znosić i chuj.
Wkroczywszy w końcu do mieszkania, Jason cisnął plecak na szafkę, obok wylądowały tez jego słuchawki i klucze. Zaczął zdejmować buty, kiedy dziewczyna zajęła się telefonem. Miał cichą nadzieję, że Vita zaraz się zawinie, wróci do swojego mieszkania, nawet jeśli było zimne. On pewnie w podobnej sytuacji także by się zirytował, ale na pewno nie pchałby się przypadkowemu sąsiadowi do domu. Już raczej owinąłby się dziesięcioma kocami - lubił koce - albo zaczepiłby jakiegoś znajomego z zapytaniem o przenocowanie. Ale w sumie, sądząc po charakterku Vity... pewnie nie miała za dużo znajomych.
- Bijesz mnie, wyzywasz, drzesz się na mnie na ulicy i oczekujesz że ot tak o dam ci u siebie posiedzieć cztery godziny? - przez chwilę zastanawiał się czy dobrze zrozumiał jej prośbę i całość tej sytuacji. I generalnie może nawet nie miałby nic przeciwko, gdyby tylko dziewczyna nie próbowała mu odgryźć głowy za to, że miała gorszy dzień. - A z Czupacabrą co zrobisz? Wypuścisz go żeby mi nasrał na łóżko? - bo chyba nie zamierzała trzymać kota w transporterze przez cztery godziny? To by było znęcanie się - Może tego kutasa do relaksacji też ci mam użyczyć, hm?
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Potem oczywiście musiał zagotować jej krew tekstem o kolorze skóry... a tego Vita wręcz nie znosiła. Miała już po dziurki w nosie tego, co kto o niej pomyśli. Jeżeli tak bardzo chciał wciągać w ich kłótnię pochodzenie czy kolor skóry, to była skłonna pobiec do swojego igloo, wytrzasnąć z szuflady pałeczki do sushi i wsadzić mu je głęboko w dupę. - Pięknisiu, może następnym razem rozejrzysz się lepiej, bo mamy też sąsiadów z innych krajów! Ale dobrze, jesteś jedynym Chińczykiem-Wietnamczykiem-Japończykiem-Koreańczykiem-Nepalijczykiem…-Mogłaby tak wymieniać w nieskończoność, ale specjalnie chciała go jeszcze bardziej podpuścić, skoro już postanowił grać w takie gierki.- Dobra, już nie będę. Jak potrzebujesz, to możesz mi oddać - rzuciła, idąc za nim do budynku.
Czując, jak ciepło dosłownie wylewa się z jego mieszkania, bardzo chciała wejść do środka i odpocząć, zamiast dalej marznąć. Więc pytanie, czy może się u niego zatrzymać, było tak naprawdę tylko formą grzecznościową - bo ona już zdążyła się do niego wprosić. Słuchając jego pytań, weszła do środka jak do siebie, zamknęła za sobą drzwi, zdjęła buty i odstawiła je koło wejścia, no bo jednak trzeba okazywać gospodarzowi szacunek, prawda? Postawiła transporter na ziemi i otworzyła go, żeby Milo mógł wyjść. W mgnieniu oka wystrzelił z niego jak z procy. - Cztery godziny szybko zlecą, sąsiad. - Zdjęła kurtkę i zawiesiła ją na wieszaku.-Jejku, ale ładnie tu masz- rzuciła, wchodząc głębiej i rozglądając się po mieszkaniu.- A co do Milo, to nie nasra. Wie, że załatwia się tylko do kuwety.- Prychnęła pod nosem, nadal lustrując jego mieszkanie wzrokiem.- To co? Dasz swojej ulubionej sąsiadce herbatkę, kawkę? - spojrzała na niego wyraźnie zadowolona sama z siebie.- A z tym kutasem… to zależy, do czego go używasz. Jeżeli tylko do buzi, to jestem nawet skłonna go faktycznie pożyczyć. - Rozsiadła się wygodnie na jego kanapie, przymykając oczy i napawając się przyjemnym ciepłem. - Zapomniałeś powiedzieć mi, jak masz na imię.
antenka
-
No one does it better than me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszlypostaćautor
- Jokes on you, jestem Kanadyjczykiem. - rzucił jeszcze sucho, uznając że będzie to idealną wisienką mającą ukoronować całą tą jej odklejkę związaną z narodowościami. Owszem, w połowie krew miał koreańską, ale urodził się i wychował dokładnie tutaj, w Toronto. A z Krajem Poranka miał tyle wspólnego, że lubił kimchi i bibimbap. O, i jeszcze tteokbokki. A na jej słowa o tym, że "może jej oddać", Jason tylko przewrócił oczami. Nawet nie chciało mu sie komentować.
Tak szczerze, to nie bardzo wierzył w to co widzi. Chyba jeszcze nie zdarzyło mu się zetknąć z taką bezczelnością. No, czasami może w sklepie trafiała mu się jakaś Karen czy inny Janusz, ale ich bardzo łatwo można było zignorować, co też Jason niemal z miejsca czynił. Niełatwo było go wyprowadzić z równowagi - nie tak naprawdę. Ale w tym momencie sprawa dotyczyła jego mieszkania. Jego. Mieszkania. Ostoi, po której właśnie popierdalał cudzy kot i jakaś niewdzięczna, sukowata, tępa dzida, którą chyba sam diabeł postanowił postawić tego dnia na jego drodze. Czy to był piątek trzynastego czy ki chuj? Serio, czym sobie na to zasłużył?
- A nie przyszło ci do głowy, kretynko - już nie mógł się powstrzymać, wyzwisko samo wypadło z jego ust, zirytowanie wyraźnie dało się odmalować na jego twarzy. Rzadko kiedy wykorzystywał swoją posturę do zastraszania, ale w tym momencie wkurzył się na tyle, że ściągnął przez głowę bluzę, aby odsłonić bicepsy. - że mogę być uczulony na kocią sierść? Zabieraj tego nawiedzonego pchlarza i wypierdalaj - warknął, podchodząc do niej blisko. Kawkę? Herbatkę? Parafrazując już dość wiekowego mema, chyba sobie nieźle łeb obiła skacząc z własnego ego na poziom swojego IQ.
Nie zamierzał czekać aż dziewczyna go wyśmieje albo postanowi odgryźć się jakimś tekstem, uznał że skoro ona tak chętnie przechodziła do rękoczynów i akcji, nie będzie gorszy. Wrócił do przedpokoju, otworzył szeroko drzwi po czym zaczął wyrzucać na korytarz wszystko co do niej należało - buty, kurtkę, transporter... no i oczywiście torbę z zakupami. Zaraz potem przeszedł się po swoim mieszkaniu i pozakręcał kaloryfery, by następnie... otworzyć na oścież wszystkie okna w salonie. I tak, wkurwił się na tyle, że był w stanie całkowicie wyziębić swoje mieszkanie i zapłacić później wyższą opłatę za ogrzewanie, byle sie tej cipy stąd pozbyć.
- Masz pięć minut na złapanie tego miauczydupy i zniknięcie stąd, inaczej przestanę być miły. To, że krwawisz z pizdy i masz na pieńku z landlordem nie znaczy, że możesz mną pomiatać jak szmatą. Nie jestem twoim podnóżkiem. - warknął, krzyżując ręce na klacie. Dawno się tak nie wściekł. Starał się być naprawdę miły, czasami tylko się droczył, może nawet drażnił, ale nikt nigdy nie odpłacił mu się tak popierdolonymi akcjami. A przez chwilę nawet się zastanowił, czy może by jej jednak nie pozwolić przeczekać tych czterech godzin... no ale Vita postanowiła iść na wojnę, więc on nie będzie jej dłużny.
- Idź ty może na jakąś terapię, bo ewidentnie tego potrzebujesz. Dzikuska jebana, mnie będziesz o rasizmie edukować, a sama zachowujesz się, jakbyś przed chwilą zeszła z drzewa. Weź się kurwa nie rozmnażaj, co? - cały czas mierzył ją uważnym wzrokiem. Nie powiedział tego głośno, ale jeśli zamierzała się tu mu teraz wykłócać, był skłonny nawet zadzwonić na policję. Nie miał tego w swoim dzisiejszym bingo, ale chuj, jak będzie trzeba to będzie trzeba.
vita holloway