ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

003
you the garden and the grave,
you who I held as the last air left
Obojętność;
na neon pulsujący niczym przyśpieszone tętno, zawieszony tuż nad barem. I zbyt głośne skrzypnięcia barowego stołka, na którym usadowił się z dobrych kilka godzin - miesięcy, lat, stuleci - temu. Gdy omyłkowo unosił podbródek ponad bezpieczną wysokość, mimowolnie mrużył oczy, oślepiany niczym lodowiskowymi reflektorami. Uwięziony tym przeszywającym uczuciem szponami sięgającym do przeszłości, wpatrywał się głównie na własne dłonie; splecione desperacko na szklance wypełnionej na wpół wypitym alkoholem. Przechylając ją wolno w palcach, obserwował jak przeklęty zaklęty światło tańczące w jej krzywiznach. Wszystko, byleby nie c z u ć. Ciepła oraz dymu gromadzącego się pod nisko zawieszonym sufitem. Czy nierówno buczącej klimatyzacji, najwyraźniej nienadążającej w tym nierównym boju z powietrzem wypełnianym po brzegi odorem spoconych ciał, alkoholu, ciężkich perfum i duszącej woni papierosów. Pod koniuszkami palców odczuwał delikatne wyżłobienia - drobne rysy w drewnie, teraz tak niebywale nieinteresujące dla niego - w blacie, który pomimo kilkukrotnego przeciągnięcia szmatką przez barmana nadal pozostawał delikatnie lepiący. Drgnął na stołku ledwo dostrzegalnie po długim bezruchu, gdy od nacisku jego ciała na przedramiona tuż pod łokciami odcisnął się już mu ślad od krawędzi baru. Dlatego starał się skupić na chociażby jednym c h o l e r n y m szczególe i zakotwiczyć w nim całego siebie, by nie
z n i k n ą ć.
Pozwalając powiekom opaść, momentalnie tonął w kalejdoskopie wspomnień z ostatnich dni. Granice między nimi zdawały się rozmyte do tego stopnia, iż sam Al Khansa nie zdołałby nakreślić ich prowizorycznie w swych chaotycznych myślach. Sidła utkane z marazmu ciasno oplatywały jego obolałe ciało, odbierając mu resztki kontroli nad nim. Oddałeś ją; jego własny głos syczący od kpiny jakby muskał zakrzywienia małżowin usznych. A teraz każde najmniejsze drgnięcie tego ważącego trzy tony nieszczęść ciała było wynikiem ciężko wysnutej decyzji i wewnętrznego zmuszania się do podjęcia jakiegokolwiek czynu. Bo gdyby mogło, przestałoby pewnie również oddychać.... Wszak oddech - jeden za drugim, jeden za drugim... - był okupiony udręką w tym nieprzerwanym trwaniu. Gdy niespodziewanie ktoś trącił plecy Nadira przechodząc z b y t blisko niego, poczuł wędrujący po skórze płomień, wypalający skórę, ścięgna i tlący się dopiero między kręgami kręgosłupa. Mimowolnie całe jego ciał zesztywniało, napinając się w gotowości do ucieczki. Och! Bo bolało go życie; dźwięczny śmiech wędrujący w labiryncie ludzi skupionych tłumnie na parkiecie, głośna muzyka wdzierająca się basami za materiał ciemnej koszulki, zniekształconego odbicia w lustrzanej ścianie za barem, rozmiękła podkładka pod szklanką, swój głos... A w tym letargu z trudem wyszarpywał z siebie kontury ostatnich wspomnień, gdyż wszystko zawsze strumieniem myśli płynęło do apogeum.
Złudnego poczucia niepowstrzymania oślepiającego go równie mocno, co ostre światła otulające taflę olimpijskiego lodowiska. Pamiętał pierwsze dźwięki utworu przejmujące władzę nad każdym mięśniem; wyuczone wędrowały przecieranymi przez lata szlakami ku uciesze publiki. Naznaczał ruchy prawdziwymi emocjami; czyż nie to Cię zgubiło, Nadirze? Nie zdołał już wyszarpać się z ostrych szponów uczuć, gdy drżącymi dłońmi malował kolejną figurę. Wzleciał tak wysoko ikarowym lotem, że prządki losu wypleść z niego mogły jedynie upadek. Nigdy nie miał wygrać; nie z sobą. Niczym powidoki nawiedzały jego wizję, gdziekolwiek wędrował zamyślonym spojrzeniem. Wkradały się podstępnie niewyraźnym omamem, po który wyciągał wygłodniałe pamięci i życia dłonie, by w następstwie umykały mu między palcami. Imiona układały się w elegię, prowadząc żałobnym szlakiem po gasnącym cieple cudzych ramion. Ileż w tym było prawdy, a ile obłudy utkanej przez szaleńczy umysł tonący w euforii? Niekiedy myślał niejasno, iż może jego serce zaczęło wygrywać melodię tych butów uderzających w biegu po zaokrąglonych kamieniach bruku, lecz jednostajnym
bum-bum-bum
nie prowadziło do niczego; żadnego europejskiego miasteczka. Czasami czuł też otulający jego skórę półmrok hotelowego korytarzu, by zmąciło to fantomowy żar cudzych dłoni wędrujących po karku. Bo po dławiącym dymie w gardle po wypalonym papierosie na mikroskopijnym balkonie nad wąską uliczką, nie pozostał nawet cień gorzkości na języku.Samir; nieznanym głosem składającym obcym akcentem imię, mieszało się z prawie otrzeźwiającym uczuciem chłodu na czole, bijącym od szyby taksówki mknącej przez miasto okryte gwieździstym płaszczem. I jeśli naprawdę żył w tych majakach przeszłości, to teraz pozostał wyłącznie z marnymi strzępami.
Dlatego stał się duchem, nawiedzającym dawne miejsca niegdyś tętniące jego własnym życiem. Rzucał cień siebie na naznaczone emocjami echo minionych dni, jakby zdołać go mogło zmartwychwstać. Dalej - dlaczego, dlaczego, dlaczego - niczym posąg zajmował miejsce przy barze, dusząc się od różnorodności i przesytu atakujących go bodźców.
Po prostu i s t n i a ł; a to było najwyraźniej jego największą udręką oraz problemem.



lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

you’re the muscle
i cut from the bone and still the bone
remembers


Chłopak musiał mieć przynajmniej dwadzieścia jeden lat - Lazare był pewien, wiedząc trochę z autopsji, a trochę z zasłyszenia, jak bardzo The Shop zmieniło się od czasów, w których zwykli się tu wkradać z Nadirem, legitymując się czarującym uśmiechem i fałszywymi dowodami osobistymi; teraz lokal naprawdę się pilnował, zwłaszcza od wybuchu afery sprzed paru lat, która cały przybytek niemal kosztowała licencję na prowadzenie działalności - ale wyglądał na mniej, co może mogłoby, albo powinno Moreau niepokoić, gdyby wszelkiego niepokoju nie starał się zostawić za progiem klubu.
W miesiącach nieuchronnie prowadzących do rozpoczęcia Olimpiady, blondyn samego siebie zaskoczył równowagą, którą się pozornie wykazywał. Myśląc o tym okresie - zwłaszcza, że następował on bezpośrednio po jego ostatnim spotkaniu z Nadirem, i pokrywał się równiutko z Bożym Narodzeniem spędzanym z matką w okrutnym, napiętym milczeniu - Lazare spodziewał się doznać załamania nerwowego takiej głębi, że równie dobrze mogłoby go ono zabić. Okazało się jednak, że Rimbaud miał rację w całym tym swoim: jedyną myślą nie do zniesienia jest to, że znieść można wszystko, międzynarodowym sloganie pretensjonalnych, narcystycznych młodych mężczyzn, których wielki talent i wielką karierę przedwcześnie ukróciła jakaś własnoręcznie sprowadzona na siebie tragedia. Unikając sportowych transmisji, Moreau znajdował komfort w tym, co zawsze: w dręczeniu się nad samym sobą i innymi na poziomie graniczącym z wirtuozerią; w niemal codziennych pobytach na siłowni oddalonej od kompleksów sportowych na tyle, by maksymalnie zmniejszyć ryzyko natknięcia się na niej na kogoś, kogo mógłby znać i kto, jeszcze gorzej, mógłby znać jego; w seksie uprawianym trochę bez przekonania, trochę z braku innych pomysłów na wieczór, co jego sposobem na zabicie czasu było od dawna, choć teraz smuciło trzydziestotrzylatka jak często w ostatnim czasie to on musiał szukać okazji, zamiast zwyczajnie pozwolić się tej okazji znaleźć i zaprosić do łóżka. Metaforycznie, bo czasem była to kanapa, kuchenny blat, tylne siedzenie samochodu.
Albo klubowa łazienka: ciasny kwadrat w wymiarach mniej więcej metr na metr, o podłodze wyłożonej kafelkami i cienkim płatem drzwi sięgającym wyłącznie naście centymetrów ponad jej powierzchnię, każdemu przypadkowemu świadkowi dającym szansę by nie tylko domyślić się, ale i dowiedzieć co działo się w kabinie.
A co działo się w niej teraz, było w zasadzie dość smutne: Lazare jedną ręką wciągał opuszczone przed momentem jedynie poniżej pośladków spodnie, zapinał rozporek i przepraszał, za fiasko własnego organizmu z gorącem żenującego rumieńca uwierającym go w szczyty policzków. Chłopak był wyrozumiały (wielkie, brązowe oczy i kosmyki ciemnych włosów sięgające mniej więcej linii jego żuchwy, podobieństwo do Nadira na tyle nieoczywiste że można je było w razie czego zrzucić na karb przypadku tłumacząc się przed samym sobą), i Lazare nagle bardzo chciał, żeby ten pocałował go i przytulił, przyparł do łazienkowej ściany i otoczył ramieniem, i na chwilę przytrzymał w jednym cichym, spokojnym i przewidywalnym miejscu, ale oczywiście nic takiego się nie wydarzyło. Moreau pozostało więc pogodzić się z rytmem tego typu interakcji i posłusznie klęknąć, godząc się nie tylko z jakąś dozą upokorzenia, ale i faktem, że następnego dnia znajdzie na kolanach wymowne galaktyki siniaków pozostałe po bliskim spotkaniu z posadzką. Na szczęście chłopak był zadbany i czysty. Pachniał migdałowym mydłem i młodością, dosłownie i w przenośni wymykającą się Lazare spomiędzy palców.

Nawet nie fatygowali się, żeby wyjść z łazienki osobno - o tej porze i w tym miejscu nikt już nawet nie próbował udawać, że nie wie, co często odbywa się w zaciszu klubowych toalet. Z tego co Lazare mógł stwierdzić, chłopak wrócił do swoich znajomych, i dobrze, bo Moreau nie miał ochoty ani na rozmowę, ani na płacenie za jego drinka albo taksówkę do domu. Niewyrażony gniew i niespełniony orgazm nadal kłębiły się w nim niewygodnie: adrenalina i kortyzol, napięcie w palcach, lędźwiach, barkach, powyżej kości łonowej i u nasady łydek, ale póki co nie mógł nic z nimi zrobić, bo co? Znów udać się do Johnny'ego, jak bezpośrednio po ostatniej olimpijskiej transmisji kiedy najpierw zniszczył własny telewizor, a potem spędził siedemdziesiąt minut gapiąc się na imię Nadira w spisie kontaktów własnego telefonu? Teraz, do The Junction nagle wydawało się być tak bardzo, bardzo daleko.
Zamiast tego podążył zatem do baru: zawsze lubił myśleć, że ruch jego sylwetki ma w sobie coś z gracji dzikiego kota, zwłaszcza kiedy nosił czerń - krótkie sztyblety, jeansy, skórzaną kurtkę i tiszert, który mógłby być tani, gdyby nie kosztował prawdziwej fortuny. Był millenialsem, więc cokolwiek robił, niemal nieustannie patrzył na własny telefon; teraz też - ze wzrokiem wbitym w brak nowych wiadomości, w neutralny kolor wygaszacza ekranu; w rysę pęknięcia biegnącą na wskroś protektora. Niespiesznie wsunął się na barowy hoker, zamówił to, co zawsze, potarł skronie dłońmi. Nadal czuł w ustach smak cudzego ciała, ale cały trik sprowadzał się do tego, że jeśli się na nim odpowiednio mocno skoncentrował, nie musiał czuć absolutnie nic innego.

Na porażkę Al-Khansy patrzył z odległości ponad siedmiu tysięcy kilometrów, i poprzez sześciogodzinną różnicę czasu. Komentatorzy nie nazwali jej klęską, bo w sportowych terminach klęską nie była - po prostu nie była sukcesem, nie była spełnieniem chłopięcych marzeń, nie była tym, na co brunet pracował, nawet jeśli by się do tego nie przyznał, od samego początku. Patrząc jak kontrola wymyka się Al Khansie w ułamkach sekund przed lądowaniem, Lazare czuł, jakby stawał się świadkiem spełniającego się właśnie fatum. Klątwy.
Jakąś częścią siebie bał się - panicznie, potwornie - że to on ją na Nadira rzucił. Może gdy widzieli się ostatni raz, i gdy młodszy łyżwiarz znowu go odtrącił, a może przed laty, wraz z pierwszym pocałunkiem, z pierwszym: Ścigamy się?, rzuconym dla żartu na tafli lodowiska.
Czymś, czego Lazare się jednak zupełnie nie spodziewał, był fakt, że przegrana Nadira dotknęła go równie silnie, jak dotknęłoby go własne niepowodzenie. Jakby dystres na męskiej twarzy, rejestrowany przez szeregi kamer, był jego własnym dystresem. Jego własnym końcem świata. Jakby mieli jedno serce, teraz tak okrutnie złamane.
Lazare nigdy wcześniej nie mógł nie chciał nie miał miejsca, by zdobyć się na taką wrażliwość. Za wiele go mogła kosztować, na poziomie sportu, na poziomie kariery. Ale teraz, kiedy jego kariera sprowadzała się do westchnięcia i wzruszenia ramion, nagle otwierała się przed nim otchłań. Próbował dzwonić, odbijając się od uprzejmego, mechanicznego brzmienia automatycznej sekretarki. Myślał, czy nie wsiąść w samolot - i polecieć gdzie? Domyślał się, w którym hotelu mogła we Włoszech rezydować kadra (wbrew różnym mitom, nigdy nie stać jej było na Ritz, ale Ibis był za tani, więc zapewne skończyło się podstawowymi pokojami w Radissonie), ale znając Nadira, ten równie dobrze mógł być już w Paryżu. W Londynie. W Kairze. W Colombo. W Nowym Jorku. W Kathmandu. W...

Lazare uśmiechnął się gorzko do własnych myśli i dopiero teraz uniósł wzrok, i Nadir Al Khansa był tutaj, och, oczywiście, że tak, dwanaście metrów dalej, po przekątnej - oddzielony od niego blatem i przestrzenią, w której uwijał się barman. Jak sen, jak żart, jak kpina wszechświata - ale równocześnie tak prawdziwy, jak zawsze, tak bardzo jego, jak nigdy wcześniej. Lazare nawet nie był zdziwiony, bo nie miał już siły na zdziwienie, nie był szczęśliwy, bo całe szczęście dawno wypaliło się w nim jak zawilgocony knot świecy. Poczuł tylko ulgę, która zacisnęła mu się na gardle jak pętla, więc gdy za chwilę przywoływał ku sobie barmana brzmiał tak, jakby zamiast o drinka, błagał go o ratunek.

Po stosownej chwili, przed Nadirem stanęła oprószona cukrem szklanka z rżniętego szkła, z twistem pomarańczowej skórki i malutkim kawałkiem kandyzowanego imbiru przebitym na wylot szpilką.
- Penicillin. - Powiedział do Al Khansy barman, ruchem głowy wskazując w miejsce, w którym siedział Lazare - Od tamtego pana. Kazał dodać, że do wesela się zagoi.

nadir al khansa
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Święty miesiąc.
W tym roku zaczął się dokładnie siedem dni po upadku ludzkości Nadira, gdy tylko na niebie po nowiu wzeszedł półksiężyc. Nie pamiętał czy na gwieździstym sklepieniu dopatrzył się pierwszej oznaki Ramadanu... ani miejsca, gdzie owe poszukiwania mógłby uskuteczniać. Nigdy jednakże nie kroczył drogą godną dobrego muzułmanina, pojawiając się na niej jedynie okazjonalnie i w obecności rodziny. Gdyby najdroższa matka tylko wiedziała, wzniosłaby ręce ku niebu i zawodziłaby swoim melodyjnym głosem do samego Allaha, który niezmiennie nie wysłuchałby jej próśb o ratunek dla przeklętego syna. Na obronę Nadira przemawiał wyłącznie fakt jego niezaprzeczalnej niestabilności psychicznej. Dlatego kara boska za szereg n i e d o c i ą g n i ę ć oraz złamanych zasad podczas postu ominęłaby go tym razem. Byłby to pocieszające, gdyby tliła się w nim choć iskierka prawdziwej wiary...
...lecz w mglistych wspomnieniach łatwo odnalazłby kilkuletniego chłopca, któremu zależałoby na tym, co teraz z taką łatwością odrzucał. Pamiętał wszak ciepło egipskiego słońca na skórze, gdy powoli skrywało się za horyzontem z czerwienią barwiącą bezchmurne niebo. Nadal poznałby słowa Adhanu rozbijające się po kamiennych murach płynących do nich z pobliskiego minaretu;
ٱللَّٰهُ أَكْبَرُ
أَشْهَدُ أَن لَّا إِلَٰهَ إِلَّا ٱللَّٰهُ
أَشْهَدُ أَنَّ مُحَمَّدًا رَسُولُ ٱللَّٰهِ
حَيَّ عَلَى ٱلصَّلَاةِ

(Nadirze, przestań się kręcić, jeszcze chwila...)
حَيَّ عَلَى ٱلْفَلَاحِ
حَيَّ عَلَىٰ خَيْرِ ٱلْعَمَلِ
ٱلصَّلَاةُ خَيْرٌ مِنَ ٱلنَّوْمِ
ٱللَّٰهُ

Oraz matczyne westchnięcie ulgi tuż po ostatnim wyśpiewanym wersie. Otoczony rodziną ze słodyczą daktyli rozpływającą się po języku, naprawdę mógłby uwierzyć, że tak powinno wyglądać jego życie. Usta wymawiające słowa modlitwy Al-Fatiha z prawdziwym oddaniem, a nie z wyuczenia mającego zaspokoić wizję wiernego wnuka i syna. Gdyż potem swe modły składał do kogoś innego, ucząc się jego imienia jak wersetu i powtarzając je częściej niż jakąkolwiek modlitwę.
Wspomnienia ramadanu z późniejszych lat były obdarte z tego wielkiego poczucia wspólnoty, zamykając się kameralności niewielkiej społeczności. Zamknięte za drzwiami mieszkania nad rodzinnym sklepikiem, by poza nim pozostawać wyłącznie pewnym niedopowiedzeniem w ustach Nadira. Wtedy zaczął wątpić; czyż nie odnalazłeś czegoś silniejszego w przyśpieszonych uderzeniach własnego serca? Poza tym wszystkim poszczenie w połączeniu z obciążającymi ciało treningami niejednokrotnie sprowadzało na niego omdlenia lub zawroty głowy, których w nastoletnim wieku wstydził się wręcz niewyobrażalnie. Gorsze było jednakże w tym czasie unikanie Lazare; plasującego się na szczycie pokus do koniecznego wystrzegania. Gdy starał się nie przyglądać, płynącego tak zwinnie po lodowej tafli...
Otworzył powtórnie oczy, starając się wyrwać spod zalewającej go fali wspomnień. Teraz jego iftar sprowadzał się do szklanki alkoholu przed nim oraz poczucia przygniatającego wyobcowania w wypełnionym po brzegi klubie. I choć bał - cholernie, na wszelkie bóstwa - się, że trajektoria tego upadku prowadziła go już do tego jednego zasmakowanego niegdyś zakończenia, lecz mimo tego nie p o t r a f i ł zmusić się do odwiedzenia matczynych progów. I pragnął, by pozwoliłaby mu położyć zmęczoną głowę na swoich kolanach, delikatnie głaszcząc go po ciemnych lokach - potrzebował tej bezwzględnej miłości! W myślach szeptały mu jednak głosy; a co jakby, Nadirze... w jej oczach dostrzegłby cień zawodu? Zrzucenie takiego ciężaru na ramiona kochającej pani Al Khansy wydawało się najgorszym grzechem, więc długie dni po powrocie w pewien sposób naprawdę pościł z zupełnie innego powodu; leżąc bezwładnie na podłodze kuchni z pustym żołądkiem. Do czasu sięgnięcia po tabletkę przeciwbólową, która teraz topiła się w wypitym alkoholu.
Penicillin - zabawne, nieprawdaż? Wolno uniósł głowę, wędrując następnie spojrzeniem we wskazanym kierunku i... Lazare, La-za-re, L a z a r e... Lazare? Dolna warga mimowolnie lekko opadła, wypuszczając ginące w basach muzyki ciche westchnięcie. Spoglądając - zbyt długo - na jasnowłosego mężczyznę, nie potrafił wyjść z podziwu, jak nieznośnie prawdziwe wydawało się to urojenie. Słyszał niegdyś, że przed śmiercią nawiedzały nas bliskie sercu osoby; czy koniec czekał na niego tych kilkanaście metrów dalej? Czemu nie mógł dostrzec go na widowni, a tylko właśnie teraz? Tęsknota za nim była ssąca boleśniej anieżeli jakikolwiek głod poszczenia.... A gdyby wtedy z nim został...
Do wesela się zagoi. Niczym uderzenie tępym narzędziem w brzuch, wyrwało Nadira z tych nostalgicznych złudzeń. Marszcząc brwi, zmierzył się spojrzeniem z barmanem, nie otrzymując już nic poza tymi marnymi słowami. Z zaciśniętymi szczupłymi palcami na podarunku, czuł szczypiące uczucie wstydu i chaotycznie kłębiące się w nim odpowiedzi. Dla - głęboki wdech - cze - odchylenie się do tyłu na barowym stołku - go? Nie zdążył wydobyć żadnej sensownej z zamglonych myśli, gdyż barmański posłaniec wrócił na swoje stanowisko... zostawiając go w tej niewygodnej sytuacji.
Uciekaj. Nawet zastanawianie się nad tym doprowadzało Nadira do boleści, gdyż odzyskanie kontroli nad ciałem wykraczało poza jego godne politowania możliwości. Bytował - dzień po dniu - obdarty z jakichkolwiek głębokich odczuć, lecz dreszczem wzdłuż kręgosłupa przebiegło
c o ś

porównywalnego do gniewu, tego odczuwanego jakby w poprzednim życiu. Wstał dosyć miękko jak na swój obecny stan. Zbliżanie się do Lazare przypominało skok w przepaść; poddanie się impulsowi w oczekiwaniu na niewiadomą. Śmiertelną? Trasa tak cholernie bliska zdawała się trwać dziesięć lat prawdziwej odysei do niego, kiedy przez atakujące bodźce stawała się tak trudna niczym zejście do samego Duatu.
Trzask. Silne spotkanie podarowanego l e k a r s t w a z blatem nieopodal starszego łyżwiarza było pierwszym, na co zdobył się Al Khansa.
- A Tobie się zagoiło? - Wypuszczał ku niemu słowa niczym pociski, które to chwilę wcześniej drasnęły jego skórę. I było to głupie, wręcz ż a ł o s n e, gdyż w żadnym momencie intencjonalnie nie pragnął go zranić. - Zabierz to, naprawdę spodziewałbym się po Tobie czegoś więcej niż kpiny... - Pocieszenia? Nadziei? Obecności? Nawet jego samego momentalnie oburzyły takie podszepty z tyłu własnego umysłu. Bo najwyraźniej ten kiepski żart był wszystkim, na co zasługiwał przy tym tragicznym spotkaniu. Zachowanie resztek dumy przepadło, gdy zdecydował się na pokonanie dzielącego ich - latami nieszczęść - dystansu, a kolejne bezsensowne słowa stały się książkowym przykładem desperackiego tłumaczenia siebie. - Poszczę, Moreau - Wymamrotał wreszcie udręczonym głosem, odsuwając się od Lazare na krok. W napięciu oczekując na zepchnięcie w jeszcze głębsze czeluści, bo tak być powinno.
lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

A czy nie było tak, że niezależnie od religii, każdemu Bogu tu i ówdzie zwykle zdarzała się jakaś wadliwa owieczka? Taka z tendencją do błądzenia, do schodzenia na wszelakie manowce, do grzechu. Wyłącznie za sprawą ciekawości raz po raz zapuszczająca się głębiej i głębiej w czeluści samego Piekła.
Chrześcijanie mieli Judasza Iskariotę, który przecież znalazł się tak blisko Światła, a jednak ostatecznie wybrał Ciemność, zbyt dociekliwy by nie sprawdzić, ile naprawdę warte jest trzydzieści srebrników.
Muzułmanie mieli Yunusa, proroka, który wsiadł na statek próbując uciec przed własnym przeznaczeniem, jakby dystans mógł zagłuszyć boskie wezwanie, i skończył, ze wszystkich możliwych miejsc pokuty, dość upokarzająco, bo w brzuchu wielkiej ryby, w tym rodzaju piekła, który jest wyłącznie ciemnością i ciszą w jakiej słyszy się wyłącznie własne myśli.
Idąc tym tropem dalej, Żydzi mieli Saula, a Hinduiści Ravanę - nieszczęśników, których jeden błędny wybór, jedna nietrafiona decyzja skazały na samotność, tułaczkę, a ostatecznie i (auto)destrukcję.
Naturalną drogą Nadir, nie do końca w swym szaleństwie zrozumiany tak i przez kulturę, która go wychowała, jak i przez medyczne systemy, które potem go przejęły, i raz po raz obiecywały mu ratunek poprawę, ostatecznie zapewniając i tak głównie rozczarowanie i skutki uboczne, być może m u s i a ł chwytać się jakichś pozostałości misterium, w które wątpił, ale którego nie potrafił tak do końca przekreślić.
Ale Lazare? W przeciwieństwie do Al Khansy, zamiast w szczerej, choć może nieco naiwnej i bezkrytycznej, rodzicielskiej wierze, blondyn wychował się w końcu w atmosferze strategicznej hipokryzji. Panu Bogu świecę, i Diabłu ogarek, mówiła matka, podczas ich corocznych, paryskich wakacji zapalając długie, chude świeczki w katedrze Notre Dame i chyląca głowę przez bogactwem świętych figur i witraży, małemu Lazare nakazując posłusznie robić to samo, by pół godziny później upijać się koniakiem w małych, drogich knajpach dwie przecznice dalej, udając, że nie widzi jak Lazare spija resztki alkoholu z opróżnianych przez nią kieliszków.
Efektem takiej edukacji teraz, zamiast do modłów, Moreau o wiele częściej klękał do zberezeństw, imię samego Stwórcy wypowiadając co najwyżej jękliwym szeptem pomiędzy jednym i drugim posuwistym ruchem dłoni i ust. Cóż, jaki wierny, taki cud.
Nie od dziś było wiadomo, że jedyne prawdziwe Zbawienie, na jakie Moreau zasługiwał, miało oczy czarne jak dwa strawione ogniem węgle, wyrazisty, orli nos, i zamiast modlitewnika, raczej długi zbiór diagnoz i niezrealizowanych marzeń recept.

Wszystko to było jak sen. I nie koszmar nawet, przynajmniej jeszcze nie, ale z pewnością jak mglisty wytwór zdesperowanej wyobraźni która, rozczarowana rzeczywistością, z braku innych opcji zaczęła produkować jakiś erzac realiów. Nadir był jednak prawdziwy, Lazare był niemal pewien. Na tym etapie przestały go już chyba dziwić zbiegi okoliczności, które ich ścieżki zdawały się łączyć jak jakaś złośliwa klątwa.
- Nie – odparował, nadirowy gniew przyjmując bez mrugnięcia okiem. Czyżby się go spodziewał? Może. Dobrze wiedział przecież jak często, w obliczu niepowodzeń, Al Khansa nie radzi sobie z własną złością, i jak bardzo musi ją wówczas skierować... Jeśli nie przeciwko sobie, to ku innym. Rozumiał to. Pod tym względem był przecież do bruneta tak bardzo, bardzo. Westchnął - Mnie się paprze. Musiało wdać się zakażenie.
Przez chwilę pozwalał tym słowom wybrzmieć, obserwując jak Nadir miota się w jego obecności, jak zbliża się i cofa, z ruchami spowolnionymi i rozmytymi jakby za sprawą niewątpliwie spożywanego dziś wcześniej alkoholu.
- Jak jak sobie zatem życzysz – westchnął w końcu, i bez większego zastanowienia sięgnął po tak ostentacyjnie odstawioną przed nim przez Nadira szklankę. Drink, który w założeniu należało sączyć z wolna i wyczuciem, delektując się prostą, ale równocześnie wysublimowaną fuzją whisky, cytryny i miodu, wypił duszkiem, nie bez odrobiny żalu nie zarejestrowawszy nawet dymnej słodyczy jego nut smakowych. Nie skrzywił się; pozwolił tylko mięśniom żuchwy spiąć się i rozluźnić przy przełknięciu – Dam ci znać, czy pomogło.

Chciał wysunąć dłoń i złapać Nadira za nadgarstek, pod opuszkami palców znajdując bliznę płynącą męskim przegubem jak Styks, a potem przyciągnąć go do siebie, objąć, przytulić, zabrać go stąd, czym prędzej i w jakieś lepsze miejsce, do własnego mieszkania albo do dzieciństwa, w którym sprawy były proste, a marzenia zdawały się znajdować na jedno wyciągnięcie ręki. Zamiast tego pokręcił ciężko głową.
- Czegoś więcej? – parsknął. Czego? Pocieszenia? Nadziei? Obecności? No to masz problem, bo chwilowo nie stać mnie na nic więcej - Sam nie był pewien, czy ma na myśli stan własnego konta, czy własnej odporności na gwałtowne amplitudy nadirowego nastroju. I jedno i drugie znajdowało się na wyczerpaniu.
- Pościsz - powtórzył za brunetem wolno - Dobrze. A tamto to co? – ruchem głowy wskazał opuszczoną przez Nadira szklankę z jeszcze chwilę temu sączonym przez niego alkoholem, teraz porzuconą samotnie na ladzie, gotową do sprzątnięcia przez barmana - Lemoniada? Nie pierdol, Nadir - rzucił, nawet nie ze złością, co raczej z głębokim, bolesnym zmęczeniem. Ale potem, ostrzej: - Siadaj, na miłość boską.

nadir al khansa
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Był niczym cień.
Malowany czerwonymi oraz niebieskimi światłami neonów na skórze noszącej jeszcze ślady wyblakłej opalenizny tak bardzo p r a g n ą ł wyszarpać własne życie z otaczającego go świata. Rozejrzeć się desperacko po kątach klubu, by odszukać ciemnowłosego młodzieńca z entuzjazmem szepczącego coś do ucha swojemu jasnowłosemu towarzyszowi i dyskretnie kreślącego palcem ścieżki na jego dłoni. Potem powędrowałby dalej, starając się znaleźć ich widmo również przy barze, dumnie zajmujących sąsiadujące ze sobą barowe stołki;
Lazare, chyba nie wiem, co zamówić... Nadir przysiągłby, że słyszy swój szept wykradający się spomiędzy warg ułożonych w lekkim uśmiechu, choć zdradzającym pewne zakłopotanie z nastoletniego niedoświadczenia. A może ze zderzenia dwóch różnych światów? Wtedy z ciążącym w tylnej kieszeni spodni podrobionym dowodem osobistym przyglądał się rzędowi - zapewne zbyt drogich dla niego - butelek alkoholi, licząc wyłącznie na wybawienie z niekomfortowej sytuacji.
Teraz - nadal, nadal, nadal - zamawiał ten jeden wskazany lata temu drink, jakby przedstawiona została mu tamtej nocy prawdziwa ambrozja... choć życie nieśmiertelne zagwarantowała wyłącznie Moreau; wiecznie obecnemu w myślach Al Khansy z każdym łykiem trunku spływającego przyjemnym ogniem do samego żołądka. I złudnym było doszukiwać się w tym spotkaniu prawdziwego przypadku, gdy wszystkie wspomnienia z nim wybijały w Nadirze melodię godną drugiego serca, kiedy pierwsze obumierało w letargu.
Myślisz, że dałoby się żyć bez serca? Brutalność tego zadanego niegdyś nietrzeźwego pytania kryła się za tym, iż Al Khansa zawsze podążyłby za dźwiękami tej pieśni, choćby skazywać miałby się na nieustanne orbitowanie wokół niedostępnego dla niego Francuza. Miotając się w złości palącej pod skórą egipskim żarem, sam splątywałby coraz mocniej wstęgi ich losów i pozwalał na pozostawanie c z y m ś nieokreślonym w cudzym życiu oraz niedostatecznym do pełnego ukształtowania. Wyrzekłby się siebie wraz z tym ojcowskim przekleństwem, by móc raz jeszcze wrócić do...
- Lazare - Pozwolił sobie miękko wypowiedzieć każdą z sylab, zbyt długo przy tym z nostalgią delektując się słodko-gorzkim smakiem jego imienia na własnym języku. Zmarszczył przez moment ciemne brwi ze słabo ukrywaną trwogą, wsłuchując się w jego odpowiedź. Och habibi⁣, dlaczego, chociaż Ty nie możesz być szczęśliwy?
Pół trzeźwo lub wręcz nadzwyczajnie ż y w o, drgnęła jego dłoń w kierunku Moreau, gdy ten sięgnął po zwrócone mu lekarstwo. Zrobiło mu się momentalnie słabo, lecz odpowiedzialność za uczucie mdłości zepchnął w umyśle na niebezpieczną mieszankę lekarstw oraz alkoholu pływającą we własnym żołądku, aniżeli niepokój przenikający do samych kości spowodowany zachowaniem mężczyzny.
No to masz problem...; po tym słowa na moment ugrzęzły mu w gardle wraz z kiełkującym się chaosem sprzecznych uczuć. Nadal bladych w obdartym z wszelkiego życia ciele, balansującym ledwo dostrzegalnie ciężarem z jednej nogi na drugą. Destrukcyjnie pragnął, by odpowiedź Lazare zapiekła go w policzek niczym od zamaszystego uderzenia, jednocześnie skręcając się od niewypowiedzianych przez siebie słów; to czego potrzebujesz?
- Nie zamierzałem się dosiadać - Burknął w proteście na ten wręcz rozkazujący ton Lazare, lecz zbił go nim z pantałyku na tyle, iż bez dalszych - pozostawionych wyłącznie w splątanych myślach - dyskusji zajął wolne miejsce obok mężczyzny. Powiódł nawet wzrokiem do swojego nieszczęsnego iftaru, porzuconych na odległej już części blatu, szczęśliwie dusząc w sobie potrzebę kontynuacji przepychanki słownej; czy pamiętałbyś?
Pójdziemy na parkiet? Chodź, poczujesz się lepiej... Naiwnie zadane pytanie zatańczyło lata temu na ustach malowanego przeszłością młodzieńca, gdy zaczepnie szturchał ramieniem zamyślonego nad drinkiem rywala z lodowej tafli. Wtedy nawet odtrącenie wydawało się czymś prostszym, przyjmowanym z prawie to błogim uśmiechem, ponieważ było znakiem, że choćby na chwilę udawało się wyrwać go do tu i teraz przy nim. T e r a z zdawało się nie istnieć. - Może powinieneś pomyśleć o innym remedium - Nie wyrzucił tych słów z siebie z przekąsem, choć otaczająca blondyna sceneria raczej nie wydawała się sprzyjającą uzdrawianiu na ciele czy duszy... a sam Nadir wolał nie zagłębiać jakie metody innowacyjnej medycyny mógłby tutaj i z kim uskuteczniać. Od pustego ciosanego szkła mimowolnie powędrował spojrzeniem do spoczywającej obok niego dłoni. Och. Ostatnim - tu zaklinał się potwornie w duszy - razem widział ją dokładnie zabandażowaną, a jeszcze wcześniej pokrytą szkarłatnym strumieniem z jego winy. Teraz leżała pod takim kątem, iż uniemożliwiała mu dyskretne sprawdzenie jej stanu i jedynie resztkami zdrowego rozsądku powstrzymał się od przyzwolenia piekącej go od tego b e z r u c h u dłoni na wędrówkę po nierównościach drewnianego blatu aż do ciepła skóry Lazare. Czy wyczułby na niej bliznę pod opuszkami stęsknionych od dotyku palców? Utkwił w niej wyłącznie pytające spojrzenie. - Zagoiła się?
Z trudem wyprostował przygnieciony silnymi bodźcami kark, kierując swe spojrzenie w końcu prosto na samego Moreau.
- Ja... - Przepraszam? Tuż przed głębokim - godnym topielca - wdechem opuściło płuca Nadira, by zawisnąć przez dłużącą się niemiłosiernie chwilę w przestrzeni między nimi. - ...chciałbym nie odchodzić - Od własnego życia... i od Ciebie.


lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wtedy - Lazare tak bardzo schlebiało przecież, że przy nim, Nadir nie musiał się martwić.
Niczym. Ani nieumiejętnością wymówienia nazw wykwintnych alkoholi, w czym Lazare wyręczał go bez mrugnięcia okiem i choćby jednego, złośliwego słowa, nim Al Khansa mógłby się zakłopotać albo potknąć na obcej mu plątaninie zgłosek. Ani tym, kto za te wszystkie luksusy zapłaci, bo Moreau szybko nauczył się niebotyczne niekiedy rachunki uiszczać subtelnie i szybko, poza polem nadirowego widzenia, pod ladą, za plecami bruneta, lub zwyczajnie wówczas, gdy ten poszedł odebrać ich płaszcze, albo do toalety. Ani tym, że kiedykolwiek przyjdzie mu martwić się koniecznością egzystencji bez tego najważniejszego, największego mięśnia, dzień w dzień niezmordowanie pompującego krew we wszystkie zakamarki rozwijającego się jeszcze, bo tak młodego przecież, ciała. Gdyby Nadirowi jakimś cudem zabrakło własnego serca - gdyby ktoś mu je ukradł, złamał, albo pożyczył na wieczne nieoddanie - Lazare przecież od razu oddałby mu własne. Bez zawahania, bez cienia wątpliwości.
Wtedy.

Teraz, bo najwyraźniej Lazare miał nigdy już nie przestać porównywać w myślach przeszłości do teraźniejszości, i tego, jak różnie w obydwu tych kontekstach przedstawiała się jego relacja z Nadirem, blondyn nie wiedział, czy - w razie potrzeby - miałby jeszcze cokolwiek, co mógłby w ogóle oddać młodszemu mężczyźnie. Czasem wydawało mu się, że gdyby ktoś miał rozłupać mu pierś - rozłożyć żebra jak wachlarz, obrać boki z tkanek tak, jak dojrzały owoc obiera się z cierpkiej skórki, i zajrzeć do środka - zamiast jakiegokolwiek życiodajnego organu znalazłby w jego wnętrzu wyłącznie małą, twardą pestkę. Niejednokroć myślał, że jeśli kiedykolwiek mieszkała w nim jakaś Dusza - a dusze mieszkały podobno gdzieś ponad mostkiem, właśnie w okolicach serca - wyniosła się już dawno, przy którymś z kolejnych odejść Nadira, najpewniej, być może to brunetowi starając się towarzyszyć w tułaczce, tym samym zostawiając dawnego właściciela z beznadziejną pustką w sercu.

Czy to dlatego Johnny nazywał go czasem bezdusznym?
Lazare patrzył na Al Khansę spode łba, przez jakąś chwilę pozwalając mu się miotać i zarzekać, że wcale nie zamierzał przysiadać się na dłużej. Potem uniósł głowę, a wraz z nią zarówno wzrok - teraz spojrzeniem chłodno-błękitnych tęczówek znów lustrując Nadira trochę jak na randce, a trochę jak na policyjnym przesłuchaniu, uważnie, choć nie bez dodatku jakiejś dziwnej, ostrożnej czułości - a na koniec też szklankę z własnym, niedopitym wcześniej na rzecz Penicyliny, trunkiem. Zwilżył wargi, żałując, że nie był jeszcze bardziej pijany. Pod wpływem alkoholu błędy do złudzenia przypominały czasem rozsądne i dobrze przemyślane decyzje. Aż do następnego ranka, kiedy zaczynało się - w świetle dziennym, i na kacu - dostrzegać prawdziwe ich konsekwencje. Teraz, niestety, Lazare był jeszcze zdecydowanie zbyt świadomy otaczającej go rzeczywistości, by zrobić choćby połowę rzeczy, na których zrobienie naprawdę miał ochotę.
Nie było przecież niczym nowym, że patrząc na Nadira, często równie mocno chciał go tak pobić, jak pocałować, zwykle lądując na poziomie jakiegoś nieporadnego kompromisu między jednym, i drugim.
- Może - podchwycił, choć nie miał pojęcia, jakich innych panaceów mógłby jeszcze spróbować. Nie pomagały leki - ani te nasenne, ani przeciwlękowe, ani codzienne pobyty na siłowni i zdrowa dieta. A jego ostatnia próba powrotu na psychoterapię zakończyła się randką z prowadzącą ją psycholożką... Lazare trochę więc zaczynały już kończyć się pomysły na inne cudowne antidota na własne nieszczęście, którymi mógłby się posiłkować. Wzruszył lekko ramionami - Może powinienem spróbować jogi. Albo EMDR, i seksu tantrycznego.
O ironio, ze wszystkich trzech, ta ostatnia opcja wydawała mu się najtańsza, a od niedawna przecież i on musiał zacząć przejmować się rzeczami tak nudnymi przyziemnymi, jak koszty codziennego życia.

Obserwował, jak Nadir rozprasza się widokiem jego dłoni, zapominając tym samym o niedawno prowadzonym przez nich preludium do słownej potyczki, teraz już - wydawało się - kompletnie zahipnotyzowany miejscem, które nadal niekiedy przypominało o sobie tępym, pulsującym bólem. Mimo, że Lazare zdawał się w ostatnich miesiącach robić niemalże w s z y s t k o by jej to utrudnić, pozostawiona mu przez Nadira rana zdążyła się już zasklepić i zblednąć, tak bardzo, że teraz łatwo można było ją pomylić z jakąś dodatkową linią na dłoni, gotową do odczytania w ramach chiromancji.
- Prawie - przyznał. Zastanawiał się, czy Nadir myśli o tym samym, co i jemu przyszło teraz do głowy - że przecież mógł go dotknąć. Nie czekać, nie pytać. Samemu, po prostu, sprawdzić, jak nowe zbliznowacenie układa się pod naciskiem jego palców. Nie liczył jednak na cud tego rodzaju. Dawno już chyba przestał w nie wierzyć - Czasami jeszcze tylko trochę boli.
Nie dodał jednak, że czasem sam celowo przyciska (nie)dawny uraz palcem by przypomnieć sobie o ich przedostatnim spotkaniu i upewnić się, że naprawdę nie było ono tylko snem albo fatamorganą.

Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, lakonicznie i kwaśno, na granicy z cynizmem, ale kolejne słowa bruneta wytrąciły go z rytmu i równowagi. Zamilkł nim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk oprócz głębokiego, zmęczonego wydechu - oddech prawie zaświszczał, przekraczając barierę zębów i ślizgając się po poduszeczkach jego pełnej, dolnej wargi.
Nadir miał tupet, było jego pierwszą myślą. Ale znał też Al Khansę za dobrze - lub też chciał wierzyć, że zna go na tyle - by posądzać go teraz o manipulację lub zwyczajne, wierutne kłamstwo. Nadir wyglądał jak zawsze, kiedy mówił szczerze - młodziej i mniej pewnie niż na co dzień, ze wzrokiem ślizgającym się po konturach rzeczywistości jak spojrzenie nieopierzonego, początkującego złodzieja.
- Zaczynam rozumieć... - zaczął po chwili namysłu. Tak, chyba naprawdę zaczynał rozumieć, choć za mało, i za późno niż powinien - Zaczynam rozumieć, że może po prostu nie potrafisz inaczej - z żalem do życia, ale bez pretensji do Nadira. Rozplótł palce dłoni do tej pory okalającej sylwetkę szklanki, i podniósł obydwie dłonie ku własnej twarzy. Potarł palcami skronie, a potem kciukiem i palcem wskazującym ucisnął nasadę nosa. Zamrugał ciężko - Mam rację?

Jeśli tak -
Jeśli miał rację, w tej samej chwili prawdopodobnie tracił jakąkolwiek szansę na szczęście.

nadir al khansa
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chciałbyś wiedzieć, jak Egipcjanie starali się istnieć po wieki wieków?
Dawno temu babciny szept wkradł się do serca małego chłopca, kiedy starsza kobieta jak co wieczoru malowała mu opowieści własnym głosem do snu. Sięgające dalekich rodzinnych stron sprawiały, że czuł się na moment przed zaśnięciem mniej o b c y. Niekiedy w późniejszych latach swego życia z nostalgią chwytającą serce powracał myślami do przekazywanych mu powiastek, by zgubnie doszukiwać się tam siebie.
Czy on sam mógłby trwać wiecznie? Z jego Ren nadanym przy narodzinach przez matkę, a teraz czule bądź z obrzydzeniem obracanym w cudzych ustach. Częściej lub rzadziej zdarzyło się mu w podobne rzeczy naiwnie wierzyć, jakby mimo wszystko zdolny był swoim marnym jestestwem skraść to, co tak wielu przed nim w sennych marzeniach desperacko pragnęło. Jeśli nawet nie miłością pisaną przeznaczeniem lub wzrastająca pomimo tego, to latami oddawania siebie na treningach w ślepym akcie poświęcenia. Teraz wszystkie drogi do wieczności zdawały się prowadzić go wyłącznie w ślepą uliczkę.
Wiedział jednakże, które imię latami żyło w nim niecichnącym echem, drżącymi na języku sylabami układając się w jego twarz.
Lazare;
najpierw powtarzane przez młodzieńcze usta z oddaniem, a czasami z rozkoszą wybrzmiewającą wraz z ciepłym oddechem muskającym kolejne cale skóry. Kształtowało się w nim zaokrągleniami liter, wręcz bezpowrotnie wpisując się w jego duszę. Zapisywał go w sobie - raz za razem - niczym w miłosnym liście pełnym czystej niewinności, bo czemu wszechświat stanąć miał w opozycji ku czemuś tak niepojętemu? Ileż razy Twe usta Nadirze musiałyby wymówić jego imię, by nadal był przy Tobie?
Lazare;
później otoczone ciasnym kartuszem jego serca, kiedy na horyzoncie pojawiać się zaczęły pierwsze burzowe chmury. Wkradające się z presją pierwszych szybujących ku górze nazwisk na tablicy wyników, kiedy plotkarskie podszepty stawały się coraz niebezpiecznie głośniejsze. Z głupią naiwnością kreślił magiczną pętlę wokół jego imienia, choć ten spychał go nieustannie dalej w cienie rzucane przez własną karierę; byleby desperacko ochronić go w sobie. Bo - na swe przekleństwo sięgające jego serca - nawet jeśli nie było mu dane mieć go u własnego boku, to wpowiadając - po stokroć - jego imię, przywołać go mógłby konturem utkanym ze wspomnień choćby na chwilę. Lazare; a skucie jego imienia z własnej duszy wydawało się jedyną pozostałą ucieczką, gdy setki przebytych mil zdawały się niewystarczającymi. Jednocześnie będąc natarczywą myślą, spychaną za każdym razem w czeluście umysłu, by nie pchała go ku ostatecznemu.
Zmarszczył brwi, starając się w natłoku bodźców skupić na sensie docierającej do niego wypowiedzi i ze ściskającym pusty żołądek zmartwieniem śledzić niepewnie jasne spojrzenie.
- Och, zdecydowanie powinieneś spróbować ostatniej pozycji... pasuje do Ciebie - Na skraju własnej dziecinności w odpowiedzi starał się upodobnić swój ton do jego, ledwo przy tym powstrzymując się od domknięcia własnych słów głośnym westchnięciem. Niemniej jednak takie ekstrawaganckie wymysły zdaniem Nadira prawdopodobnie nie zaszokowałyby go w wykonaniu Moreau. Mimowolnie wykrzywił wargi w ledwo zauważalnym grymasie, obserwując przyjętą przez Lazare postawę prezentowaną wzruszeniem ramion. Kpił z niego?
Rozchylił delikatnie wargi jakby w próbie dodanie czegoś j e s z c z e, co mogłoby słowami zalęgnąć się na moment dłużej pod skórą Francuza, lecz nim zdążył wyszarpać z siebie najtrafniejszy cios, to dosięgło go coś bardziej bolesnego. Słodko-gorzkie poczucie winy zaklęte we wspomnieniu tamtej nocy i dnia po nim, od których czuł się oddzielony setkami lat oraz kolejnymi życiami. Czasami jeszcze trochę boli; czy cierpienie sprawiało mu fizyczne doznanie tamtego spotkania a może sama pamięć Nadira ponownie przekraczającego ścieżki jego życia? Żadna z opcji nie dałaby wytchnienia nadal wpatrującemu się w dloń Al Khansie.
- Przep... - ...raszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam! Zadławił się wręcz słowem, zbyt lekko opuszczającym jego gardło. Choćby zaklinał się do zdarcia strun głosowych, nie wystarczyłoby do zmycia z siebie występku. Czuł, jak jego własna dłoń znajdująca się bliżej niego drga w tęsknocie boleści od powstrzymywania się od pokonania dzielącego ich dystansu. Może w innym życiu lub bez ciężaru ostatnich tygodni spoczywającego na barkach zdołałby przekroczyć ponownie granicę. A teraz? - Dbaj o nią -... proszę. Mruknął cicho pod nosem nietypowo sformułowaną prośbę, do której zapewne nie miał żadnego prawa, więc w myślach przygotował się na wiadomy skutek takiego pogwałcenia braku przywileju.
- Naprawdę, Lazare, zaczynasz rozumieć? - Powtórzył za nim wpierw zaszokowany, przekręcając się ciałem w jego kierunku i mrugając jak po nagłym oślepieniu światłem. Podążając wzrokiem ciemnych oczu za palcami mężczyzny sięgającymi jego własnej twarzy, nie zdążył pohamować się przed wyciągnięciem własnej dłoni - bo mógłby przecież ułożyć ją na jego karku, pokrzepiająco masując; teraz tu jestem, prawda? - lecz zrezygnowany powstrzymał się nawet nie w połowie drogi, pozwalając jej opaść na własne udo.
...nie potrafisz inaczej.
Zabolało bardziej, aniżeliby się spodziewał w takiej konfrontacji. Czyżby zawsze startował z przegranej pozycji w starciu z samym sobą? Pragnął zapewnić go, że mógłby n a p r a w d ę spróbować, lecz dusiło go przy tym brzemię własnej choroby...
...bo co tak właściwie Lazare Moreau zaczynał rozumieć?
Czy kiedykolwiek zamierzał?
- Oczywiście, że zaczynasz... - Z prawie to nerwowym rozbawieniem z własnej niedoli, obrócił się tyłem na barowym stołku, opierając się tym samym placami o krawędź blatu. Niewidzące spojrzenie błądziło teraz po roztańczonym tłumie, zlewającym się jakby w jeden niewyraźny byt. Czy teraz nastąpić powinien moment, kiedy jego palce zacisnęły się na dłucie i dokonały morderstwa na również na własnej duszy, pozwalając mu odejść w wieczystą niepamięć? Błagam nie. - A chciałbyś, bym przyznał Ci teraz rację? - Nie powrócił przez dłuższy czas do niego spojrzeniem, obawiając się, co takiego mógł dojrzeć w oczach rozmówcy. Dopiero potem przekrzywiając ku niemu twarz malowaną rozpaczą mieszaniną bliżej nieokreślonych uczuć.

lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdy w chwilach głębszej refleksji - zawsze samotnie, najczęściej nocą tak późną, że trudno było już rozróżnić ją od świtu - Lazare zapędzał się palcami nieuszkodzonej dłoni ku wnętrzu tej drugiej, ruchem początkowo naznaczonym przesadną niemal ostrożnością, ale zaraz potem tak gorliwym, że prawie sadystycznym, niemal natychmiast wpadał w stan dziwacznej dychotomii. Czuł bowiem ból, owszem, ale bolała go nie blizna sama w sobie, nie delikatne, urażone płozą tkanki ciała, i nie powstałe nad nimi zbliznowacenie, które mógł monitorować opuszką palca, nacierać olejkiem z dzikiej róży, albo okładać lodem. Bolały go nie skrawki skóry dookoła, ciało skonfundowane niedawnym urazem, fizyczna konieczność odbudowania tego, co zniszczone - przypadkiem, ale bezpowrotnie. Bolało go nie rozcięcie skóry i nie jej zrost. Nie nawet fakt, że tam, gdzie kiedyś Lazare był nieskazitelny, teraz istniała skaza, ujma na perfekcji.


Bolał go Nadir.


Jak stygmat. Jak niegojąca się wyrwa w sercu. Jak drzazga wbita w samo sedno duszy.

Kiedyś, całe lata temu, Moreau przeczytał w jakimś artykule - chyba w poczekalni przed spotkaniem z fizjoterapeutą, choć nie był pewien; równie dobrze mogło być to u fryzjera albo u dentysty - o australijskich psach ugryzionych przez rzadki, niezwykle niebezpieczny rodzaj pająka. Jego jad nie miał wystarczającej siły by zabić, ale powodował natychmiastowe porażenie wszystkich nerwów dokoła miejsca, które owad ukąsił. Autor artykułu, niezwykle graficznie, porównał ten rodzaj bólu do porażenia prądem symultanicznego z polaniem wrzątkiem, i posypaniem ran solą. Wystarczająca ilość cierpienia, żeby stracić zmysły.
Te psy, w każdym razie, o których w gazecie czytał nastoletni Lazare, nie umierały. No, przynajmniej nie natychmiast. Zamiast tego, dopadała je zupełnie inna odmiana szaleństwa. W poszukiwaniu ulgi, i jakiegoś wytchnienia od bólu, były w stanie podobno odgryźć sobie kończynę, w którą zostały ukąszone przez pająka, albo własny ogon, jeśli to on był celem owada, metodycznie, raz za razem, wbijając zęby we własne ciało. Wszystko, by chociaż na moment uwolnić się od wyczerpującej bolączki.
Teraz, w przypływach grafomańskiego romantyzmu, Lazare uznawał, że czuje się podobnie. Że gdyby mógł, wygryzłby sobie serce, żeby tylko przestały go ono choć na chwilę uwierać, jątrząc się w piersi jak niezasklepiona rana.
W jakimś kretyńskim akcie naiwności uznał któregoś razu - niedawno, samotnością doprowadzony do desperacji tak skrajnej, że zaczął powoli czuć, iż przecież nie ma nic do stracenia, no bo co? przecież nie własną godność, dawno już pogrzebaną pod ruinami jego kariery, nie szacunek do samego siebie, zostawiony w szatni olimpijskiego lodowiska tego samego dnia, w którym po raz ostatni zamykał za sobą oznaczoną jego imieniem szafkę, i nie szczęście, bo każdy rodzaj fartu i fuksa zdawał się opuścić Lazare bezpowrotnie, wyprowadziwszy się może w przyjaźniejsze rejony - że o swoich uczuciach mógłby komuś (o)powiedzieć. Tak po prostu; zaryzykować, i zobaczyć co się stanie, kiedy zrobi rzecz kompletnie sobie niepodobną i, otworzywszy usta, zamiast kolejnej dawki sarkazmu albo trudnych, arystokratycznie zaakcentowanych słów jakby pożyczonych prosto z akademickich słowników, wypluje z siebie prawdziwe nazwy własnych emocji, własnych uczuć.

- Jestem smutny.
Jestem samotny.
Byłem jestem zakochany.
A poza tym... Poza tym jestem zwyczajnym idiotą.
Zbyt długo karmiłem się własną sławą i tanim blaskiem własnego sukcesu. Chryste, wydawało mi się, że mam wartość tak niesłychaną, że nikt nie odważy się nią pogardzić. Wydawało mi się, że jestem niezastąpiony. Ale tak naprawdę byłem tylko zuchwały. Głupi. Naiwny. I, tak po prostu, młody. M ł o d y. Obydwaj byliśmy młodzi.
I doigrałem się właśnie tej jednej straty, której zawsze w głębi duszy bałem się najbardziej. Kariery? Nie, nie kariery. Na co mi jakaś pieprzona kariera?
Kariera nigdy nie utuliłaby mnie do snu. Nie nauczyłaby mnie, jak tańczyć w zatłumionym klubie. Nie jadłaby mi khak prostu z dłoni, zlizując cukier puder z opuszków moich palców.


To wydarzyło się na spotkaniu grupy wsparcia ledwie przed dwoma tygodniami. Lazare mówił na jednym tchu, bez zająknięcia, ze spojrzeniem wbitym z trudną do uzyskania dozą spokoju i neutralności w puste krzesło przed sobą. Kiedy wreszcie skończył, do ostatnich słów kropkę dostawiając ciężkim, drżącym przełknięciem skwaśniałej nerwami śliny, uniósł wzrok i przesunął nim po twarzach innych uczestników i prowadzącego (może całe szczęście, że Mara miała akurat wolne).
Bał się. Naprawdę się bał tego, co może się stać, tego, co się stanie. Że zostanie wyśmiany, odrzucony, upokorzony zbyt ostrym, zbyt szczerym słowem.
Ale, w niespodziewanym zwrocie akcji, w istocie nie stało się... nic.
Na otaczających go twarzach dostrzegł, oczywiście, jakąś dozę empatycznego zakłopotania, echo swojego własnego smutku, odrobinę konsternacji.
Ale nie zrozumienie. Nigdy zrozumienie.
Potem pomyślał nawet, że może powinien powiedzieć Johnny'emu. Że może Johnny - mały, słodki Johnny Grainier, do którego Lazare nie potrafił przestać wracać jak wadliwy bumerang, taki, który w trakcie swojego lotu robi przy okazji krzywdę wszystkim zainteresowanym - byłby w stanie pojąć skalę jego cierpienia. Bo Johnny wyglądał tak, jakby cierpiał bez przerwy, i na podobny do jego własnego rodzaj kompulsywnej melancholii. Ale problem leżał w tym, że nawet Lazare - z całą swoją wrodzoną dawką zwyczajnego skurwysyństwa - nie potrafił chyba, przynajmniej nie do tej pory, porwać się na taki rodzaj okrucieństwa. Bo jego słowa nie byłyby o Johnny'm.

Zrozumieć go mógł tylko Nadir. Choć najwyraźniej nie działało to wcale w dwie strony.

- Ja... Miałem na myśli, że... - zająknął się, natychmiastowo, wbrew własnej woli, wpadając w panikę. Lazare był przyzwyczajony, że nastrój Nadira zawsze zwykł zmieniać się jak kalejdoskop, ale tempo bieżącego przeskoku od pełnej nadziei miękkości zawartej w jego mimice, do przepełnionego rezygnacją chłodu, z którym brunet przekręcił się na krześle, nawet jego zbił z pantałyku. Boże. Najwyraźniej zawsze, jakkolwiek by się nie starał, musiał ostatecznie powiedzieć coś nie tak, nigdy dokładnie tak, jak powinien. - Nadir - jego imię obrócił w wargach ostrożnie, choć stanowczo. Dopiero teraz może dotarła do niego skala popełnionego błędu. Tego, że każdą rozmowę musiał, mimowolnie, ostatecznie obrócić w monolog o samym sobie. Może prawda była taka, że Lazare Moreau był narcyzem, i w każdym człowieku którego spotykał na swojej drodze - jak w lustrze, jak w niezmąconej tafli jeziora - ostatecznie i tak widział wyłącznie siebie. Ale nieprawdą było, że się nie starał. Że nie próbował, zwłaszcza ostatnio. Z każdym kolejnym staraniem czuł się jednak coraz badziej zmęczony. Tak własną ułomnością, jak i delikatnością nadirowych emocji. Tym, że jak dzikiego ptaka, można było go spłoszyć jednym zbyt gwałtownym ruchem albo słowami wypowiedzianymi nieodpowiednim tonem.
Zsunął się z własnego stołka, stając przed Nadirem, w centralnym punkcie kadru jego spojrzenia, do tej pory wypełnionego wyłącznie patchworkiem ludzkich sylwetek podświetlonych neonowym światłem. Jeśli Nadir nie chciał na niego patrzeć, to trudno. Lazare miał ochotę go do tego zmusić.
- Czy chciałbym? - zaczął, pozwalając słowom przebić się przez zgiełk i pulsujący rytm muzyki - Chciałbym wiele rzeczy. Chciałbym cofnąć czas i chciałbym być innym człowiekiem, kiedy się poznaliśmy. Chciałbym lepiej cię znać, tak naprawdę, bez... - ruchem dłoni omiótł wnętrze klubu, choć na myśli mógł mieć równie dobrze ich kariery, ich sukcesy i porażki - ...bez tego wszystkiego. Chciałbym być mniejszym chujem - zaśmiał się gorzko - Kiedy jeszcze miałem na to szansę. I chciałbym... - wciągnął tlen zgęstniały zapachem alkoholu i ludzkich ciał w nozdrza. Pokręcił lekko głową, bardziej do samego siebie, niż do Al Khansy. Dziękował losowi, że był na tyle wstawiony, żeby wstyd za własną żałosność poczuć dopiero następnego ranka - Chciałbym zabrać cię do domu, wiesz? - Zapytał, nie mając już nawet pewności, czy na myśli ma własne mieszkanie, czy jakikolwiek adres pod którym rezydował teraz drugi łyżwiarz, czy może po prostu ich wspólną przeszłość, choćby na chwilę. - Nadir. Pozwól mi zabrać cię do domu.

nadir al khansa
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
كل الطرق تؤدي إليك، حتى تلك التي أخذتها لأنساك
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Otaczając się ciasno myślami o swych korzeniach i o domu, myślał też naturalnie o Lazare, gdyż latami był niejako korzeniami, dzięki którym związał się z tym miejscem. Mimo woli wyrwany w dzieciństwie z ziemi przodków oraz przesadzony w niesprzyjające mu zimne kanadyjskie grunty powinien dawno obumrzeć lub uciec bezpowrotnie do ciepłych piasków Kairu. Dla własnego o c a l e n i a, lecz te z każdym kolejnym rokiem zdawało się być tuż obok niego; gdy znajdował się w więzach jego spojrzenia, będąc po prostu zauważonym. Dlatego, ilekroć we krwi zaszumiało mu pragnieniem ucieczki, to wracał do domu - do niego?
Wkradał się wszak w zapisane nieśmiertelnością imiona w jego krwi; pokolenia przekazywanych historii i tożsamości, do których serce wybijało rytm. Lazare wybrzmiewało najgłośniej z nich, choć niejednokrotnie starał się desperacko je zagłuszyć w lamentach własnej duszy. Czy to dlatego, że egoistycznie pragnął w magicznym kartuszu dopisać przy jego swe własne imię? Wbrew wszelkim przeciwnością podarować im wspólną wieczność, chociażby dopiero wtedy, kiedy ich ciała obrócić się miały dawno w proch - czy przychylny los połączyłby je w ostatnim tańcu podmuchem wiatru?
Naiwne mrzonki zakochanego bez pamięci niegdyś młodzieńca powinny były wyblaknąć wraz z przemijającym czasem, lecz Nadir. Metaforyczne dłuto opadło z trzaskiem na posadzkę, wstrzymując swym hukiem na moment cały ten świat.

Czy chciałbym? Zamrugał, gdy w paśmie jego wzroku pojawiła się niespodziewanie sylwetka Lazare. I przekląłby siebie, gdyby teraz uciekł spod spojrzenia jasnoniebieskich oczu. Poruszył się nerwowo na stołku, czując, jak niepokój wkrada się pod jego skórę. Czy teraz runąć miało wszystko wraz z kpiną tańczącą na ustach?
Chciałbym cofnąć czas... Chciałbym lepiej cię znać, tak naprawdę... Chciałbym zabrać cię do domu, wiesz?
Nadir w tych słowach utkał swoją w i e c z n o ś ć, zatrzymując się na dłużej między dźwiękami sylab. A wraz z rozchylającymi się delikatnie wargami, pojawił się szaleńcy pęd serca tuż za rzędem żeber. W opozycji do tego pojawiło się uczucie dźgnięcia w sam pojmujący krew organ, bo - na litość boską i nieboską - oglądanie go w takim stanie wraz z wiedzą, że jest się tego powodem, doprowadzało wręcz do obrzydzenia samym sobą.
Nadir. Pozwól mi zabrać cię do domu... Zsunął się z własnego stołka tak pośpiesznie, że omal nie stracił równowagi, zmagając się z szumem w głowie od wypitego na pusty żołądek alkoholu. Chwycił się dłońmi ramion jasnowłosego łyżwiarza, trochę przez chwilę wspierając się na nim. Czy on o s z a l a ł?
- Szzzz... Lazare - W wyuczonym latami ostrożności zachowaniu, skakał spojrzeniem wokół nich w poszukiwaniu kogoś zainteresowanego tym wyznaniem. Z obawą jakby zmaterializować się u ich boku miałby co najmniej trener bądź jakikolwiek inny łyżwiarski współzawodnik. Co było dość osobliwym odruchem, gdy po szybkim rozrachunku sumienia pojawiał się obraz dawnego Nadira rzucającego mu w szatni z b y t przeciągłe spojrzenia, przesuwającego granicę dla kumulujących się plotek. - Lazare - Bo jednak nadal martwił się o - zdecydowanie bardziej niż o swoją - reputację tak skrupulatnie budowaną przez Moreau. Cierpienie Lazare zdawało się sięgać głębiej aniżeli własne, szponami chwytając się samej duszy.
Nie stało się n i c.
Pozwolił własnym dłonią zsunąć się wzdłuż ramion, a następnie przedramion mężczyzny. Na tyle delikatnie, jakby bał się zagubić na dawno przemierzanych ścieżkach jego ciała. Choć na nieszczęście między skórą a skórą znajdowała się niepotrzebna granica wierzchniego odzienia, to w urojonych myślach Nadira przodowało odczucie, iż zdołałby poczuć każdy napięty mięsień Lazare. Tak łatwo - jednym porządniejszym szarpnięciem - byłoby przyciągnąć go ku sobie, by skryć przed wszystkim, co ich otaczało i przed samym sobą w ciasnym splocie własnych ramion. Czyż nie pasował niegdyś tak dobrze do krzywizn objęć Al Khansy? Kuszony rozmytym w pamięci wspomnieniem, jednakże tylko jedną z dłoni powędrował d a l e j.
Dalej do krańca materiału i spadku ku ciepłu cudzej skóry, żarze łaskoczącym w opuszki wędrujących niebezpiecznie palców młodego Egipcjanina. Wpierw na zewnętrznej części prowadził je do dołów i wzniesień knykci, sprawnie wkradając się do w e w n ą t r z. Kciukiem dotarł do początku delikatnie odznaczającej się pod nim blizny - moja wina, moja wina, moja... - niby to przypadkiem muskając ją z bolesną dla Nadira czułością po całej długości. Tyle musiało mu wystarczyć na zawsze, gdyż splótł ich dłonie ponownie w paralelicznym geście; na styku przeszłości i teraźniejszości.
Pierwszym krokiem wyznaczył tor dla zasupłanych dwóch ludzkich losów niczym w mitologicznej przeprawie przeciwko fatum, ruszając ku wyjściu. Z odmętów piekieł z orfeuszowym brzemieniem na własnych ramionach; bo zatrzymanie równało się poddaniem wątpliwością czającym się w głębi duszy. Torował własnym ciałem trasę przez parkiet, czując b o l e s n e zetknięcia własnego ciała z innymi. Nie zdawał sobie sprawy, że kuląc nieznacznie ramiona, wstrzymywał również oddech aż do przekroczenia granicy roztańczonego chaosu. Całym swoim ciężarem, pchnął metalowe drzwi, które ustąpiły w końcu z cichym skrzypnięciem zawiasów. Wypadł wraz z Lazare przed klub, a jego własne podeszwy ślizgnęły się niezgrabnie na wilgotnym chodniku. Do płuc wtłoczył kłujące zimnem nocne powietrze, odwracając się w ostatnim momencie piekielnej przeprawy ku drugiemu mężczyźnie - kimże byłby, gdyby nie spojrzał za siebie?
Nie znikaj.
Wypuścił spomiędzy własnych palców więźnia, pojmanego w nieprzemyślanym odruchu przed barowymi stołkami i oparł się plecami o kamienną ścianę budynku, by jakoś opanować nierówny oddech.
- Zabierzesz mnie do domu - Wyszeptane słowa równie dobrze mógłby zostać pomylone z szelestem wiatru, przemierzającego powoli pustoszejące uliczki Toronto. Lub zginąć w bliżej nieokreślonych dźwiękach pod kołami przejeżdżających samochodów. - ...nawet jeśli miałbyś mnie od tego znienawidzić... jak mógłbym wtedy dalej żyć? - Wymalował w dzielącym ich dystansie własną obawę, gdyż od prawdy nie było już odwrotu. Wtedy utraciłby te skrawki nadziei, że jakoś wszystko wróciłoby do punktu wyjścia.
- Zabierz, Lazare - Odepchnął się od ściany, rozkładając przy tym szeroko ramiona; w poddańczym geście, oddając się w pełni jego woli.
Bolało go całe ciało oraz brak tego drugiego.
lazare moreau
33 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
but then you came to me from Olympic heavy duty
we both needed so much soothing, played you Rickie Lee
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Czy Lazare Moreau oszalał?
Może.

A może wręcz przeciwnie. Może dopiero teraz ozdrowiał, po latach spędzonych w sidłach własnych złudzeń, cudzych wymagań, i dążeń do spełniania marzeń, które prawdopodobnie wcale - nigdy - tak naprawdę nie należały do niego.
Czy to, jak żył do tej pory - w kłamstwie, we wstydzie, w stanie permanentnej dychotomii, która po tego to, czego naprawdę pragnął pozwalała mu sięgać wyłącznie w sekrecie, w ukryciu, z nadmierną, wykańczającą czujnością nakazującą mu raz po raz oglądać się przez ramię - nie było bowiem prawdziwym obłędem? Czy cała ta farsa, w której spędził dwie, podobno najlepsze dekady swojego życia, nie była czystym wariactwem? Czy aberracją nie było - będąc jednocześnie człowiekiem, istotą społeczną, do szczęśliwej egzystencji potrzebującą bliskości tak, jak rośliny potrzebują wody i słońca by zakwitnąć - godzić się na życie spędzone nie tylko w zakłamaniu, ale też w stanie ciągłej, głębokiej samotności?
Na swoje wytłumaczenie miał może wyłącznie tyle, że od dziecka był przecież solistą. Obydwaj nimi byli: on i Nadir. I nawet jeśli, z rzadka, występował w parze, to zawsze z istotą płci przeciwnej: kimś drobniejszym, lżejszym, niższym od niego. Nigdy nie nauczono go, jak poruszać się w duecie z drugim mężczyzną - z ciałem podobnego wzrostu, podobnej wagi i budowy, o podobnych instynktach i odruchach. Jak dzielić przestrzeń z kimś, kto wyglądał jak on, kto czuł jak on. Ani na lodzie, ani poza nim -
w życiu.
Teraz więc, gdy pojawiała się na to, jakkolwiek mglista, perspektywa, Lazare czuł się nieporadny, skonfundowany, spanikowany obecnością zupełnie nowych możliwości. Nieważne, że istniał taki na przykład Eric Radford, na którego coming out dwudziestodwuletni Lazare z niedowierzaniem spoglądał przez telewizyjny ekran, nawet przez moment nie pozwoliwszy sobie zamarzyć, że mógłby pójść w ślady starszego Olimpijczyka. Kto, on? Przecież nie wówczas, gdy ta sama jego reputacja, o którą teraz nawykowo martwił się Nadir, pozwalała Moreau kupować sobie miłość jego własnej matki.

Ale reputacja Lazare rozpadła się jak domek z kart. Tak skrupulatnie budowana przez lata, była ostatecznie jak pałac bez solidnych fundamentów - onieśmielająca swoim rozmiarem i przepychem, ale chwiejna. Wystarczyło jedno, nieplanowane, tektoniczne drżenie, by runęła z hukiem; wraz z nią, niemal wszystko, co Lazare posiadał. Kontrakty, które gwarantowały mu stały i obfity pieniężny dochód. Relacje, jakie zbyt optymistycznie - i zawsze z jakąś dozą czujnego niedowierzania - nazywał przyjaźniami. Cały blichtr salonów, na których musiał pojawiać się regularnie i z uśmiechem, i posłuch, którymi się na nich cieszył. I (pozorną) akceptację kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła go pod sercem.
Gdy pył po jego klęsce opadł tak, jak opada po wszystkich końcach świata, okazywało się, że niezniszczona przetrwała tylko jedna rzecz osoba.
Nadir, Nadir, Nadir.

Lazare wstydził się tego, że potrzebował własnego fiasko by dorosnąć dojrzeć -
dojrzeć prawdę o tym, że uczucia Elizabeth Grace nigdy nie były bezwarunkowe, ale też -
dojrzeć jako mężczyzna, który wreszcie zaczynał powoli uzurpować sobie prawo do wolności i jakiegoś ochłapu szczęścia, jakkolwiek lichym by się on ostatecznie nie okazał.

Lazare zadrżał.

Jeszcze jakąś, rozciągniętą klubowymi neonami i niskim pulsowaniem muzyki, chwilę temu - ile? pół godziny? - pozwalał, by nieznajomy mężczyzna całował go i dotykał; by wplótł palce w jego włosy i szarpnął, burząc perfekcję tak starannie ułożonych przez Lazare pasm. Pozwalał, żeby to drugie, obce ciało, przywierało do niego rytmicznie śliskim od potu żarem.
I nie czuł przy tym -
zupełnie
nic.
Ale teraz?
Teraz wystarczyło jedno muśnięcie ukochanych znajomych palców, żeby cały świat Lazare zorganizował się wokół tego jednego punktu, w którym dłonie Nadira badały wnętrze jego dłoni.
Nie potrafiłby ubrać tego uczucia w słowa, a jednak było prawdziwe: wrażenie, że każdym kolejnym ruchem rąk Nadir tworzy go na nowo, przywraca go do życia, jakby przez ostatnie tygodnie, miesiące, Lazare zwyczajnie nie istniał, jakby we własnym losie poruszał się na ślepo, bez kompasu, bez gwiazdy polarnej.
Gdy więc Nadir pociągnął go w kierunku ciężkich klubowych drzwi przez tłum, Lazare podążył za nim potulnie, ufnie, na ślepo - i na świeże, nocne powietrze.

I chciał go pocałować. Boże, tak bardzo. Bez rozsądku i bez zahamowań, naprzeć kantami bioder na te Nadira, dłońmi wyśledzić jego talię i linię jego żuchwy, unieruchomić go nie brutalnym - nigdy brutalnym - ale stanowczym objęciem by mieć pewność, że już nigdy go nie straci. W nocnym półmroku podświetlanym tylko technikolorową czerwienią i kobaltem, odnaleźć jego wargi. Zacząć czule, od tej dolnej, składając na niej ostrożny pocałunek, tak drobny, że można było go pomylić z co mocniejszym podmuchem wiatru. Musnąć górną. Poczekać na reakcję bruneta; upewnić się, że ten odwzajemni starania Lazare by przepaść między nimi zniwelować do zera, do jednego, urywanego oddechu. I wówczas dopiero przyspieszyć, łapczywym naporem warg języka kradnąc Nadirowi dech wyrywający się z jego rozfalowanej piersi.
Ale pod rezyduum z wypitego wcześniej alkoholu, Lazare nadal smakował cudzym ciałem, i byłoby to obrzydliwym afrontem, tak skazić szansę na bliskość z Al Khansą. Nie zrobił więc nic z wyjątkiem wysupłania z kieszeni kurtki telefonu, i wybrania w pamięci iPhone'a aplikacji zaufanej korporacji taksówkarskiej.
- Znienawidzić cię? - Powtórzył za Nadirem z niemal rozbawionym niedowierzaniem. Ile to razy zdarzało mu się w przeszłości zarzekać, zwłaszcza w rozmowach z innymi podopiecznymi swojego trenera, na moment przed zawodami, że Al Khansy rzeczywiście nienawidzi, że nim gardzi, że Egipcjanin z pewnością chciałby dorównać mu na lodowisku, a jednak nie ma na to najmniejszych szans... Za każdym razem w chwilach tych czując się jak aktor wypowiadający teatralną kwestię. Tego, co czuł względem Al Khansy, nie dało się bowiem opisać jednym prostym słowem. Tak nienawiść, jak i miłość zdawały się być kompletnie niewystarczające - Musiałbyś postarać się o wiele bardziej niż do tej pory - głębokie zmęczenie zabarwiło brzmienie jego głosu, ale Lazare mimo to się uśmiechnął, półgębkiem, pędząc wzrokiem ku dwóm przepastnym jeziorom nadirowych źrenic. Obydwaj byli pod wpływem - tak alkoholu, jak i chwili. A jednak Lazare zaczynał mieć nadzieję, że nawet jeśli następnego dnia będą żałować, to może przynajmniej -
r a z e m .

- Jesteś najpiękniejszą apokalipsą, jaka mogła mnie spotkać, Al Khansa- Powiedział jeszcze, półszeptem, zanim wsiedli do taksówki.
A potem otworzył przed Nadirem drzwi, i nie puścił jego dłoni przez całą drogę pod własny adres.

nadir al khansa

/zt2?
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Shop”