-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A poza tym w ten sposób mogli też wypełnić własne kieszenie po brzegi.
Wiedział jednak, że przekonanie niektórych kontrahentów do tego, że wybór nowopowstałej kancelarii był tym właściwym wcale nie będzie takie proste, przez co jego życie osobiste w ostatnim czasie praktycznie nie istniało. Harold dał się całkowicie pochłonąć własnym zamiarom, ponieważ jego nazwisko na szyldzie kancelarii było czymś, o czym marzył od długich lat. Dopiero teraz zyskał jednak realną szansę, aby to marzenie urzeczywistnić.
Oscylował więc między kolejnymi biznesowymi spotkaniami, lunchami, kolacjami, a niekiedy także innymi, nieco poważniejszymi przedsięwzięciami, które miały przybliżyć do go osiągnięcia zamierzonego celu. Jeśli wyjście na kilka bankietów miało zagwarantować mu przychylność potencjalnego klienta, nie miał nic przeciwko temu. Nie znaczy to jednak, że dla niego te wydarzenia stanowiły sposób na rozluźnienie.
Na każdym z nich nadal znajdował się w pracy.
Dzisiejsze wyjście postrzegał jednak jako wyjątkową o k a z j ę, dlatego przez dłuższy czas miał nadzieję, że Lance jednak do niego dołączy. Wyłgał się jednak jakimś weselem, co Harold zbył tylko kilkoma głupimi żartami na temat tego, jak prędko jego przyjaciel znalazł się pod pantoflem. Nie zamierzał robić wokół tego afery, bo przecież rozmowa z kilkoma biznesmenami nie była czymś, z czym miałby sobie nie poradzić.
Pojawił się zatem punktualnie. Może nawet z b y t punktualnie, skoro pomieszczenie bankietowe świeciło jeszcze pustkami. Poza nim kręciło się tu może zaledwie dwudziestu gości, na pierwszy rzut okiem nie takich, którymi mógłby być zainteresowany. Nie było również gospodarza, dlatego czas poświęcił w pierwszej chwili zapoznaniu się z rozkładem miejsc, który znajdował się przed głównym pomieszczeniem. Odnalazł nie tylko stolik, przy którym siedział, ale również znajome nazwisko. Takie, którego posiadaczka zawsze była w stanie skutecznie zadziałać mu na nerwy.
Dzieliło ich od siebie jednak kilka osób, co teoretycznie mogło uchronić ich przed katastrofą, ale mogło też okazać się niebywale nudne. Nic więc dziwnego, że Hal zdecydował się podmienić plakietki jeszcze zanim przy ich stoliku znaleźli się jacykolwiek goście. I zrobił to w idealnym momencie, bo kiedy obejrzał się przez ramię, Vivienne właśnie wkraczała do pomieszczenia.
Nie powiedział jednak nic. Pośladkami oparł się jedynie o oparcie własnego krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, uważnie lustrując jej sylwetkę spojrzeniem. Nie chciał przegapić momentu, w którym zda sobie sprawę z tego, że to właśnie obok niego dzisiaj u t k n ę ł a.
Vivienne Morelisse
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mimo wszystko ubrała się elegancko i poszła, bo odejście na emeryturę szanowanego sędziego, to było wydarzenie, na którym trzeba było być i koniec kropka. Czy się chciało, czy też nie. Szczególnie gdy pełniło się funkcję prokuratora i próbowało się utrzymywać dobre stosunki z ludźmi z branży.
Plan był prosty - przyszła, żeby się pokazać, chwilę posiedzieć, może coś zjeść i wracać do domu. Miała nadzieję, że pójdzie jej to gładko - że nikt nie będzie natrętnie zawracał jej dupy i przede wszystkim, że trafi wśród ludzi, na widok których nie będzie musiała się powstrzymywać, by nie przewrócić oczami.
Przy wejściu zostawiła bukiet kwiatów dla organizatora i udała się do wskazanego przez obsługę stolika, ale gdy tylko ujrzała sylwetkę mężczyzny, nonszalancko opartą o krzesło, aż zwolniła kroku. Zaraz jednak podniosła wyżej podbródek i podeszła bliżej, wpatrując się w niego swoimi błękitnymi oczami.
- Co tu robisz, Carnegie? - zapytała, zatrzymując się obok blondyna. Jej wyraz twarzy był łagodny, można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że przyjacielski, ale było to tylko piękne złudzenie. - Stolik dla właścicieli podrzędnych kancelarii jest o tam - wskazała ruchem głowy na drugą stronę sali. - Zaraz koło stolika dla dzieci - dodała, a kącik jej ust kpiąco drgnął ku górze. Absolutnie w tym momencie nie zakładała, że będzie im dane siedzieć obok siebie, ale jej wzrok automatycznie przesunął się na plakietkę z napisem Vivienne Morelisse, by zaraz prześlizgnąć się na tą obok, z Harold Carnegie. Zmarszczyła brwi i szybko odnalazła oczy mężczyzny, intensywnie wpatrując się w nie przez chwilę, jakby doszukując się jakiegoś znaku, że jest to tylko nieśmieszny żart.
- Co za chichot losu… - wymruczała pod nosem, ale szybko stwierdziła, że jest jeszcze nadzieja w osobie siedzącej po drugiej jej stronie. Zerknęła na kolejną plakietkę i aż zaklęła, bo Richard Stevens to była ostatnia osoba, którą chciała tam zobaczyć. Richard był sędzią w bardzo widocznym kryzysie wieku średniego, z piwnym brzuszkiem i powiększającą się w zastraszającym tempie łysinką. W kuluarach mówiło się, że na prawo i lewo zdradza swoją żonę, bo nigdy nie zabierał jej ze sobą, zawsze kręcąc się przy dużo młodszych koleżankach. - Ja pierdole… - westchnęła i wtedy kątem oka dojrzała zbliżającą się do nich postać.
- Vivienne, co za spotkanie! - powitał ją, uśmiechając się od ucha do ucha tak, że pucołowate policzki prawie zakrywały mu oczy. - Prosiłem Caroline, żeby posadziła mnie obok jakiejś ładnej blondynki, ale muszę przyznać, że dzisiaj przeszła samą siebie - dodał, zaraz śmiejąc się w głos.
Vivienne uśmiechnęła się sztuczne, bardzo mocno gryząc się w język, by nie odpowiedzieć czegoś, co można było uznać za mocno nie na miejscu. Na szczęście wzrok Richarda szybko przeskoczył na Carnegie.
- Harold! - wyciągnął w kierunku blondyna rękę, by zaraz energicznie nią potrząsnąć. - Jak idzie biznes? Gdzie Lance? Nie przyszedł? - zapytał i rozejrzał się, jakby szukając brakującego współpracownika.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pomogło mu także uwierzyć w to, że rezygnacja z własnych marzeń byłaby skrajną głupotą. Nie był złym prawnikiem, mało tego, niejedna osoba pokusiłaby się najpewniej o stwierdzenie, że był szalenie dobry w tym, co robił, jednak to bynajmniej nie wynikało z wrodzonego talentu. Chodziło przede wszystkim o to, jak wiele czasu poświęcał na uporanie się z poszczególnymi sprawami.
Był wyjątkowo oddany temu, co robił.
Nie znaczy to jednak, że sam był wielkim fanem tego rodzaju spędów. Większość z nich uważał za dość uporczywe, dlatego dziś sam zadbał o to, aby zapewnić sobie nieco zabawy. Nie mógł jednak zagwarantować, że ta na pewno okaże się d o b r a, ponieważ Vivienne była jedną z tych osób, o ile nie jedyną osobą, która potrafiła doprowadzić jego cierpliwość do granic możliwości.
Teraz sprawiła jednak, że jego usta wygięły się w zawadiackim uśmiechu. Nim cokolwiek powiedział, pozwolił jej wyrzucić z siebie wszystko to, co miała mu do powiedzenia. Wbrew temu, co mogło się wydawać, bynajmniej nie poczuł się urażony.
— Czyli już słyszałaś, że otwieram własną kancelarię? Schlebia mi to, że aż tak się mną interesujesz, Vivienne, naprawdę — odparł przekornie, a grymas na jego twarzy ani trochę się nie zmienił. Domyślał się, że sam mógłby najskuteczniej wyprowadzić ją z równowagi właśnie spokojem. Miał tego świadomość, ponieważ jej zachowanie działało na niego dokładnie tak samo.
Nie powiedział jednak nic więcej. Uważnie przyglądał się natomiast temu, jak przesuwała spojrzeniem po zawartości stolika, szukając chyba drogi ucieczki. Właściwej najwyraźniej nie znalazła, a kiedy wróciła do niego spojrzeniem, Harold tylko nieznacznie wzruszył ramionami w geście bezradności, nie przestając się uśmiechać.
Grymas ten nie zniknął nawet wtedy, kiedy przestali być sami.
W tamtym momencie zmuszony był jednak zacisnąć usta w wąską linię, aby zanadto nie zdradzać rozbawienia tym, jaką sympatią zapałał do niej ich nowy towarzysz. Będąc pewnym, że nie był w stanie dostrzec jego grymasu, Carnegie poruszył zaczepnie brwiami w stronę Morelisse. Mogła być pewna, że prędko nie da jej o tym zapomnieć.
— Panie Stevens — przywitał się i uścisnął dłoń mężczyzny, nie widząc absolutnie żadnych przeciwwskazań ku temu, aby nieco przeciągnąć tę rozmowę. Właściwie skłonny był to zrobić głównie dlatego, aby nieco przeciągnąć tę dyskusję wyłącznie po to, aby dostrzec na jej twarzy kolejne objawy niezadowolenia. Dzięki nim sam bawił się jeszcze lepiej. — Ma ważne spotkanie — usprawiedliwił przyjaciela, który obecnie bawił się w zupełnie innym miejscu. Może nawet bawił się lepiej, niż Harold.
A jednak pozwolił sobie bawić się tą dyskusją jeszcze przez pewien czas. W końcu jednak dołączyli do nich także inni goście, a uwaga sędziego powędrowała także w ich kierunku. Harold wykorzystał tę chwilę na to, aby pochylić się nad uchem blondynki. — Słyszałem, że całkiem niedawno się rozwiódł. Możesz wykorzystać swoją szansę — stwierdził zaczepnie, choć jeśli miał być zupełnie szczery, ten facet nie dorastał jej do pięt.
Wykraczała znacznie poza jego ligę.
Vivienne Morelisse
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Biegnij pochwalić się kolegom, że skapnęła ci odrobina mojej atencji - odpowiedziała, nie zmieniając wyrazu twarzy. Kąciki jej ust były wręcz delikatnie skierowane ku górze, więc ludzie, którzy patrzyli na to z boku, zapewne mieli przeświadczenie, że tak po prostu sobie po przyjacielsku gawędzą. W końcu nic w ich zachowaniu nie świadczyło o tym, że właśnie testują granice swojej cierpliwości.
A Harold testował je wybornie, bo jego wzruszenie ramionami i zadowolona mina dały Vivienne przeświadczenie, że plakietki z ich nazwiskami absolutnie nie znalazły się obok siebie przez przypadek. Nie miała jednak szansy nawet dłużej o tym pomyśleć, bo zaraz dołączył do nich - ku jej utrapieniu - Stevens, czyli kolejny wrzód na dupie. To miał być nudny, krótki wieczór, a póki co nic nie szło zgodnie z jej planem, więc aż bała się pomyśleć, co będzie dalej.
Widziała, jak Carnegie usiłuje powstrzymać swoje rozbawienie i gdy tylko uwaga sędziego na moment od niej odbiegła, szybko zgromiła go spojrzeniem, zaraz na nowo przybierając sztuczny uśmiech na usta.
Gdy Panowie wymieniali się uprzejmościami, Vivienne stała obok i starała się nie przewrócić oczami. Na szczęście wkrótce dołączyli do nich inni goście, a uwaga Richarda spoczęła na nich. Przynajmniej na chwilę.
A korzystając z tej kruchej chwili spokoju, Morelisse przesunęła spojrzeniem po sali, wyglądając jakiejś osoby, która nie działałaby jej na nerwy. Nawet nie widziała, że Harold pochylił się nad jej uchem. Najpierw poczuła woń jego perfum, która była wyjątkowo przyjemna nawet dla tak wybrednej osoby, jak Viv, a potem usłyszała również jego głos. Nieco bliżej niż dotychczas, a wzdłuż kręgosłupa przeszedł ją delikatny dreszcz. Zaraz odwróciła twarz w stronę blondyna i nie wytrzymała, przewróciła błękitnymi oczami.
- Czy ja ci wyglądam na osobę, która gustuje w takich obleśnych typach? - zapytała, lekko ściszając głos, by to nieprzychylne stwierdzenie nie dotarło przypadkiem do uszu sędziego stojącego nieopodal nich. - Może ty się z nim umów? Tak spijaliście sobie z dziubków, że tylko czekałam, aż dacie sobie buziaczka - dodała i uśmiechnęła się kącikiem ust. W tym samym momencie podeszła do niej kelnerka z tacą, na której poustawiane były wysokie, smukłe kieliszki z szampanem. Vivienne pochwyciła dwa i podziękowała, po czym wystawiła jeden w stronę Harolda.
- Proszę Carnegie. Może od tej odrobiny alkoholu rozluźni ci się twarz, bo masz na niej jakiś dziwny grymas - powiedziała i zmarszczyła brwi z udawanym zatroskaniem, wskazując gestem dłoni na swoje usta. Chodziło jej oczywiście o ten nieznośny uśmiech, który wyglądał jak przylepiony na stałe. Zaraz jednak tłum ucichł, bo na niewielką scenę wyszedł organizator całego tego zamieszania, zamierzając wznieść toast.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na chwilę obecną to on podnosił jej ciśnienie.
Nie musiał nawet nadmiernie się starać, z czego zdał sobie sprawę, kiedy ich towarzystwo nieznacznie się poszerzyło. Gdy w ich najbliższym otoczeniu znalazł się mężczyzna, którego Harold również nie darzył nadmierną sympatią, ale mimo to musiał zachowywać się w jego towarzystwie przyzwoicie, rozmowa stała się znacznie przyjemniejsza, odkąd tylko dostrzegł, z jaką trudnością Vivienne powstrzymywała się, aby na jej twarz nie wkradł się wyraz wstrętu.
Jej katusze sprawiły mu znacznie więcej przyjemności, niż cokolwiek innego tego wieczora.
Nie sposób było jednak przeciągać to w nieskończoność, ponieważ w takich miejscach każdy chciał porozmawiać z k a ż d y m. Szczególnie z osobami, które uchodziły za wysoko postawione, a taką łatkę z marszu przypinano sędziom. Nic zatem dziwnego, że ich rozmówca w końcu został pociągnięty gdzieś dalej, nawet nie siląc się na udawanie, że pochlebstwa, które płynęły z ust innego gościa właśnie pod jego adresem nie były dokładnie tym, co dzisiaj chciał usłyszeć. Nadęty bufon, względem tego Harold nie miał nawet cienia wątpliwości.
Carnegie natomiast nie byłby sobą, gdyby nie spróbował wykorzystać tego przeciwko niej. Z czystej złośliwości pochylił się nad jej uchem z tą zaczepną uwagą, a kiedy reakcję otrzymał dokładnie taką, jakiej oczekiwał, na jego usta wkradł się triumfalny uśmiech. Tak, cieszyły go rzeczy tak trywialne, jak zaczepki rodem ze szkoły średniej. Zirytowana Vivienne była bowiem jedyną Vivienne, jaką on skłonny był zaakceptować obok.
— Raczej nie jestem w jego typie… Chociaż może? — zastanowił się na głos, jednak na tyle cicho, aby jego słowa wychwycone mogły zostać wyłącznie przez jej ucho. Być może też z tego względu znów nieznacznie się nad nią nachylił, a może też zrobił to raczej po to, by znów poczuć to przyjemne uczucie, którego źródło leżało w ich małej potyczce. Uważny obserwator być może doszukałby się w tym czegoś więcej, jednak dla Hala była to wyłącznie chęć utarcia jej nosa.
Uniósł jedną brew, kiedy przekazała mu kieliszek. Nie zająknął się ani słowem, ale przejął od niej alkohol i nawet podziękował delikatnym skinieniem głowy. Nie wszyscy musieli wiedzieć, że dobre maniery stanowiły dla niego wyłącznie pozory.
Powiódł spojrzeniem w stronę sceny, pozornie to właśnie tam skupiając swoją uwagę. Upił kilka łyków musującego napoju, a kiedy na sali znów rozbrzmiała znajoma wrzawa, ponownie nachylił się nad uchem blondynki. — Wystarczyło powiedzieć, że tak bardzo podoba ci się mój uśmiech — skomentował, a kiedy tylko pochwycił jej spojrzenie, w zaczepny sposób poruszył brwiami.
Testowanie jej cierpliwości było jednak o tyle ryzykowne, że dość prędko mogło odbić się to również na nim.
Vivienne Morelisse
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zaraz rozbrzmiały brawa, a Viv upiła nieco alkoholu ze smukłego kieliszka. Procenty zdawały się być całkiem niezłym sposobem, by jakoś przebrnąć przez ten fatalny bankiet. Nie zamierzała się oczywiście upodlić, ale wino trochę ją wyciszało, więc może również pozwoli jej zacząć ignorować Carnegie i jego głupi uśmieszek… Właściwie, to już nawet zapomniała o swoim złośliwym komentarzu, gdy mężczyzna znowu się nad nią pochylił, by do niego wrócić. Nie wytrzymała i przewróciła oczami.
- Co jest z tobą nie tak, że wszystko, co powiem, traktujesz jak komplement? - zapytała, łapiąc z adwokatem krótki, ale intensywny kontakt wzrokowy, podczas którego lekko zmrużyła oczy. Irytowało ją to jego wygórowane ego, ale jednocześnie była świadoma, że wyprowadzanie jej z równowagi sprawiało mu ogromną przyjemność, więc nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, odsunęła sobie krzesło i usiadła na miejscu ze swoim nazwiskiem. Dopiła resztkę szampana i odstawiła kieliszek na biały obrus, kładąc zaraz na blacie również swoją dłoń. Zaczęła nerwowo stukać palcami, zastanawiając się nawet, czy ucieczka zaraz po kolacji nie będzie odebrana jako niegrzeczna. Nie była bowiem pewna, czy da radę tu wytrzymać dłużej.
Zaczęli roznosić gorące dania, a sędziego nadal nie było. Morelisse oczywiście absolutnie się tym nie przejmowała, gdzieś w duchu licząc, że przepadł na dobre. Niestety były to złudne nadzieje, bo zaraz przylazł i głośno odsunął swoje krzesło, ciężko na nim siadając.
- No! Trzeba się czegoś napić przed jedzeniem, na lepsze trawienie - klasnął w dłonie zaraz wodząc spojrzeniem po stole. Jego wzrok spoczął na coolerze z alkoholem, który stał na przeciwko Carnegie. - Harold, bądź tak uprzejmy i polej nam czegoś dobrego! Vivienne czego się napijesz? - na moment złapał prokuratorkę za przedramię, a ta o mało się nie wzdrygnęła.
- Białe wino będzie odpowiednie - odpowiedziała i zmusiła się do bladego uśmiechu.
- Och, ale mam nadzieję, że później napijesz się z nami czegoś mocniejszego hehe. No, Harold, to dla pięknej pani wino, a nam polej coś dla mężczyzn - powiedział i wziął w palce swój kieliszek, przystawiając go bliżej adwokata. Tego, że Carnegie będzie jej dzisiejszego wieczoru polewał alkohol, to nie było w jej bingo.
Harold Carnegie
-
trochę czaruś, trochę gbur, ale w przeważającej części adwokat skoncentrowany na tym, by w szyldzie kancelarii znalazło się w końcu jego nazwisko
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wierzył jednak, że nie zrobiłby tego, gdyby nie wrodzony talent.
Dodatkowo podbudowywał go fakt, że znakomicie radził sobie na sali sądowej. Wybornie wychodziło mu odnajdywanie kolejnych precedensów i wyszukiwanie kruczków prawnych, które mógł wykorzystać do ułożenia planu obrony. Nie wygrywał z a w s z e, jednak mimo to nie sposób było mu odmówić wiary w siebie. Nie można było też zarzucić mu tego, że była ona bezpodstawna.
Wiedział jednak, że w jej słowach nie powinien doszukiwać się próby połechtania jego ego, ponieważ miał świadomość tego, jak ich znajomość działała. Ilekroć ścierali się, czy to na gruncie zawodowym czy prywatnym, oboje dokładali wszelkich starań, aby doprowadzić to drugie do szaleństwa. Dziś role ułożyły się tak, iż to on starał się obrócić przeciwko niej wszystko, co kierowała pod jego adresem.
Obserwując jej reakcje mógłby przysiąc, że radził sobie z tym wybornie, a to rzeczywiście sprawiało, że odczuwał niemałą satysfakcję.
I pewnie poświęcałby się temu dalej, gdyby nie towarzystwo sędziego, który miał im ten wieczór u m i l i ć. Prawdę powiedziawszy, obserwując to, jakie emocje budził w Vivienne, Harold zaczynał darzyć go jeszcze większą sympatią. Albo w ogóle sympatią.
— Jesteś pewna, że nie skusisz się jednak na coś mocniejszego? — zapytał, zerkając na blondynkę wymownie, bynajmniej nie pozbywając się przyklejonego do twarzy uśmiechu. Obserwując to, jak spięta była, pokusiłby się o stwierdzenie, że mocniejszy alkohol dobrze by jej zrobił. Cokolwiek wybrała, napełnił w pierwszej kolejności jej szkło, a później to samo zrobił z pozostałymi. — Vivienne właśnie opowiadała mi o tym, jak bardzo pana podziwia — odezwał się po chwili, kierując swoje słowa do podstarzałego sędziego. Nie musiał nawet szczególnie mu się przyglądać, aby zaobserwować to, jak zaświeciły mu się wówczas oczy, co było dla Harolda dostatecznym sygnałem, że jego słowa spełniły swoje zadanie.
Morelisse miała prędko zacząć przeklinać ten dzień w myślach.
Vivienne Morelisse