-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Domyślał się jednak, że dla Sergio to wszystko faktycznie było na tyle nowe i na tyle niespodziewane, że zapewne musiał sobie najpierw poukładać to wszystko w głowie, zanim tak naprawdę będzie pewien tego, co w związku z tym czuje i co myśli. Nic dziwnego, że póki co opowieść Sergio wydawała mu się abstrakcyjna; zapewne gdyby Sal nie był przyzwyczajony do takiego świata i takiego życia i gdyby ktoś jemu opowiadał taką samą historię, to również nie do końca byłby w stanie to wszystko przyjąć do wiadomości.
Poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi, gdy usłyszał, że Santiago wychował sobie wspólnika. Zrobiło mu się w jednej chwili gorąco, w drugiej już niemal lodowato zimno, ale nie skomentował tego póki co.
- Nie wiem czy zdolny to odpowiednie słowo. Ja bym powiedział, że musi być szczęściarzem. On - raczej powiedziałby, że miał wyjątkowego pecha, skoro został ranny, ale udało mu się to przeżyć i stamtąd wyczołgać. - wzruszył lekko ramionami, przywołując na twarz nieco wymuszony uśmiech. Widział, że Sergio starał się jakoś rozluźnić atmosferę, ale póki co jeszcze był spięty; temat nie był dla niego łatwy o tyle, że opowiadał mężowi o czymś, o czym nigdy wcześniej mu nie mówił, o czym właściwie nikomu nie mówił i nie był jeszcze przyzwyczajony do dzielenia się tą częścią swojego życia, po prostu. Wtulił się jednak w jego bok, gdy Sergio objął go ramieniem i przytulił do siebie, swój policzek przytulając do jego ramienia; potrzebował teraz jego bliskości i cieszył się, że mimo tematu, mimo zaskoczenia i mieszanki nieprzyjemnych uczuć, która pewnie wciąż kotłowała się w Sergio, ten nadal miał ochotę go do siebie tulić. To było dla niego w tym momencie najważniejsze: że mimo wszystko go nie stracił.
- Nie wiem czy żałuje, to chyba nie jest odpowiednie słowo. Wcześniej... żałowałem, że mnie z nimi nie było, bo byłem przekonany, że może jakoś mógłbym pomóc. Alvaro wyperswadował mi to jakiś rok temu, gdy rozmawialiśmy i gdy mi się wyrwało, że jakbym tam był, to może wszystko potoczyłoby się inaczej. Pamiętam, że gadaliśmy wtedy na kamerce, pamiętam jak pociemniały mu oczy i jak warczał, gdy się odezwał. Powiedział, żebym nie pierdolił głupot, bo on był na miejscu, był w tym pierdolonym tunelu, zaprojektował cały ten skok, a i tak nie był w stanie uratować jedynej osoby, którą kiedykolwiek kochał. - westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią, próbując się w ten sposób uspokoić i nie rozpłakać; wyjątkowo ciężko wracało mu się do tych momentów, do tych wspomnień, do zniszczonego psychicznie Alvaro.
- I to nie tak, że Santiago wychował go sobie na wspólnika, nie mów tak i nawet tak nie myśl. - pokręcił głową. - Santiago nigdy nie chciał go w to wciągać, przez parę lat Alvaro nawet nie wiedział czym się zajmuje Tiago, czym ja się zajmowałem... To naprawdę nigdy nie był cel Santiago, wręcz przeciwnie: robił wszystko, żeby go odepchnąć i zniechęcić do kradzieży, żeby nie pakował się w to gówno. - przełknął ślinę. - Ale on szybko w to wsiąkł i szybko to pokochał. Gdy poszedł na studia zaczął kraść z jakąś grupą... Santiago nieźle go opierdolił, gdy się dowiedział, ale to nie zmieniło decyzji Alvaro, bo on i tak chciał to robić. W końcu, jak już skończył te studia i wrócił do domu, to Santiago zgodził się, żeby Alvaro pomagał mu w planowaniu, ale nie brał go jeszcze na same akcje. No i... potem, gdy już zaczęli razem planować, gdy siedzieli nad tymi mapami całymi godzinami, dniami i tygodniami, gdy się na nich patrzyło... - pociągnął nosem. - Chyba nigdy nie widziałem u nikogo takiego porozumienia dusz, wiesz? No, poza nami, oczywiście. - uśmiechnął się smutno i musnął nosem policzek męża. - Alvaro siedziałby nad obliczeniami tak długo i tak długo łamałby przy tym wszystkie prawa fizyki, żeby tylko uzyskać efekt, który obaj chcieli. Byli piękni w tym swoim planowaniu rzeczy niemożliwych. I wiem, że obaj oddaliby wszystko, żeby przeżyć razem jeszcze choćby jeden napad. - przy ostatnich słowach głos mu się załamał, więc sięgnął znów ustami do kubka z herbatą, żeby to jakoś zakamuflować. Czuł, że musi zrobić przerwę, bo inaczej się poryczy i tyle z tego będzie.
Santiago de la Serna
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Trochę zesztywniał, słuchając o rozmowie z Alvaro - przed oczami stanęła mu twarz Salvatierry, z łatwością wyobraził sobie jego łzy, łamiący się głos i rozdzierający serce żal. Sergio od dawna widział, że ten chłopak kocha Santiago, więc łatwo mu było wyobrazić sobie jego ból po śmierci de la Serny: kiedy dowiedział się o śmierci Tiago, mimowolnie sam myślał, co by czuł, gdyby jego Sal nagle zginął i to były przerażające myśli.
- On wie, że to nie jego wina...? - zapytał po chwili zduszonym głosem - Rozumie to? Skoro tam był, to chyba wiedział, że Santiago sam wysadził tunel, że wiedział, co robi, prawda? Że Alvaro nie mógł nic z tym zrobić, bo przecież znamy Tiago: zawsze robi to, co sam uważa za słuszne, zawsze robi, co sobie postanowił i nic nie jest w stanie go od tego odwieść, zwłaszcza w tak ważnych sprawach. Rozumiem, że czuł, że ratuje życie reszty... Że ratuje życie człowieka, którego - jak się okazuje - kocha. Nie ma możliwości, żeby Alvaro cokolwiek z tym zrobił i jakimś cudem wywlókł go stamtąd żywego. Wie o tym?
Przełknął nerwowo ślinę słysząc, że Santiago nie wychował sobie wspólnika i że starał się chłopaka trzymać od tego z daleka.
- Źle go oceniłem zatem - mruknął po chwili milczenia - Przepraszam. Jego też przepraszam mimo, że nie słyszał tego, co teraz powiedziałem. Sądziłem, że skoro kradną razem i skoro to kochacie, to Tiago chciał, żeby Alvaro brał w tym udział, a to byłoby nie w porządku.
Przyjrzał się mężowi, kiedy ten skupił się na piciu kawy, ewidentnie próbując zająć czymś usta i zapewne ukryć emocje, które nim teraz targały. Usłyszał żal w jego głosie, gdy ten mówił o tym, że Salvatierra i de la Serna chcieliby wziąć udział choćby w jeszcze jednym skoku; sam też poczuł ukłucie żalu, kiedy o tym usłyszał. Również napił się kawy, żeby przełknąć ten żal i pogładził plecy męża, próbując podnieść go tym na duchu.
- Jakkolwiek tego w żaden sposób nie pochwalam - zaczął powoli i ostrożnie, wywracając oczami - to może... może mogliby choćby coś zaplanować? Nie zrealizować, ale zaplanować? Skoro to kochają, skoro tak dobrze im się pracowało... Czy Santiago nie jest już w stanie?
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie sądzę, że o tym wie. Próbowałem mu to wyjaśnić: że skoro Santiago uparł się, że zostanie w tym tunelu i że Alvaro ma stamtąd spieprzać, że wiedział co robi, że po prostu chciał go ratować i dać mu uciec... ale to go jakoś nie przekonało. Mówił, że może za mało się starał, że może powinien go jakoś inaczej przekonać, że powinien wyciągnąć go stamtąd siłą... - znów potarł wierzchem dłoni o swój nos i westchnął cicho. - Mówił, że wystraszył się, bo w pewnym momencie Tiago strzelił gdzieś obok niego. Że może gdyby był odważniejszy i został, a nie uciekł, to udałoby mu się go stamtąd wyciągnąć.
Nie mówiło mu się o tym łatwo i z całą pewnością było to po nim widać. Gdy skończył znów napił się kawy, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie i próbując się pozbyć z wyobraźni tego widoku - a zadziwiająco łatwo było mu wyobrazić sobie duszną atmosferę niepokoju, strach przed wyłapaniem, Tiago trzymającego broń w ręku... Westchnął cicho, opierając dno kubka o swoje udo i popatrzył na Sergio niepewnie, uznając, że ta historia wymagała jeszcze drobnego dopełnienia.
- Alvaro powiedział mi, że na początku nie wiedział, że Tiago coś kombinuje, że on po prostu próbował go ciągnąc ze sobą dalej, ale że w pewnym momencie Santiago przyciągnął go do siebie i pocałował, każąc zaraz potem spieprzać. I że wtedy zrozumiał, że się z nim żegna. - na koniec znów zadrżał mu głos, a potem wtulił się mocniej w bok Sergio, potrzebując przytulenia. Poczuł się nieco lepiej w momencie, gdy ten zaczął go głaskać po plecach; minimalnie zaczął się wtedy rozluźniać, jego mięśnie były coraz mniej spięte i wreszcie pozwolił sobie na wypuszczenie długiego oddechu, lekko drżącego, ale z czymś w rodzaju ulgi.
- Mówiłem mu to, to znaczy że powinni coś razem zorganizować albo przynajmniej zaplanować, jak wyrwało mu się, ze chciałby przeżyć jeszcze choć jeden napad. - pokiwał głową, pocierając przy okazji policzkiem o pierś męża, na której leżała teraz jego głowa. - Nie skomentował tego. Wydaje mi się, że traktował to raczej jako marzenie; jak coś, czego bardzo pragnie, ale wie, że to już nigdy się nie spełni. - przełknął ślinę i odstawił kubek z kawą na stolik nocny, obejmując go teraz w pasie wcześniej zajętą ręką. - Ale jego umysł jest sprawny, więc ja nie widzę przeszkód, żeby coś jeszcze zaplanowali, nawet jeśli Santiago miałby tego napadu nie przeprowadzić. Tylko że on chyba... boi się chociażby spróbować. Myślę, że boi się, że nawet planowania nie uda mu się skończyć.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Odetchnął głośno i pokręcił głową, poprawiając okulary na nosie. Przykro mu się tego wszystkiego słuchało, tym bardziej, że automatycznie odnosił wszystkie te sytuacje do siebie i Sala - przekładał je na ich związek, mimowolnie myślał o tym, co sam by zrobił w takich sytuacjach, stawiając siebie po obu stronach: i Alvaro, i Santiago. Kiedy usłyszał, że Alvaro po pocałunku zrozumiał, że Santiago się z nim żegna, Sergio dosłownie zabolało serce i zakręciło mu się w głowie. To, co czuł wtedy Salvatierra, musiało być istnym koszmarem, a jednocześnie Sergio coraz lepiej rozumiał to, co Santiago zrobił; powoli te wszystkie argumenty, które podał mu Salazar, docierały do jego serca i stawały się zrozumiałe. Milczał, słuchając opowieści męża i oddychając coraz ciężej Patrzył przy tym przed siebie, przed oczami mając wyobrażenie tego, co działo się w tym tunelu, a później - co musiało się dziać w głowie Santiago obecnie. Zrobiło mu się szczerze żal tego człowieka - nie w kategoriach litości, tylko dosłownie odczuł żal, jaki być może ten odczuwał, wiedząc, że niedługo umrze i że być może nie uda mu się nic już dokończyć.
Przytulił męża mocniej i pogładził go po głowie, otulając ramionami jak najcenniejszy skarb.
- Współczuję mu - powiedział wreszcie cicho - Ale skoro to jest to, co kocha, to... moim zdaniem powinien chociażby zacząć. Nieważne, czy kiedykolwiek skończy, ale niech zacznie. Niech zajmie się tym, co sprawia mu radość.
Westchnął ciężko i wtulił twarz we włosy męża, wciąż pod dużym wrażeniem jego słów.
- Niech tobie nigdy nie przyjdzie do głowy, żeby mi nie powiedzieć o jakichś poważnych problemach zdrowotnych, rozumiesz?
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak, Sal również przekładał to, co opowiadał o nich, na siebie i Sergio; również zastanawiał się jakby się czuł albo co by zrobił w konkretnych sytuacjach, wyobrażał sobie więc zarówno jak mocno musiało krwawić serce jego brata w tamtym tunelu i jaki ból musiał czuć Salvatierra, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ten pocałunek był pożegnaniem. Nie chciał myśleć o tym za długo, bo dosłownie sprawiało mu to ból, jak najbardziej fizyczny i jak najbardziej odczuwalny, ale mimowolnie te obrazy z tunelu stawały mu przed oczami - a to, że go tam nie było i tego wszystkiego nie widział niczego absolutnie nie zmieniało. Wystarczyła odrobina wyobraźni i empatii.
- Też tak myślę - przyznał mężowi rację w kwestii planowania kolejnego napadu, nawet jeśli miałby tego planu nigdy nie skończyć. - Spróbuję go do tego przekonać, chyba że sam dojdzie do wniosku, że to jednak dobry pomysł.
Wtulił się w niego, gdy Sergio objął go mocniej ramionami i przymknął oczy, zanurzając twarz w jego koszulce.
- Nie przyszłoby mi to do głowy, Sergio - pokręcił głową, pocierając przy okazji nosem o jego szyję, po czym odsunął się minimalnie, ale tylko na tyle, żeby znów spojrzeć mu w oczy i oprzeć czoło o jego czoło. - Ja w takich chwilach potrzebuję, żebyś przy mnie był i trzymał mnie za rękę, więc nie wpadłbym na to, żeby ukrywać przed sobą chorobę, nieważne czy istotą czy też nie. - przesunął dłonią po jego policzku i boku szyi. - Ty również byś tego nie zrobił, prawda?
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie, nie zrobiłbym, nie tylko dlatego, że potrzebuję potrzymania mnie za rękę - odpowiedział nieco łamiącym się głosem - Myślę, że on też tego potrzebuje, tylko jest zbyt dumny, żeby to przyznać. Ale każdy się czegoś boi, każdy czasem potrzebuje wsparcia, nawet on.
Odetchnął znowu, żeby się trochę rozluźnić, bo wyobraźnia związana z tym, co działo się w tym tunelu, to całe pożegnanie, ten cholerny pożegnalny pocałunek, który miał być jedynym w życiu Santiago i Alvaro... wszystko to ścisnęło mu większość mięśni, łącznie z tymi w gardle.
- Chyba powinniśmy iść na śniadanie, jeśli chcemy coś jeszcze dostać - pocałował męża w czoło i podniósł się z łóżka - W ogóle, zacząłem szukać tu pracy. Bo zdaje się, że mówiłeś wczoraj, że chcesz się tu przeprowadzić, skoro Tiago tu jest, tak? Rozesłałem parę CV, jeszcze wczoraj dwie placówki się do mnie odezwały, jestem umówiony na rozmowy. Jedną mam za kilka godzin, trzymaj kciuki - sam chwycił swoje palcami, z niepewnym uśmiechem - Ostatecznie jednak przyda mi się w takim razie to, że z takim trudem i pod gradem pytań zyskałem uprawnienia do prowadzenia wizyt psychologicznych w Kanadzie.
Dopił swoją kawę, odstawił kubek na szafkę przy łóżku i wyciągnął dłoń do męża.
- A co chcesz robić z pozostałą częścią dnia? przejść się gdzieś? Pozwiedzać?
Salazar Martinez